Dodaj Komentarz
Komentarze (36)
jacakatowice
28 września 2015 09:54
Odpowiedz
Mam nadzieję, że nie każesz długo czekać na ciąg dalszy tej pasjonującej opowieści.
;) Aż sam sobie przypomniałem swój pierwszy wyjazd na mityczny "zachód", w marcu 1988 roku. Warto przypomnieć , że obowiązywały wtedy dwa rodzaje paszportów, wydawanych przez Milicję Obywatelską. Niebieskie na tzw KDL "demoludy" i czerwone , ważne na "wszystkie kraje świata." Ten drugi nie tak łatwo było uzyskać i trzeba go było zwrócić na komendzie MO po powrocie. Mogli go póżniej wydać, albo i nie. Zależy co wpisali w kartotece delikwenta.Jedyne dwa miejsca "na zachodzie", gdzie można było pojechać bez wizy to była Austria i Berlin Zachodni.Do innych krajów najprościej było wykupić wycieczkę autokarem w nielicznych wtedy biurach podróży.Skorzystałem z oferty takiego biura podróży w Katowicach i wykupiłem 3 dniówkę do Hamburga. Cena była zawrotna. PLN+ marki { DM]. Ale załatwiali wizę, a to było najważniejsze. Po kilkunastu dniach oczekiwania ,siedziałem już w starym Jelczu i jadę "do raju".
:D Już w Katowicach ten leciwy pojazd był prawie pełny. Następni emigranci/ przesiedleńcy { bo przecież nie turyści
;) ] wsiadali w Zabrzu, Gliwicach. W Opolu nie było już miejsc siedzących. Kierowca nie chciał nikogo więcej zabrać. Potężna awantura. Ludzie posprzedawali wszystko co mieli, kupili bilety w jedną stronę i po prostu musieli jechać. I pojechali. Na stojąco. Trasa [wtedy bez autostrady] kilkadziesiąt godzin do granicy NRD-RFN w Helmstedt. Tam kilkugodzinna kontrola. NRD-owcy szukali swoich obywateli, którzy absolutnie nie mogli wyjeżdżać do RFN.Jeszcze parę godzin jazdy i jest Hamburg. O szoku jakiego doznaliśmy wszyscy, widząc jak tam to wygląda , nie ma co pisać.Bajka i raj na ziemi.
;) w porównaniu z PRL-em.Autobusy wracały do Polski kompletnie puste. Często nawet kierowcy zostawali, i nie miał kto "odholować" rzęcha do Polski po następnych.
:D Jedna noc spędzona w najtańszym hoteliku na St.Pauli [ dodatkowy szok, bo to przecież "rozrywkowa" dzielnica
8-) ].Następnego dnia, za ostatnie DM, kupiony bilet kolejowy do Friedland [największy wtedy obóz przejściowy w RFN dla uchodżców/ przesiedleńców]. Zobaczyłem pierwszy raz, jak wygląda normalny europejski pociąg.
:lol: Do Polski zawitałem ponownie dopiero po dwóch latach. Komuna sobie padła w międzyczasie i wszystko się zmieniło...
tiktak
30 września 2015 22:36
Odpowiedz
Kiedy to było ....Gdyby wówczas mi ktoś powiedział, że będę sobie po Europie jeździł jak i kiedy chcęi na dodatek jako turysta a nie gastarbaiter - byłoby to nie do uwierzenia.W 1988 też trafiłem do Hamburga, ale wyjechałem tylko na kilka dni, na zakupy handlowe -pojawiły się wówczas pierwsze komputery.Pamiętam, że przywiozłem sobie między innymi twardy dysk, olbrzymi! : 20MB.A sposób na paszport - dokładnie tak jak Ty:)Nocleg na St.Pauli w hostelu młodzieżowym, a Reeperbahn szokowało ....======================Ale wracając do 1987 i Szwecji:Byłem gdzieś w okolicach portu.W pokoju, gdzie zostałem posadzony na małym zydelku, kręcili się panowie, którzy właśnie co zafundowalimi przejażdżkę.Volvo nigdy do tej pory nie jechałem, a z piskiem opon na zakrętach to już na pewno nie.Walizki i plecak zostały ułożone na stole.Dotrzymujący mi towarzystwa specjalnie się mną nie interesowali. Po chwili jednak drzwi uchyliły się.Na korytarzu mignęła mi postać w kusej, skórzanej kurteczce a do środka weszli następni dwajosobnicy, ale w bardziej wyprasowanych mundurach i z większą ilością naszywek na epoletach.Miny mieli uroczyste, jeden stanął przede mną i odczytał coś z trzymanej kartki, a następnie spojrzałna mnie wyczekująco.Aha, zrozumiałem, że mam ustosunkować się do usłyszanej epistoły.Dowiedziawszy się, że po szwedzku ni w ząb nie rozumiem, drągal o aryjskiej urodzie, z kartką w ręku,przybrał zniecierpliwioną i nie wiadomo czemu, zdziwioną minę, a następnie zaczął od nowa,tym razem po angielsku.W skrócie chodziło o to, że do Szwecji nie wolno wwozić różnych rzeczy i o ile przyznam się, że je wwiozłemale tylko niechcący, to nie pójdę do więzienia tylko zostanę odesłany do domu.Na szczęście na tej niezbyt długiej liście chleba ani zupy w proszku nie było, więc się nie przyznałem.Zniecierpliwieni i chyba trochę już źli panowie zabrali się za rozpakowywanie moich tobołków.Przy siódmym bochenku aryjczyk uniósł ze zdumienia brwi a jego kolega przestał grzebać w walizce tylkozaczął bacznie mi się przyglądać.Atmosferę ogólnego zniechęcenia i rezygnacji tylko na moment rozświetlił błysk w oku drugiego rewidenta,gdy wpadł na pomysł aby rozkroić jeden z chlebów. Zawiedziony, kilka pozostałych sztuk jedynie trochępogniótł i potarmosił.Zapanowała cisza, prawie wszyscy gdzieś się ulotnili, na placu boju pozostał tylko kolega aryjczyka i jedenz konwojentów. Upchali moje rzeczy z powrotem do walizek (ale bardzo byle jak) i zgodnie stwierdzili, żew zasadzie, to mogę już sobie pójść.Stanowczo odmówiłem.Po chwili konsternacji i krótkiej naradzie zaproponowali mi podwiezienie na przystanek.Kwadrans później znów siedziałem, jak przedtem, na znajomej już ławce.
tiktak
1 października 2015 23:27
Odpowiedz
Kierowca autobusu był bardzo uprzejmy, zatrzymał się zaraz przy bramie zakładu, do którego zmierzałem.Z biciem serca wszedłem do biura i zapytałem o Karen, która miała nadzorować mój pobyt.Starsza pani sprawiała sympatyczne wrażenie, była bardzo energiczna i, jak się okazało,mogła wszystko, bowiem zakład należał do niej. No, prawie wszystko. W niektórych kwestiach, jak późniejmogłem się przekonać, rządziły związki zawodowe.Wprawiłem ją w zakłopotanie moim nie najlepszym angielskim.Nie bardzo wiedziała, dlaczego nie chcę skorzystać z pomocy w wynajęciu samochodu.Przecież mógłbym łatwiej dostać się do nieodległego Lund, gdzie, jak na ośrodek akademicki przystało,na pewno znajdę mnóstwo kolegów i studenckich atrakcji.Na wszelki wypadek, z myślą o moim planowanym przybyciu, zarezerwowała domek, na znajdującym się nieopodalkempingu, ale oczywiście ode mnie zależy, gdzie będę chciał zamieszkać.Wiadomo, praktyka jest tylko takim pretekstem do przyjazdu. Tak na prawdę chodzi o to, żeby poznać kraj,pozwiedzać i dobrze się bawić - w zeszłym roku zawitał w Sjobo student z Holandii i widziała go chyba tylkow pierwszym i ostatnim dniu praktyki.Cóż, wszystko wskazywało na to, że będę tu raczej egzotycznym przybyszem...Przez chwilę dane było mi poczuć się bardziej swojsko, gdy Karen zapytała o mój bagaż.Walizki zostawiłem na chodniku, przed zakładem.Przecież powszechnie było wiadomo, że w Szwecji nie ma złodziei.Oczy mojej opiekunki zrobiły się okrągłe. Popatrzyła na mnie z niedowierzaniem a następnie wybiegła jakoparzona przed budynek.Pakunki ciągle jeszcze stały pod płotem. Po chwili, targałem je w stronę przepastnego bagażnika Volvonależącego do Karen, a starsza pani, ciągle zadyszana, łagodnie przemawiając próbowała wyprostować moje błędne,jak twierdziła, wyobrażenia.Jazda na kemping, gdzie miałem zamieszkać, nie trwała długo.W ciągu kilkunastu minut jazdy, Karen dowiedziała się, że nie chcę zwiedzać Sztokholmu ani że nie mam tukolegów, z którymi będę chciał spędzać czas. Że do Lund również się nie wybieram a miejscowa dyskoteka,choć podobno ogólnie lubiana, też mnie nie interesuje.Wczesna jesień zdążyła już wygonić wszystkich turystów z kempingu a wiatr delikatnie zamiatał pierwszeżółte liście poniewierające się na alejce przed domkiem.Miałem spędzić w nim najbliższy miesiąc.Karen zbierająca się już do odjazdu zawróciła.- Tom, to po co tu przyjechałeś? Była dobrze ułożona, więc pytanie z trudem przeszło jej przez gardło.- Noo, na praktykę, pracować. U nas na praktyce pracuje się. A u was nie?Karen myślała i kiwała głową. Jasne postawienie sprawy jednak dało szansę na oddalenie perspektywykłopotów, które zapowiedziało moje pojawienie się w firmie.Naraz rozchmurzyła się, pstryknęła palcami.- Mam! Nawet dobrze sie składa. To faktycznie chcesz pracować?Umówiliśmy się na jutro w zakładzie.Karen jeszcze raz sprawdziła, czy nic mi nie brakuje i odjechała.A ja zostałem sam. Miałem pracę w Szwecji. I to legalną!Huraaa!!!Na drugi dzień, rano, zameldowałem się w zakładzie. Karen przekazała mnie kadrowej, ta kierownikowidziału spedycji a ten z kolei grupie moich przyszłych kolegów, z którymi miałem pracować.Zjawisko studenta-praktykanta, który chciał cokolwiek robić było tu chyba, jeżeli nie nadzwyczajne, toprzynajmniej niepospolite. Za każdym razem przynajmniej dwa razy musiałem potwierdzać, że rzeczywiściechcę do pracy.Zadaniem naszej kilkuosobowej brygady było kompletowanie elementów armatury hydraulicznej wytwarzanejprzez zakład.Konstrukcję złożoną z kilkunastu części upychaliśmy do tekturowych pudełek, te z kolei, do dużychtekturowych pudełek. Duże tekturowe pudła wędrowały do bardzo dużych tekturowych pudeł.Tu niestety zabawa się już kończyła, efekt naszej pracy wyjeżdżał na wózku do innej hali.Podejrzewaliśmy, że ci, którzy tam pracują, mają jeszcze większe pudła, więc na zapas im zazdrościliśmy.Ale jak tam było na prawdę, to nie wiem.Praca była żmudna, ale niezbyt ciężka, czysta, no i w sympatycznym towarzystwie.Byłem zadowolony.Koło południa zjawiła się Karen. Była wyraźnie poirytowana. Stwierdziła, że skoro chcę pracować a jejciągle brakuje chętnych do tej pracy, to uzgodnienia w tej kwestii ze związkami zawodowymi uważa za bzdurę.Poklepała mnie po ramieniu, stwierdziła, że w żadnym razie nie powinienem się denerwować tym, żepojutrze specjalnie przyjadą z Malmo panowie z centrali związkowej.Potem wypowiedziała parę słów, których nie rozumiałem. Zapytana, odparła wymijająco, że wyraziła swojeniezadowolenie z partii stojącej obecnie u steru władzy.Koledzy z pracy zdawali się hołdować maksymie "I live for fridays".Wszyscy, bez względu na wiek i usposobienie, to co do nich należało wykonywali w miarę solidnie ale raczejbeznamiętnie.Odnosiłem wrażenie, że sensu życia upatrywali przede wszystkim w oczekiwaniu na weekend.Sprawiający zamknietych w sobie, W piątek już od samego rana ożywiali się, stawali się bardziej rozmownia nawet zaczynali robić sobie nawzajem dowcipy. Po południu, rozdokazywani jak nastolatki opuszczalibramę zakładu, po to, by w poniedziałek rano, znów przygasnąć i zmienić się w sprawnie działającegorobotnika.Informacje na temat życia w Polsce specjalnie ich nie interesowały, więc wiele na swój temat nie opowiadałem.Raz tylko trochę rozemocjonowali się, gdy przy jakiejś okazji powiedziałem, że u nas za używany samochódna giełdzie trzeba zapłacić dwa razy tyle co za nowy, ze sklepu.Upewniwszy się, że nie chodzi tu o auta zabytkowe ani produkowane w jednostkowych egzemplarzach modeleFerrari przez parę minut próbowali dociekać co może być powodem takiego ewenementu.Potem jednogłośnie stwierdzili, że to nie jest możliwe i że niezły żartowniś ze mnie.Dwa dni później, już od samego rana, atmosfera w pracy zrobiła się jakaś dziwna.Karen była markotna i unikała okazji do rozmowy. Starszy pan kierujący wózkiem widłowym, zamiasturuchomić swoją maszynę i przestawiać z kąta w kąt zrobione przez nas paczki, z uroczystą miną wymieniałjakieś informacje z każdym, kto napatoczył mu się na drogę.Inni raczej tylko udawali, że zajmują się czymś pożytecznym.- Pakujesz a ja zaklejam czy wolisz na odwrót?, zapytałem Jonasa, z którym pracowałem od przedwczoraj.- E tam, wszystko mi jedno, odparł znudzony.- Nie ma się co rozpędzać, bo i tak zaraz będzie przerwa. Przyjeżdżają z centrali, ciągnął.- ???- No, ZWIĄZKI ZAWODOWE!
samaki9
2 października 2015 00:00
Odpowiedz
Fajna relacja , trochę jakbym widział siebie....Co do przelicznika dolarowego to pamiętam jak dziś - wiosna 1988 , 1 dolara w Bydgoszczy pod Pewexem sprzedawałem za 1500 złotych , a 1500 zł to było 20 półlitrowych Lechów (fakt ,że cięzko było na nie trafić) w porządnej restauracji.
luki
2 października 2015 08:22
Odpowiedz
Ciekawa relacja. Na szczęście nie przyda się ona nikomu w praktyce:)P.S. Gdzie zdjęcia? Wrzuć chociaż takie z telefonu.
michzak
2 października 2015 08:28
Odpowiedz
Z telefonu w tamtych czasach nie dało się zbyt wiele zdjęć wykonać
;)
jacakatowice
2 października 2015 09:53
Odpowiedz
luki napisał:Ciekawa relacja. Na szczęście nie przyda się ona nikomu w praktyce:)P.S. Gdzie zdjęcia? Wrzuć chociaż takie z telefonu.I dlatego takie tematy są potrzebne, żeby młodzież tro90chę uświadomić.Chociaż jak widać, nie zawsze się udaje.Zdjęcia z telefonu w latach 80-tych.
:lol:
maczala1
2 października 2015 10:20
Odpowiedz
O przepraszam, ja mam zdjęcie z telefonu z tamtych czasów, to znaczy wszedłem do budki telefonicznej i zrobiłem zdjęcie
:)
luki
2 października 2015 10:51
Odpowiedz
Z tym telefonem to żart oczywiście. Chociaż juz wtedy na telefon mówiło się aparat telefoniczny. Taki młody to nie jestem, wszak w 87 byłem już po sakramencie uprawniającym do posiadania nowoczesnego sprzętu w postaci zegarka z16 melodyjkami. Bez aparatu.Na koncie miałem również pierwszą zagraniczną podróż. Do NRD, które i tak było dla mnie bogatym zachodem.P.S. To może chociaż jakieś skalne ryciny?
tiktak
3 października 2015 09:39
Odpowiedz
Przelicznik USD <-> PLN był wtedy kompletnie szalony.Ops! Nie PLN! Denominacja była parę lat później, USD <->ZLP, czyli Złoty Polski.I nie chodzi tu tylko o liczby, bo to w sumie kwestia umowy, ale o SIŁĘ NABYWCZĄ.O tym parę słów później.===============Panowie ze związków byli sympatyczni, a przynajmniej takie wrażenie próbowali za wszelką cenę sprawiać.Starali się rozmawiać z każdym, kto tylko znalazł się w zasięgu ich wzroku. Zachowanie takie przypominało trochę styl polityka na wiecu przedwyborczym.Nie ominęli i mnie.Zaczęli od pytania o zdrowie Lecha Wałęsy, następnie stwierdzili, że jest im miło mnie poznać,zwłaszcza, że zakładowa organizacja związkowa nie ma nic przeciwko mojej obecności.Widać, zdążyli to już wcześniej sprawdzić.Gdy wszyscy zgromadzili się w stołówce, dwaj działacze otwarli zebranie, zabrali głos i już go nikomuprzez natępne dwie godziny nie oddali.Zresztą nikt się nie kwapił, żeby im przeszkadzać.Publiczność wyraźnie podzieliła się na dwie grupy: starszych pracowników, skupionych w pierwszych rzędach,wpatrzonych w mówców jak sroka w kość i młodzież okupującą wszystkie możliwe zakamarki sali.Ci drudzy zdawali się brać udział w konkursie na najoryginalniejszą i najbardziej nonszalancką pozę, jakąmożna przyjąć półleżąc na krześle.Gdy jedna grupa patrzyła na mówców z pełnym nabożeństwem a druga nadrabiała niedostatki snu, dwaj panowie,gadali na zmianę jak nakręceni.Stanowili specyficzny duet. Pierwszy był wysoki, kościsty i mocno szpakowaty.Jego przykrótka, kiedyś ciemna a teraz wypłowiała marynarka sprawiała wrażenie, że wystarczy ją tylko lekkotrącić a w powietrze pofruną kłęby kurzu. Twarz pozbawiona rumieńców, w połączeniu z wełnianym szalikiem,kilka razy omotanym wokół szyi, przywoływała myśl o konieczności niezwłocznego wysłania delikwentado jakiegoś sanatorium.Drugi był niski, krępy a z charakteru chyba w typie playboya. Modnie ubrany, uczesany, wyprasowany.Jednym słowem - goguś.Ich emploi ulegało przeobrażeniu w trakcie przemawiania.Chudy i wypłowiały mówił ze swadą, radośnie, pogodnie, jak gdyby relacjonował mecz, w którym jego drużynawłaśnie wygrała. Goguś natomiast coś tam sobie ponuro mruczał pod nosem, smętnie i po cichu.- O czym mówią?, trąciłem Jonasa wyrywając go ze stanu nirvany.- A to co zwykle, odparł.- Czyli co?- Czyli co. Czyli co. Czyli chrzanią jak zwykle, mój kolega nie wiedzieć czemu zdenerwował się.Po chwili jednak postanowił zaspokoić moją ciekawość. Wyjaśnił, że panowie przyjechali, żeby nakłonić pracowników zakładu do wzięcia udziału w kursach. Ich koszty pokrywają związki zawodowe a na czas zajęć każdemu chętnemu przysługuje dodatkowy, pełnopłatny urlop.- To jakieś szkolenia zawodowe? zapytałem, jak się okazało - naiwnie.- He,he, a komu by się chciało, zarechotał Jonas.- No to czego chcą was uczyć?Jonas wyjaśnił, że lista rodzajów szkoleń jest długa i można sobie coś wybrać. Bynajmniej nie chodzi tu o rzeczy związane z pracą tylko o rozwój własnych zainteresowań. I zaczął wymieniać przykłady.Kursy językowe, kurs narciarski, szkolenie w zakresie wędkarstwa jeziorowego albo morskiego, kurssmakowania wina, różne szkolenia kulinarne, kursy dla filatelistów itd. itp.- No to rewelacja!, byłem zachwycony.- I na co się zapisałeś?Jonas popatrzył na mnie jak na ułomnego intelektualnie.- Eee, szkoda czasu. Nie chce mi się, odparł i ponownie, przymknąwszy oczy, odpłynął w nirvanę.Z drugiego końca sali nadal płynął nieprzerwany potok słów namów i rozlicznych zachęt.Przez ogólny gwar zaczął powoli przebijać się jakiś hałas.Za chwilę głośny śmiech zdominował całe pomieszczenie.To był chichot, chichot historii!Wszystko wskazywało na to, że PRAWDZIWY SOCJALIZM ZBUDOWALI SZWEDZCY KAPITALIŚCI!
tiktak
6 października 2015 18:35
Odpowiedz
Czas po pracy dłużył się niemiłosiernie.Właśnie, gdy kolejne z rzędu popołudnie poświęcałem na w pełni zasłużony odpoczynek i leżącanalizowałem nierówności na suficie, rozległo się stukanie do okna.Za drzwiami stała Karen, zasapana, zmęczona i bez nieodłącznego, jak do tej pory Volvo.- Tom, nie chciałeś wynająć auta, to przyprowadziłam ci rower.Pod oknem stała, wspierając się o ścianę, ciemnoszara damka.- Nowy nie jest ale jeździ, stwierdziła zadowolona z siebie Karen. - Chcesz?No pewnie, że chciałem. A przy okazji rower był jedyny w swoim rodzaju. Rama w kształcie dwóch połączonych "S", lampa wielkości spodka, nie ustępujący jej rozmiarami dzwonek, dziwaczna kierownica a poniżej dynamo, takie, jakich już od dawna nikt nie robi. Prawdziwy zabytek.- To on chyba przedwojenny?, zażartowałem.- Że jak powiedziałeś, przedwojenny? Aha. Noo, tak. Raczej tak. To mój pierwszy rower, a wtedy jeszczebyłam w szkole, stwierdziła Karen i chyba zrobiło się jej trochę przykro.Czym prędzej zapewniłem, zgodnie z prawdą, że z pojazdu strasznie się cieszę, podziękowałem jak umiałem,zrobiłem kółko wkoło placu, jeszcze raz podziękowałem.Także później kilka razy miałem okazję przekonać się, że historia w Szwecji ma inne kamienie milowe niż u nas. Domy postawione kiedyś jak stały tak stoją.Nikt ich nie zburzył, nie rozkradł albo nie upaństwowił dobytku.Nikt nie wydziedziczył prawowitych właścicieli, o ile w rodzinie nie trafiał się jakiś utracjusz.Słowem - kontinuum zamiast "przed wojną i po wojnie".Wszystko trwa nieprzerwanie: państwo, ustrój, kultura.Nawet rower.Oprócz roweru dostałem komplet filtrów do ekspresu do kawy.W opinii Karen był to artykuł pierwszej potrzeby i bez niego nie można było normalnie funkcjonować.Nic dziwnego. Kawa stanowiła tu podstawowy napój - do śniadania, do obiadu, do kolacji, a parzenia jejprzez zalanie w szklance nikt nie praktykował.Zatem mogłem pić kawę.Niestety, na półce, gdzie położyłem produkt podstawowy - chleb, zaczęło robić się pustawo.I to nie z powodu mojej nadmiernej żarłoczności.Wprawdzie na chlebie słodowym, jedynym sprzedawanym wówczas w folii, pisało, że to produkto wydłużonym terminie przydatności ale najwidoczniej nie aż tak bardzo wydłużonym.Pokrywające się zielonym nalotem pieczywo musiałem po kawałku, niestety - wyrzucać.Od widma głodu wybawił mnie, zatrudniony na stanowisku obok, młody Duńczyk.Sprawiał wrażenie osoby luźno traktującej wszelkiego rodzaju obowiązki a do pracytrafił chyba tylko na chwilę, żeby ponownie otrzymać prawo do zasiłku.Z nieukrywanym żalem przyjął wiadomość, że nie mam na sprzedaż polskiej wódki.Papierosów też nie miałem.Przez dwa dni przyglądał mi się podejrzliwie, aż w końcu przy śniadaniu zapytał:- No to jak nic nie masz, no to co masz?Miałem zupki w proszku.Pieniądze za sprzedany zapas pieczarkowej i pomidorowej mogłem zatem zainwestowaćw pieczywo.Czekała mnie, skwapliwie do tej pory unikana - wyprawa do sklepu.
gmak
6 października 2015 23:46
Odpowiedz
No, nie wiem, co będzie dalej z tym chlebem.W każdym razie moja małżonka spędziła kilka miesięcy w Szwecji w tamtych czasach.Jedną z pierwszych rzeczy, której się nauczyła od przebywających tam Polaków, to pieczenie chleba.Dawało to przebicie finansowe na cenie składników w porównaniu do gotowego wyrobu, a ponadto chleb szwedzki był mało jadalny.PS1: Niektórzy z tych Polaków trafili do Szwecji w dość drastycznych okolicznościach przez Tempelhof - wspominam bo to w końcu forum lotniczePS2: Sam mam wspomnienia z objazdu autokarowego po Europie i jedzenia przez kilka tygodni chleba w dużych puszkach zdobytego chyba z jakichś wojskowych rezerw strategicznych
grzes830324
7 października 2015 10:18
Odpowiedz
Świetna relacja, czekam z niecierpliwością ciągu dalszego.
tiktak
8 października 2015 23:23
Odpowiedz
Dzięki:)Za wiele do opowiadania nie ma, niestety.Poza pracą, w jedną sobotę wypad do Lund się przytrafił - i tyle zwiedzania Szwecji było:(=================Pamiętam z dzieciństwa, jak do naszych sąsiadów przyjechali cudzoziemcy.Stojąca pod blokiem Toyota była traktowana z największym nabożeństwema goście z wyjątkową estymą.Generalnie rzecz biorąc, w tamtych czasach, ktoś z zagranicy, bez względu na wygląd,zachowanie, wykształcenie czy osobisty wkład w zmniejszenie emisji dwutlenku węgla - to był ktoś lepszy.Być może wynikało to z faktu, że temu i owemu trafiało się mieć wujka gdzieś dalekoa przybysz z owym wujem się kojarzył.Nie jest też wykluczone, że był to syndrom tzw. staropolskiej gościnności.Tymczasem, poza wyjątkami, takimi jak nasz, cały świat od zarania dziejów funkcjonujezupełnie na odwrót.Przybysz, choćby nie wiem jak się starał - z reguły ma tylko dwie możliwości do wyboru -albo będzie dochodowym turystą albo barbarzyńcą.W sklepie było pełno ludzi ale, jak wkrótce spostrzegłem, to akurat JA musiałem przyciągnąćuwagę pana w granatowej marynarce i mikro słuchawką w uchu.Przyplątał się zaraz obok stoiska z kawą i potem już przez cały czas zdawało się,że przypadkowo jego plan sprawunków jest bliźniaczo podobny do mojego.Skąd on wiedział, że jestem obcy?No i dlaczego nie uznał mnie za dochodowego turystę?Trudno w to uwierzyć, ale sklepy samoobsługowe w większych miastach Polskipojawiały się wówczas raczej sporadycznie a na prowincji stanowiły rzadki ewenement.Nic dziwnego zresztą, prawie wszystko było reglamentowane, więc lada odgradzającatłum od towaru i sprzedawca odpędzający chętnych do wymiany biletów NBP najakiekolwiek przydatne dobra - byli niezbędni.W związku z tym samoobsługowa rzeczywistość szwedzkiego sklepu wywoływała zakłopotanie i konsternację.Czarny taśmociąg przed kasą wydawał się bez sensu, ale z tym można się było bez problemupogodzić - skoro oni tu tak lubią, no to czemu nie.Ale plastikowe kartoniki zamiast pieniędzy???No i miałem rację obawiając się, że brak takiego kartonika, to kłopoty.Gdy za kawałek ni to chleba ni bułki wręczyłem kasjerce równowartość moich blisko tygodniowych zarobkóww Polsce, ta sprawiała wrażenie, jak gdyby korony szwedzkie w banknocie zobaczyła po raz pierwszy,jeżeli nie w całym swoim życiu, to przynajmniej dzisiaj.Kasjerka wnikliwie wpatrywała się w pieniądz a rosnąca z tyłu kolejka - we mnie.Na szczęście, po kilku minutach sprawdzania autentyczności, banknot trafił do szuflady, reszta do mojejkieszeni, z gapiów uszło powietrze a na twarz ekspedientki wrócił uśmiech.Ufff...No tak, z barbarzyńcami trzeba ostrożnie.Żeby jednak nie było, że tylko same powody do kompleksów w Szwecji się przytrafiały,teraz będę się przechwalał i opowiem jak dostałem podwyżkę.Moja opiekunka praktyki, Karen - była świetną osobą.Jej mąż, Bengt - też.Opowiem o nich później.Obydwoje zadali sobie dużo trudu, abym na praktyce u nich czuł się dobrze i nigdy się nie nudziłalbo narzekał na samotność.Którejś niedzieli, późnym popołudniem, znów ktoś zastukał do okna. Zastukał, to za mało powiedziane.Dłuugo i mocno łomotał w szybę. Cóż, obszedłem już kilka razy całą okolicę dookoła i teraz wysypianie się powoli zaczynało stawać się główną rozrywką.Wytrwałym gościem, który postanowił wydobyć mnie z objęć Morfeusza był Bengt.Mąż Karen miał chyba duże zamiłowanie do nowinek technicznych.Tym razem chciał pokazać mi swój zakład, ale nie taki, jak miałem okazję oglądać codziennie, tylkojego zrobotyzowaną część.Jeszcze zanim dobrze zdążyliśmy zamknąć za sobą drzwi od hali, widać było, że coś nie jest do końcaw porządku.Miało być nowocześnie, tymczasem maszyny zachowywały się dokładnie tak, jak grupa niezbyt dobrzezorganizowanych i umotywowanych robotników.Jedne pracowały nie oglądając na nikogo i na nic. Wyglądało, że za chwilę, gdy rozpędzą się jeszcze bardziej,pozostanie im tylko rozlecieć się na setki śrubek i innych części.Inne znowu albo trwały w bezruchu albo zaczynały jakąś operację, ale tylko po to, aby po krótkiej chwili,jakby znużone, zrezygnować z niej.Jeszcze inne - mrugały sobie majestatycznie lampkami, a to czerwonymi a to zielonymi, ale do żadnejpracy nie chciały się zabrać.Powodem całego zamieszania była źle dobrana para: wtryskarka do tworzyw produkująca w zawrotnym tempieokrągłe sitka z białą wypustką i mechaniczny transporter, który zamiast te sitka układać w przygotowanychpojemnikach zrobił sobie przerwę.Na środku hali piętrzyła się już spora sterta części, które nie trafiły tam, gdzie należy.Gdy Bengt gorączkowo wydzwaniał po pomoc do pracowników z dozoru technicznego, zauważyłem, że jedna takawypustka od sitka zakleszczyła się w rolkach podajnika.Wyciągnąłem ją, ale nic nie pomogło.No tak, blokada spowodowała przeciążenie silnika i wyskoczył bezpiecznik.Łatwo było go znaleźć, bo skrzynka z całym ich mnóstwem była obok maszyny a "wyskoczony" był tylkojeden.Nie zważając na protesty Bengta zaniepokojonego moją nadmierną aktywnością włączyłem bezpiecznik i...wszystko ruszyło.W ten sposób zostałem bohaterem.Nazajutrz, zanim jeszcze zdążyłem zjeść drugie śniadanie, wszyscy wiedzieli, że "Tom naprawił robota".Ba, w zasadzie to całą linię produkcyjną.Do końca dnia unosił się wokół mnie nimb chwały.Na dodatek dostałem podwyżkę z 3 do 3.5 USD za godzinę a ktoś nawet zainteresował się na jakiejuczelni w Polsce studiuję.
witekkowal
9 października 2015 06:18
Odpowiedz
Świetnie piszesz, oby tak dalej i więcej
:-)Wysłane z mojego SM-G900F przy użyciu Tapatalka
samaki9
13 października 2015 16:04
Odpowiedz
Rewelacja , dawaj dalej !!! ps. toyota corolla w pewexie w 1987 roku kosztowała 1700 usd.
tiktak
16 października 2015 23:25
Odpowiedz
Dziękuję! Bardzo mi miło.
:)Niestety, więcej pisać kompletnie nie ma o czym.Wszystko przez moją opieszałość.Gdyby tak zabrać się do roboty jakieś dwadzieścia lat temu, to co innego.Wówczas co krok - to jakaś rewelacja:- Wiecie co oni tam mają na śniadanie zamiast kromki chleba albo jajecznicy?!- Sypią na talerz ziarenka jakieś takie z rodzynkami chyba i zalewają to mlekiem...Zatem historią o musli raczej furory dzisiaj już nie zrobię.Ale nic to - w zamian za widok bezgranicznego rozczarowania na twarzy Franka.Frank to siostrzeniec mojego dziadka, którego odbierałem z lotniska, gdy postanowiłkilka lat temu zobaczyć kraj przodków.- Thomas, a gdzie so te fury i konie, co mi mama mowila???- No i te ludzie so tak samo poubierane jak i u nas...- To u was sie tak samo zyje jak i u nas.- NO TO CO JA TU BEDE OGLĄDAL?Na szczęście mama przekazała też Frankowi opis wiejskich zabaw ludowych.Kiedy wybraliśmy się do klubu, najwidoczniej styl rozrywki zgromadzonej publikiw jakimś stopniu odpowiadał wizji przedwojennego klepiska w stodole.Frank był w pełni uszczęśliwiony i stwierdził, że nareszcie zobaczył prawdziwą Polskę,taką, jak mama opowiadała.W 1987 od Szwecji dzielił nas nie tylko Bałtyk, więc problemów, takich jak miał mój gośćz Ameryki - nie miałem.Oglądać było co.Różne rzeczy czy obyczaje były u nas jeszcze niespotykane i kontakt z nimi mógł stanowićźródło emocji.Szczególnych i nad wyraz niespotykanych wrażeń w podróży do Skandynawii dostarczyła mi GLEBOGRYZARKA.Z glebogryzarką było tak:Jak już wspominałem, Karen była bardzo opiekuńcza i jak mogła starała się, aby godziny po pracynie były jednym pasmem nudy.Któregoś piątkowego popołudnia, Lasse, jej syn, zaprosił mnie na weekend do swojego domu.Nie wątpię, że było to z jego strony poświęcenie - starszy, pracujący zawodowo, z rodziną,raczej nie mógł liczyć na to, że znajdzie we mnie interesującego go kompana.Bez dwóch zdań - Karen musiała stanowić modus operandi całego przedsięwzięcia.W towarzystwie Lasse i Agnethy ani przez sekundę jednak nie czułem się jak niepożądany gość.Dużo opowiadali o sobie, chętnie słuchali o tym, jak żyje się w Polsce, jednym słowem -wieczór jak u starych i dobrych znajomych.Stereotyp Szweda, chłodnego, zamkniętego i nieufnego, nijak nie pasował do moich gospodarzy.Jakkolwiek do końca tak lekko nie było ...Kiedy zrobiło się już trochę później i Agnetha poszła ułożyć dzieci do łóżek, Lasse z tajemnicząminą wyskoczył do kuchni.Po chwili wrócił uszczęśliwiony, z wielką miską, pełną skorupiaków.Z przerażeniem dowiedziałem się, że to wielki przysmak, że to specjalnie na moje odwiedziny,no i że teraz będziemy to JEDLI.W życiu nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby jedzenie na mnie łypało czarnymi oczętami - w czasachPRL owoce morza nie występowały.Technika konsumpcji była następująca: trzeba było wyssać co się dało od strony nóżek, potem odłamaćodwłok i wydobyć jego zawartość, a na koniec, największy przysmak - szczypce.Smakowało mniej więcej tak, jak kiszone śledzie, które dwadzieścia z okładem lat później sprawiłem sobie w Norwegii.Lasse natomiast sprawiał wrażenie tak zadowolonego, jak gdyby chrupał czekoladki.Sobota do południa była do zagospodarowania.Lasse stwierdził, że musi zrobić trochę porządków w ogrodzie przed zimą i jak chcę, mogę mu w tym dotrzymać towarzystwa albo posiedzieć sam w domu.Ogród wokół domu wyglądał zupełnie inaczej, niż u nas, na Podkarpaciu.Zamiast zrobić grządki i posadzić coś pożytecznego, ziemniaczki na przykład, albo cebulę, gospodarzeurządzili, nie do uwierzenia - trawnik.Praca porządkowa polegała na tym, że Lasse wypatrywał jakąś trawkę, która mu się z nieznanych powodównie podobała i specjalnym narzędziem wycinał w jej miejscu korek w ziemi a ja w powstały otwórwtykałem inny, wcześniej przygotowany korek.Jedyne pożyteczne rośliny rosły w pobliżu ogrodzenia, agrest, porzeczki i wyjatkowo rachityczny orzechwłoski.Najwidoczniej, jak drzewo ma w nazwie "włoski", to znaczy, że ma rosnąć we Włoszech a nie kawał drogina północ od nich.Fakt, że chciało ono mimo wszystko wegetować, stanowił dla Lasse powód do dumy i mówił o tym drzewku, jako szczególnym osiagnięciu botaniczno - ogrodniczym.I wszystko byłoby dobrze, gdyby mojemu gospodarzowi nie przyszło do głowy, żeby między malinami a płotemteż zrobić porządek.Przyciagnął dziwaczną maszynę z silnikiem spalinowym, rączką jak u motocykla, dwoma kółkami i wirnikiemwbijającym się w ziemię.Urządzenie pachniało nowością a na kierownicy dyndała jeszcze zawieszona metka.Lasse stwierdził, że bardzo usprawni nam ono pracę, tylko trzeba je uruchomić.Ja miałem trzymać za kierownicę a on maszynę uruchomi i wrzuci właściwy bieg.Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że gospodarz tego przyrzadu trochę się boi.No i słusznie ...Z początku, gdy maszyna ruszyła było nawet fajnie, później jednak, gdy złapała za jakiś korzeń -nie było na nią mocnych.Na pierwszy ogień poszły maliny, później pożarła dwa krzaki agrestu i skręciła...Z przerażeniem patrzyliśmy jak nieubłaganie zmierza w kierunku orzecha ...Drzewo uratował jakiś drut sterczący z ogrodzenia.Diabelska maszyneria wzięła go w zęby, myśląc, że poradzi sobie z nim, jak przed chwilą z krzewami.Ale nic z tego, nie dała mu rady, prychnęła z oburzenia silnikiem i wyłączyła się.Do ogrodzenia podszedł zaciekawiony naszymi poczynaniami sąsiad.Gdy tylko zorientował się, że jestem cudzoziemcem, zapytał Lasse, czy ma on pozwolenie na zatrudnianieobcych, bo jak nie to on to będzie musiał w kommunalt kontor zgłosić.Stropiony Lasse oznajmił, że nic podobnego, o zatrudnianiu mowy nie ma, jestem jego gościemi podobnie jak on, hobbystą interesującym się hodowlą orzechów włoskich.W poniedziałek unikałem spotkania z Karen, bałem się jej miny w związku ze zdemolowanymogródkiem.Kiedy jednak, chcąc nie chcąc napatoczyłem się na nią, ku mojemu zaskoczeniu sprawiała wrażeniecałkiem zadowolonej.Lasse powiedział jej, że nie chcialem przyjąć pieniędzy za pomoc w ogródku.
julk1
16 października 2015 23:41
Odpowiedz
Chłopie przyspiesz tempo pisania. Piszesz tak ciekawie, ze nie mogę doczekać się następnego odcinka...
higflyer
30 października 2015 00:35
Odpowiedz
"Ale to już było, znikło gdzieś za nami, Choć w papierach lat przybyło to naprawdę, Wciąż jesteśmy tacy sami."https://www.youtube.com/watch?v=L2bZmfu3g8Q#t=13
tiktak
3 listopada 2015 09:43
Odpowiedz
Dzięki:) Bliżej końca zapał stygnie i tempo spada:(=====================================Otrzymane w kolejną sobotę zaproszenie na kolację do domu Karen trochę mnie onieśmielało.Jakby nie patrzeć - pracodawca.Zostałem poinstruowany jak trafić, miało być niedaleko.Z głównej drogi skręciłem w żwirową, otoczoną szpalerem drzew alejkę.Ta wkrótce rozciągnęła się w okrągły, też wysypany żwirem - plac.Żeby nie było, że tylko same kamienie i kamienie, ktoś wymyślił na jego środku klomb.A na środku klombu z kolei, zainstalował zegar słoneczny.Budowla wyglądająca spoza drzew onieśmieliła mnie jeszcze bardziej i dobrą chwilę zastanawiałemsię, czy nie zrobić "w tył zwrot".Ostatecznie - zastukałem jednak do drzwi.Na kolację były karczochy.Teraz wiem, że to były "karczochy", ale wówczas zmagałem się z bliżej niezidentyfikowanym obiektem warzywnym.Mając świeżo w pamięci "crabs" u Lasse, zupełnie szczerze zacząłem wpółczuć Szwedom.Najwidoczniej mieli problemy z dotarciem do normalnego jedzenia.Mąż Karen, Bengt, okazał się miłym, jowialnym starszym panem.Jak się dowiedziałem, jest on trzynastym, a może piętnastym, niestety - nie zapamiętałem,pokoleniem w rodzinie przedsiębiorców.Właśnie powoli zaczął przekazywać władzę czternastemu a może szesnastemu pokoleniu,trochę jest z tym zgryzoty, bo Lars i Sven konkurują ze sobą.Nie ma jednak tego złego - w końcu może trochę czasu poświęcić na drobne przyjemnościi kupił sobie nowego Mercedesa i sprzęt hi-fi.Może też więcej energii zużywać na działalność w Szwedzkim Stowarzyszeniu Przedsiębiorców.Bengt kilka lat temu stanął na jego czele, a że nie próżnował, świadczyła kolekcja fotografii na ścianachgabinetu.Kompozycja wszystkich zdjęć była niemal identyczna, z każdej szczerzył się Bengt i jakaś towarzysząca mu osoba.Jedyne urozmaicenie polegało na tym, że gospodarz raz był z lewej a raz z prawej strony.Akurat rok wcześniej zginął w zamachu Olof Palme i fotka z premierem nabrała szczególnej wartości.Karen, zaradna i pracowita, musiała chyba żyć trochę w cienu męża, jakkolwiek nie sprawiała wrażenia niezadowolonej ze takiego stanu rzeczy.Kilkakrotnie zaznaczała, że mimo wieku, ciągłego zaangażowania w fabryce, jest w stanie poradzić sobiesamodzielnie z dużym domem i nie zatrudnia służby.Wydawało się zatem, że życie "upper class", na którą moi gospadarze zaczęli mi wyglądać, nie jest tu aż tak bardzo oderwane od ziemi.Do domu Karen i Bengta zajrzałem jeszcze raz, tuż przed wyjazdem.Gdy zaszedłem, aby oddać rower, drzwi otworzył Bengt.- Aaa, to ty. Wejdź, wejdź na chwilę.Na małym stoliku w gabinecie stała opróżniona do połowy butelka wina a rumieńce na twarzachdwóch siedzących przy nim panów i ich nad wyraz dobry humor wskazywały, że brakującapołowa zawartości wcale nie została gdzieś tam zmarnowana.- Edgar, this is Tom, student from Poland.- Tom, this is Edgar, CEO Saab Company.A potem Bengt zaczął podpuszczać Edgara.- Tom w przyszłym roku będzie inżynierem lotnictwa, te wasze Viggeny chyba nie latają za dobrze i przydałby się wam wreszcie ktoś kompetentny.- Tom, nie chcesz pracować u Edgara?Edgar po dwóch lampkach wina wcale nie chciał okazać, że coś mogłoby okazać się dla niegonie do przejścia.- Viggeny latają doskonale, ale jak zdolny, to możemy go zagospodarować.I obaj panowie, w doskonałych humorach, zgodnie zaczęli zabawiać się moim kosztem.- No to jak, Tom, chcesz zostać?Nie chciałem.Z wymyśleniem prezentu z wyprawy dla żony nie miałem najmniejszego problemu.Ela uwielbiała robić na drutach.W czasie "ogólnych niedoborów wszystkiego" walory użytkowe tego hobby były nie do przecenienia.Brązowy sweter w paski, drugi szary i trzeci - granatowy od święta stanowiły moją podstawowągarderobę.- To co ci kupić, jakby było za co?- Może jakąś ładną włóczkę? Sweterek bym sobie zrobiła...Z wymyśleniem prezentu problemu nie było ale z realizacją zamysłu - i owszem.- Gdzie tu można kupić włóczkę? spytałem Karen.- Włóczkę??!! Tom, po co ci włóczka?!- Na sweter? No to przecież możesz kupić gotowy. Tam za rogiem jest sklep i mają duży wybór.- Ale wiesz co, przypominam sobie, że w czterdziestym czwartym, jak była wojna, trudno było trochę coś kupići robiłam wełniane skarpety.- Na strychu chyba powinna gdzieś ta wełna jeszcze być. Jak chcesz, to poszukam i ci ją dam.Podziekowałem, wyjaśniłem, że pewnie nie jest ona ani czerwona ani różowa i na damski sweterekraczej się nie nada.- No to idź i kup gotowy zamiast dawać nici w prezencie.- Karen, u nas stan wojenny dopiero co się skończył i cały czas jeszcze musimy robić na drutach.- Aaa, no to chyba że tak.Karen w końcu dała za wygraną.- Zapytam księgowej, ona może będzie wiedziała, gdzie jest taki sklep.Mark Twain przedstawił kiedyś receptę na zdobycie fortuny:Chcesz poczuć się milionerem?Nic prostszego. Idź do sklepu wędkarskiego i kup pudełko metalowych haczyków.A potem przeprowadź się pomiędzy eskimosów.W dniu wypłaty poczułem się zatem jak eskimos, który wraca do swoich.850 USD, które pieczołowicie zaszyłem w kieszeni, aby na promie nikt mi ich nie zabrał, kiedy naprzykład się zdrzemnę, tutaj nie było kwotą godną jakiegokolwiek zainteresowania.No chyba, że leżałoby na ulicy i szukało właściciela...U nas, zważywszy, że moja pierwsza pensja w przeliczeniu wynosiła mniej więcej 15 USD,pieniądze te stanowiły równowartość blisko PIĘCIOLETNICH ZAROBKÓW.Miejsce chleba w walizkach zajęły kłębki włóczki, w kieszeni miałem fortunę a na promodwiózł mnie swoim najnowszym Mercedesem szef stowarzyszenia szwedzkich przemysłowców...Uff... Udało się.PS nr 1.Porównania i pomysły Marka Twaina zasługują na uwagę.Znajomy z uczelni, który najwidoczniej przeczytał jego nowelkę "Jak redagowałem gazetę rolniczą",dzięki otrzymanym tam radom zrobił fantastyczną karierę naukową.Nękany rok w rok przez uczelnianą komisję weryfikacyjną podejrzeniami o niedostateczneefekty pracy naukowej, czego dowodem miała być niezbyt imponująca ilość publikacjii cytowań jego prac w opracowaniach innych naukowców, postanowił działać.Na nową, wydaną wkrótce pracę, zawierającą, mówiąc delikatnie - tezy kontrowersyjne a mówiącszczerze - stertę bzdur, rzucili się oponenci z uczelni na wszystkich kontynentach.Kolega jest teraz najczęściej cytowanym polskim naukowcem a na fakt, że cytowaniema charakter raczej polemiczny, komputerowy system punktujący dorobek naukowy - niezważa.Sukces stuprocentowy.PS nr 2.Zawsze ciągnęło mnie, żeby do Sjobo wybrać się powtórnie.Zabrałem się za to po blisko ćwierć wieku, a że podróż ta odbyła się cokolwiek okrężną drogą,jest materiał na oddzielną relację.Napiszę o tym w oddzielnym wątku, o ile będzie padał deszcz.Pozdrawiam wszystkich czytających, bardzo dziękuję za posty i do zobaczenia.
:)
maczala1
3 listopada 2015 10:15
Odpowiedz
Nie będę pewnie zbytnio oryginalny stawiając tezę, że materiał bez żadnego redagowania od razu nadaje sie do druku i do dystrybucji szerszej niż forum
:)
samaki9
3 listopada 2015 10:17
Odpowiedz
TikTak fajnie ,że się odezwałeś !!! Wspomnienia wróciły....Pozwól ,że zadam Tobie dwa pytania. 1-łatwe , te 850 dolców to dostałeś za miesiąc? I drugie (dla mnie zawsze trudne , bo takich sytuacji w życia miałem pewnie z pięć) . Nie żałujesz , z perspektywy tylu lat ,że nie chciałeś zostać?
maciekm
6 listopada 2015 13:37
Odpowiedz
Świetna historia, ehh to musiały być czasy...Z racji troszkę innego wieku nie mogę tego pamiętać, ale sądząc po twoim tekście była to prawie egzotyczna podróż
:)Ja pod koniec lat 90 byłem na wymianie przez kilka dni w Finlandii. Jako prezent dla mojej fińskiej rodziny zawiozłem jakiś album o Polsce.Najbardziej rozbawiło ich zdjęcie "malucha" jakże jeszcze wtedy popularnego w Polsce
:) Nie mogli uwierzyć że to prawdziwy samochód.Z kolei kiedy oni przyjechali do nas mieli ze sobą tyle kieszonkowego, że spokojnie każdy z nich po 2 takie maluchy mógłby kupić
:)Zabieram się za czytanie relacji z PeruM.
jekyll
6 listopada 2015 19:50
Odpowiedz
Wciągająca opowieść
:) To były czasy
;)TikTak czekam na powrót
:)
silvershark
6 listopada 2015 20:37
Odpowiedz
Jedna z ciekawszych "relacji". Zdecydowanie się wyróżnia i trzyma czytelnika w napięciu
:D
tiktak
10 listopada 2015 20:41
Odpowiedz
Bardzo się cieszę, że relacja Wam się podobała.Obawiałem się, że w związku z jej małą przydatnością w kwestii rad podróżniczo-logistycznych,nie znajdzie zainteresowania.Pieniądze ze Szwecji podzieliłem na dwie części.Pierwsza - 10 USD została przeznaczona na zbytki i przyjemności.W Pewexie kupiłem za nią paczkę kaset magnetofonowych TDK, żeby nagrywać Wieczory Stereoz IV programu Polskiego Radia.Druga - 840 USD miała służyć celom pożytecznym.Wystarczyło, żeby wybudować dom w stanie surowym.Pewnie brzmi to raczej niewiarygodnie, ale tak było z dolarami, zanim Leszek Balcerowiczgospodarkę błądzącą w oparach absurdu wyprowadził na prostą.Zawsze chciałem pokazać rodzinie miejsca, po których przyszło mi się w Szwecji kręcić.Jakby nie patrzeć, na nas wszystkich wyjazd jakieś piętno pozostawił.W końcu wspomniana chałupa cały czas wszystkim nam służy.Okazja trafiła się ponad dwadzieścia lat później.Kupiłem przyczepę kempingową i postanowiłem wybrać się nią za Koło Polarne, a Sjobo było po drodze.Zatem, dopóty dopóki Administrator forum mnie nie przepędzi - spróbuję parę słów o tym wyjeździe dopisać.Na usprawiedliwienie, chcę powiedzieć, że rozumiem, że to forum lotnicze.Nie mniej jednak przyczepy kempingowe są do samolotów BARDZO PODOBNE.Jeden i drugi pojazd biały, z aluminium, po bokach większe kółka, z przodu jedno małe.Obydwa wehikuły muszą być lekkie, przez to mają delikatną konstrukcję i przez cały czas sprawiają wrażenie, jakby miały zaraz się rozlecieć.Jedyna różnica - to skrzydła.Czuję się zatem trochę usprawiedliwiony, jakkolwiek przepraszam.Podróż trwała w sumie 16 dni, w tym dojazd z domu (Łańcut) do Świnoujścia - 1 dzień, no i oczywiście powrót - tyle samo. Zatem na to co było celem wyprawy pozostały równo dwa tygodnie.Wybraliśmy się we czwórkę, to jest: 2szt. rodziców i 2szt. młodzieży. Wprawdzie liczyłem na 3szt. młodzieży, ale drugi syn uparł się, że w Skandynawii jest zimno, prawdopodobnie są trolle, nawet wobec obietnic długiego dnia polarnego pozostał niewzruszony i mimo naszych rozlicznych nagabywań pozostał w domu.Nad polskie morze dotarliśmy bez przeszkód, nieoczekiwanych przygód i z kilkugodzinnym zapasem czasu. Prom Unity Line miał być o 23.00 no i był.Wjazd z przyczepą na okręt, parkowanie na pokładzie przebiega zupełnie bezstresowo i każdy kierowca sobie z tym poradzi.Pospacerowalismy sobie trochę po pokładzie, stwierdzili, że ze sklepu z perfumami i innymi dobrami bezpieczniej będzie skorzystać raczej w drodze powrotnej, jeżeli uda się uratować jakieś pieniądze.Wśród pasażerów łatwo było rozpoznać dwie kategorie: jedni wyluzowani, zadowoleni z siebie i z uśmiechem na twarzy. To ci, którzy jechali do pracy - grunt już wcześniej poznany i perspektywa zarobku. Drudzy - też wyluzowani i zadowoleni, ale jakby trochę mniej, to turyści obciążeni bagażem rozlicznych trosk:* o której trzeba wstać, żeby zjechać jak należy z promu?* a jak się uda zjechać, to co dalej?* jak cena za kawę w kawiarni jest podana w koronach to czy można zapłacić w złotych?* no dobrze, a jak można i ma się i korony i złote, to jak lepiej?* CZY BĘDZIE ŁADNA POGODA?* itd, itd, itd, itd.Ponieważ zaliczaliśmy się do tych drugich, obciążeni brzemieniem problemów udaliśmy się do naszej kabiny i zapadli w sen wzmocniony zmęczeniem po całodziennej podróży.Rano obudził nas przezornie zbyt wcześnie nastawiony budzik. Można było jeszcze sobie pospać, ale poświęcenie zostało nagrodzone spacerem po pokładzie, pięknym wschodem słońca i kawą.O konieczności zabrania bagażu i zapakowania się do samochodu wszyscy zostali poinformowani przez głośnik. Na pokład ładunkowy dotarliśmy po schodach (wczoraj stwierdziliśmy na 100%, że winda została zaprogramowana przez osobę, nazwijmy to, z dużą fantazją i lepiej nie próbować).Po chwili do bladego światła żarówek dołączył jasny strumień słońca - otwarły się wrota załadunkowe, jeden z dyrygujących ruchem pokazał na migi, że najwyższy czas aby uruchomić silnik. Jeszcze chwila, no i byliśmy w Skandynawii.Sukces, jak na razie, był połowiczny, bowiem Szwecja to jeszcze nie Norwegia, ale zawsze to już coś, zwłaszcza, że BYŁA POGODA.
tiktak
14 listopada 2015 08:26
Odpowiedz
No więc, po wyokrętowaniu, wpisaliśmy w nawigacji "Oslo" i ruszyliśmy przed siebie.Przez pół dnia droga niczym specjalnym się nie wyróżniała. Ani szeroka, ani wąska, ruch umiarkowany.Ale żeby zaraz wiało nudą - to nie. Zaczęło się porównywanie: u nas tak a tu tak.Po jakimś czasie zgodnie doszliśmy do wniosku, że podróże rzeczywiście kształcą a tak konkretnie - są w stanie leczyć z narodowych kompleksów: zagraniczni kierowcy wcale nie okazali się tacy kryształowi jak słyszeliśmy.Bliżej granicy z Norwegią Szwecja zrobiła się trochę jakby zaniedbana a stacje benzynowe rzadsze. Postanowiliśmy zatankować ale na stacji, na którą trafiliśmy, właśnie zabrakło paliwa do diesla.Następna nie zawiodła, ale zjechaliśmy trochę w bok. Na kilka dystrybutorów tylko jeden był zaopatrzony w ropę.Wkrótce przekroczyliśmy granicę.Norwegia przywitała nas ładnym, malowniczo położonym mostem i opłatą za przejazd.Ładnie się zaczyna, powiedzieliśmy. W zasadzie więcej było z tym kłopotu niż to wszystko warte - kwota symboliczna lecz potrzebna była moneta, której nie mieliśmy, bo niby skąd? - przecież właśnie przekraczaliśmy granicę.Można było jednak posłużyć się kartą, jakoś wydrukowałem paragon i przy wtórze klaksonu niecierpliwego Norwega, który stał za mną pojechałem dalej.Nie, zdecydowanie wcale mi się ta Norwegia nie podobała.Do Oslo wcale nie chcieliśmy zaglądać!Wprawdzie w przewodniku, który sobie sprawiliśmy już ponad rok rok temu wyraźnie pisało: "NIE MOŻESZ POMINĄĆ", uzasadnienie tego było raczej mętne i doszliśmy do wniosku, że autorowi na pewno chodziło o to, żeby sprawić Norwegom przyjemność.Wiadomo - stolica została pochwalona, a jak sobie ją ktoś trochę pozwiedza, to znowu też nic mu się nie stanie. Zresztą, nigdy nic nie wiadomo, co sie komu spodoba a co nie.Oslo minęliśmy zatem, zahaczając jedynie o obrzeża i pokierowaliśmy się dalej, na północ, cały czas drogą E6.Zaplanowany w tym rejonie zjazd na camping odsunęliśmy. Jechało się całkiem spokojnie i przyjemnie, nie byliśmy specjalnie zmęczeni, więc - dlaczego nie?W końcu uznaliśmy, że Lillehammer to ostateczna granica na dzisiaj - choćby nie wiem jak chciało się siedzieć w aucie i jechać dalej - w Lillehammer koniec, wysiadamy i kempingujemy.Zanim jednak dotarliśmy do miasta byłych igrzysk, postanowiliśmy przetestować jakąś norweską stację benzynową, póki jeszcze mamy sporo paliwa i można sobie pozwolić na ewentualną porażkę.Dominują stacje Statoil. Na taką też trafiliśmy. Nad dystrybutorem pisze "Kassa" albo "Kort".Ten drugi wariant jest dla ambitnych, którzy obsłużą się całkiem samodzielnie, płacąc kartą w automacie przyczepionym do dystrybutora.Rozentuzjazmowany, podtrzymywany na duchu opisami (z Internetu) licznych sukcesów, jakie zostały odniesione w walce z tymi urządzeniami przez innych, zajechałem pod "Kort". Zresztą pod innymi pompami było ciasno i ciężko byłoby się z przyczepą uwinąć.Zaczęło się niewinnie, elegancka instrukcja po angielsku:* włożyć kartę* podać pin* wprowadzić żądaną ilość paliwa* nalaćKażdy głupi potrafi, ucieszyłem się. Po wsunięciu karty rozległo się przyjazne "piip", zapaliła się zielona diodka (czyli, chyba dobrze?) a następnie na wyświetlaczu pokazał napis:Vii ichen gelh meer kampgren hukivar ? "yes" press 0 "no" press 1Co do "yes", "no" i "press" jestem całkowicie pewien, ale tą pierwszą część mogłem trochę przekręcić.Od razu zorientowałem się, że automat został zaprogramowany przez tego samego osobnika, który opracował sterowanie windą na promie, a powyższe pytanie oznacza "Czy chcesz pozostawić swoją kartę tu na zawsze?" albo "Czy wylosować rodzaj paliwa?".Jakoś wydobyłem kartę i grzecznie ustawiłem się w kolejce do pompy "Kassa". Po nalaniu, przy ladzie, można było płacić jak się chciało.W pobliżu Lillehammer z listy kempingów w nawigacji wybraliśmy ten o nazwie "Stranda" (czyli, jak nam się wydawało "plaża") i pozwoliliśmy się poprowadzić do celu. Trafiliśmy bez problemu, zresztą, bez nawigacji, też można sobie poradzić. Po prawej stronie drogi teren stromo opada ku fiordowi (jezioru?). W dole widać mnóstwo domków, przyczep i kamperów. To właśnie tam. Trzeba tylko pokonać trochę serpentyn i już jesteśmy przed bramą. Znaki drogowe prowadzą jak należy.Kemping był bardzo sympatyczny. Nie było wyznaczonych działek, trzeba było sobie poszukać miejsca. Nie sprawiło to trudności (ale w przyszłości kupię sobie dłuższy przedłużacz), usadowiliśmy się w pobliżu wody. Pogoda dopisywała, w oddali ładnie błyskały dachy Lillehammer, woda skrzyła się w słońcu, które wcale nie zamierzało zachodzić pomimo późnej godziny.Jednym słowem, wcale nie chciało się nigdzie jechać, a Norwegia zaczęła mi się nawet trochę podobać.Na drugi dzień, dopiero po 11.00, ruszyliśmy dalej, do Lom.
miriam
14 listopada 2015 18:49
Odpowiedz
@TikTak powiem jedno,jeśli relacja,którą piszesz na naszym forum to Twój debiut literacki to chyba nie będę odosobniona w opinii,że możemy to uznać za zaszczyt.Chłopie masz rewelacyjny styl i talent.Wydaje mi się,że o czymkolwiek byś nie pisał ,to czytelników nigdy Ci nie zabraknie.Jeśli jeszcze nie jesteś rozchwytywanym autorem to minąłeś się z powołaniem ,ale może wszystko jeszcze przed Tobą
;) Życzę Tobie i nam wszystkim jeszcze wielu Twoich relacji i serdecznie pozdrawiam.
tiktak
21 listopada 2015 19:05
Odpowiedz
Bardzo, bardzo dziękuję Koleżance i Koledze za ciepłe słowa.Czy po Norwegii da się jeździć z przyczepą? Pytanie to zaczęło mnie dręczyć odkąd tylko przyszło nam do głowy, że można by się tam wyprawić.Po przeglądnięciu rozmaitych forów, blogów i stron nie byłem ani o jotę mądrzejszy.Jeden internauta pisał, że nie był w Norwegii ale skoro jest droga, to on uważa, że musi się dać,inny, owszem, był i widział, że ktoś holował kemping. Jeszcze inny - osobiście podróżował z przyczepą kempingową, inną jednak trasą, niż planowaliśmy, a relacja obfitowała w sceny mrożące krew w żyłach, jak to przyszło mijać się z autobusem o centymetr nad krawędzią przepaści.Ponieważ za dreszczowcami nie przepadam nawet gdy są w kinie, wymyśliłem, że pojadę drogą E6, skoro jest narysowana taką grubą, czerwoną kreską, to chyba nie powinno być źle.Potem rozbiję biwak w jakimś dogodnym miejscu i już tylko samym samochodem będę zwiedzał fjordy, góry, doliny i lodowce.Tym dogodnym miejscem było Lom. Ponieważ miasteczko znajduje się zaledwie kilkadziesiąt km od E6 i jednocześnie leży u zbiegu różnych tras turystycznych, trochę obawiałem się o dostępność miejsca na kemmpingu.W Internecie swoją witrynę miało pole "Nordal". Tam też, jeszcze z domu, zrobiłem rezerwację.Bez kosztów.Dotarliśmy ok. 15.00. Obawy były zbędne, miejsca było pod dostatkiem.Kemping leżał dokładnie w centrum miasteczka i wszędzie było blisko, otoczenie przepiękne - rzeka, wodospad. Gdy jeszcze okazało się, że za prysznice nie trzeba płacić a w zmywalni jest cały czas ciepła woda, jednogłośnie stwierdziliśmy, że lepiej nie można było trafić.Mieliśmy tu pozostać przez cztery dni, dwa przeznaczone na zwiedzanie i dwa na zupełną labę.Pospacerowaliśmy po okolicy, zajrzeli do centrum. W środku miasteczka, nieomal przy campingu stoi drewniany kościółek, tzw. stavkirke.Już wtedy, gdy Jagiełło gromił Krzyżaków ten kościółek był bardzo stary. Pooglądaliśmy go sobie dokładnie. Piękny. Czasem ktoś może nie wiedzieć, że bardzo podobny jest w Polsce, w Karpaczu. W XIX wieku jakaś ekscentryczna księżna chciała mieć taki i w częściach sprowadziła go właśnie z Norwegii.Był sobotni wieczór a że w niedzielę zwykliśmy chodzić do kościoła, na tablicy ogłoszeń sprawdziłem jakie są godziny nabożeństw. Była wskazana tylko jedna: 12.00 i to z dopiskiem "Brimisaetra", czyli nie tu, na miejscu tylko gdzieś indziej."Brimisaetry" nie było ani w nawigacji, ani w drugiej nawigacji, ani w atlasie.Poszedłem zapytać w recepcji kempingu.Za kontuarem siedziała pogodnie usposobiona dziewczyna. Już jakiś czas temu zauważyłem, że widząc osobę płci żeńskiej, dajmy na to, w wieku do 25 lat, przede wszystkim zastanawiam się czy nadawałaby mi się ona na synową. W zasadzie to nie wiem czy mam się tym cieszyć czy martwić. Co by nie było, ta się zdecydowanie nadawała!Zapytana o kościół i "Brimisaetrę" zasępiła się trochę ale po chwili znów odzyskała pewność siebie:- to pewnie będzie koło Brimi, powiedziała.A Brimi już na mapie było, wprawdzie jako mała kropeczka ale zawsze już coś.- a to wybiera się pan na mszę?, spytała.- no, super, to może być niezła atrakcja turystyczna, stwierdziła, nawet nie podejrzewając mnie, że mógłbym sobie zadawać trud w innym celu.Zupełnie, absolutnie nieopatrznie nie przejąłem się tą "atrakcją turystyczną" i nazajutrz, przed południem, wyruszyliśmy do BRIMI.-------------------------Silnik pracował na wysokich obrotach już dobrą chwilę.Minęło ponad pół godziny odkąd pod ostrym kątem zaczęliśmy się wspinać pod górę.Droga stopniowo zwężała się już przedtem a teraz nie mogła się pochwalić nawet asfaltem.Wszystko wskazywało na to, że najlepszą rzeczą, jaką można zrobić, to zawrócić czym prędzej, zanim będzie jeszcze gorzej.Ale nie było jak – wąsko i stromo. Więc ze smętnymi minami parliśmy do przodu, żałując, że zdecydowaliśmy się wjechać w nieznany i niepewny teren.Na słynnej Drodze Troli też zapewne jest stromo, ale tam jeżdżą nawet autobusy, zatem w zasadzie nie powinno być niespodzianek. A tu, na odludziu?Wieś Brimi składała się chyba z nie więcej niż pięciu domów, za ostatnim z nich wisiała na drzewie deska z wykaligrafowanym napisem "Brimisaetra" i strzałką wskazującą kierunek jazdy.Wraz z wysokością drzewa i krzewy skarłowaciały aby stopniowo całkiem zniknąć.Zostały kamienie, rzadka trawa, wrzosy i porosty.W pewnym momencie nachylenie drogi zaczęło maleć, skręciliśmy raptownie, przejechali przez wąski,ale nie przyprawiający o palpitację serca mostek. Droga raptownie poszerzyła się a przed nami otworzył się bardzo rozległy, otoczony górami płaskowyż.Z jednego końca wypełniało go zielono lazurowe jezioro, na przeciwległym krańcu stały trzy chałupy, jedna zdecydowanie większa od pozostałych.Ale miejsce! W pierwszej chwili miałem wrażenie, że ktoś pozwolił mi wjechać do Doliny Pięciu Stawów.Potem poczułem się jak odkrywca. Tego nie było w żadnym przewodniku!Poczucie dumy wprawdzie trochę zakłócało kilkanaście samochodów i rower stojące obok tej największej chałupy, ale zdaje się, że byli to tylko Norwegowie z okolicznych miejscowości.No a takim, wiadomo, było łatwiej.Przy wejściu do chałupy stała cała w uśmiechach żona pastora. Tak, jak mogliśmy się spodziewać, trafiliśmy do kościoła protestanckiego. Zamieniliśmy kilka słów, i pomimo tego, że jesteśmy katolikami, zaproszono nas do środka. Jak ekumenizm, to ekumenizm.Po trzydziestu minutach czytań ewangelii na przemian ze śpiewem psalmów, nabożeństwo dobiegło końca. W jego trakcie zebrani zachowywali się dość swobodnie i dało się odczuć, że są ze sobą i swoim pastorem w dobrej komitywie.Chałupa w której byliśmy, na co dzień pełni rolę schroniska, natomiast, jak dowiedzieliśmy się: ponieważ Brimisaetra jest bardzo ładna, lokalna wspólnota luterańska od czasu do czasu wynajmuje ją na parę godzin.Gdy nacieszyliśmy się widokami Brimisaetry, już bez poprzednich obaw, zjechaliśmy w stronę doliny. Była wprawdzie prawie 15.00 ale słońce stało wysoko, pogoda dopisywała, więc zrezygnowaliśmy z planowanego na popołudnie leniuchowania na campingui postanowiliśmy zobaczyć Geirangerfjord jeszcze dzisiaj.
tiktak
1 grudnia 2015 16:58
Odpowiedz
Geiranger był typową atrakcją turystyczną z przewodnika.Wszystko poukładane jak należy, zaplanowane i na swoim miejscu."Przechodzimy proszę państwa, przechodzimy. Z prawej sklep z pamiątkami w bardzo dobrych cenach.Dalej, dalej, czy wszyscy mają bilety na przejażdżkę statkiem? Wszyscy popatrzmy na prawo. A teraz na lewo. Pan w niebieskiej kurteczce, proszę nie oddalać się od grupy."Na nasze szczęście, byliśmy pozostawieni sami sobie i zorganizowana turystyka przepływała raczej obok nas.Ponieważ dochodziła już 17.00 ruch widocznie opadał. Na parkingu dla autobusów nie przybywało nowych pojazdów, w dużym sklepie z pamiątkami o wdzięcznej nazwie "Fjordbuda" kasjerzy zaczynali ziewać i myślami byli chyba w drodze do domu.Zadowolony sprzedawca gipsowych trolli po cichu liczył utarg i pakował powoli swój kram do walizki.Nabywszy bilety na ostatni w tym dniu rejs statkiem spacerowym, czekaliśmy na rozstawionych przy nabrzeżu ławkach.Droga z Lom do Geiranger była całkiem przyjemna. Z początku monotonna, później zagłębiła się w góry. Skały, zalegający tu i ówdzie od zimy śnieg, mieniące się w słońcu potoki wydawały się pozostawać w zasięgu ręki.Bardzo nas to ekscytowało, kilka razy zatrzymywaliśmy się na zdjęcia, raz nawet wypuściliśmy się kilkaset metrów "w teren".Drogowskazy prowadziły nas w kierunku miejscowości Stryn, później skręciliśmy na trasę nr 63, wiodącą właśnie do Geiranger.Droga jeszcze przez kwadrans pięła się w górę by potem licznymi serpentynami zacząć stromo opadać w kierunku doliny z fjordem.Jej dalsza część, na przeciwległym końcu, to słynna Droga Orłów i Droga Troli.Z przyczepą byłoby pewnie trudno. Jazda samym samochodem nie stwarzała problemu.Dwójka, lekko hamulec, zwrot 180 stopni i raz, dwa trzy, cztery i lekko hamulec, zwrot 180 stopni i raz, dwa, trzy, cztery, pięć (bo tym razem troszkę dłuższa prosta). Czy ten kamper musi jechać tak środkiem?Na bok, hamulec, stop, jedynka, dwójka. I raz, dwa, trzy, cztery i lekko hamulec, zwrot 180 i - tak przez blisko pół godziny. Znaki drogowe od czasu do czasu przypominały, aby do hamowania używać przede wszystkim skrzyni biegów.Rodzina zapewniała, że widoki są ładne, wierzyłem raczej na słowo, bo okazji do rozglądnięcia się w koło nie miałem za wiele. Zatem, gdy tylko pojawiła się oznaczona zatoka z punktem obserwacyjnym, skwapliwie z niej skorzystałem.Odkąd kiedyś kupiłem sobie album pt. "Cuda natury" zawsze chciałem na własne oczy zobaczyć fjord Geiranger.I najlepiej, żeby stał w nim zakotwiczony wielki, pełnomorski statek pasażerski - tak jak na obrazku w książce.Przydrożna zatoka to za mało powiedziane, był to w zasadzie mały parking z toaletami i punktem informacyjnym.Dlatego właściwy widok otworzył się dopiero po odejściu kilkunastu metrów od samochodu. Tak jak w książce! Strome zbocza wpadające prosto do wody.Jeden brzeg pogrążony w cieniu, niemal w mroku. Drugi - mieniący się w słońcu.I do tego: BYŁ STATEK!Rejs spacerowy był wart zainwestowanych pieniędzy.Pomimo autoperswazji ulegliśmy ogólnym trendom i ustawiliśmy się za wczasu w kolejce do wsiadania, w celu zapewnienia sobie lepszych miejsc.Okazało się to całkiem bezcelowe. I tak mało kto siedział. Wszyscy wędrowali od burty do burty, z dziobu na rufę i z powrotem, a zdjęcia robiło się najlepiej na stojąco.Ostatni kwadrans rejsu spędziliśmy w wewnętrznej kabinie, wiało i byliśmy już trochę zmęczeni wrażeniami.Parking wokół naszego auta zdążył w międzyczasie trochę opustoszeć.Kilka kamperów czekało na prom do Helsyt. Trochę im współczuliśmy, bo to dopiero jutro, trochę zazdrościli, bo miejsce na nocleg ładne.Ruszyliśmy z powrotem, serpentynami pod górę.Bardzo nas kusiło, żeby jechać do punktu widokowego na szczycie Dalsniba, który mijaliśmy po drodze. Ale zależało nam na, w miarę mozliwości, niezbyt późnym powrocie na kemping.Plany na jutro były rozległe i tym razem należalo wstać wcześniej.Gdy po 21.00 wróciliśmy z wycieczki, nie poznaliśmy naszego pola kempingowego.Jeżeli przedtem wiatr mógł hulać we wszystkie strony, z rzadka tylko zahaczając o jakiś kamper, namiot lub przyczepę -teraz, jedyne, co mu pozostało, to wynieść się nad pobliski potok albo w góry.Zrobiło się ciasno i gwarno. Nawet na miejscu, gdzie był nasz samochód, ktoś postawił motocykl i namiot. Nagle wszyscy zapragnęli odwiedzić Lom!Jedna część tłumu warczała silnikami kamperów, starając się ustawić je w miarę poziomo, przynajmniej tak,aby szklanka, załóżmy, że z kawą, nie spadała ze stołu.Zaplątani w linki i płachty namiotów, z determinacją w oczach próbowali nadać im pożądany kształt.Druga część albo uruchamiała grile, albo już je uruchomiła i z wyższością spoglądała na tych, zbyt długo borykających się z oporem materii.W ogólnym rozgardiaszu szczególnie zdeterminiowana młodzież próbowała odbijać piłkę, jechać na rowerze albo grać w badmintona.Zlot jakiś czy co?Potem przyjechał autobus, a potem jeszcze następny. Pierwszy był z Litwy, wysiadła, co ja mówię, wystrzeliła z niego wesoła i rozkrzyczana młodzież. Drugi pochodził z Niemiec i przywiózł emerytów, którzy sprawiali wrażenie, że nic ich nie zmusi do tego, aby wysiąść.Po jakimś czasie wszyscy wsiąknęli w domki, które kemping miał do wynajęcia.Ciekawe, jak im się podobało wzajemne sąsiedztwo?Postanowiliśmy wykorzystać chwilową nieuwagę tłumu skupionego na grilach i popędziliśmy pod prysznic.Zmęczenie zrobiło swoje i z wczesnej pobudki w poniedziałek wyszły nici. Szczerze mówiąc, to nawet gorzej, zupełna klęska.Kiedy dobrze po dziesiątej wygramoliliśmy się z łóżek, zbaranieliśmy. Wkoło znowu było prawie pusto. Nie tak całkiem, jak w chwili naszego przyjazdu, ale większość wczorajszych przybyszów już zdążyła sobie pojechać.Lom znajduje się na przecięciu szlaków turystycznych, zatem dla wielu turystów stanowi przede wszystkim dogodne miejsce noclegów tranzytowych. A że najczęściej wyjazdy rozpoczynane są w sobotę, akurat niedzielny wieczór to czas, gdy podróżujący docierają w to miejsce z różnych zakątków Europy.W kolejne dni kemping nadal pulsował: wieczorem zaludniał się, rano pustoszał, ale taki najazd, jak w niedzielę już się nie powtórzył.Już mieliśmy sobie darować zwiedzanie na dzisiaj i w końcu uruchomić także nasz grill, ale poczucie obowiązku zwyciężyło.Zapakowaliśmy termosy, kanapki i ruszyli na Drogę Nr 55, Sognefjelveg, łączącą Lom z Sogndal, czyli rejonem Sognefjordu, najdłuższego fjordu w Norwegii a kto wie, może i na świecie?Pierwsze kilometry od razu pokazały, że Droga 55 nie na darmo ma status "narodowej trasy turystycznej". Jechaliśmy od jednego do drugiego punktu widokowego, które przy wąskiej drodze były dosłownie co kawałek. Ruch był znikomy, mieliśmy wrażenie, że jesteśmy tu prawie sami.Góry Jotunhaimen, przez które prowadzi 55 miały surowy i wygląd i klimat. Pomimo, że przeświecało słońce, temperatura spadła poniżej 10 stopni.Nic dziwnego zatem, że raz po raz pomiędzy szczytami skrzyły się lodowce a dość blisko drogi tu i ówdzie leżał śnieg.Bardzo nam się tu podobało, ba, zaczęliśmy się nawet zachwycać.W zasadzie to trudno było powiedzieć, dlaczego? Wczoraj też były i skały i śnieg i widoki.Tu jednak było surowo i dziko. Przyroda wydawała się być bliżej. Wczoraj oglądaliśmy góry "z drogi", dzisiaj w górach byliśmy a samochód i pasek asfaltu w niczym nie przeszkadzał.Droga stopniowo zaprowadziła nas z dolin, nad którymi srożyły się ciemnosine i białe wierzchołki gór na poorany skalnymi rozpadlinami płaskowyż, na którym można było poczuć się bardziej jak "równy z równym" wobec poprzedzielanych jęzorami lodowców szczytów.Później zaczęła stromo opadać, zaginając się w coraz to bardziej fantazyjne serpentyny. Zrobiło się cieplej, pojawiły drzewa i jakiś czas później otworzył się widok na Lustrafjord, dużą odnogę Sognefjordu.Tereny wzdłuż brzegów Lustrafjordu były zagospodarowane, wsie, domy, większe i mniejsze przystanie.Po 14.00 w okolicy Gaupne skręciliśmy na drogę 604.Nigardsbreen zgodnie z obietnicą z przewodnika okazał się rzeczywiście wyjątkowo łatwo dostępnym jęzorem słynnego i ogromnego lodowca Jostedalsbreen.Postarał się o to sam lodowiec, bo zsunął się najniżej, jak tylko mógł jak i rząd Norwegii, budując w pobliżu spory parking i ładny budynek z informacją turystyczną, sklepami i małym muzeum.Kręciło się tu trochę osób, ale jeżeli by przyłożyć te same kryteria co i do np. Doliny Kościeliskiej, to nie było nikogo. Absolutnie.Lodowiec był widoczny już z parkingu. Miał kolor niezapominajek.Uradowani założyliśmy trepy i już, już mieliśmy ruszyć w jego kierunku, ale zaczęło nam świtać, że to tylko tak wygląda, że parę kroków i już będziemy na miejscu.Skoro nikt nie kazał nam płacić za parking, to znaczy, że to nie ten postój.Przejechaliśmy jeszcze jakieś 2-3 km wąską, szutrową drogą, uiścili 20 NOK opłaty, która nas wreszcie uspokoiła i w końcu ruszyli pieszo.Szlak był łatwy, kamienisty, trochę o tatrzańskim charakterze. Buty turystyczne miały jak najbardziej uzasadnienie. Po trzech kwadransach byliśmy u celu.Rozległa przestrzeń, z lewej i prawej strony zamknięta prawie pionowymi skalnymi ścianami, po których z głosnym szumem staczały się liczne wodospady.Na środku rwący strumień wody wypływający spod lodowca a na wprost - kilkunastometrowej wysokości, fantazyjnie wyrzeźbiona ściana lodu, którego kolor przeszedł od niezapominajek do chabrów.Przez łomot staczającej się wody, zwielokrotniony echem odbijającym się od skał, przebijało się bardzo niskie, basowe buczenie. Czytaliśmy wcześniej, że to odgłosy z wnętrza lodowca.No dobrze, przyznaję się. Przeleźliśmy przez linki ogradzające około 30 metrową przestrzeń przed samą ścianą lodu, pomimo, że wisiały na nich tabliczki z napisami "ABSOLUTNIE NIE PRZEŁAZIĆ".Była prawie 19.00, gdy powoli zbliżaliśmy się do wylotu z Doliny Jostedal.- Dasz mi herbatnika?, przerwałem ciszę, jaka od dobrych paru minut panowała w aucie.- A co, głodny jesteś?, pytaniem odpowiedziała żona.- No bo jak jesteś, to do kempingu jeszcze trochę, ciągnęła.Wiedziałem przecież, że co najmniej dwie dalsze godziny za kierownicą mnie nie ominą ale w odniesieniu do ostatnich dni, to w końcu pestka .- Szkoda, że tak mało w okolicy Sogne oglądnęliśmy. No to może jeszcze kiedyś pojedziemy na Śnieżną Drogę. Pewnie jesteś głodny, jedźmy do domu, dodała z westchnieniem małżonka.Wcale nie byłem głodny. Planowanie logistyczne żony nigdy jeszcze nie nawaliło.- Musielibyśmy, uwzględniając powrót, dołożyć ponad 200 km a jest już siódma. Po nocy przecież nie będziemy chodzić po górach, odparłem.- Wiadomo, to by było bez sensu, potwierdziła.- Podobno piękna ta trasa, po chwili dodała.Kwadrans później, tuż przed skrzyżowaniem z drogą 55, westchnęła głęboko i stwierdziła:- Ale ten dzień tutaj długi, do koła polarnego jeszcze kawał a praktycznie nie robi się ciemno, no nie?Zamiast do Lom skręciłem w stronę Aurland.Kiedy już dobrze po 1.00 w nocy docieraliśmy na kemping byliśmy zmęczeni jak nigdy.Ale zmęczeni to nie znaczy, że nieszczęśliwi.Śnieżna Droga okazała się chyba najbardziej wymagająca wobec kierowcy pośród dotychczas przejechanych. O ile Drogą 55 mógłbym od biedy z przyczepą przejechać (choć nie polecam), to tutaj zdecydowanie odradzam.Pomimo mijanek - bardzo wąsko, brak barierek zabezpieczających i oczywiście, mnóstwo zakrętów.Może właśnie dlatego a może ze względu na późną porę spotkaliśmy zaledwie trzy samochody.Ostry podjazd od strony Sognefjordu prowadzi na rozległy płaskowyż pokryty skałami, wśród których raz po raz błyskają jeziorka i jeziora.Teren faluje, sprawiając, że chwilami odnosi się wrażenie, że droga łączy się z taflą wody.Krajobraz jeszcze inny niż wcześniej oglądane.Na koniec zjazd w kierunku Aurland i widok na Aurandfjord. Jednogłośnie uznaliśmy go za najładniejszy i najbardziej poruszający z dotychczas napotkanych.Droga powrotna w kierunku Laerdal prowadziła przez 24 kilometrowy podziemny tunel. W jego wnętrzu trzy, artystycznie oświetlone komory stanowiły też nie lada atrakcję.W okolicy Laerdal, czekała nas, po raz drugi w tym dniu, przeprawa promowa. Kursujący co 40 min stateczek właśnie odpłynął.Z konieczności zatem, ale przyznaję, że i bardzo chętnie odpoczywaliśmy przez blisko trzy kwadranse.W trakcie powrotu Drogą 55 zaskoczyła nas ilość kamperów nocujących w górskim odludziu.No, ale świt w takim otoczeniu, tylko pozazdrościć.Bramę kempingu powitałem z radością, nie była zamknięta.Zmęczeni rzuciliśmy się na łóżka, ale wcześniej zrobiłem sobie kanapkę, bo jednak trochę głodny to byłem.
michzak
6 stycznia 2016 10:51
Odpowiedz
Świetna relacja, bardzo przyjemnie się czyta, tak trzymać! Chociaż widzę, że chyba skądś kopiujesz tekst?
:PQuote:[ Dodano: Sro 18 Sie, 2010 00:06 ]
Ile razy jednak przekraczam granicę, jak jakaś mantra, powraca wspomnienie pierwszego
wyjazdu z własnym paszportem.
To forum budżetowego turysty a wyjazd w 1987 do Szwecji był budżetowy maksymalnie, więc - wybaczcie
wspomnienia.
Najczęściej odmienianym wówczas przez wszystkie przypadki słowem w prasie, radiu i telewizji była "Pieriestrojka" a niejaki "Walesa"
stał się na dobre bohaterem Europy.
Lista Przebojów Programu 3 PR rozkwitła w pełni i przeżywała swoje najlepsze lata ale szara rzeczywistość była naprawdę szara.
Byłem po IV roku studiów i właśnie się ożeniłem.
Owszem, miałem już pewne sukcesy.
Miesiąc temu udało mi się kupić telewizor, gdy komitet kolejkowy uznał zgodnie, że próbujący wepchać się osobnik
z legitymacją milicjanta nie znajdował się na liście stojących i ostatni (no, może prawie ostatni) egzemplarz
przypadł w udziale MNIE.
Cieszyła też niezmiernie meblościanka, zdobyta, gdy długo oczekujący na dostawę tłum powalił parkan
wokół sklepu meblowego a ja nie ległem przy tej okazji pokotem, jak część zmęczonych nocnym oczekiwaniem osób,
tylko szczęśliwie, jako jeden z pierwszych dobiegłem do okienka kasowego.
Tymczasem od kolegów z liceum, którzy w okresie stanu wojennego w taki lub inny sposób trafili na zachód dochodziły
wiadomości opisujące ich rzeczywistość żywo kontrastującą z naszą.
Paszportów w domu jeszcze nie można było mieć, ale ich otrzymanie nie było już tak niedosiężne jak jeszcze
kilka lat temu. Niestety, coraz bardziej widoczne stawało się to, że choć nasza władza byłaby skłonna w końcu
popuścić cugli to tak kusząca "zagranica" wcale nas nie chce.
Z nieznanych powodów kolega działający w samorządzie studenckim zaproponował mi wyjazd na praktykę w ramach
wymiany międzynarodowej.
Do Szwecji.
Nasze organizacje studenckie za wszelką cenę chciały być prawdziwe, samorządne i demokratyczne,
zgodnie z obowiązującymi trendami.
Nawiązanie współpracy z podobnymi im instytucjami za granicą zdawało się legitymizować te jak najbardziej pożądane
obecnie cechy.
Niewiele myśląc, chętnie przystałem na propozycję.
Wkrótce zostałem wyposażony w paszport ze stemplem "Służbowy" i z adnotacją, iż jego ważność upływa za 6 miesięcy.
Kolejka po wizę w szwedzkiej ambasadzie nie była taka straszna, jak opowiadano. Zostałem przyjęty w tym samym dniu,
w którym do niej trafiłem.
Uzbrojony w stosowne zaproszenie na praktykę w AB Sjobo Bruk nie spotkałem się też z odmową przyznania mi prawa
do odwiedzin w Królestwie Szwecji i szczęśliwie wróciłem z Warszawy do domu.
Powoli zaczęło mi świtać, dlaczego nikt inny nie złapał wcześniej tego, jak mi się wydawało, atrakcyjnego kąska.
PIENIĄDZE.
Bilet na prom tani nie był, ale w końcu bez przesady.
Gorzej z pobytem.
Z dokumentów, jakie do mnie w końcu dotarły od organizatorów praktyk wynikało, że wikt i opierunek trzeba sobie
na miejscu opłacić.
Dolarów kupować ani tym bardziej wywozić z Polski nie było wolno.
Na szczęście, wobec podróżujących służbowo, a praktyka studencka została tak sklasyfikowana, zastosowano pewne ulgi.
Już po kilku tygodniach starań, po dwóch podaniach i zdobyciu paru zaświadczeń otrzymałem zgodę na zakup
i wywóz 10 USD.
Kwota była znaczna, prawie cała moja miesięczna pensja na uczelni, gdzie właśnie rozpocząłem pracę.
Siła nabywcza na zachodzie Europy - podobnie jak dzisiaj, czyli będzie ze 30 zł III (IV?) RP.
Trzeba było sobie jakoś radzić.
Tata popełnił kiedyś przestępstwo karno-skarbowe przyjmując zapłatę za sprzedawane mieszkanie w dolarach.
Teraz znowu wkroczył na drogę występku, wręczając mi pochodzący z przestępstwa banknot pięćdziesięciodolarowy
ze słowami - "Masz, synu jakby co".
Nielegalne pieniądze ukryłem w bagażu. A było gdzie.
Ponieważ na obcej ziemi miałem przetrwać ok. 30 dni praktycznie bez wynalazku Fenicjan, zabrałem wszystko,
co trzeba do jedzenia, z nadzieją, że ze zdobyciem dachu nad głową jakoś sobie poradzę.
Najwięcej miejsca zajęło 15 bochenków chleba. Reszta była mniej kłopotliwa, ale i tak plecak i dwie walizy były
ciężkie jak nie wiem co.
Początkowo nie stanowiło to żadnego problemu - do pociągu zostałem odstawiony i zapakowany przez rodzinę.
Pierwsze kłopoty pojawiły się na peronie w Świnoujściu.
Zatem dotarłem do Świnoujścia.
Na chodniku stały dwie walizy wypełnione żarciem, jedna czerwona, druga czarna, a port był w zasięgu wzroku.
Złapałem je i ruszyłem w stronę terminala.
Ja ruszyłem ale one nie!
Plecak ze stelażem marki "Polsport" z zawartością podobną do reszty bagażu stanowił najwidoczniej nadbagaż.
Zostawiłem jedną walizkę, tą czerwoną, na chodniku a dwa pozostałe toboły przeniosłem dwadzieścia metrów dalej i
zawróciłem po resztę.
Potem wszystko powtórzyłem, dla odmiany najpierw zostawiając czarną. Żeby było sprawiedliwie.
Zauważyłem pewne zainteresowanie moją osobą wśród przechodniów i zrobiło mi się trochę wstyd.
Jednak ceny taksówek na pobliskim postoju były obliczone niestety na "turystów dewizowych" albo tzw. "powracających"
a propozycja zapłaty za kurs w złotówkach została przyjęta przeciągłym i milczącym spojrzeniem Pana Taksówkarza
podsumowanym stwierdzeniem: "eee, nie jadę...".
Po przebyciu kolejnych dwudziestu metrów postanowiłem trochę odegrać się na moich walizkach i zmęczony,
rozsiadłem się na nich.
Gdy tak regenerowałem nadwątlone siły, tępo gapiąc się na łunę właśnie zachodzącego Słońca - na jej tle pojawiło
się rozwiązanie walizkowego problemu.
Rudy jak marchewka nastolatek nadjeżdżał klekocząc źle przykręconym błotnikiem
roweru marki "Jubilat". Też taki miałem w domu, tylko trochę przerobiony, bo zawias w ramie rozleciał się
i trzeba było zespawać go na stałe. A zamiast słowa "Jubilat", umieściłem napis "Struś" - żeby rower był bardziej
charakterystyczny a co za tym idzie, mniej podatny na kradzież.
- Hej, kolego, chcesz zarobić parę złotych? Rowerzysta był na tyle zaskoczony propozycją, że zanim zastanowił się
czego od niego chcą i czy mu z tym po drodze, już prowadził rower z jedną walizą opartą o ramę a drugą,
podtrzymywaną przeze mnie - na bagażniku.
Gdy dochodziliśmy do budynku portowego, piegi na policzkach mojego towarzysza zniknęły. Czerwony ze zmęczenia
przyjął z zadowoleniem zapłatę i zniknął czym prędzej.
Podróż promem była rzeczą nową i jej perspektywa stwarzała coś w rodzaju tremy.
Jednak nie było czego się obawiać. Okazało się, że cała sztuka polegała na tym, żeby znaleźć sobie jakiś,
w miarę wygodny kąt, w którym możnaby pospać do rana.
Takich, jak ja, oszczędzających na kabinie było pełno, zatem nie czułem się zakłopotany.
Kręcąc się po pokładzie zawarłem znajomość z dwoma rówieśnikami.
Podróżowali wspólnie. W przeciwieństwie do mnie, byli pewni siebie oraz wiedzieli wszystko co i jak.
Nic dziwnego, przez Bałtyk pływali kilka razy w roku - ich rodzice pracowali w polskiej placówce dyplomatycznej.
Za ich namową wstąpiłem do pokładowego baru na kolację.
O mało nie skończyło się to całkowitym załamaniem mojego budżetu, już na starcie wyprawy.
Miałem jednak szczęście. Siedzącej obok pasażerce potrzebne były złotówki do wniesienia jakiejś urzędowej opłaty.
Ponieważ kantor pokładowy stosował zbójeckie kursy wymiany, zaproponowała mi odsprzedaż posiadanych koron.
Wczesnym rankiem wyokrętowałem się w Ystad.
Tym razem sytuacja była naprawdę poważa.
Wprawdzie odprawa celna przebiegła bezproblemowo, ale stojące znowu na chodniku walizy przyprawiały
o rozpacz. Do miasta, gdzie powinien być przystanek autobusowy kaaawał drogi.
Rozejrzałem się z nadzieją, czy nie nadciąga jakiś, tym razem szwedzki rowerzysta. Jednak wiadukt przede mną
pnący się dziesiątkami schodów w górę pozbawił mnie ostatnich złudzeń.
Gdy stosując wypróbowaną w Świnoujściu technikę "tam i z powrotem" mijałem pierwszy zakręt schodów, nagle,
ni stąd ni zowąd, wyrósł obok mnie jakiś dziwny człowieczek. Wystrojony w kusą, skórzaną kurteczkę, krawat
i przyklejony uśmieszek, bez bagażu, nie pasował do mijających mnie pasażerów promu.
- A witam, witam, idzie pan do miasta?, zwrócił się do mnie.
- Tak, potwierdziłem raczej oczywistą rzecz.
- A to świetnie, świetnie. Mogę pokazać którędy, zaoferował.
Jakby tego było mało, złapał za walizy.
Sapał, pocił się ale, pomimo moich obiekcji, taszczył wytrwale mój bagaż.
Nie tracił przy tym animuszu tylko nieustannie perorował, coraz to wypytując mnie o co się tylko dało:
skąd, dokąd, po co mi aż tyle bagażu, jak się podróżuje, itd. itd.
Szczęśliwy z powodu otrzymanej od losu niespodziewanej odsieczy, niewiele się zastanawiając, wdałem się
w rozmowę.
Droga do przystanku minęła nadspodziewanie szybko. Gdy walizki spoczęły obok ławki dla czekających
na autobus, mój nowy znajomy stwierdził, że czym prędzej musi się pożegnać, bo czeka go pilny telefon i
nieomal biegiem ruszył w swoją stronę.
Rozsiadłem się na ławce i delektując porannym słońcem, próbowałem poradzić sobie z wyrzutami sumienia.
Tak, stanowczo za mało wdzięczności okazałem za bezinteresowną i jakże cenną dla mnie pomoc.
Moje rozterki nie trwały długo.
Kilka minut później na przystanek zajechało wielkie, ciemnozielone Volvo. Zahamowało z piskiem opon.
Dwóch umundurowanych osiłków bez słowa zapakowało mnie i moje walizy do środka, trzeci, jeszcze gdy domykały
się drzwi auta dodał gazu. Samochód pochylając się na zakrętach pędził poza miasto ...No więc, po wyokrętowaniu, wpisaliśmy w nawigacji "Oslo" i ruszyliśmy przed siebie.
Przez pół dnia droga niczym specjalnym się nie wyróżniała.
Ani szeroka, ani wąska, ruch umiarkowany.
Ale żeby zaraz wiało nudą - to nie.
Zaczęło się porównywanie: u nas tak a tu tak.
Po jakimś czasie zgodnie doszliśmy do wniosku, że podróże rzeczywiście kształcą a tak konkretnie - są w stanie leczyć z narodowych kompleksów: zagraniczni kierowcy wcale nie okazali się tacy kryształowi jak słyszeliśmy.
Bliżej granicy z Norwegią Szwecja zrobiła się trochę jakby zaniedbana a stacje benzynowe rzadsze.
Postanowiliśmy zatankować ale na stacji, na którą trafiliśmy, właśnie zabrakło paliwa do diesla.
Następna nie zawiodła, ale zjechaliśmy trochę w bok.
Na kilka dystrybutorów tylko jeden był zaopatrzony w ropę.
Wkrótce przekroczyliśmy granicę.
Norwegia przywitała nas ładnym, malowniczo położonym mostem i opłatą za przejazd.
Ładnie się zaczyna, powiedzieliśmy.
W zasadzie więcej było z tym kłopotu niż to wszystko warte - kwota symboliczna lecz potrzebna była moneta, której nie mieliśmy, bo niby skąd? - przecież właśnie przekraczaliśmy granicę.
Można było jednak posłużyć się kartą, jakoś wydrukowałem paragon i przy wtórze klaksonu niecierpliwego Norwega, który stał za mną pojechałem dalej.
Nie, zdecydowanie wcale mi się ta Norwegia nie podobała.
Do Oslo wcale nie chcieliśmy zaglądać!
Wprawdzie w przewodniku, który sobie sprawiliśmy już ponad rok rok temu wyraźnie pisało: "NIE MOŻESZ POMINĄĆ", uzasadnienie tego było raczej mętne i doszliśmy do wniosku, że autorowi na pewno chodziło o to, żeby sprawić Norwegom przyjemność.
Wiadomo - stolica została pochwalona, a jak sobie ją ktoś trochę pozwiedza, to znowu też nic mu się nie stanie.
Zresztą, nigdy nic nie wiadomo, co sie komu spodoba a co nie.
Oslo minęliśmy zatem, zahaczając jedynie o obrzeża i pokierowaliśmy się dalej, na północ, cały czas drogą E6.
Zaplanowany w tym rejonie zjazd na camping odsunęliśmy.
Jechało się całkiem spokojnie i przyjemnie, nie byliśmy specjalnie zmęczeni, więc - dlaczego nie?
W końcu uznaliśmy, że Lillehammer to ostateczna granica na dzisiaj - choćby nie wiem jak chciało się siedzieć w aucie i jechać dalej - w Lillehammer koniec, wysiadamy i kempingujemy.
Zanim jednak dotarliśmy do miasta byłych igrzysk, postanowiliśmy przetestować jakąś norweską stację benzynową, póki jeszcze mamy sporo paliwa i można sobie pozwolić na ewentualną porażkę.
Dominują stacje Statoil.
Na taką też trafiliśmy.
Nad dystrybutorem pisze "Kassa" albo "Kort".
Ten drugi wariant jest dla ambitnych, którzy obsłużą się całkiem samodzielnie, płacąc kartą w automacie przyczepionym do dystrybutora.
Rozentuzjazmowany, podtrzymywany na duchu opisami (z Internetu) licznych sukcesów, jakie zostały odniesione w walce z tymi urządzeniami przez innych, zajechałem pod "Kort".
Zresztą pod innymi pompami było ciasno i ciężko byłoby się z przyczepą uwinąć.
Zaczęło się niewinnie, elegancka instrukcja po angielsku:
* włożyć kartę
* podać pin
* wprowadzić żądaną ilość paliwa
* nalać
Każdy głupi potrafi, ucieszyłem się.
Po wsunięciu karty rozległo się przyjazne "piip", zapaliła się zielona diodka (czyli, chyba dobrze?) a następnie na wyświetlaczu pokazał napis:
Vii ichen gelh meer kampgren hukivar ? "yes" press 0 "no" press 1
Co do "yes", "no" i "press" jestem całkowicie pewien, ale tą pierwszą część mogłem trochę przekręcić.
Od razu zorientowałem się, że automat został zaprogramowany przez tego samego osobnika, który opracował sterowanie windą na promie, a powyższe pytanie oznacza "Czy chcesz pozostawić swoją kartę tu na zawsze?" albo "Czy wylosować rodzaj paliwa?".
Jakoś wydobyłem kartę i grzecznie ustawiłem się w kolejce do pompy "Kassa".
Po nalaniu, przy ladzie, można było płacić jak się chciało.
W pobliżu Lillehammer z listy kempingów w nawigacji wybraliśmy ten o nazwie "Stranda" (czyli, jak nam się wydawało "plaża") i pozwoliliśmy się poprowadzić do celu.
Trafiliśmy bez problemu, zresztą, bez nawigacji, też można sobie poradzić.
Po prawej stronie drogi teren stromo opada ku fiordowi (jezioru?).
W dole widać mnóstwo domków, przyczep i kamperów.
To właśnie tam.
Trzeba tylko pokonać trochę serpentyn i już jesteśmy przed bramą.
Znaki drogowe prowadzą jak należy.
Kemping był bardzo sympatyczny.
Nie było wyznaczonych działek, trzeba było sobie poszukać miejsca.
Nie sprawiło to trudności (ale w przyszłości kupię sobie dłuższy przedłużacz), usadowiliśmy się w pobliżu wody.
Pogoda dopisywała, w oddali ładnie błyskały dachy Lillehammer, woda skrzyła się w słońcu, które wcale nie zamierzało zachodzić pomimo późnej godziny.
Jednym słowem, wcale nie chciało się nigdzie jechać, a Norwegia zaczęła mi się nawet trochę podobać.
Na drugi dzień, dopiero po 11.00, ruszyliśmy dalej, do Lom.Bardzo, bardzo dziękuję Koleżance i Koledze za ciepłe słowa.
Czy po Norwegii da się jeździć z przyczepą?
Pytanie to zaczęło mnie dręczyć odkąd tylko przyszło nam do głowy, że można by się tam wyprawić.
Po przeglądnięciu rozmaitych forów, blogów i stron nie byłem ani o jotę mądrzejszy.
Jeden internauta pisał, że nie był w Norwegii ale skoro jest droga, to on uważa, że musi się dać,
inny, owszem, był i widział, że ktoś holował kemping.
Jeszcze inny - osobiście podróżował z przyczepą kempingową, inną jednak trasą, niż planowaliśmy,
a relacja obfitowała w sceny mrożące krew w żyłach, jak to przyszło mijać się z autobusem o centymetr
nad krawędzią przepaści.
Ponieważ za dreszczowcami nie przepadam nawet gdy są w kinie, wymyśliłem, że pojadę drogą E6,
skoro jest narysowana taką grubą, czerwoną kreską, to chyba nie powinno być źle.
Potem rozbiję biwak w jakimś dogodnym miejscu i już tylko samym samochodem będę zwiedzał fjordy, góry, doliny i lodowce.
Tym dogodnym miejscem było Lom.
Ponieważ miasteczko znajduje się zaledwie kilkadziesiąt km od E6 i jednocześnie leży u zbiegu różnych tras turystycznych,
trochę obawiałem się o dostępność miejsca na kemmpingu.
W Internecie swoją witrynę miało pole "Nordal". Tam też, jeszcze z domu, zrobiłem rezerwację.
Bez kosztów.
Dotarliśmy ok. 15.00.
Obawy były zbędne, miejsca było pod dostatkiem.
Kemping leżał dokładnie w centrum miasteczka i wszędzie było blisko, otoczenie przepiękne - rzeka, wodospad.
Gdy jeszcze okazało się, że za prysznice nie trzeba płacić a w zmywalni jest cały czas ciepła woda, jednogłośnie stwierdziliśmy, że lepiej nie można było trafić.
Mieliśmy tu pozostać przez cztery dni, dwa przeznaczone na zwiedzanie i dwa na zupełną labę.
Pospacerowaliśmy po okolicy, zajrzeli do centrum. W środku miasteczka, nieomal przy campingu stoi drewniany kościółek, tzw. stavkirke.
Już wtedy, gdy Jagiełło gromił Krzyżaków ten kościółek był bardzo stary.
Pooglądaliśmy go sobie dokładnie.
Piękny.
Czasem ktoś może nie wiedzieć, że bardzo podobny jest w Polsce, w Karpaczu. W XIX wieku jakaś
ekscentryczna księżna chciała mieć taki i w częściach sprowadziła go właśnie z Norwegii.
Był sobotni wieczór a że w niedzielę zwykliśmy chodzić do kościoła, na tablicy ogłoszeń sprawdziłem jakie są godziny nabożeństw.
Była wskazana tylko jedna: 12.00 i to z dopiskiem "Brimisaetra", czyli nie tu, na miejscu tylko gdzieś indziej.
"Brimisaetry" nie było ani w nawigacji, ani w drugiej nawigacji, ani w atlasie.
Poszedłem zapytać w recepcji kempingu.
Za kontuarem siedziała pogodnie usposobiona dziewczyna.
Już jakiś czas temu zauważyłem, że widząc osobę płci żeńskiej, dajmy na to, w wieku do 25 lat,
przede wszystkim zastanawiam się czy nadawałaby mi się ona na synową.
W zasadzie to nie wiem czy mam się tym cieszyć czy martwić.
Co by nie było, ta się zdecydowanie nadawała!
Zapytana o kościół i "Brimisaetrę" zasępiła się trochę ale po chwili znów odzyskała pewność siebie:
- to pewnie będzie koło Brimi, powiedziała.
A Brimi już na mapie było, wprawdzie jako mała kropeczka ale zawsze już coś.
- a to wybiera się pan na mszę?, spytała.
- no, super, to może być niezła atrakcja turystyczna, stwierdziła, nawet nie podejrzewając mnie,
że mógłbym sobie zadawać trud w innym celu.
Zupełnie, absolutnie nieopatrznie nie przejąłem się tą "atrakcją turystyczną" i nazajutrz,
przed południem, wyruszyliśmy do BRIMI.
-------------------------
Silnik pracował na wysokich obrotach już dobrą chwilę.
Minęło ponad pół godziny odkąd pod ostrym kątem zaczęliśmy się wspinać pod górę.
Droga stopniowo zwężała się już przedtem a teraz nie mogła się pochwalić nawet asfaltem.
Wszystko wskazywało na to, że najlepszą rzeczą, jaką można zrobić, to zawrócić czym prędzej,
zanim będzie jeszcze gorzej.
Ale nie było jak – wąsko i stromo. Więc ze smętnymi minami parliśmy do przodu, żałując,
że zdecydowaliśmy się wjechać w nieznany i niepewny teren.
Na słynnej Drodze Troli też zapewne jest stromo, ale tam jeżdżą nawet autobusy,
zatem w zasadzie nie powinno być niespodzianek.
A tu, na odludziu?
Wieś Brimi składała się chyba z nie więcej niż pięciu domów, za ostatnim z nich wisiała na drzewie
deska z wykaligrafowanym napisem "Brimisaetra" i strzałką wskazującą kierunek jazdy.
Wraz z wysokością drzewa i krzewy skarłowaciały aby stopniowo całkiem zniknąć.
Zostały kamienie, rzadka trawa, wrzosy i porosty.
W pewnym momencie nachylenie drogi zaczęło maleć, skręciliśmy raptownie, przejechali przez wąski,
ale nie przyprawiający o palpitację serca mostek.
Droga raptownie poszerzyła się a przed nami
otworzył się bardzo rozległy, otoczony górami płaskowyż.
Z jednego końca wypełniało go zielono lazurowe jezioro, na przeciwległym krańcu stały trzy chałupy,
jedna zdecydowanie większa od pozostałych.
Ale miejsce! W pierwszej chwili miałem wrażenie, że ktoś pozwolił mi wjechać do Doliny Pięciu Stawów.
Potem poczułem się jak odkrywca.
Tego nie było w żadnym przewodniku!
Poczucie dumy wprawdzie trochę zakłócało kilkanaście samochodów i rower stojące obok tej największej
chałupy, ale zdaje się, że byli to tylko Norwegowie z okolicznych miejscowości.
No a takim, wiadomo, było łatwiej.
Przy wejściu do chałupy stała cała w uśmiechach żona pastora.
Tak, jak mogliśmy się spodziewać, trafiliśmy do kościoła protestanckiego.
Zamieniliśmy kilka słów, i pomimo tego, że jesteśmy katolikami, zaproszono nas do środka.
Jak ekumenizm, to ekumenizm.
Po trzydziestu minutach czytań ewangelii na przemian ze śpiewem psalmów, nabożeństwo dobiegło końca.
W jego trakcie zebrani zachowywali się dość swobodnie i dało się odczuć, że są ze sobą i swoim pastorem
w dobrej komitywie.
Chałupa w której byliśmy, na co dzień pełni rolę schroniska, natomiast, jak dowiedzieliśmy się:
ponieważ Brimisaetra jest bardzo ładna, lokalna wspólnota luterańska od czasu do czasu wynajmuje ją na parę godzin.
Gdy nacieszyliśmy się widokami Brimisaetry, już bez poprzednich obaw, zjechaliśmy w stronę doliny.
Była wprawdzie prawie 15.00 ale słońce stało wysoko, pogoda dopisywała,
więc zrezygnowaliśmy z planowanego na popołudnie leniuchowania na campingu
i postanowiliśmy zobaczyć Geirangerfjord jeszcze dzisiaj.Geiranger był typową atrakcją turystyczną z przewodnika.
Wszystko poukładane jak należy, zaplanowane i na swoim miejscu.
"Przechodzimy proszę państwa, przechodzimy.
Z prawej sklep z pamiątkami w bardzo dobrych cenach.
Dalej, dalej, czy wszyscy mają bilety na przejażdżkę statkiem?
Wszyscy popatrzmy na prawo.
A teraz na lewo.
Pan w niebieskiej kurteczce, proszę nie oddalać się od grupy."
Na nasze szczęście, byliśmy pozostawieni sami sobie i zorganizowana turystyka przepływała raczej obok nas.
Ponieważ dochodziła już 17.00 ruch widocznie opadał.
Na parkingu dla autobusów nie przybywało nowych pojazdów, w dużym sklepie z pamiątkami o wdzięcznej nazwie "Fjordbuda" kasjerzy zaczynali ziewać i myślami byli chyba w drodze do domu.
Zadowolony sprzedawca gipsowych trolli po cichu liczył utarg i pakował powoli swój kram do walizki.
Nabywszy bilety na ostatni w tym dniu rejs statkiem spacerowym, czekaliśmy na rozstawionych przy nabrzeżu ławkach.
Droga z Lom do Geiranger była całkiem przyjemna. Z początku monotonna, później zagłębiła się w góry.
Skały, zalegający tu i ówdzie od zimy śnieg, mieniące się w słońcu potoki wydawały się pozostawać w zasięgu ręki.
Bardzo nas to ekscytowało, kilka razy zatrzymywaliśmy się na zdjęcia, raz nawet wypuściliśmy się kilkaset metrów "w teren".
Drogowskazy prowadziły nas w kierunku miejscowości Stryn, później skręciliśmy na trasę nr 63, wiodącą właśnie do Geiranger.
Droga jeszcze przez kwadrans pięła się w górę by potem licznymi serpentynami zacząć stromo opadać w kierunku doliny z fjordem.
Jej dalsza część, na przeciwległym końcu, to słynna Droga Orłów i Droga Troli.
Z przyczepą byłoby pewnie trudno.
Jazda samym samochodem nie stwarzała problemu.
Dwójka, lekko hamulec, zwrot 180 stopni i raz, dwa trzy, cztery i lekko hamulec, zwrot 180 stopni i raz, dwa, trzy, cztery, pięć (bo tym razem troszkę dłuższa prosta).
Czy ten kamper musi jechać tak środkiem?
Na bok, hamulec, stop, jedynka, dwójka.
I raz, dwa, trzy, cztery i lekko hamulec, zwrot 180 i - tak przez blisko pół godziny.
Znaki drogowe od czasu do czasu przypominały, aby do hamowania używać przede wszystkim skrzyni biegów.
Rodzina zapewniała, że widoki są ładne, wierzyłem raczej na słowo, bo okazji do rozglądnięcia się w koło nie miałem za wiele.
Zatem, gdy tylko pojawiła się oznaczona zatoka z punktem obserwacyjnym, skwapliwie z niej skorzystałem.
Odkąd kiedyś kupiłem sobie album pt. "Cuda natury" zawsze chciałem na własne oczy zobaczyć fjord Geiranger.
I najlepiej, żeby stał w nim zakotwiczony wielki, pełnomorski statek pasażerski - tak jak na obrazku w książce.
Przydrożna zatoka to za mało powiedziane, był to w zasadzie mały parking z toaletami i punktem informacyjnym.
Dlatego właściwy widok otworzył się dopiero po odejściu kilkunastu metrów od samochodu.
Tak jak w książce! Strome zbocza wpadające prosto do wody.
Jeden brzeg pogrążony w cieniu, niemal w mroku.
Drugi - mieniący się w słońcu.
I do tego: BYŁ STATEK!
Rejs spacerowy był wart zainwestowanych pieniędzy.
Pomimo autoperswazji ulegliśmy ogólnym trendom i ustawiliśmy się za wczasu w kolejce do wsiadania, w celu zapewnienia sobie lepszych miejsc.
Okazało się to całkiem bezcelowe.
I tak mało kto siedział. Wszyscy wędrowali od burty do burty, z dziobu na rufę i z powrotem, a zdjęcia robiło się najlepiej na stojąco.
Ostatni kwadrans rejsu spędziliśmy w wewnętrznej kabinie, wiało i byliśmy już trochę zmęczeni wrażeniami.
Parking wokół naszego auta zdążył w międzyczasie trochę opustoszeć.
Kilka kamperów czekało na prom do Helsyt.
Trochę im współczuliśmy, bo to dopiero jutro, trochę zazdrościli, bo miejsce na nocleg ładne.
Ruszyliśmy z powrotem, serpentynami pod górę.
Bardzo nas kusiło, żeby jechać do punktu widokowego na szczycie Dalsniba, który mijaliśmy po drodze.
Ale zależało nam na, w miarę mozliwości, niezbyt późnym powrocie na kemping.
Plany na jutro były rozległe i tym razem należalo wstać wcześniej.
Gdy po 21.00 wróciliśmy z wycieczki, nie poznaliśmy naszego pola kempingowego.
Jeżeli przedtem wiatr mógł hulać we wszystkie strony, z rzadka tylko zahaczając o jakiś kamper, namiot lub przyczepę -
teraz, jedyne, co mu pozostało, to wynieść się nad pobliski potok albo w góry.
Zrobiło się ciasno i gwarno.
Nawet na miejscu, gdzie był nasz samochód, ktoś postawił motocykl i namiot.
Nagle wszyscy zapragnęli odwiedzić Lom!
Jedna część tłumu warczała silnikami kamperów, starając się ustawić je w miarę poziomo, przynajmniej tak,
aby szklanka, załóżmy, że z kawą, nie spadała ze stołu.
Zaplątani w linki i płachty namiotów, z determinacją w oczach próbowali nadać im pożądany kształt.
Druga część albo uruchamiała grile, albo już je uruchomiła i z wyższością spoglądała na tych,
zbyt długo borykających się z oporem materii.
W ogólnym rozgardiaszu szczególnie zdeterminiowana młodzież próbowała odbijać piłkę, jechać na rowerze albo grać w badmintona.
Zlot jakiś czy co?
Potem przyjechał autobus, a potem jeszcze następny.
Pierwszy był z Litwy, wysiadła, co ja mówię, wystrzeliła z niego wesoła i rozkrzyczana młodzież.
Drugi pochodził z Niemiec i przywiózł emerytów, którzy sprawiali wrażenie, że nic ich nie zmusi do tego, aby wysiąść.
Po jakimś czasie wszyscy wsiąknęli w domki, które kemping miał do wynajęcia.
Ciekawe, jak im się podobało wzajemne sąsiedztwo?
Postanowiliśmy wykorzystać chwilową nieuwagę tłumu skupionego na grilach i popędziliśmy pod prysznic.
Zmęczenie zrobiło swoje i z wczesnej pobudki w poniedziałek wyszły nici.
Szczerze mówiąc, to nawet gorzej, zupełna klęska.
Kiedy dobrze po dziesiątej wygramoliliśmy się z łóżek, zbaranieliśmy.
Wkoło znowu było prawie pusto.
Nie tak całkiem, jak w chwili naszego przyjazdu, ale większość wczorajszych przybyszów już zdążyła sobie pojechać.
Lom znajduje się na przecięciu szlaków turystycznych, zatem dla wielu turystów stanowi przede wszystkim dogodne miejsce noclegów tranzytowych.
A że najczęściej wyjazdy rozpoczynane są w sobotę, akurat niedzielny wieczór to czas, gdy podróżujący docierają w to miejsce z różnych zakątków Europy.
W kolejne dni kemping nadal pulsował: wieczorem zaludniał się, rano pustoszał, ale taki najazd, jak w niedzielę już się nie powtórzył.
Już mieliśmy sobie darować zwiedzanie na dzisiaj i w końcu uruchomić także nasz grill, ale poczucie obowiązku zwyciężyło.
Zapakowaliśmy termosy, kanapki i ruszyli na Drogę Nr 55, Sognefjelveg, łączącą Lom z Sogndal, czyli rejonem Sognefjordu, najdłuższego fjordu w Norwegii a kto wie, może i na świecie?
Pierwsze kilometry od razu pokazały, że Droga 55 nie na darmo ma status "narodowej trasy turystycznej".
Jechaliśmy od jednego do drugiego punktu widokowego, które przy wąskiej drodze były dosłownie co kawałek.
Ruch był znikomy, mieliśmy wrażenie, że jesteśmy tu prawie sami.
Góry Jotunhaimen, przez które prowadzi 55 miały surowy i wygląd i klimat.
Pomimo, że przeświecało słońce, temperatura spadła poniżej 10 stopni.
Nic dziwnego zatem, że raz po raz pomiędzy szczytami skrzyły się lodowce a dość blisko drogi tu i ówdzie leżał śnieg.
Bardzo nam się tu podobało, ba, zaczęliśmy się nawet zachwycać.
W zasadzie to trudno było powiedzieć, dlaczego?
Wczoraj też były i skały i śnieg i widoki.
Tu jednak było surowo i dziko.
Przyroda wydawała się być bliżej.
Wczoraj oglądaliśmy góry "z drogi", dzisiaj w górach byliśmy a samochód i pasek asfaltu w niczym nie przeszkadzał.
Droga stopniowo zaprowadziła nas z dolin, nad którymi srożyły się ciemnosine i białe wierzchołki gór na poorany skalnymi rozpadlinami płaskowyż, na którym można było poczuć się bardziej jak "równy z równym" wobec poprzedzielanych jęzorami lodowców szczytów.
Później zaczęła stromo opadać, zaginając się w coraz to bardziej fantazyjne serpentyny.
Zrobiło się cieplej, pojawiły drzewa i jakiś czas później otworzył się widok na Lustrafjord, dużą odnogę Sognefjordu.
Tereny wzdłuż brzegów Lustrafjordu były zagospodarowane, wsie, domy, większe i mniejsze przystanie.
Po 14.00 w okolicy Gaupne skręciliśmy na drogę 604.
Nigardsbreen zgodnie z obietnicą z przewodnika okazał się rzeczywiście wyjątkowo łatwo dostępnym jęzorem słynnego i ogromnego lodowca Jostedalsbreen.
Postarał się o to sam lodowiec, bo zsunął się najniżej, jak tylko mógł jak i rząd Norwegii, budując w pobliżu spory parking i ładny budynek z informacją turystyczną, sklepami i małym muzeum.
Kręciło się tu trochę osób, ale jeżeli by przyłożyć te same kryteria co i do np. Doliny Kościeliskiej, to nie było nikogo.
Absolutnie.
Lodowiec był widoczny już z parkingu.
Miał kolor niezapominajek.
Uradowani założyliśmy trepy i już, już mieliśmy ruszyć w jego kierunku, ale zaczęło nam świtać, że to tylko tak wygląda, że parę kroków i już będziemy na miejscu.
Skoro nikt nie kazał nam płacić za parking, to znaczy, że to nie ten postój.
Przejechaliśmy jeszcze jakieś 2-3 km wąską, szutrową drogą, uiścili 20 NOK opłaty, która nas wreszcie uspokoiła i w końcu ruszyli pieszo.
Szlak był łatwy, kamienisty, trochę o tatrzańskim charakterze.
Buty turystyczne miały jak najbardziej uzasadnienie.
Po trzech kwadransach byliśmy u celu.
Rozległa przestrzeń, z lewej i prawej strony zamknięta prawie pionowymi skalnymi ścianami,
po których z głosnym szumem staczały się liczne wodospady.
Na środku rwący strumień wody wypływający spod lodowca a na wprost - kilkunastometrowej wysokości, fantazyjnie wyrzeźbiona ściana lodu, którego kolor przeszedł od niezapominajek do chabrów.
Przez łomot staczającej się wody, zwielokrotniony echem odbijającym się od skał, przebijało się bardzo niskie, basowe buczenie. Czytaliśmy wcześniej, że to odgłosy z wnętrza lodowca.
No dobrze, przyznaję się. Przeleźliśmy przez linki ogradzające około 30 metrową przestrzeń przed samą ścianą lodu, pomimo, że wisiały na nich tabliczki z napisami "ABSOLUTNIE NIE PRZEŁAZIĆ".
Była prawie 19.00, gdy powoli zbliżaliśmy się do wylotu z Doliny Jostedal.
- Dasz mi herbatnika?, przerwałem ciszę, jaka od dobrych paru minut panowała w aucie.
- A co, głodny jesteś?, pytaniem odpowiedziała żona.
- No bo jak jesteś, to do kempingu jeszcze trochę, ciągnęła.
Wiedziałem przecież, że co najmniej dwie dalsze godziny za kierownicą mnie nie ominą ale w odniesieniu do ostatnich dni, to w końcu pestka .
- Szkoda, że tak mało w okolicy Sogne oglądnęliśmy.
No to może jeszcze kiedyś pojedziemy na Śnieżną Drogę.
Pewnie jesteś głodny, jedźmy do domu, dodała z westchnieniem małżonka.
Wcale nie byłem głodny. Planowanie logistyczne żony nigdy jeszcze nie nawaliło.
- Musielibyśmy, uwzględniając powrót, dołożyć ponad 200 km a jest już siódma.
Po nocy przecież nie będziemy chodzić po górach, odparłem.
- Wiadomo, to by było bez sensu, potwierdziła.
- Podobno piękna ta trasa, po chwili dodała.
Kwadrans później, tuż przed skrzyżowaniem z drogą 55, westchnęła głęboko i stwierdziła:
- Ale ten dzień tutaj długi, do koła polarnego jeszcze kawał a praktycznie nie robi się ciemno, no nie?
Zamiast do Lom skręciłem w stronę Aurland.
Kiedy już dobrze po 1.00 w nocy docieraliśmy na kemping byliśmy zmęczeni jak nigdy.
Ale zmęczeni to nie znaczy, że nieszczęśliwi.
Śnieżna Droga okazała się chyba najbardziej wymagająca wobec kierowcy pośród dotychczas przejechanych.
O ile Drogą 55 mógłbym od biedy z przyczepą przejechać (choć nie polecam), to tutaj zdecydowanie odradzam.
Pomimo mijanek - bardzo wąsko, brak barierek zabezpieczających i oczywiście, mnóstwo zakrętów.
Może właśnie dlatego a może ze względu na późną porę spotkaliśmy zaledwie trzy samochody.
Ostry podjazd od strony Sognefjordu prowadzi na rozległy płaskowyż pokryty skałami, wśród których raz po raz błyskają jeziorka i jeziora.
Teren faluje, sprawiając, że chwilami odnosi się wrażenie, że droga łączy się z taflą wody.
Krajobraz jeszcze inny niż wcześniej oglądane.
Na koniec zjazd w kierunku Aurland i widok na Aurandfjord.
Jednogłośnie uznaliśmy go za najładniejszy i najbardziej poruszający z dotychczas napotkanych.
Droga powrotna w kierunku Laerdal prowadziła przez 24 kilometrowy podziemny tunel.
W jego wnętrzu trzy, artystycznie oświetlone komory stanowiły też nie lada atrakcję.
W okolicy Laerdal, czekała nas, po raz drugi w tym dniu, przeprawa promowa.
Kursujący co 40 min stateczek właśnie odpłynął.
Z konieczności zatem, ale przyznaję, że i bardzo chętnie odpoczywaliśmy przez blisko trzy kwadranse.
W trakcie powrotu Drogą 55 zaskoczyła nas ilość kamperów nocujących w górskim odludziu.
No, ale świt w takim otoczeniu, tylko pozazdrościć.
Bramę kempingu powitałem z radością, nie była zamknięta.
Zmęczeni rzuciliśmy się na łóżka, ale wcześniej zrobiłem sobie kanapkę, bo jednak trochę głodny to byłem.Następny dzień przywitał nas już trochę gorszą pogodą.
Od razu dało się też wyczuć, że najlepszym sposobem na zdobycie ogólnej niechęci otoczenia jest złożenie propozycji wyprawienia się gdziekolwiek.
Nikt zatem nie wyrywał się z tego typu pomysłami, tylko grzecznie poszliśmy na zakupy w celu pozyskania surowców niezbędnych do urządzenia grila.
Praca została wykonana solidnie, najpierw odwiedziliśmy sklep Coop, potem Rema a w końcu Kiwi.
A następnie to samo, tylko w odwrotnej kolejności.
Nie pamiętam już, która z sieci została przez nas wyróżniona nabyciem połowy kilograma skrzydełek i paczki zamrożonych filetów z łososia, ceny okazały się zbliżone, asortyment niemal identyczny.
Mnie najbardziej podobały się takie fajne, czerwone maszynki do wydawania reszty, inne rzeczy były takie same, jak w naszych sklepach.
Przez następne godziny jedynym przedmiotem troski i wspólnych rozważań było dokonywanie wyborów - co upiec teraz, czy z musztardą, czy może jakoś inaczej, gdzie się podział czwarty widelec, czy ta plama z sosu na koszulce zostanie, itd.
No i jak zwykle na koniec:
KTO PÓJDZIE UMYĆ NACZYNIA?
Gdy ni z tego ni z owego, późnym popołudniem, ktoś zaproponował wyjście w góry, o dziwo nikt nie zaprotestował. Najprawdopodobniej był to skutek ogólnego otępienia wywołanego nadmiarem jedzenia.
Zresztą wycieczka miała być prosta, wg prospekciku rozdawanego gdzie popadnie, w całym Lom.
"Nasze piękne miasto...bla,bla...pośród pięknych gór...bla,bla...nad piękną rzeką...bla,bla..."
Po typowym dla tego rodzaju wydawnictw wstępie były przedstawione plany trzech wycieczek krajoznawczych mających przybliżyć owo piękno turyście.
W taki podstępny sposób miał się on stać ofiarą niewinnie wyglądającego kolorowego folderka.
Niczego nie przeczuwając, wybraliśmy sobie jedną z nich. Scenariusz mniej więcej taki: na szlak wchodzimy zaraz przy kempingu, po półtorej godziny dochodzimy do punktu widokowego, ma być piękny widok na Jotunhaimen, po dwóch godzinach - schronisko, zaraz potem szczyt i szlak powrotny, kończący się na kempingu.
Całość nie miała zająć więcej niż pięć godzin.
Początki były niewinne.
Po trzech godzinach ostrej wspinaczki znajdowaliśmy się na otwartej przestrzeni.
Lasu już nie było, a ściślej mówiąc to był, tylko kilkaset metrów poniżej.
Z góry wyglądał jak zielony, kosmaty dywan.
Posuwaliśmy się wzdłuż krawędzi stumetrowego, skalnego urwiska.
Ponieważ do jego brzegu było mniej więcej pół metra, od czasu do czasu jakiś kamień usuwał się w dół.
To z lewej. Z prawej strony można było oprzeć się o zbocze, ale bynajmniej nie wspinać po nim.
Właśnie dotarliśmy do strumyka, który parę kroków dalej stawał się wodospadem, trafiając na w/w przepaść.
Wg informacji w folderku, to właśnie połowa drogi do punktu widokowego, który powinniśmy minąć półtorej godziny temu.
Zza zakrętu doszadł nas jakiś nowy odgłos i po chwili zobaczyliśmy kilka zwierzaków.
- Ugryzą!, wrzasnął siedzący w głowie krasnoludek, który już od jakiegoś czasu snuł rozmaite czarne wizje.
- No co ty, owce?, zaśmiał się drwiąco drugi.
- A, tak mi się tylko powiedziało. No ale mogą pobóść!, nie dawał za wygraną ten pierwszy.
Jednak żadne z wełnianych stworzeń nie miało rogów.
Owieczki zatrzymały się, nie bardzo wiedząc jak nas ominąć, nie wchodząc jednocześnie w nadmierną zażyłość.
Stały i patrzyły się z wyraźnym politowaniem.
W końcu, dając do zrozumienia, że nie jesteśmy specjalnie godni ich uwagi ani obaw, zbliżyły się i podreptały w dół ścieżki.
Nie pozostało nam nic innego, jak podążyć za nimi.
Żal tylko, że nie było z nami autora wspomnianego folderka.
W niecałe dwie godziny znaleźliśmy się na dole, obok ładnego domu, miejscu skąd zaczęła się cała wycieczka.
Jak głosiła tablica informacyjna, pierwsza wersja budynku powstała w 1530.
Dawna farma obecnie pełniła rolę pensjonatu.
Niewiarygodne! Zwykła, drewniana chałupa przetrwała tyle lat!
U nas już dawno zajęli by się nią koledzy chana krymskiego, Szwedzi ze swoim potopem, Wehrmacht oraz Armia Czerwona. Co to znaczy szczęście zamieszkania odrobinę na uboczu zdarzeń!
Ponieważ właśnie podzieliliśmy się tymi refleksjami, z pewną nieufnością patrzyliśmy na kilku Niemców studiujących wywieszone obok ogłoszenia.
Nie byli jednak uzbrojeni i sprawiali wrażenie wręcz przyjaznych.
Też podeszliśmy do ogłoszeń. Było co poczytać - cennik pensjonatu. Nocleg 2500 NOK, ale przecież ze śniadaniem.
Dla bardziej wymagających, również i obiadokolacja, razem 3500 NOK
Pewnie to był ten sposób na odstraszanie wszelkich intruzów!
Na drugi dzień lało, lało i jeszcze raz: lało. Nie było zatem mowy o żadnych wycieczkach.
W muzeum różnych, ciekawych kamieni (zaraz przy kempingu) kupiliśmy sobie rybkę odciśniętą w skale.
Rybka miała 35 mln lat, więc pozostawała bez związku zakupami na grila.
Deszcz powitał nas i rano, w dniu następnym. Gdy zrobił sobie krótką przerwę, złożyliśmy przedsionek i około 8.00 wyruszyli z przyczepą na północ, w kierunku Lofotów.Podobnie jak i przed tygodniem, ten czwartek miał być pracowity.
Ponieważ w sobotę rano chcieliśmy już być na Lofotach, teraz należalo sobie na to zapracować.
Jechać, jechać, aż do Mosjoen, gdzie zaplanowaliśmy nocleg.
Strasznie nas dręczyły wyrzuty sumienia z powodu niezaglądnięcia do stolicy ani żadnego innego z norweskich miast.
Uznalismy, że zadośćuczynieniem stanie się wizyta w Trondheim, które było po drodze.
Pogoda, już od wczoraj wyjątkowo paskudna, w pewnym momencie, jak mi się zdawało, postanowiła się z nami przeprosić.
Błysnęło słońce, a niebo zaczęło się mienić kolorami, w zupelnie niespotykany sposób.
- Zorza?, przemknęło przez myśl. Oczywiście o zorzy nie mogło być mowy.
Gigantyczna tęcza, która raz się przybliżała, barwiąc niebo wprost nad głową,
raz oddalała, tworząc wyjątkowo intensywnie zabarwiony łuk przykuwała uwagę wszystkich przejeżdżających.
Aż na przydrożnym parkingu zaczęło brakować miejsca, wszyscy zatrzymywali się i wyciagali kamery i aparaty.
- No dobrze, przeprosiny przyjęte, zwróciłem się do Pogody.
Ta jednak wcale nie zamierzała się podporządkować naszym oczekiwaniom i po pół godziny znowu rozpadało się na dobre.
Ze względu na zimno i deszcz zrezygnowaliśmy z odwiedzin w Trondheim, zwłaszcza, że brakowało nam wyraźnych wskazówek, jak dotrzeć do centrum i gdzie zaparkować.
Władze lokalne innych miast i miasteczek, jak było później np. w Mosjoen bardziej się starają.
Na przydrożnych parkingach i zatoczkach, jeszcze przed miastem znajdują się punkty informacyjne, gdzie z zawieszonej kasetki można sobie wziąć ulotkę.
Najczęściej zawiera ona nie tylko reklamy ale przydatne informacje - gdzie postawić auto,
również z przyczepą, gdzie warto zajrzeć, czy parkingi są płatne itd.
Zamiast tego Trondheimianie ustawili na obwodnicy swojej miejscowości napisy: "Uwaga, wjeżdżasz na drogę płatną!".
Oprócz tego, żadnej innej informacji, ani co, ani skąd, ani za ile.
Nie było też żadnych wskazówek ani zjazdów dla tych, którzy z tej płatnej atrakcji nie chcieli by skorzystać.
Mknęliśmy zatem przed siebie, mijając coraz to groźniej wyglądające, co chwilę pojawiające się napisy oznaczające nowy płatny odcinek.
Fotografowały nas rozliczne kamery i aparaty, stacjonarne i na obrotowych wieżyczkach.
Namierzały radary, błyskały flesze.
W końcu miałem już dość ciągłego uśmiechania się do zdjęć, zajechałem na stację Shell.
Miła sprzedawczyni potwierdziła, że droga jest płatna, że trzeba sobie było wykupić kartę telepass.
Ale gdzie, za jaką kwotę i jak działa jej rozliczenie nie miała pojęcia.
Gdy minęliśmy już ostatni zakład usług fotograficznych, żona nagle spostrzegła, że na metalowej budzie,
w pobliżu stacji paliw, jest narysowane białe kółeczko z literkami "Kr",
dokladnie takie samo, jak na groźnych znakach po drodze !
Wszedłem, panienka zza biurka zapytała skąd i dokąd jadę, wypełniła ręcznie blankiecik uzupełniony o mapkę,
zainkasowała opłatę drogową 30 NOK, czyli jakieś 15 PLN i było po sprawie.
Przypomniałem sobie, że na promie widziałem jakąś informację o sprzedaży telepassów, ale żaden z przewodników turystycznych nic o tym nie pisał.
Kilkaset kilometrów na północ i nastąpiła widoczna zmiana w roślinności.
Asortyment mniej więcej taki sam, tylko wszystko jakby mniejsze a pnie drzew liściastych bardziej pokręcone.
W trakcie jednego z postojów spotkaliśmy rodaków.
Wracali z Lofotów.
Pogoda ich zawiodła i niewiele zobaczyli, ani tam, ani na Drodze Wybrzeża (Trasa 17), którą przebyli w całości.
Ponieważ znów zaczęło padać, pożegnalismy się dość szybko, aby schronić się w samochodach i ruszyli, każdy w swoją stronę.
Tuż przed Mosjoen zboczyliśmy nieco z drogi, nie więcej niż kilometr, żeby zobaczyć wodospad Langfossen.
Skaczących łososi nie było, bo to nie pora na nie.
Szkoda.
Ale wodospad bardzo ładny.
Część działek na kempingu zdążyła rozmięknąć od nadmiaru wody, deszcz ciągle padał.
Ustawiliśmy się na utwardzonym terenie pośród kamperów i w ponurych nastrojach poszli spać.
Padało tak, że nie chciało się nawet iść pod prysznic.
Zresztą po co?
Był zaraz za drzwiami przyczepy i to bezpłatnie.Najpierw jedno oko.
No, otwarte.
Półmrok, pewnie jeszcze wcześnie.
Teraz kolej na drugie.
Powoli, nie ma co się śpieszyć.
Nagle drzwi przyczepy z rozmachem otworzyły się na oścież tak, że szerzej juz się nie da,
a strumień słońca wpadł z impetem podobnym do nagłego przeciągu.
- No wstawaj, wstawaj,dziewiąta już prawie!
Żona i córka, uszczęśliwione i uśmiechnięte od ucha do ucha, z ręcznikami pod pachą właśnie wróciły spod prysznica.
Stał się cud albo nastąpiła jakaś pomyłka.
Wszystkie chmury gdzieś sobie poszły.
Ponieważ poważnie liczyliśmy się z tym drugim wariantem, staraliśmy się ukryć przygotowania do dalszej drogi,
żeby Pogoda nie połapała się.
Ogólnie rzecz biorąc, wieczorem chcieliśmy znaleźć się w Bodo.
Ale jechać a jechać to niekoniecznie musi być to samo.
Można było kontynuować podróż drogą E6 i w ostatniej chwili skręcić w najkrótszą drogę w stronę portowego miasta.
Wczoraj, patrząc na strugi deszczu, tak właśnie postanowiliśmy.
Znacznie przyjemniejszy wariant stanowiła trasa wiodąca z miejscowości Mo i Rana,
która po kilkudziesięciu kilometrach łączyła się z Trasą Wybrzeża.
Zamiast zwykłego pochłaniania kilometrów czekała nas podróż-wycieczka.
Dochodziła północ. Port w Bodo był opustoszały, tylko obok nas ustawiały się kolejne auta, których kierowcy,
tak, jak i my chcieli na skróty dostać się na Lofoty.
Od godziny gapiliśmy się na sterczącą nieopodal górę.
Nie bylo by w niej nic specjalnego, gdyby nie to, że jej czubek cały czas pozostawał pogrążony w jakichś oparach.
Najpierw uznaliśmy, że to obłok zaczepił się o rozpłaszczony wierzchołek, ale potem wyraźnie
było widać, że góra te chmury produkuje osobiście.
Zatem, na zmianę, albo zajmowaliśmy się zagadką tego wulkanopodobnego szczytu,
albo wdawali w dysputę na temat zaliczonych atrakcji dnia.
==============
Zdecydowanie - wszystko, co było nam dane dziś oglądać dostarczyło więcej wrażeń, niż wcześniej
napotkane norweskie widoki.
Zatem uzgodnienie poglądów w zakresie - co było miałoby stanowić przebój dnia, zdawało się być
z góry skazane na porażkę.
Archpelag Kleivhalsen? Godzinna przeprawa promem, akurat w poprzek Koła Polarnego?
Lodowiec niemal pakujący się na drogę?
Zdania były podzielone.
- No tak, dla ciebie to najważniejsze jest JEDZENIE!, stwierdziła małżonka, uprzednio próbując
zabić mnie wzrokiem, gdy stwiedziłem, że najbardziej to z tego wszystkiego podobało mi się drugie śniadanie.
Na posiłek zjechaliśmy do niewielkiej, pustej zatoki, jeszcze nad fjordem Rana (Droga 12).
Opuszczona przystań, kamienne, z wielkich głazów, zejście do morza, małe czerwone domki odległej wioski.
No i my, sami ze sobą plus wiatr.
Było, aż się boję to powiedzieć, ROMANTYCZNIE?
=============
Na bilet należało zaczekać w samochodzie. Kwadrans przed planowanym odjazdem (odpłynięciem?)
podeszła do nas dziewczyna z dość rozbudowanym terminalem elektronicznym (pewnie można płacić kartą)
i zainkasowała nieco ponad 1500 NOK.
Miła sprzedawczyni wyjaśniła nam Tajemnicę Dymiącej Góry.
Zjawisko to skutek działania instalacji przemysłowych znajdujących się po drugiej stronie.
Byliśmy bardzo, bardzo rozczarowani.
Rejs przebiegał raczej spokojnie. W hallu pasażerskim ulokowaliśmy się w fotelach zgrupowanych wokół stolików, po sześć sztuk.
Na ekranie można było na bieżąco śledzić postępy w podróży.
Na początku statek przemykał się pośród niezliczonych wysepek, potem wypłynął na pełne morze.
I wtedy się zaczęło!
Metr w górę iiiiiiiiiii, metr w dóóóóóół. I metr w góóóóórę i..... A nie!
Tym razem jeeeszcze pół metra do góóóóry i teraz dopiero w dóóóół.
A następnie kołysanie na boki, w prawo raz, w lewo dwa. I znowu w góóórę ...
Jedyny sposób na przetrwanie, to niezwłoczne ułożenie się do snu, choć 100% skuteczności chyba nie da się zagwarantować.
Około czwartej nad ranem zjechaliśmy na ląd w Moskenes.
Lofoty chcieliśmy przejechać od krańca do krańca (na tyle, na ile pozwalała droga),
w związku z tym nie skorzystaliśmy z kempingu, zaraz obok portu, tylko wyruszyliśmy do "A" odległego o kilkanaście kilometrów.
"A" z takim małym kółeczkiem u góry jest ostatnią literą w norweskim alfabecie no i taką też nazwę dostała osada na samym końcu archipelagu.
Wąska droga kończyła się rozległym parkingiem.
Były tabliczki wskazujące kierunek do pola kempingowego, ale chyba, sądząc po szerokości dojazdu, nie dla nas.
Zdecydowaliśmy się zanocować na parkingu.
Wprawdzie stało tu już sporo kamperów jak i kilka przyczep, mielismy jednak trochę obaw - nie wiem, czy wcześniej wyraźnie to powiedziałem,
ale w kempingowaniu jesteśmy prawie nowicjuszami i poza polem kempingowym jeszcze nie spaliśmy.
Zmęczenie jednak nie wdawało się w dyskusje z obawami i po chwili zasnęliśmy.
Gdy rano wyrwały nas ze snu dzikie wrzaski, obawy zdawały się potwierdzać.
-- 02 Sty 2016 11:26 --
Wrzaski były przeraźliwe.
Wyjrzałem na zewnątrz.
Na parkingu grasowały mewy ale nie takie zwyczajne, tylko zorganizowane.
Podzieliły się na grupy z których każda ustawiła się przy wybranym przez siebie pojeździe.
Niedaleko nas, Finowie, już dawno wstali (każdy by tak potrafił, jakby przyjechał promem o 23.00).
Ich mewy najedzone do syta i zadowolone, kręciły się na pobliskich kamieniach ledwo powłócząc pełnymi brzuszyskami.
Nieco dalej, mewy węgierskie - im też nic nie brakowało, kilka mniej operatywnych jeszcze dziobało resztki okruszków na asfalcie
ale pozostałe, tłuste i wypasione, schowały łapy w pióra i wygrzewały się w słońcu.
Tylko im przyciemnianych okularów brakowało.
A nasze? Nie doczekały się od nas NICZEGO.
Usiadły wprost, przed drzwiami i darły się wniebogłosy.
Poczułem się strasznie.
Na szczęście Niemcy po drugiej stronie placu, których widzieliśmy na promie,
też dopiero gramolili się z łóżek a ich mewy ryczały chyba jeszcze głośniej.
Wiedziony poczuciem winy zabrałem się za otwieranie mielonki i krojenie chleba.
- Ojej, nie możesz wytrzymać?, moja krzątanina zbudziła żonę.
- Zaczekaj, zaraz zjemy razem. Już jedenasta?, popatrzyła na mnie krytycznie i podreptała do łazienki.
Miejscowość "A" jest tak duża, jak długa jest jej nazwa.
Tuz przy parkingu stał wbity drążek, a na nim strzałka z napisem "Tourist Veg". Z drugiej strony - drugi słupek, z napisem "Center".
- Tym razem nie damy się nabrać, pomyśleliśmy, mając w pamięci "tourist veg" w Lom.
W przeciwieństwie do poprzedniej wyprawy, tutaj jednak bylo widać innych ludzi, wyprawiających się tą drogą na wycieczkę.
Spotkać też można było takich, którym udało się wrócić.
Poruszali się o własnych siłach, bez widocznych uszkodzeń ciała a i ducha chyba też, bo miny mieli zadowolone.
Spacer okazał się bardzo przyjemny, płaskie skały wrośnięte w rozległe nabrzeże, dopiero tuż, nad samą wodą opadały gwaltownie w dół.
Niczym niezakłócony widok na mniejsze wysepki archipelagu, na które nie można już się dostać na kołach łączył się z pionowymi, skalnymi ścianami naszej wyspy.
Później przyszła kolej na "Center".
Domki stoją na drewnianych platformach, jednym końcem dochodzących do wody, drugim stykających się z twardym gruntem.
Pomiędzy platformami są pomosty pełniące rolę ulic.
Inaczej się nie dało budować, bowiem w terenie opadającym ku zatoczce, stanowiącym naturalną osłonę od wiatru nie było ani jednego, płaskiego kawałka.
Nieco dalej, znalazłby się równiejszy plac, ale, najwidoczniej, nie nadawał się on rybakom do użytku.
- Bardzo ładne te Lofoty, stwierdziliśmy jednogłośnie i pojechaliśmy drogą E10 oglądąć ich dalszy ciąg.
[ Dodano: Sro 18 Sie, 2010 00:06 ]
Kilkunastokilometrowa trasa między "A" a Moskenes stanowiła dla mnie najtrudnieszy odcinek jazdy z przyczepą w ciągu całej wyprawy.
Droga wprawdzie bez przepaści ale i wąska i kręta.
Z parkingu w "A" trzeba wybrać się tak, żeby godzina wyjazdu nie pokryła się z godziną zawinięcia promu.
Wtedy prawdopodobieństwo spotkania z pojazdem jadącym z przeciwka jest mniejsze.
Droga ma dobrą nawierzchnię, ale jej szerokość wystarcza na jeden pojazd, nie jeden i pół, tylko dokładnie jeden.
No ale w tej kwestii nie wszyscy są całkiem zgodni.
Przyjezdni raczej tak, zachowują się wobec siebie uprzejmie i ten który ma bliżej czeka w zatoczce - mijance.
Gorzej z norweskimi kierowcami autobusów.
Ci jakby ignorowali obecność innych, więc trzeba na nich uważać.
Przewodniki dużo piszą o wioskach i miasteczkach na Lofotach.
Nie wiem, jakim cudem, ale o którym by nie czytać, okazuje się, że zostało ono uznane,
z reguły przez jakąś szacowną instytucję lub plebiscyt, za najładniejsze.
Najładniejsze bylo też i Reine.
Z drogi prezentowalo się niezwykle malowniczo, więc postanowiliśmy przyjrzeć się mu z bliska.
Zaparkować udało się bez większego kłopotu w samym centrum, przy małej stacji benzynowej.
Poszliśmy zajrzeć do małego portu. Po drodze minęliśmy mały bank a potem mały kościółek.
Na schodach małej kwiaciarni były wystawione kwiaty, które u nas chyba nie spotkałyby się z uznaniem.
Podobne do nich często staly w oknach mijanych przez nas małych domków.
Rzeczywiście bylo uroczo i wiele osób zatrzymalo się tu w rorbuerach przygotowanych do wynajęcia.
Na szczególną uwagę zasługują mostki i mosty łączące ze sobą wyspy albo skracające drogę,
gdy morze pozwoliło sobie na zbyt wiele wdzierając się pomiędzy góry.
Te stworzone przez ludzi budowle pięknie łączą się z naturą.
Na poszukiwanie stałego postoju przyszła pora w okolicy Leknes.
Dojazd do kempingu, do którego skierowaliśmy się, widoczny już z drogi, nie budził zaufania,
więc pojechaliśmy dalej, wybiarając w nawigacji nowe miejsce o nazwie "Brustranda".
Oddaliliśmy się o kilkanaście kilometrów od E10, więc gdy zobaczyliśmy jak wygląda nasz dom na najbliższe dwa dni,
byliśmy rozczarowani podwójnie.
Pełno paskudnych, błotnistych bajorek, obrośniętych po brzegach rudymi glonami.
Pomiędzy nimi kamienna grobla, budynek recepcji no i oczywiście miejsca dla gości.
Zarządziłem kolejny w tył zwrot, i zacząłem przeszukiwać nawigację, ale tym razem wszyscy popatrzyli na mnie złowrogo.
- Jesteśmy GŁODNI !, zawołali. Nareszcie nie o mnie chodziło w kwestii jedzenia!
Zaszedłem do recepcji, zapłaciłem tylko za jedną noc, choć wczesniej mieliśmy zamiar w końcu posiedzieć
trochę dłużej w jednym miejscu.
Nie było drogo. - Ale skoro tak to wszystko wygląda, to nic dziwnego, muszą sobie mniej liczyć, pomyślałem.
Gdy kończyliśmy późny obiad, nasz kemping przeistoczył się.
Przypływ podniósł lustro wody o półtora metra.
Płytkie bajorka zmieniły się w kapitalny labirynt wody i alejek łączących miejsca do kempingowania.
Gdy teraz patrzyło się wokoło, bez wahania można było powiedzieć,
że chyba ładniejszego miejsca na postój być nie może.
- Widzisz jak tu ładnie?
A tak narzekałeś.
No i po co?, stwierdziła małżonka.
Potem dowiedzieliśmy się, że kemping ten "został uznany za najpiękniejszy na Lofotach".
Nie wiem czy w tej sprawie nie jest tak samo, jak z miasteczkami, ale w moim osobistym plebiscycie rzeczywiście jest najładniejszy i to nie tylko na wyspach.
Wypadającą w drugim dniu naszego pobytu na Lofotach niedzielę, mieliśmy ochotę spędzić w miarę możliwości świątecznie.
Podobnie jak i w Lom, czynnego kościoła w okolicy nie było.
Chcąc zagospodarować wolne w związku z tym przedpołudnie a jednocześnie odpocząć po ostatnich bardzo aktywnych dniach wymyśliliśmy plażowanie.
Odpowiednie miejsce znalazło się dwa kilometry od kempingu.
Cały pomysł traktowaliśmy trochę jak żart i zabawę, w przekonaniu, że za kołem polarnym taka rozrywka raczej nie jest praktykowana.
Tymczasem w pobliżu miejsca, gdzie zamiast skał było trochę piasku stało parę norweskich samochodów.
Panowie i panie w strojach kąpielowych, małe dzieci całkiem na golasa -
my tymczasem w kurtkach albo polarach.
Trzeba było się dostosować.
Rozebraliśmy się. Nie żeby zaraz aż tak jak ci malcy, trochę tylko.
Słońce świeci, piasek bielutki jak na Karaibach ale tak w ogóle, to: ZIMNO.
No ale udajemy, że nie. Wcale nie jesteśmy gorsi od Norwegów, a nawet, proszę - lepsi !
Zanurzyliśmy nogi w wodzie!
Dziewczyny po kostki a ja do łydki !
Tymczasem patrzymy, a tu trzech malców złapało nadmuchiwanego krokodyla i do wody!
Koniec, poddaliśmy się.
Popołudnie upływało błogo i spokojnie na kempingu, aż do momentu, gdy żona po raz trzeci z rzędu przypomniała, że mieliśmy pojechać na północne wybrzeże wyspy, żeby zobaczyć ruch słońca nad horyzontem i upewnić się, że ono tu faktycznie wcale nie zachodzi.
Przekonywałem, że spokojnie można przewodnikom i podręcznikom geografii, astronomi i różnym innym w tej kwestii całkowicie zaufać, ale nie pomogło.
- Przeczytać a zobaczyć to co innego, stwierdziła.
Od rana przeczuwałem, że tak całkiem nic nie robić przez cały dzień, to jednak się nie da.
Po 20.00 wyjechaliśmy w stronę Eggum, gdzie na mapie zaznaczono punkt widokowy.
Relacja ma charakter wspomnieniowy, od podróży minęły już ponad 4 lata.
Wyjazd opisywałem wcześniej na forum poświęconym wyłącznie karawaningowi,
trochę bardziej pod kątem: jak dojechać i nie zabłądzić, ile kosztują winiety, przeprawy,
które pole kempingowe ładne a które nie.
Stamtąd kopiuję część tekstu.
Pomyslałem, że nawet gdy ktoś nie przepada za przyczepami kempingowymi, może
skorzystać z wynajmu domków, tzw. rorbuerów, które można znaleźć w każdej chyba,
nawet małej miejscowości, za niewygórowaną, jak na Norwegię cenę.
Zatem objazd wg opisanej trasy tylko samochodem też ma szanse powodzenia.
====================================================
Trzy małe czarne punkty, które pojawiły tuż nad horyzontem, najpierw niemal niedostrzegalne, teraz rosły w oczach z każdą sekundą.
Po chwili przez szum spokojnego dzisiaj morza przebiło się monotonne buczenie silników.
Achtung! Flugzeug!
Okrzyk kaprala poderwał grupę żołnierzy, którzy rzucili się w stronę działka z zadartą ku niebu lufą.
Od dobrych dwóch miesięcy zaopatrzenie w amunicję szwankowało a tydzień temu ta po prostu się skończyła.
Na dobrą sprawę, rozsądniej byłoby biec w zupełnie w przeciwnym kierunku.
Próba taka chyba jednak nie znalazłaby uznania w oczach oberleutnanta, a jego gniew wydawał się być groźniejszy niż wróg.
Trzy P35, amerykańskie myśliwce dalekiego zasięgu, objuczone dodatkowymi zbiornikami paliwa na skrzydłach i 60 funtowymi bombami
pod kadłubem, nietypowym jak na myśliwiec ładunkiem, zmniejszyły wysokość.
Zanim ryk rozkręconych do maksymalnych obrotów silników zdążył wypłoszyć kręcące się przy brzegu mewy, rozległa się przedwczesna salwa.
Wyczerpała ona do cna resztkę amunicji pozostawioną na czarną godzinę.
Bomba zwolniona przez środkowy samolot najpierw zachybotała w powietrzu, jakby nie wiedziała co ma zrobić z nagle uzyskaną wolnością,
potem łagodnym łukiem, z coraz większą szybkością, poszybowała w kierunku wieży nad którą wznosiła się sieć radaru.
Budynek rozsypał się jak spróchniała beczka.
Stalowa, obrotowa platforma podtrzymująca radar zatrzymała się.
Po sekundzie, przy wtórze jęku giętego i rozrywanego żelaza cała koronkowa konstrukcja runęła w dół nadbrzeżnego urwiska.
Samoloty wykonały nawrót.
Jakby nie wierząc w zbyt łatwo osiągniety sukces - podchodziły ponownie do ataku.
Pozostałe bomby zrzuciły jednak na chybił - trafił i czym prędzej oddaliły się z pola rażenia, nie wiadomo czemu, ciągle milczącej baterii przeciwlotniczej.
Na wzgórze wznoszące się nad Eggum można dotrzeć robiąc sobie dziesięciominutowy spacer albo,
wrzuciwszy do puszki 20 koron, dojechać szutrową, łagodnie wznoszącą się płatną drogą.
Stąd jest najlepszy widok na ocean.
Znajdujące się na szczycie ruiny, podobne trochę do zamku, pochodzą z drugiej wojny.
Mieściła się tutaj niemiecka stacja radarowa, której zadaniem było śledzenie ruchu konwojów alianckich na drodze do Murmańska.
Wewnątrz ciągle jeszcze pozostają stalowe elementy urządzenia.
Podobne pamiątki z okresu wojny spotyka się wzdłuż północnego wybrzeża Norwegii co kawałek.
Dawny bunkier dowodzenia znajdujący się poniżej został obecnie wyposażony w szerokie okna.
W środku miejsce oberleutnanta zajęła korpulentna Chinka prowadząca sklep z pamiątkami a przy okazji sprzedająca kawę, gofry i inne potrzebne rzeczy.
Pomaga jej Norweg, chudy, wysoki i ze strasznie smutnym wyrazem twarzy.
On piecze gofry i parzy kawę, ona siedzi przy kasie i dyryguje.
W Eggum nie byliśmy sami.
Przyjechało całkiem sporo kamperów i przyczep, widać było, że planują pozostać tu na noc.
Dzięki temu, pomimo dość późnej pory, panowała taka trochę atmosfera pikniku.
Wzdłuż stromo opadającego, bardzo wysokiego brzegu, prowadzi ścieżka.
Oczekując na zejście słońca nad horyzont urządzilismy sobie spacer, godzinę w jedną i godzinę w drugą stronę.
Niebo było prawie czyste i o 23.00 cień kładł się na trawę jak u nas w środku dnia.
Siedzieliśmy pod radarem w towarzystwie kilku osób niemal do północy.
Słońce faktycznie tylko trochę zawadziło o horyzont.
Chciało nam się spać i nie czekaliśmy już na moment, gdy zacznie ponownie dźwigać się ku górze.
Wróciliśmy na kemping.
W drodze powrotnej; jest mniej więcej pierwsza w "nocy":
Errata: Po namyśle sądzę, że to nie była Chinka, tylko przedstawicielka ludu Saamów, zamieszkującego Laponię.
Spotkaliśmy tam później kilka osób o podobnym typie urody.Kolejny dzień na Lofotach był inny niż poprzednie.
Osiągnęliśmy już najbardziej oddalony cel podróży i powoli, chcąc, nie chcąc, zaczynaliśmy myśleć o powrocie.
A to nie sprzyja woli poszukiwania nowych miejsc i przygód.
Zachęceni wspomnieniami z Reine skręciliśmy z E10 w kierunku Henningsvar, zostawiając w przydrożnej zatoczce przyczepę.
Przewodnik jak zwykle głosił, że "Henningsvar zostało uznane za najładniejsze miasteczko na Lofotach".
Droga do tej rybackiej miejscowości rzeczywiście obfituje w ładne widoki.
Sama miejscowość, uważam, warta odwiedzenia.
Jest to żyjące miasteczko, którego mieszkańcy utrzymują się nie tylko z turystyki, jak było, wydaje mi się, w Reine.
Zabudowania mieszkalne i mały port zdają się stanowić jedną całość.
Pachnie (pachnie?) rybami, na wodzie panuje ruch.
Jedne kutry pływają, inne są remontowane.
Słowem: jest fajny klimat, ale określenia "Wenecja Lofotów", jak pisał przewodnik, nie zaryzykowałbym.