+2
Szymon Podróżnik 6 września 2015 23:20
Miejsce akcji: Norwegia, Szwecja
Czas akcji: 11 sierpnia - 01 września
Bohaterowie: Szymon Podróżnik i jego plecak

Plan był prosty. Dolecieć do Trondheim. Złapać stopa do Laponii na ok. 1000 km. Przejść szlakiem Kungsleden ok. 450 km z północy na południe. Wrócić do Trondheim ok. 500 km stopem. 1 września znaleźć się z powrotem w Gdańsku.

Dzień 1 - Gdańsk - Trondheim - Koło Podbiegunowe

W przeciwieństwie do wszystkich moich poprzednich podróży wszystko idzie gładko. Namiot, śledzie, kuchenka - wszystko bezproblemowo przechodzi odprawę w bagażu podręcznym i zupełnie gładko znajduję się w Trondheim.
Z lotniska udaję się spacerkiem 3 km do miejscowości Stjordal i tam zaczynam łapać okazję. Nie ma wymarzonego miejsca do łapania, ale w końcu znajduję takie, które uznaję za bezpieczne. Po 5 minutach 300 metrów przede mną wyskakuje jakiś gość z kciukiem. Klnę w duchu, no bo jak to, w takiej mało popularnej dla autostopowiczów Norwegii dwóch gości na jednej ulicy w tej samej godzinie łapie okazję? Już mam czarną wizję stania tam cały dzień. Szczęśliwie jednak po 10 minutach ktoś zabiera gościa. Oddycham z ulgą będą przekonanym, że teraz będzie już łatwiej, gdy tymczasem ten samochód zatrzymuje się również przede mną.
- Dokąd jedziesz - pyta po angielsku młody chłopak
- W Norwegii do Narviku, a stamtąd do Szwecji - odpowiadam
- To doskonale się składa, wsiadaj do nas - rzuca jeden z pasażerów
I tak poznaję całą ekipę. Jonatan i Talbott są z Australii, właśnie wypożyczyli samochód i jadą do Tromso, zatem Narvik po drodze. Z tyłu siedzi Roman, autostopowicz z Francji, który jedzie w kierunku Nordkapp. Zatem wszyscy na północ. Nie ma co. Dziś jesteśmy szczęściarzami. Złoty strzał. Jeden samochód i prawie 1ooo km. Docieramy do Koła Podbiegunowego, znajdujemy camping, rozbijamy namioty i mega zadowoleni kładziemy się spać. To był świetny dzień. Podróż zapowiada się nadspodziewanie dobrze. Dobrych humorów nie psuje nam nawet kiepska pogoda z nocną ulewą włącznie :)Dzień 2 - Fjallraven

Okazało się, że 1000 km tymi norweskimi, krętymi drogami to nie lada wyczyn. Pożegnałem chłopaków dopiero o 16 dnia następnego i ruszyłem łapać coś na Abisko. Zostało ostatnie 60 km, co przy całokształcie wydaje się niczym, ale boczna droga w kierunku Szwecji nie wróżyła nic dobrego. Na szczęście dość sprawnie udało się ogarnąć podwózkę. Przemili Norwedzy chwalili pracowitość Polaków, częstowali piwem i życzyli powodzenia. To co? Obalamy stereotypy! Na ostatnie 20 km jeszcze podwózka tirem i oto jestem na miejscu. Kiedy wyskakiwałem z tira w Abisko zastanowiło mnie, że na przystanku powrotnym (do Kiruny) stało sporo piechurów po których było widać, że trasę mają już za sobą. Niemniej jednak wszedłem do schroniska i stanąłem jak wryty. Przede mną znajdowały się setki ludzi!
- Wow, co jest grane? - myślę sobie. Czyżby taka popularność? Masa Azjatów i w ogóle totalny misz masz. To ja tu przyjechałem poczuć klimat "Into the wild", a tu jakiś przenośny pub z rockową sceną i setkami litrów piwa?! Może po prostu zżerała mnie zazdrość, bo piwo w cenie 20 zł za puszkę zdecydowanie nie jest niskobudżetowe, ale tak czy siak, całość niezbyt mi się spodobała.
I wtedy zerknąłem na plakat.

Fjallraven! Jak mogłem zapomnieć? Jeszcze tuż przed wyjazdem Łukasz pytał mnie czy startuje. Zatem tytułem wyjaśnienia; czym jest Fjallraven? To wyścig po najpopularniejszej części Kungsleden. Jedyne 110 km. Ale tak naprawdę organizatorzy nazywają go lapońskim świętem trekkingu. Startuje dużo ludzi, którzy pierwszy raz wybierają się na dłuższą trasę. W tym roku było ich 2 tys. A jako, że wyścig idzie odwrotnie do standardowej trasy (z południa na północ) to kończy się w Abisko, gdzie dziś, jutro i pojutrze wszyscy bawią się i świętują. Choć nie spodziewałem się tłumów w Laponii to skoro już są również i ja oddałem się tej atmosferze. I powiem więcej, nawet zachciało mi się w tym wyścigu wziąć udział!

Na koniec dnia odkryłem za to saunę! Skandynawska sauna - grzech odmówić. Powiem szczerze, że taka odnowa biologiczna na koniec dnia to coś niesamowitego - polecam, szczególnie tutaj kiedy wieczory są chłodne, dni też niezbyt ciepłe. Wtedy takie wygrzanie się to coś wspaniałego!
Jutro zaczynam Kungsleden - Drogę Królów - ok. 450 km. odcinek z Abisko do Hemavan. Wszystko się zweryfikuje, siły przede wszystkim ;)
Niech się dzieje! :)Dzień 3, Abisko - Alesjaure (35 km)
Korzystając z okazji, że pogoda do wędrowania jest idealna, niewiele myśląc, pędzę przed siebie cały dzień. Około 15 dni stopni, wietrznie, niebo częściowo zachmurzone. Dla mnie to wymarzona temperatura na trekking. Boję się, że pogoda w przyszłości może mi pokrzyżować plany, dlatego postanawiam od pierwszego dnia iść więcej niż wstępnie planowałem.
W przeciwnym kierunku podążają tłumy, czyli ostatni ludzie, którzy kończą Fjallraven. Cieszy mnie, że spotykamy się tylko przez jeden dzień, wszak od tego miejsca oczekiwałem zupełnie innych klimatów. W pośpiechu omijam schronisko w Abiskojaure i zmierzam dalej. Kiedy docieram do Alesjaure jest już po 18. Mam okazję zobaczyć jak wyglądają lapońskie chatki dla turystów. Bardzo ciekawe. Z jednej strony z dala od cywilizacji, bez zasięgu itp. Z drugiej strony, schroniska mają swoje sklepiki, gdzie możesz kupić podstawowe produkty spożywcze. Oczywiście prądu brak, gaz z butli, woda z rzeki, wieczory przy świecach. No i oczywiście - sauna! Niezły klimat, prawda? :)
Dzień 4, Alesjaure - Singi (37 km)
Muszę przyznać, że po pierwszym dni większego wysiłku zasnąłem jak dziecko. Ale kiedy już wstałem czekała mnie niespodzianka w postaci czystego nieba. Zapowiadała się piękna pogoda. Wobec tego wiele nie czekając zjadłem posiłek i ruszyłem. W głowie miałem, że jeśli dzień będzie dobry to spróbuję tym razem ominąć dwa schroniska i wylądować na 37 km. Pożegnałem zatem pięknie położone Alesjaure i nie minąłem więcej niż 1 km, a na drogę wyskoczyło stado reniferów. Wow, co za radość! Kolejny lapoński challenge zaliczony. Ale przecież nie o zaliczenie chodzi, a podziwianie tych pięknych zwierząt. Było ich około 20. W tym surowym lapońskim klimacie prezentowały się niezwykle. A zatem, kto rano wstaje temu Pan Bóg daje... renifera zobaczyć. Warto!
Calutki dzień pogoda była piękna. Bezchmurne niebo, ok 15 stopni, słońce i fajny orzeźwiający wiatr.
Wszystkie wyżej wymienione elementy sprawiają, że pełen euforii docieram do chatki w Singi. Uff, zgodnie z założeniami kolejne 37 km za mną.
Pani w schronisku na moją uwagę, że taki piękny dzień mamy, aż podskoczyła do góry krzycząc: – Tak, pierwszy dzień lata u nas! (połowa sierpnia!)
Mam szczęście, najpierw trafiłem na finał wyścigu, teraz na pierwszy dzień lata, a pogoda na następne 7 dni również jest obiecująca. Wobec tego postaram się przejść możliwie jak najwięcej coby mieć zapas przed ewentualnym deszczem.[Tym razem niech będzie to po prostu pokaz zdjęć z pierwszych 3-4 dnia na trasie Kungsleden]Dzień 5 - Cena wolności Singi - Vakkotavare (38 km)
Ach, jaki piękny dziś dzień. Chyba nigdy nie doświadczyłem takiej wolności jak w czasie tego wyjazdu. Nie wiem czy to odcięcie od świata takie konieczne, bo zasięg od teraz będę miał parę razy w czasie wyjazdu, ale zadziałało. To doświadczenie niemal transcendentne więc trudno je opisywać, ale powiem Wam, że jest coś tak fascynującego w tym rejonie, czego jeszcze nigdy nie doświadczyłem. Idziesz pośród tego monumentalnego krajobrazu, surowych gór i od horyzontu po drugi kraniec nie ma nikogo. Ty i natura. Ty i wszechświat - jakkolwiek patetycznie to nie zabrzmi. Stan, który zupełnie obezwładnia i uzależnia!

Zawsze twierdziłem, że nie przywiązuje się do rzeczy materialnych, a jak już to tylko do aparatu. Dziś przepływając przez jedną z większych rzek utopiłem go. W niektórych miejscach trzeba przepływać motorówkami i kiedy wyjmowałem z jednej plecak, ten odpiął się, a aparat, który był na wierzchu wylądował w wodzie po kolana.
Nie mam większych nadziei, że po wysuszeniu będzie działał, ale myślę tak: jeśli taka jest cena tej niesamowitej wolności, której tutaj doświadczam to biorę tę wolność. Oddaję nawet aparat.
Do napisania!

Dzień 6, Vakkotavare - Sitojaure (20 km)
Dochodzę do tego etapu na Kungsleden gdzie nie wszystko już zależy od Ciebie. Części drogi nie da się pokonać lądowo i zostaje przeprawa łodzią. I tu - pamiętajcie! Przygotujcie się na to, że taka przeprawa to koszt rzędu nawet od 80 do 200 zł, a trzeba takich wykonać około sześciu w tym czasie (jest więcej takich opcji dla tych którzy chcą skrócić trasę, te sześć to takie bez których nie da się iść dalej). Tym razem właśnie przeprawa stopuje moje plany, bo łódki wypływają tak późno, że po nocy nie chce mi się chodzić. Ale w końcu jest niedziela! Zatem niech będzie. Kończę tylko na 20 km. Moje nogi też mają dzień święty! ;)
Kiedy jestem już blisko schroniska wchodzę dość ostro pod górę (tego dnia pogoda znowu jest piękna, ale wieje tak silny wiatr, że ciągle mam wrażenie, że wokół ktoś coś mówi) i staję twarzą w twarz z reniferem. Nie wiem czy to możliwe, że mnie nie usłyszał, a wiatr spowodował, że również nie poczuł? Dwóch samotnych wędrowców (tego dnia nie spotkałem nikogo). Stoimy i patrzymy na siebie w odległości może 10-15 metrów. Po pewnym czasie on powoli wymija mnie. Bez pośpiechu i ucieczki jak to bywało do tej pory. Jest w tej sytuacji jakiś niezwykły klimat i nie zmienia tego nawet fakt, że renifery są tu dość popularne. Z wiatrem we włosach ląduje w schronisku.
Dzień 7 w Laponii - Znowu te łódki! Sittojaure - Rittak (30 km.)
Nigdy nie przepadałem za tą formą transportu, ale teraz to już w ogóle. Choć po prawdzie to wina organizacji a nie łódek. Sytuacja wygląda tak. O 9 pierwsza podróż z Sitojaure. Po kilkunastu minutach jestem po drugiej stronie. Wysiadam. Przede mną 9 km aby dojść do kolejnego brzegu jeziora i popłynąć następną łódką. W tych warunkach zajmuje mi to ok 2 godziny. A przede mną informacja, że ranna łódka odpływa o 9.30, a wieczorna o 17. WTF? Szkoda, że taki brak zgrania. Ale dzięki temu mam czas żeby wejść na Skierffe. Powiem Wam, że coś niesamowitego. Tak pięknej delty jeszcze nie widziałem. Zrobiłem jakieś zdjęcia telefonem, ale to nie to samo. Jest po co wracać. Żeby to uwiecznić. Z monumentalnych i lekko groźnych gór wszedłem w kwitnącą i cudną przyrodę. A to ciągle ta sama Laponia.
Czas do popołudnia jakoś schodzi, a że tutaj prawie wcale się nie ściemnia idę dłużej niż zwykle i rozstawiam namiot ze wspaniałym widokiem na rzekę. Już wiem, że chcę tu wrócić tylko po to by rozbić obóz w jednym miejscu i pochodzić po okolicy przez tydzień. Do tej pory nie znalazłem lepszego miejsca na przemyślenia i odcięcie się od tego co zbyteczne. Polecam choć nie wiem czy powinienem. Jest fajnie bo nie ma ludzi ;)Dodam tylko, że aparat się utopił, więc zdjęć z kolejnych etapów nie ma, ale żeby nie zanudził Was tylko tekst będę dorzucał zdjęcia z pierwszych 5 dni w Laponii :)

Dzień 8, Rittak - Kvikkjokk (36 km) zakończenie łódkowego etapu!

Dziś był długi i żmudny dzień (można powiedzieć, że najmniej ciekawy na Kungsleden, jeśli można tak powiedzieć o cudownie pachnących lasach i niesamowicie czystych jeziorach), który znowu zakończył się czekaniem na łódź. Tym razem na szczęście udało się przejść ponad 30 km mimo to. A jutro zaczyna się kolejny etap na Kungsleden. Zdania są podzielone, bo jedni mówią że najmniej ciekawy i nie ma tych otwartych przestrzeni i majestatu gór, że nie warto, ale inni podnoszą na to głos i odpowiadają, że bzdury, że to prawdziwe Kungsleden, bo idą tam tylko nieliczni wędrowcy. Cóż - pozostaje mi sprawdzić.Za to w końcu na szlaku kilka spotkań, które zaowocowały dłuższymi rozmowami. Najciekawsze chyba z 67-letnim Holendrem, z którym miałem okazję pobyć trochę dłużej i dawał mi bardzo dobre rady. Myślę, że Wam też mogą się przydać:

1. Jeśli zaczyna sypać śnieg to wchodzisz do namiotu i śpisz, póki nie przestanie. (Chodzi oczywiście o to, żeby się nie zgubić szukając szlaku, ale póki co słońce i śniegu tym razem chyba nie doświadczę).

2. Jeśli wszyscy mówią, że idą z punktu A do B, Ty idź z B do A - zawsze po swojemu.

3. Jeśli chcesz naprawdę podróżować, zrób tak jak ja. Już na rozmowie kwalifikacyjnej powiedziałem, że chcę mieć 52 dni urlopu. I zgodzili się. Pracowałem tak przez 40 lat!

Fajne rady, prawda?

Dzień 9. Kvikkjok - Gistojavratj (38 km) Zmysłowo.

Kiedy przyroda staje się Twoim drugim domem, kiedy częściej nocujesz w namiocie pośród głuszy, a za towarzyszy masz zwierzęta i świszczący wiatr, nagle któregoś dnia zauważasz pewną przemianę w sobie.1. Wyostrza Ci się wzrok. Pośród na pozór monotonnej zieleni dostrzegasz te wszystkie małe zwierzaki zanim jeszcze zdążą się poruszyć i w popłochu uciec przed człowiekiem. Zadziwiające, jakbyś był krok przed nimi, a gdyby brak jedzenia do tego Cię zmusił, mógłbyś z powodzeniem próbować je upolować. Nigdy bym się nie po sądził o takie myśli.2. Wyostrza Ci się słuch. A może to i Ty sam zachowujesz się ciszej? Ile odgłosów lasu zlewało Ci się wcześniej w jedno. Teraz masz wrażenie, że już ich nie pomylisz. Doskonale wiesz kiedy trzaśnięcie gałęzi to po prostu szalejący wiatr, a kiedy nadchodzący gdzieś w dali inny osobnik. Im dłużej przebywasz z dala od ludzi tym bardziej zadziwia Cię jacy są głośni. Teraz kiedy jesteś częścią natury słyszysz ich czasem na 30 minut przed tym jak zauważą ich Twoje oczy.3. I jeszcze zapach. To chyba największe moje odkrycie. Z jednej strony każdy wie jak pachnie las, a im dłużej siedzę w lesie tym więcej tych zapachów odkrywam. Bo przecież las to ściółka, mchy, bagna, lasy liściaste, iglaste, zwierzaki. No właśnie - moje odkrycie dnia. Idę szlakiem i nagle czuję renifery. Instynktownie odwracam się. Są, rzeczywiście. Ale naprawdę daleko. Nie usłyszałem ich, nie zobaczyłem, ale wyczułem. Zupełnie nowe doznanie.4. Najdziwniejszy jest jednak powrót do cywilizacji. Czujesz się nieswojo w schronisku, pośród ludzi. Chcesz uciekać. Wrócić do domu. Do lasu.

Dzień 10, Gistojavratj - Vuonatjviken (35 km)

Rzeczywiście ten etap jest bardzo specyficzny. Dużo lasów i jezior, mało powalających widoków. I totalna samotność. Od Kvikkjok nie spotkałem żywej duszy. Z chęcią bym tu pobiwakował, ale zaczęły się komary. To przez temperaturę, bo nagle z przyjemnych 15 zrobiło się mało przyjemne 25, a ma być jeszcze gorzej. Tym niemniej jest bardzo interesujący. Jest takie poczucie, że tym razem już naprawdę jesteś zdany na siebie. Prędzej czy później ktoś oczywiście będzie szedł tą drogą, ale póki co jestem tylko i natura. Chłonę to! Naprawdę sądzę, że taki reset przydałby się każdemu. I wbrew pozorom nie trzeba jechać na koniec świata, na Alaskę, można poczuć poczuć ten klimat w Szwecji. Serio - idźcie, bo warto! :)

Dzień 11, Vuonatjviken - Pieljekaise (39 km). Lapońska masakra, czyli trup ściele się gęsto

Wiecie co? Przekroczyłem granicę 300 km. Chyba się starzeję bo jestem już trochę zmęczony, ale świadomość, że wiele cudnych miejsc ciągle przede mną - napędza mnie. Dziś jednak nie o tym co piękne, ale o tym co może zniechęcić do Laponii największych pasjonatów tej krainy. Komary - lapońska masakra. Na to spotkanie nie przygotowywałem się za specjalnie, bo zgodnie ze wszystkimi wskazówkami o tej porze miały już tyko dogorywać ich resztki. A tu Ci niespodzianka. W związku z tym, że lato przyszło do Laponii wraz ze mną, również dopiero ze mną przywędrowały komary. Szczególnie ostatnie dni są tragiczne. Kiedy idziesz jest wszystko w porządku, ale kiedy robisz przerwę w ciągu chwili dopadają Cię. Bez względu na porę dnia. Są oczywiście te wszystkie odstraszacze i jakoś to działa, ale całość zabija klimat wędrowania. Bo wyobraźcie sobie, że wdrapujecie się na górę, a przed Wami idealne miejsce na krótki relaks z genialnym widokiem. Ledwie zdejmiecie plecak, a tu już brzęczące cholerstwo Was dopada. Co z tego, że co do zasady powinno być chłodniej, ale bez komarów. Jest ciepło i jest ich mnóstwo.Najlepiej wygląda rozbijanie i zwijanie namiotu. Wkładam dodatkową koszulkę tak, że głowę przekładam przez rękaw ;) dzięki temu widać mi tylko oczy i mogę spokojnie pracować. Przydałaby się taka czapka połączona z moskitierą jaka kojarzy mi się z 19-wiecznymi odkrywcami (błędnie, bo ciągle są do kupienia!), ale nie przewidziałem takich atrakcji. Tym niemniej mój namiot jest szczelny. Zatem dokonuję rzezi zaraz po wejściu, a potem śpię spokojnie. Czego i Wam serdecznie życzę!
Dobranoc ;)Dzień 12, Pieljekaise - Sjnulttjie (37 km)
Odczuwam już trochę zmęczenie, ale pocieszający jest fakt, że to ostatni z dłuższych odcinków. Świadomość, że każdy kolejny będzie już lekkim spacerkiem dodaje skrzydeł. Zatem idę. Mimo upałów, komarów i tego wszystkiego co nazwałem tutaj trudem.
Dzień 13, Sjnulttjie - Ravfjallet (29 km)
Mam takie pomysł, żeby znaleźć się Ammarnas bardzo szybko. Przez chwilę myślę o tym by jednego dnia przejść 49 km, ale szybko przechodzi mi ten pomysł. Mam dobry czas. Nie muszę się śpieszyć. Za to mam jeden z piękniejszych noclegów. Na płaskowyżu, nad jeziorem, pośrodku niczego. Wokół ani żywej duszy. Jest pięknie. Into the wild! Jutro kończę najbardziej dziki etap Kungsleden, więc cieszę się chwilami kiedy to piękno jest tylko dla mnie :)

Dzień 14, Ravfjallet - Ammarnas (20 km)
Spokojny dzień i nocleg we wiosce przy normalnej asfaltowej drodze! Boże, nie widziałem jej chyba z 2 tygodnie! :)
W Ammarnas dużo ludzi. Wielu wędkarzy. Mały kurort. To znak, że Kungsleden się kończy i wchodzi w ostatnią fazę.
Ciągle grzeje. Ale komarów mniej. Mówią, że pogoda się zmieni. Czekam na deszcz, który zniszczy to paskudztwo :)

Dzień 15, Ammarnas - Servestugan (27 km)
Ostatnie 3 dni wędrówki, to widoki jak z pierwszych dni na trasie. Jeziora i lasy znów ustępują miejsca dzikim, niedostępnym i majestatycznym górom! Wow, jest moc! Zgadzam się z opinią, że najpiękniejsze są pierwsze i ostatnie odcinki. Zdecydowanie. To rekomenduję! Jest chłodniej. Zbiera się na lekki deszcz. Góry toną w chmurach. Komary poszły szukać szczęścia gdzie indziej. Uf!

Dzień 16, Servestugan - Syterstugan (28 km)
Odzyskuję siły, bo wiem, że meta już blisko. Nogi niosą mnie jak pierwszego dnia. Musi się udać! Wow, jeszcze w to nie wierzę :)

Dzień 17, Syterstugan - Hemavan (23 km)

Tak. Udało się. Kungsleden już za mną. Ok. 1,500 km autostopem, 450 km pieszo, 15 dni trekkingu, 2 pęcherze, 1 utopiony aparat. Ale to tylko statystyki. Za nimi kryje się moc wrażeń, przeżyć, nowych pomysłów i trochę świeżego spojrzenia na rzeczywistość.
A jako, że ostatnio trochę ponarzekałem, zatem czas napisać co mnie tutaj urzeka. Wpis powstawał w drodze, gdzieś między jednym, a drugim brakiem zasięgu :)
1. Pewnie jakoś przewija się to przez wszystkie moje relacje z tej wyprawy, ale jest to totalne poczucie wolności. Można się w nim pozytywnie zatracić. Dawno już przestałem kontrolować datę, wystarczy mi wiedzieć, że do powrotnego samolotu jeszcze mam trochę czasu. Dni tygodnia są jednym, bo przecież rytm dnia jest taki sam. Kurcze, wiem, że niedawno był czwartek, ale kiedy to było? Po co mi to wiedzieć. Dobrze jest czasem zrzucić taki zbędny balast, choć przez chwilę pozwolić sobie na to by to słońce wyznaczało Ci ramy dnia (tu póki co, są to długie ramy).
Może to tylko moje domorosłe filozofie, ale czuję, że taki powrót do źródeł jest bardzo cenny. Choć na chwilę.
2. Krajobraz. Można powiedzieć, że jest to kontynuacja punktu 1, bo właśnie ten krajobraz, te tereny rodzą takie poczucie, że aż zapiera dech w piersiach. Oczywiście góry są wszędzie, wyższe, niższe, do wyboru, do koloru. Ale tutaj mam takie przekonanie, że one stoją tylko dla mnie. Od północy po południe nie widzę nikogo. Uspokaja mnie to. I zachwyca. Majestat, dzikość, wolność. Into the wild.
3. Samotność sprzyja wędrówce w głąb siebie. Tej nigdy za dużo. Fajnie jest odkrywać jakieś nowe pokłady w sobie samym. Taka podróż napędza. Dodaje sił i nowych perspektyw na życie. Ludzie często boją się zostać sam na sam ze swoimi myślami przez dłuższy czas. Zastanawiam się czemu, przecież to jakby bać się siebie samego. Może najwyższy czas pozwolić się oswoić?

Dni 18 - 22 - Hemavan - Trondheim
Jednak autostop po Skandynawii to nie taka prosta sprawa. Nie zawsze trafia się na złoty strzał, który dowiezie Cię z punktu A do punktu B. Przyszło mi tego trudu doświadczyć w drodze powrotnej. Niecałe 500 km pokonywałem w 4 dni! Dobrze, że miałem ten komfort czasowy dzięki sprawnemu przejściu trasy. Nie mniej jednak problem pojawił się kiedy miły Pan wysadził mnie w miejscowości Grong, która od trasy jest oddalona kilkaset metrów i nie ma tam absolutnie żadnego sensownego miejsca do łapania stopa. Jak żyć? Po kilku żałosnych próbach, wracam do miasteczka i widzę przed sobą tablicę na której jest napisane: Trasa Pielgrzymkowa, 16,5 km, Grong – Heia.
Sprawdzam na mapie gdzie ta Heia i rzeczywiście to najbliższa miejscowość na drodze do Trondheim. Zatem niewiele myśląc ruszam. Ach, kochają mnie te pielgrzymki. Na początku wszystko szło ok, mimo fatalnej pogody, droga była dobra. Jednak ostatnie 5 km to trasa wzdłuż wycinki drzew w środku głębokiego lasu. Każdy krok to zanurzenie się po łydki w wodzie. Ale co robić, w końcu to ostatnia prosta. Moje myśli zaprząta tylko to czy za następnym krokiem mój but zostanie pod ziemią czy da radę się wynurzyć. Kiedy dochodzę do Heia i chowam się pod daszkiem, nadciąga największa ulewa jaką do tej pory tutaj widziałem. Spokojnie czekam. Potem okazuje się, że Heia to tylko jeden zajazd i hotel. Cała miejscowość. Na szczęście z szeroką zatoką na której po paru minutach zatrzymuje się Johan. Jest sucho i ciepło. Niczego więcej nie pragnę. A tu jeszcze oprócz tego ciekawa historia, którą dzielę się z Wami.
Johan opowiada, że w latach 80-tych, jako student, był w Polsce. Pojechali identyfikować się z polskimi strajkami i Solidarnością. Najpierw Kraków, nielegalne zebrania, potem Gdańsk i na końcu Włocławek, demonstracja w miejscu śmierci ks. Popiełuszki. I tu złapała ich policja. Pojechali na przesłuchania, a tam dopiero zobaczono ich paszporty. Johan opowiadał, że widział przerażenie w oczach przesłuchujących, że zrobi się z tego wielka międzynarodowa afera. Wypuścili ich i kazali wracać do domu. Ci jednak znowu pojechali na demonstrację. Znowu policja. Tym razem jednak przezornie pokazują od razu paszporty i nikt ich nie tyka. Po wszystkim wracają do Norwegii z żonami. Z polskimi żonami, które poznali w czasie strajku. Ot, magia spotkania. Świetna historia, prawda?
Kiedy Johan kończy jesteśmy już na miejscu. Noc na lotnisku i czas do domu.
Dzięki za wspólne “przejście” Kungsleden. Do usłyszenia!

(jutro postaram się dodać wskazówki praktyczne i będzie finisz) :)Laponia – samo gęste

Nadszedł czas na podsumowania i wskazówki praktyczne. Zatem do rzeczy!


Kungsleden – to jeden z najpiękniejszych długodystansowych szlaków turystycznych znajdujący się w Laponii; historycznej szwedzkiej prowincji.
Powstał na początku XX wieku dzięki STF (Svenka Turistforeningen), które dzięki temu chciało promować lapońskie krajobrazy (oj, udało im się!). Droga była stopniowo rozbudowywana i wyposażana w schroniska noclegowe.
Najbardziej popularna część tej trasy znajduje się pomiędzy Abisko a Hemavan i liczy ok. 450 km. Szlak jest naprawdę dobrze oznaczony i zaopatrzony w mosty, choć chatkowi ostrzegali mnie że przy obfitym deszczu lub śniegu ciężko odnaleźć drogę. Znakami rozpoznawczymi na Kungsleden są czerwone koła namalowane farbą na kamieniach, drzewach lub słupach. Dodatkowo często pomocne są kamienne kopce również z czerwonymi kółkami. Wysokie słupy z czerwonymi krzyżykami przypominającymi trochę krzyż św. Andrzeja wyznaczają szlak zimowy i nie należy się nimi sugerować latem, ponieważ często te dwie drogi rozdzielają się. Szlak w kilku miejscach jest przecinany przez jeziora, stąd konieczne jest korzystanie z łodzi.

Waluta

Korona szwedzka – 1 korona = 0,44 złotego

Dojazd

Samoloty latają do Kiruny i Narviku (m.in. SAS). Do Abisko dociera również pociąg. W sezonie letnim tak połączenia lotnicze jak i kolejowe kosztuje ok. 800 – 1000 zł. Chyba, że uda się wcelować w jakąś korzystną promocję.

Ja jednak zdecydowałem się przybyć tam autostopem z Trondheim (Lot do Trondheim kosztował ok. 150 zł w dwie strony.)

Jak się okazało była to duża loteria. W jedną stronę złapałem bezpośredniego stopa do samej Laponii, z powrotem męczyłem się prawie 4 dni. No ale w końcu to jest najpiękniejsze w autostopie.

Zakwaterowanie

Wzdłuż Szlaku Królewskiego można znaleźć schroniska (chatki) wyposażone w gaz, czasem posiadające saunę. Namioty można rozbijać w zasadzie wszędzie (poza Parkami Narodowymi). Często robi się to w pobliżu chatek i za drobną opłatą jest wtedy możliwość korzystanie z udogodnień chatki (toaleta, gaz, sauna, sklepik). Nocleg w chatce jest uzależniony od konkretnego miejsca, ale koszt oscyluje w granicach 300-350 SEK

Ceny

Przykładowe ceny artykułów spożywczych w schroniskach na Kungsleden:

Ser topiony w tubie – 50 SEK
Pieczywo Wasa – 25 SEK
Jajko – 5 SEK
Wędlina (ok. 5 plastrów) – 45 SEK
Adventure ford – 85 SEK
Gaz (campingaz, pojemność 450) – 90 SEK
Batonik czekoladowy – 20 SEK
Woda – najczystsza w strumieniach, nie kupisz tego produktu w chatce

Zwróćcie uwagę, że całkiem opłacalne jest kupowanie Adenture Food. Ceny w Polsce są dość podobne.

Plecak, ekwipunek

Nie wiem czy tutaj będę dobrym doradcą. W tym przypadku jestem skrajnym minimalistą i często wolę narzekać na brak czegoś istotnego za cenę komfortu dla moich pleców.
Poleciałem z 10 kg bagażem podręcznym w którym zmieściłem plecak, śpiwór, karimatę, kuchenkę turystyczną, jedzenie, ciuchy, latarkę, aparat, telefon, ładowarkę i przewodnik.
Fakt, jedzenia mogło być więcej, ale w schronisku zawsze można coś dokupić. Poza tym było naprawdę w porządku.
Miałem dość krótkie i lekkie buty podejściowe, ale nie zamierzałem zdobywać najwyższego szczytu Szwecji, więc przy dobrej pogodzie jak najbardziej zdały one egzamin.

Jeszcze jedno – wielu ludzi bierze zbyt dużo rzeczy. Czasem można naprawdę fajnie z tego korzystać. W schroniskach znajdują się szafki zatytułowane „Wziąłeś za dużo? Podziel się”. Jeśli akurat czegoś Wam brakuje, śmiało zajrzyjcie – czasem ludzie rezygnują z pyszności!

Czy warto?

Oczywiście to pytanie retoryczne. Surowy klimat, mało ludzi, samotne noclegi, spotkania z reniferami i taki… zew natury! Kogo to kręci – powinien się wybrać!

Na co uważać?

- Komary, bąki i inne. Pod koniec sierpnia nie powinno ich być. Niestety lato w Skandynawii się spóźniło, a wraz z nim przyszły i te owady. Polecam czapki z moskitierami i skandynawskie środki odstraszające.
- Warto finansowo przygotować się na przeprawy łodziami. Tych obowiązkowych jest 6, a koszt jednej waha się od – 150 do 300 SEK

Ciekawostki

Najwyższy punkt Kungsleden jest położony na przełęczy Tjaktja na wysokości 1150 m n.p.m., najniższym punktem jest Kvikkjokk z 302 metrami wysokości.


Za długo?

Jeśli 450 km to za dużo nie musicie się przejmować. Jest kilka opcji skrócenia tej drogi i zobaczenia tego co najpiękniejsze. Pierwsza do odbicie z Kungsleden z Singi do Nikkaluokta. Jest to jeden z wariantów szlaku, dlatego jest bardzo dobrze oznaczony. Z Nikkaluokta bez problemu dostaniemy się do Kirusy (autobusów co najmniej 5 dziennie).
Jeśli chcielibyście zaś obejrzeć południową część drogi to również bez problemu (pociągi, autobusy) możecie dostać się do Ammarnas i ruszyć na południe do Hemavan.
Obie propozycje liczą sobie ok. 100 km, a chatki w tych miejscach rozsiane są co kilkanaście kilometrów, zatem naprawdę – da się to zrobić!


To tyle. Finito. Chętnie odpowiem na pytania i dziękuję za miłe słowa! :)

Dodaj Komentarz

Komentarze (20)

julk1 6 września 2015 23:43 Odpowiedz
A kiedy dalsza część, bo zapowiada się ciekawie.
booboozb 11 września 2015 07:37 Odpowiedz
Meega! Rozważałem Kungsleden tego lata, niemniej jedna wyłącznie odcinek z Abisko do Nikkaluokty.Szacun za pokonywane odległości, będę śledził i czytał dalej.pozdrawiam
marcino123 12 września 2015 15:51 Odpowiedz
no to się szykuje mega relacja :) szacun za podjęte wyzwanie i świetną inspiracje na przyszłość musiałem wrzucić w google ten szlak, bo nie mogłem uwierzyć w te 450km !
booboozb 16 września 2015 18:31 Odpowiedz
Magiczna wyprawa! 450 km w takim czasie robi mega wrażenie.
booboozb 26 września 2015 18:47 Odpowiedz
Quote:Poleciałem z 10 kg bagażem podręcznym w którym zmieściłem plecak, śpiwór, karimatę, kuchenkę turystyczną, jedzenie, ciuchy, latarkę, aparat, telefon, ładowarkę i przewodnik.Bez namiotu, czy wkradła się pomyłka?Jak z cenami i obłożeniem chatek na szlaku?
szymon-podroznik 28 września 2015 00:38 Odpowiedz
Namiot oczywiście był - zapomniałem ;)Ceny podałem - chodzi o coś konkretnego?Co do obłożenia chatek - nie często w nich nocowałem, ale obserwując, a kilka razy korzystając, mogę stwierdzić, że nigdy nie było większego obłożenia niż 50 %. Także nie ma się o co martwić, jeśli oto chodzi.
cypel 30 września 2015 09:07 Odpowiedz
@Szymon Podróżnik, piszesz, że są wzdłuż szlaku chatki (schroniska) płatne.Z tego co się orientuję w Szwecji i Finlandii jest dużo darmowych chatek, w Szwecji Ödestuga a w Finlandii Autiotupa. Nie spotkałeś się z takimi darmowymi chatkami ?Sama wyprawa genialna, gratuluję.
sofizmat 30 września 2015 09:21 Odpowiedz
Nie. Na King's Trail wszystkie chatki sa platne. Ale w odleglosci 200 m od chatki mozesz sie rozbic za darmo, wiec nie widze problemu.Co do darmowych chatek w Skandynawii, to przyznaje ze pierwszy raz slysze. Chyba ze mowisz o takich chatkach, w ktorych nie ma straznika, a na scianie wisi puszka, w ktorej nalezy zostawic naleznosc za nocleg, tyle ze nikt tego nie pilnuje.Zdarzylo mi sie tez nocowac w Norwegii w chatce, gdzie trzeba bylo wypelnic rachunek swoimi danymi osobowymi, zostawic go w puszce, a potem czekac na fakture, ktora przyjdzie do domu. To bylo 2 lata temu - faktura do tej pory nie przyszla.
lukasz0207 30 września 2015 09:58 Odpowiedz
Gratuluje wyprawy, dzięki Tobie dowiedziałem się o tej trasie i dopisałem ją do mojej listy miejsc w których muszę być :) Mam tylko jedno pytanie, czy te przeprawy łodzią są konieczne, nie da rady jakoś obejść jezioro (jeśli nie jest za duże oczywiście) czy może przepłynąć wpław ? Może dziwne pytanie, ale lubię takie trasy przejść całkowicie o swoich siłach jeśli się da.
lukasz0207 30 września 2015 09:58 Odpowiedz
Gratuluje wyprawy, dzięki Tobie dowiedziałem się o tej trasie i dopisałem ją do mojej listy miejsc w których muszę być :) Mam tylko jedno pytanie, czy te przeprawy łodzią są konieczne, nie da rady jakoś obejść jezioro (jeśli nie jest za duże oczywiście) czy może przepłynąć wpław ? Może dziwne pytanie, ale lubię takie trasy przejść całkowicie o swoich siłach jeśli się da.
cpq 30 września 2015 12:25 Odpowiedz
Super relacja ! aż sie zacząłem zastanawiać... ;-)A masz jakieś sprawdzone mapki/przewodniki/stronki internetowe gdzie można sobie popatrzeć zaplanować (bardziej mi chodzi o wyznaczenie trasy) itp.
cypel 30 września 2015 12:47 Odpowiedz
@CPQ tu masz tracka i elegancko na open street map jest zaznaczone Kungsleden, tylko daj max. powiększeniehttp://my.viewranger.com/route/details/NjQwNTU=
szymon-podroznik 30 września 2015 17:26 Odpowiedz
Dzięki za miłe słowa!Odpowiadając sprawa wygląda tak, że:- @cypel Wiem, że w Finlandii są darmowe chatki, ale na Kungsleden wszystkie są płatne w wysokości o której napisałem. Prawdą również, o czym pisałem, jest, że w pobliżu chatki można rozbić namiot za darmo (choć w niektórych miejscach życzą sobie również za to opłatę. Wtedy trzeba wybrać dostatecznie dużą odległość żeby nie być na terenie schroniska).- @lukasz0207 Co do przeprawy i jezior. Praktycznie wszędzie teoretycznie da się obejść jeziora, ale jeśli pogoda nie będzie dobra przejście na azymut może okazać się niewykonalne. Czasem jednak zdarzają się inne szlaki, które umożliwiają takie obejścia. Warto przeliczyć wszystko na mapie, bo przypuszczam, że w niektórych przypadkach może to być konieczność nadrobienia kilkudziesięciu kilometrów. Przepłynąć? Hm... ja zbytnio nie pływam, więc nie wyobrażam sobie robić tego w dodatku z 10-12 kg bagażem, ale jeśli ktoś praktykuje to może i można, ale znów polecam na mapie sprawdzić odległości. - @CPQ Ja miałem taki przewodnik http://www.amazon.co.uk/Kungsleden-Roya ... 0953863190 i jest bardzo ok. Polecam, choć mapki są bardzo mało szczegółowe.Jeśli chodzi o mapy papierowe to tego typu http://www.altiplanobooks.be/maps/hikin ... artan.html ale całość zajmuje chyba ok 15-20 map, a każda kosztuje sami widzicie także opcja którą podał @cypel jest chyba lepsza.
japonka76 30 września 2015 18:12 Odpowiedz
Szacun. Chociaż ja się z pewnością na taką trasę nie wybiorę i zupełnie tego nie rozumiem ale jestem pełna podziwu.Bardzo lubię Skandynawię i chętnie czytam i oglądam relacje z tej części świata.Trochę mało tych reniferów na zdjęciach :) I z tych dobrych rad: Naprawdę pracowałeś 40 lat? Tym większy szacun za tak dobra kondycję w słusznym wieku ;)
szymon-podroznik 30 września 2015 21:25 Odpowiedz
Dzięki @Japonka76Co do zdjęć - tak jak pisałem, na początku wyprawy utopiłem aparat, także moje możliwości były dość ograniczone ;)A co do dobrych rad, to przeczytaj jeszcze raz. Cytuję tego starszego Pana i to prawda, on rzeczywiście pracował tak 40 lat, a teraz spaceruje sobie po Laponii 8-) Można? Można! ;)
sofizmat 1 października 2015 10:22 Odpowiedz
Ja tylko dodam, ze fajna mapa do planowania tras jest tez tutaj: http://ut.no/kart/Co prawda mapa dotyczy glownie tras trekkingowych Norwegii, ale King's Trail akurat sie na niej miesci.
natka26 21 października 2015 13:54 Odpowiedz
gratuluję ukończenia tak wspaniałego i wymagającego szlaku! :) pozazdroszczę reniferów i widoków!
szymon-podroznik 27 października 2015 09:10 Odpowiedz
Wielkie dzięki! Była to rzeczywiście piękna przygoda ;)
arturro 28 października 2015 14:29 Odpowiedz
Coś pięknego!Moim prywatnym zdaniem, relacja września (ale przegapiłem deadline na głosowanie :oops: )
szymon-podroznik 30 października 2015 15:06 Odpowiedz
@arturro Dzięki! Bardzo mi miło :) Swoją drogą, ja też przegapiłem ;)