+12
adamek 15 lipca 2014 00:02


Wstaję jak zwykle – wcześnie. Pani Akajewa już czeka ze śniadaniem. Śniadania są u niej sycące. Tłuste. Ciężko się po nich ruszyć. Ziemniaki smażone na smalcu, na to jajo sadzone. Nie przejesz. Do tego boskie świeżutkie lepioszki, konfitury i tutejsze zjełczałe masło. W zasadzie trudno to nazwać masłem – dziwna, twarda, żółta masa. Zapach wskazuje na to, że „dojrzewała” jakiś czas. Cóż. Dla smakoszy. Mnie jakoś nie urzekło, ale warto było spróbować. Do tego herbata z miseczek.



Jem szybko i lecę jeszcze raz obejrzeć At Baszy z mojej ukochanej skarpy. Widok znowu bajkowy. Jest przed ósmą. Dwanaście stopni. Ja zwyczajnie siadam na ziemi i patrzę na góry. Ten widok wciąga. Uzależnia. Znowu to uczucie. Nie chce się opuszczać tego miejsca. W zasadzie nie ma tu co robić. Mała, nudna, brudna wioska. A jednak. Można po prostu siedzieć i patrzeć.



Lecę na busa do Biszkeku lub do Karakol. Zależy co będzie pierwsze. Dowiedziałem się, że żeby dostać się do Karakol, musze najpierw dojechać do Naryni, potem zmienić busa na tego do Karakol. Ale one odjeżdżają wcześnie, wiec najlepiej wziąć taksówkę z At Baszy. Nie chcę lecieć. Nie spieszy mi się. Karakol nie zając. W końcu tam trafię. Po woli klaruje mi się plan wyprawy. W At Baszy jest podobno dworzec autobusowy, ale nikt z niego nie korzysta. Wszyscy zbierają się przy targowisku. Taksówki, busy, czasem trafi się nawet jakiś autobus. Taksówkarze naganiacze proponują przejazd do Biszkeku za 700 somów. Idę 5 metrów dalej, gdzie stoi bus do Biszkeku. Stoi i czeka aż pojawi się więcej chętnych – tak jak taksówki. Kosztuje 350 somów. Znowu rzucam plecak do środka i kręcę się wokoło. Na bazarze kupuje kefir, lepioszkę i samsy na drogę. Bus zapełnia się w pół godziny. Jedziemy.



Próbuję poczytać, ale nie mogę. Pogoda jest przepiękna. Widoki za oknem nie pozwalają mi doczytać nawet jednej strony. Nie wspominam nawet o spaniu. Nie da się. Nie dlatego, że jest ciasno. A jest, co przy moich 2 metrach wzrostu jest dodatkowo uciążliwe. Jedziemy najpierw przez szeroką dolinę. Nareszcie widać coś, poza szaroburymi chmurami. Mijamy ogromne stada koni. Potem droga wspina się pomiędzy ośnieżonymi szczytami aż do przełęczy Dolon. Droga koszmarna, jak poprzednio. Praktycznie brak nawierzchni, kurz, wszystkie okna zamknięte, ciągła mijanka z chińskimi TIR-ami. To doprowadza jakąś połowę busa (ze mną) do nieodpartej potrzeby postoju w celach toaletowych. Kierowca niechętnie, ale po licznych naleganiach zatrzymuje się na samej przełęczy Dolon – na wysokości 3030 m n.p.m. – na siku. Panie do góry – pod znak, panowie z tyłu busa na łąkę. Zimno i wieje. W życiu nie uskuteczniałem toalety w tak niesprzyjających warunkach. Myślałem, że ja jedyny. Wszyscy się męczyli. Kto nie był w takiej sytuacji, nawet nie zdaje sobie sprawy jak ważne jest się odpowiednio ustawić względem wiatru i pozostałych towarzyszy niedoli.



Potem droga schodzi już w dół. Robi się coraz przyjemniej – niebo się przeciera, wychodzi słońce, jest ciepło. Po woli otwieramy okna i dach. Droga robi się coraz gładsza i szersza. Najgorszy odcinek drogi chyba w całej Kirgizji, mamy z głowy. Nagle bus zwalnia dość gwałtownie i się prawie zatrzymuje. Zdziwiony się wychylam. No tak, normalka. Na drodze – po całej jej szerokości – maszeruje ogromne – liczące kilkaset sztuk – stado owiec. Zajmują całą, jezdnie. Oba pasy. Do tego pobocze. Po prostu spokojnie sobie tuptają, becząc od niechcenia. Są u siebie. Nie widać żadnego pasterza. Nikogo. Tylko owce. Pomyślałem, że będziemy mieli sporą obsuwę. Kierowca nie miał problemu z owcami. Po prostu ruszył, powoli spychając owce ze swojej drogi. Robił to na tyle umiejętnie i – jeżeli można tego określenia użyć wobec wypakowanego ludźmi i tobołami Sprintera – delikatnie, że zwierzętom nic się nie działo. Po prostu, nawet nie zdziwione ustępowały.



Jedziemy dalej. Mijamy sztuczne jezioro Orto Tokoj – zbiornik pobliskiej hydroelektrowni. Mimo, że to sztuczny zbiornik jest przepiękny. Szafirowo-zielona woda w połączeniu z otaczającymi je górami w kolorze piasku, sprawia niesamowite wrażenie. Aż się chce zatrzymać, wysiąść, rozłożyć koc, położyć i po prostu leżeć, rozkoszując się widokiem. Nie jest to może Lake Powell w Utah, ale ma potencjał. W piękny słoneczny dzień, niewiele mu brakuje. Założę się zresztą, że to nie lada atrakcja weekendowa.



Krótki postój na obiad i dalej droga do Biszkeku już wzdłuż granicy z Kazachstanen. Tutaj o drodze ciężko cokolwiek powiedzieć, poza tym że jest. Klimat jest już zupełnie inny. Upał nieznośny, piasek. Jak na pustyni. Droga wzdłuż granicznej rzeki. Trawa, pola, gdzieś w oddali po kazachskiej stronie majestatyczne góry. Po kolei migają mi nazwy kolejnych miejscowości: Kemin, Tokmok, Kenbulun, Iwanowka, Krasnaja Reczka. Te same bazary, te same sklepy, pawilony, kontenery, szeregi zaparkowanych starych aut. Ludzie. Dużo ludzi. Gwar. Nasz bus przemyka przez miasteczka z zawrotną prędkością, zwalniając tylko co jakiś czas, żeby przepuścić owce przechodzące przez czteropasmową drogę. Tak – w Kirgistanie nikogo nie dziwi widok stada owiec na „autostradzie”. Wszyscy zwalniają i grzecznie mijają trzodę, nie uskarżając się przy tym. To normalne jak u nas omijanie dziur w drodze.

Po drodze kupuję bilety na jutrzejszy lot do Osz. Tak. Kupuję je przez Internet. Z telefonu. Podczas jazdy. Da się. Co więcej, nie nastręcza to zbytnich trudności. Bilet kosztuje 1 700 somów (23 Euro). Dostaję potwierdzenie płatności, ale oczywiście nie dostaje biletu. Może przyjdzie później. Do jutra mam czas.

Przed samym Biszkekiem mijamy Kant – rosyjską bazę lotniczą. To ciekawe, szczególnie biorąc pod uwagę, ze 50 km stąd – po drugiej stronie Biszkeku, w Manas, tam gdzie lądowałem – znajduje się amerykańska baza lotnicza. Kirgistan jest jedynym krajem na świecie, gdzie znajdują się bazy wojskowe armii rosyjskiej i amerykańskiej. I to o 5 min lotu samolotem od siebie!

Do Biszkeku docieramy ok 17:00. Podróż była dość męcząca. Melduję się w Tranzit Hostel przy samym dworcu. Znalazłem go na Booking.com, za 550 somów za noc. Chce się tylko wyspać i mieć blisko. Tranzit okazuje się wygodny. Tani i obok mam taksówki na lotnisko. O 5:30 rano nie jeżdżą jeszcze busy, więc jestem zdany na taryfę. Naiwnie szukam potencjalnych towarzyszy na jutrzejszy przejazd. W hotelu spotykam jednego turystę – Rosjanina Andrieja, który panicznie wszystkiego się boi – że go ktoś zaraz okradnie, albo zabije. Kiedy dowiaduje się, że pokój się nie zamyka i nie ma szafek na kłódkę postanawia nosić wszystkie swoje rzeczy ze sobą po mieście. Ja lecę szybko na Osz Bazar po coś do jedzenia, robię krótki spacer po zielonych skwerach stolicy i wracam do hotelu. Dwa dni a miasto jakby inne. Upał, wszystko rozkwita, zielono, pachnie kwiatami. Zapowiedz tego co będzie się działo w Osz i Kotlinie Fergańskiej.



Wracam do hotelu. Mimo ze wygodny, to jednak to straszne miejsce. Wygląda jak ruina. W srodku dość brudno, pleśń, łazienki pełne gruzu, toalety „narciarze”. Dramat. Ale tanio i blisko. Goście hotelowi to w ogóle inna historia. Jesteśmy z Andriejem jedynymi nietutejszymi. Oprócz nas jacyś dziwni ludzie – kierowcy ciężarówek, robotnicy po drodze z jednej części kraju do drugiej. Ok 21 do pokoju wpada facet o aparycji 100% taliba coś krzycząc. Gasi nam światło i kładzie się spać. Za ścianą słychać krzyki jakiejś kopulującej pary. Za oknem, pod murem krzyki jakichś żuli. Najdziwniejsze miejsce w jakim spałem.

O 5:00 pobudka i polowanie na taksówkę. Wyboru nie ma. Odłożyłem sobie 250 somów. Chodzę, pytam. Wszyscy chcą po 750 somów. Cwaniaki. Po 15 minutach trochę zrezygnowany ruszam w kierunku bazaru znaleźć mniej rozpuszczonych taksówkarzy, kiedy jeden podjeżdża swoim Mondeo i zgadza się na 260 somów. Tylko nie przy kolegach, bo by go wyśmiali, że za tak mało chce robić kurs. Jedziemy tylko jeszcze pod bazar zabrać jeszcze jedna osobę.



Lot o 8:00. Na lotnisku każą być dwie godziny wcześniej. Zupełnie nie wiem po co, skoro wpuszczać zaczynają 40 minut przed startem. Wszystko wygląda nader porządnie. Bagaże są nadawane na kilkudziesięcioletnich wagach. Wszystko jest robione ręcznie. Włącznie z wypisywaniem kart pokładowych. Zastanawiam się, czy kupując lot kirgiskimi liniami lotniczymi nie wykazałem się zbytnią nonszalancją i nie skończy się to wzmianką w wiadomościach o jakiejś katastrofie na drugim końcu świata. Ciśnienie mi skacze dodatkowo, kiedy na płycie lotniska widzę Tu-154 w barwach Air Kyrgyzstan. Tym bym nie poleciał nigdy. Żadnych ruskich maszyn. Uspokajam się, kiedy zatrzymujemy się pod Boeingiem 737-500. Widać, że swoje już maszyna wysłużyła.



W środku samolotu harmider. Obsługa robi co może, żeby opanować ludzi, ale kiedy tylko startujemy, wszyscy się odpinają, sięgają po swoje torby do luków, nawet rozmawiają przez komórki. Obok mnie pani ma spory pakunek na kolanach. Mojemu zdziwieniu nie było końca, kiedy ciche ćwierkanie, które nie dawało mi spokoju przez połowę lotu, okazało się dobiegać właśnie z paczki. Pani wiozła w podręcznym kilkadziesiąt małych kaczuszek…

Po 40 minutach lotu, lądujemy w Osz. Kiedy tylko samolot dotyka ziemi i zwalnia nieco, ludzie już wstają, zakładają kurtki, ściągają bagaże. Starzy, młodzi. Wszyscy, tylko ja siedzę jak głupi – zapięty, czekam aż samolot się zatrzyma. Prosto z samolotu wychodzi się furtką, odbiera bagaż z wózka, oddaje naklejkę bagażową, druga furtka i już jestem poza lotniskiem. W dosłownie 5 minut. Ekspres.



Okolica przepiękna. Tu już nie ma jałowego, górskiego klimatu Biszkeku. Tutaj jest upał, błękitne niebo i soczysta zieleń bijąca ze spalonej słońcem ziemi. Jak zwykle taksówkarze-naganiacze, których ignoruję. Kieruję się do marszrutki 107A, która jedzie do miasta. W sumie 20 somów (1,1 PLN) za przejazd. Śmiesznie tanio. Drugi, po Lwowie (0,6 PLN) najtańszy przejazd z lotniska do miasta, z jakiego miałem okazje skorzystać. Do miasta dostaję się w niecałe 15 minut. Melduję się w znalezionym w Internecie Biy Ordo Guesthouse (500 somów), zostawiam plecak, biore aparat, smaruję się kremem do opalania (upał niesamowity!) i idę zwiedzać miasto, którego historia liczy sobie ponoć 3 tysiące lat.



Tak więc Osz – podobnie jak pozostałe kirgizkie miasta – do najpiękniejszych nie należy. Wygląda jak skupisko kołchozowych, niskich bloków, blaszanych pawilonów i starych, rozsypujących się domów. Wszystko dość brzydkie. Rozkład i bieda w różnych stopniach zaawansowania. W centrum jest jeszcze gorzej. Wszędzie płoty, rozsypujące się baraki. Ewentualnie, nowobogackie, brzydkie domy jednorodzinne. Ów osławiony bazar – Dżajma – ponoć największy w tej części Azji, pamiętający jeszcze czasy jedwabnego szlaku, to de facto miasto w mieście.



Małe domy i baraki poprzecinane wąskimi uliczkami. Każdy kwadrat i ulica specjalizuje się w czym innym: jedni w dywanach inni w sprzęcie AGD, jeszcze inni sprzedają ubrania, tkaniny itd. Część bazaru to po prostu poustawiane jeden przy drugim ogromne kontenery, z których ludzie handlowali różnymi dziwnymi rzeczami. Najbardziej żałosną częścią, była ta z chińską plastikową tandetą. Widok po prostu makabryczny. W głowie się nie mieści, ze ludzi kupują takie rzeczy. Sam ich kolor – róże, fosforyzująca zieleń, pomarańcze, brzydki brąz czy zgniła zieleń, zwyczajnie kaleczyły oczy. Szczęśliwie trafiłem na kwartał, w którym w każdym podwórku stał piec, w którym piekarze robili lepioszki o powalającym zapachu. Od chodzenia po mieście nieco zgłodniałem, wiec z przyjemnością chwytałem jeszcze ciepłe chlebki posypane czarnuszką.



Zachęcony lepioszkami, podążam za zapachem szaszłyków, aż trafiam do straganów z jedzeniem. Miejsce, do którego chyba mało który turysta by wszedł. Nie ma kelnerów, nie ma menu. Stoły obite ceratą. Ciasno, głośno, stoły pełne ludzi. Tych z bazaru i tych, którzy przyszli tu po prostu zjeść. Do wyboru: szaszłyki, pierożki, plow, groch, lepioszki, na deser torty z masakryczną ilością jakiegoś sztucznego kremu. Od razu wiem, że tortu nie ruszę, ale na widok pozostałych smakołyków, dosłownie głupieję. Wszystko na raz. Szaszłyki. Zapach dosłownie powalający. Od razu cztery. Do tego świeżutki chrupiący chleb i surowa cebula pokrojona w piórka skropiona wodą z octem. Dzięki temu jest delikatna.



Kiedy dostaję szaszłyk, prawie spadam pod stół pokryty kolorową ceratą. Oczom nie wierzę. Na blaszanym talerzu jako podkładkę dostaję kartkę wyrwaną z jakiejś książki. Za chwile wjeżdżają pierożki. Od szaszłyków różnią się tym, że są podane na wierszach a nie prozie. Początkowo nie wierzę. Potem nie wiem czy mam się śmiać czy płakać. Odwracam się do babuszki serwującej pierożki, faktycznie. Otwiera książkę, rwie energicznym ruchem ręki kartkę, kładzie na nią pierożki i podaje klientowi, drugą ręką odbierając pieniądze. No nic. Nie mnie ich oceniać. Z drugiej strony myślę sobie, że tutaj dosłownie wyniesiono jedzenie do rangi sztuki. Nie wiem czy to przez tą książkę, ale szaszłyki najlepsze jakie jadłem!



Idę dalej w kierunku Tronu Salomona – majestatycznej góry wznoszącej się ponad miastem. Przechodzę przez park nad rzeką Aku Buura. Z daleka dostrzegam diabelski młyn. w Osz nie ma wysokich budynków, więc trudno o dobry punkt widokowy, z którego będzie widać zarówno miasto jak i górę Salomona. Pobliski diabelski młyn wydaje się idealny. Za 30 somów jestem na górze i robię parę zdjęć miasta. Tak jest brzydkie. Niekończące się pole baraków z blaszanymi dachami. Wszystko okraszone zielenią drzew. Najciekawszy widok to oczywiście góra Salomona i schowany w parku wśród drzew Jak-42 w malowaniu Aeroflotu. Po prostu stoi sobie w parku. Jako atrakcja.



Po drodze na górę Salomona zaczepia mnie jakiś młodziak. Uczeń. Po zajęciach, spodnie w kancik biała koszula. Islam – tak ma na imię – zagaduje, pyta skąd jestem, co robię. Mówię, że chce wejść na górę. Jest po lekcjach oferuje się, że zaprowadzi mnie na górę, opowie o mieście, nie chce pieniędzy w zamian. Chce tylko pogadać z cudzoziemcem. Prowadzi mnie boczną drogą na górę. Dzięki temu – mówi dumnie – zaoszczędzisz 5 somów na wejście. To jakieś 26 groszy. Ale okej. Zobaczę jak na górę wchodzą lokalsi.



Prowadzi mnie obok muzeum jedwabnego szlaku, obok nowego meczetu ufundowanego przez Saudyjczyków. Furtka, jedna, druga. Potem pod górę wzdłuż murku. Nagle się zatrzymuje i wskazuje na kolumnę przy murku. – Tędy wchodzimy. Hop na murek. Potem po murku, wzdłuż żywopłotu jakieś 50 metrów. Przez krzaki i jesteśmy na ścieżce prowadzącej pod górę po zielonej łące. Łąka okazuje się muzułmańskim cmentarzem. Ogromny, soczyście zielony dywan pokryty gęsto polnymi kwiatami: niebieskimi, żółtymi, czerwonymi. Pod górę idziemy w skwarze. Naokoło słychać owady, lekki szum wiatru, w oddali zgiełk miasta.



Islam opowiada o sobie. Jest Uzbekiem. Mieszkał z rodzicami w Samarze w Rosji. Dwa lata temu rodzice wysłali do Osz, do dziadków. Mieszkają we trójkę w dużym domu, w Uzbeckiej dzielnicy. Islam uczy się tu angielskiego, chociaż na razie kiepsko mu to idzie – rozmawiamy głównie po rosyjsku – uczę go kilku słów. Musi pomagać dziadkom. Od czasów zamieszek w 2010 roku, Uzbekom – pomimo, że stanowią tu większość – nie jest tak łatwo. Ma motywacje. Uczy się, po studiach chce wyjechać do Dubaju, do pracy. Opowiada, że jego kuzyn wyjechał i pracuje w Korei. Tutaj Korea i Dubaj to szczyt marzeń.



Docieramy na taras widokowy. Z góry rozpościera się widok na cała okolicę. Przestrzeń. Bijący zewsząd żar. Powiew Azji. Po lewej gdzieś w oddali majaczy Uzbekistan. Na wprost Brzydkie miasto wciśnięte w ogromną dolinę. Zieleń przebijająca się przez blaszane dachy Osz. Po prawej Kotlina Fergańska i majaczące w oddali szczyty Pamiru. Za nimi Tadżykistan i Chiny. Siedzimy i gadamy sobie z Islamem. Opowiadam mu o sobie. Mówię tylko trochę. Nie chcę mówić wszystkiego bo zdaję sobie sprawę z tego jaka dzieli nas przepaść. Mam mu powiedzieć, że byłem w tym roku w Gwatemali, Belize, na Maderze, dwa razy w Madrycie, Lizbonie, Barcelonie, Londynie, Paryżu kiedy on najdalej był w Samarze? Ambitny chłopak, trzymam za niego kciuki, wymieniamy się adresami, umawiamy na spotkanie za 3 dni, kiedy będę w Osz wracając do Biszkeku. Islam leci do pracy w sklepie z farbami. Na pamiątkę daje mi magnes na lodówkę!



Zostaję na górze i postanawiam się przejść. Idę ścieżką na drugą stronę góry. Dziwne. Jest ścieżka i to z rodzaju tych, które mówią Ci – chodź! Nie zastanawiaj się! Ale nigdzie w przewodniku nie ma żadnej wzmianki na temat tego co tam może być. To nie droga do muzeum (wielkiej dziwnej betonowej dziuro-podobnej konstrukcji w skale zrobionej przez Sowietów), bo to z drugiej strony. Malowniczą ścieżką po zboczu, wśród pojedynczych drzew docieram na drugą stronę góry skierowaną centralnie na Kotline Fergańską i na uzbecką dzielnicę Osz i uzbeckie przedmieścia. To jedno z tych miejsc gdzie po prostu siadasz i patrzysz. Łapie się na tym, że znajduje tu coraz więcej takich miejsc. Zamiast chodzić, szukać, zaglądać, kręcić się, po prostu siadam i delektuje się przestrzenią.



Widok jest naprawdę niesamowity. Niestety żadne zdjęcie nie jest w stanie oddać przestrzeni jaka nas otacza. Zdjęcia spłaszczają, spłycają. To tylko marna namiastka tego co widzimy. Zawsze jestem zły, że nie mogę złapać tego co tak mnie zachwyca w przestrzeni. A mimo to cały czas próbuje. Siedzę tak sobie popijam rosyjskie piwo, które zdążyło się ogrzać i wytrząść w plecaku, po czym przy otwarciu zamieniło się w spienioną fontannę. Zagryzam miejscowymi suszonymi morelami i oczywiście chlebkiem z moja ukochaną czarnuszką.



Po chwili pojawia się czterech młodziaków w dresach. Kręcą się wokoło, śmieją, wygłupiają. Nie zwracam na nich uwagi. Po jakimś czasie podchodzą nieśmiało. Już myślałem, że będę wyskakiwał z aparatu i telefonu, a tu miłe zaskoczenie. Zagadują skąd jestem, pytają co tu robię, są ciekawi. Opowiadam, że przyjechałem, zwiedzam, gdzie byłem, dokąd jadę. Pytam o nich. To Uzbecy, z wioski w dole. Przychodzą tu codziennie posiedzieć, powygłupiać się, zabić czas. Nie ma pracy. Opowiadają o zamieszkach z 2010 roku. Pokazują lśniące dachy zajmujące jakieś ¾ dzielnicy. Wszystkie te domy spłonęły podczas zamieszek. Lśnią bo są nowe, odbudowane. Reszta, zaledwie ¼ domów ocalała. Nie pojmuję jak Kirgizi i Uzbecy – ludzie mieszkający obok siebie od setek lat, nagle pewnego dnia zaczynają podpalać swoje domy i się zabijać. Tego nawet oni nie rozumieją. Na szczęście żyją dalej. Razem.

Chłopaki pytają ile mnie kosztował taki wyjazd. Mówię, że 100 dolarów. Na co oni robią wielkie oczy, mówiąc, że za tyle rodzina jednego z nich (6 osób) żyje przez miesiąc. Przepaść. Mimo to są mili. Przyjaźni. Ciekawi świata. To niesamowite jak ci ludzie sami mając tak mało, chcą wiedzieć tyle o innych. Chłoną historie innych, informacje o świecie. Przez myśl przemyka mi, że może to zastępuje im to co my mamy na wyciągnięcie ręki – podróże, inny świat, przygody, życie innych. Oni mogą o tym tylko pomarzyć. Może nawet nie. Dlatego chcą słuchać jak żyją inni.



Zaskakuje mnie jacy ci ludzie są przyjaźni. Nie ma tutaj nieufności wobec obcych. Nie ma wrogości. Jest ciekawość i gościnność. Ludzie zaczepiają mnie, oferują pomoc. Jak dobrzy gospodarze dbają, żebym się nie zgubił, żebym zachował jak najmilsze wspomnienia, opowiedział w domu, ze jest daleko taki kraj. Chcą, żebym czuł się jak u siebie. To nie jest gościnność kupowana za dolary czy euro. Oni nie chcą pieniędzy. Oni są gospodarzami. Chcą, żeby gość czuł się dobrze i zabrał stąd jak najlepsze wspomnienia.

Robi się późno. Chłopaki pokazują mi drogę na dół. Żegnam się z nimi i wracam do hotelu błądząc nieco po uliczkach i ulicach Osz. Co za dzień. Długi i pełen wrażeń. A miasto nie zapowiadało żadnych rewelacji. Spotkałem ciekawych ludzi. Poznałem ich historie. To nie ja ich złapałem, tylko oni mnie. Jestem im za to wdzięczny. Sam bym ich nie zaczepił. Nie miałbym odwagi. Nie śmiałbym. To oni uznali, że jestem interesujący i chcieli mi opowiedzieć o sobie. Czuję się wyróżniony.

W kolejnej części Arslanbob czyli uzbecka Szwajcaria w Kirgistanie.


Chcesz wiecej? szukaj "przepodroze" w Google, na Facebooku i na Instagramie

Dodaj Komentarz

Komentarze (3)

grzegorz40 15 lipca 2014 12:31 Odpowiedz
W Twoich opowieściach nawet brzydkie miejsca są piękne ;-) Super relacja :-)
adamek 15 lipca 2014 14:54 Odpowiedz
nie no, żeby nie było - Osz sam w sobie to dość brzydkie miejsce, ale jak w przypadku pozostałych miast i miasteczek w Kirgistanie, o jego pięknie przesądza jego o otoczenie i klimat. Całość jest super - warto zobaczyć to miejsce!
tomwie 15 lipca 2014 19:00 Odpowiedz
Osz to calkiem "inny" Kirgistan. Dla mnie tam też było bajkowo i magicznie. Mimo nawet ogólnego syfu, który tam panuje. Ludzie, choć może to tylko wrażenie, żyją tam mimo biedy spokojniej i całkiem ciekawie. Ja też miałem tam spotkania z lokalsami, ludźmi ciekawymi świata i wiadomości o nim. Osz to też moim zdaniem najlepsze jedzenie w Kirgistanie. I to w barach, do których w naszej części świata chyba nawet bym nie zaglądnął. Płow, szaszłyki i manty....niebo w gębie za cenę tak małą, że aż nieco śmieszną. Ja byłem miesiąc temu, na moich fotach nie ma już w Osz tej zieleni. Początek czerwca to już wyschnięta trawa. Tylko Dolina Fergańska nadal zielona. Polecam Kirgistan :-)