+1
martwod 17 grudnia 2015 20:14
Karaiby? Czy tak wyglądają Karaiby?! Zatłoczony, gwarny, pomimo bardzo wczesnej godziny, pogrążony w chaosie port w Turbo nad Morzem Karaibskim niespecjalnie odpowiada naszym wyobrażeniom o spokojnej, cichej plaży, gdzie słychać tylko szum fal i szelest przesypującego się piasku. Mimo to podoba mi się. Bardzo! Jest coś ekscytującego w tym rozgorączkowanym kolorowym tłumie, pokrzykujących naganiaczach, rybakach wykładających swój towar na drewnianych stołach, pelikanach wpatrujących się w te stoły, niedobitkach wczorajszych imprezowiczów raczących się rumem i kawą przy magnetofonie ryczącym na dachu samochodu.

,

,

, ,




Ta część Kolumbii jest wyraźnie czarna, zdominowana przez potomków dawnych niewolników. I to się czuje. Ten puls, ta muzyka - jest inaczej.
- Hej bejbe, foto, bejbe - krzyczy do mnie lekko chyba nietrzeźwy turbotańczyk. Patrzy tak, że wiem, iż nie chciałabym go spotkać w ciemnej, pustej uliczce. Niemniej robię foto. W zamian otrzymuję uśmiech jaśniejszy niż słońce, mocny uścisk dłoni i słyszę jeszcze kilka bejbe. Podoba mi się tutaj.

,

Chyba jeszcze bardziej podoba mi się na lekkiej motorowej łodzi, która ma nas zawieźć pod granicę z Panamą, do niemal odciętej od świata wioski Capurgana. To odcięcie nie jest przypadkowe. Zarówno rządowi Kolumbii jak i Panamy nie zależy na budowie dróg w tym rejonie. Taka inwestycja mogłaby ułatwić życie błąkającym się tu ponoć partyzantom i przemytnikom kokainy lub innego towaru, przewożącym kontrabandę na północ. Zatem dróg po zachodniej części Zatoki Uraba nie ma. Można się tam dostać wyłącznie samolotem lub łodzią. Przy odrobinie szczęścia, a my to szczęście mieliśmy, może być to podróż dość długa wprawdzie (2,5 - 3 godz.), ale przyjemna. Gdy tego szczęścia zabraknie i na morzu pojawią się fale, łódź może skakać nawet do dwóch metrów ponad ich grzbietami. Podobnie pasażerowie. Zdarzyło mi się wysłuchać kilku wstrząsających historii z takiej podróży.

,

Przed wejściem do łodzi - chwila prawdy. Za każdy kilogram bagażu powieszonego na haku i przekraczającego 10 kg. trzeba zapłacić dodatkowo.

,


Turystów, jak na wybrzeże, przyjemnie mało, z czego białych - dramatycznie mało, hoteli, jadłodajni - wystarczająco dużo, ceny do przełknięcia, czyste plaże, czyste, ciepłe morze - oto Capurgana, jak dla mnie, idealne miejsce na kilkudniową przerwę w podróży.

, ,

,

,





I jeszcze jeden plus - zero samochodów, zero hałasu, zero spalin. Choć chętni, umęczeni upałem, ciekawscy mogą skorzystać z taksówki.



Nie wszystkie tutejsze widoczki, bądźmy sprawiedliwi, to wyłącznie idylla. Spotkanie urubu czarnego (inaczej sępnika) w Kolumbii nie jest niczym szczególnym. Ten najmniejszy z kondorów wysiaduje na wysypiskach, żeruje na obrzeżach miast, czyści. W przeciwieństwie do innych padlinożernych kuzynów ma kiepski wzrok, za to dobry węch. W Ameryce wykorzystuje się go do wykrywania nieszczelności rurociągów. Tyle przynajmniej wyczytałam w Wikipedii. Brzydki użyteczny.



Beztroskie leżenie pod palmą w Capurganie okazuje się niemożliwe. Za dużo zieleni dookoła, za dużo miejsc, w których trzeba sprawdzić, czy nas tam nie ma.
Zatem sprawdzamy.
Do Aguacate (czyli avokado) idziemy dwa razy. Dopiero za drugim udaje się nam dotrzeć. Nie żeby były z nas takie ostatnie ciapy, ale droga jest, delikatnie mówiąc, nieoczywista: las namorzynowy, rafy, kamienie, blada ścieżka nad urwiskiem... Na szczęście widoki tak piękne, że przynajmniej niektórym udaje się oderwać myśli od wizji otwartych złamań i przetrąconych kręgosłupów.

, ,

Wreszcie docieramy. W różnym stanie.



I z miejsca wchodzimy w jakąś inną, senno-zieloną rzeczywistość. Dom, kilka chatek, altana, wszystko pięknie kolorowe i puste. No, z pewnymi wyjątkami. W jednej z chatek mieszka Niemiec, zapewne emeryt, z młodą Kolumbijką, być może żoną, oraz dziećmi - chyba swoimi? To właściciel tego terenu. Można tu wynająć taką chatkę. Za nieduże pieniądze. Tego dowiaduję się od pary turystów wiszących w hamakach na ganku jednego z domków. Wiszą tak, czytają, wsłuchują się w szum palm, wpatrują w piasek i morze. Bajka - to jedyne słowo, które przychodzi mi do głowy. Kiedy odejdziemy, w całej tej zagubionej w dżungli wiosce, pozostaną tylko oni i niemiecki właściciel.

,

,



Kiedyś nad Zatoką Uraba mieszkali Indianie Kuna. Wypierać zaczęli ich hiszpańscy kolonizatorzy i ich potomkowie. Ostatecznie niemal wszyscy Kuna żyją dziś w sąsiedniej Panamie oraz zajmują autonomiczne terytorium Kuna Yala (w skład którego wchodzi m.in. panamski archipelag San Blas). Rozrzuceni po panamskich wioskach i małych wysepkach starają się przetrwać. Nie będzie to łatwe, bo zostało ich nie więcej niż 50 tysięcy. Czasem przedostają się do bogatszej Kolumbii - żeby zarobić, odwiedzić krewnych? Nie wiem. Dość, że udaje mi się ich zobaczyć w Capurganie. Maleńcy, sięgają mi pod pachę, i kolorowi, nie chcą zrobić sobie zdjęcia. Eh, muszę po bandycku, z ukrycia.





Komu mało karaibskich plaż, takich dokładnie, jak z folderów biur podróży, może się wybrać do innej wioski: Sapzurro. Nam mało. Zwłaszcza, że Sapzurro leży w zasadzie na granicy z Panamą, wystarczy półgodzinna wspinaczka po schodach prowadzących przez dżunglę i już turysta może zapisać na swoim koncie kolejny kraj. I zachwycić się plażą, uważaną za jedną z piękniejszych w tym rejonie: La Miel.
Przedzieramy się więc przez dżunglę, ścieżka wygodna, ale gorąco jak w wulkanie, a wilgotność, jak sugerują nasze mokruteńkie ciuchy, sięga stu procent. Docieramy po jakiejś godzinie i z miejsca wskakujemy do morza. Ufff.
Z tym morzem to w ogóle fajna sprawa. Woda cieplutka, najcieplejsza na całym wybrzeżu Kolumbii. No i wystarczy wsadzić głowę pod powierzchnię, żeby oglądać rafę i te wszystkie kolorowe rybki. Wytrawni nurkowie kręcą nosem, że to nie Egipt. Być może. Mnie jednak ten widok koralowców, rybek w paski, kropki, z welonem lub bez, jaskrawo-niebieskich czy żółtych, rybek, których nazw nie znam, ale zachwycam się wszystkimi - no, ten widok mnie zawsze cieszy.



Na kolejną wycieczkę zabieramy się z przewodnikiem i grupką Kolumbijczyków z naszego hotelu. I całe szczęście, bo coś czuję, że sami do El Cielo moglibyśmy nie trafić.
Idziemy znów przez dżunglę, przechodzimy przez strumień, raz, drugi, trzeci - w zasadzie to niemal bez przerwy brodzimy w wodzie. Te miejsca mają swoją historię. Przewodnik opowiada (niestety, po hiszpańsku, ale tłumaczy mi Argentyńczyk, który jest tutaj ze swoją kolumbijską dziewczyną), że przed laty El Cielo było nazywane kolumbijskim El Dorado, zjeżdżali tu rozgorączkowani poszukiwacze złota, ryli w strumieniu i, podobno, wyławiali duże bryłki bardzo czystego złota.
El Cielo to inaczej Niebo - trudno się z tym nie zgodzić.

,

,

,

,

,

,

,

Wchodząc do rezerwatu, nie sposób ominąć to miejsce. Basen ze zjeżdżalnią, ubaw po pachy!

,

Generalnie, jeżeli chodzi o zabawę, to w Capurganie jest z tym nieźle. Niemal co wieczór na tutejszym boisku można obejrzeć zmagania miejscowych Messich. A gdy zabraknie zmagań, napić się koktajlu ze świeżych owoców lub rumu (w zależności od pory dnia i chęci) w knajpce z widokiem na boisko. O rozmowach w trakcie popijania jednak zapomnijcie. Capurgańczycy nie znają pojęcia "muzyka w tle".



Można też zjeść smażoną rybkę o rozmiarach średniej wielkości telewizora plazmowego. Jedzenie wiąże się jednak z pewnym wyzwaniem. No bo jak tu przełknąć, kiedy w oczy rybki zagląda nieruchomy jak głaz czworonożny przyjaciel? A taki przyjaciel jest na wyposażeniu każdej capurgańskiej restauracji.



Dzień przed wyjazdem przytrafiła mi się natomiast taka historia. Późny, piękny wieczór, idę do hotelu. Niemrawo, bo jest zbyt pięknie, by kłaść się spać. Nagle, co za szczęście, widzę, że w jednej z restauracji gra muzyka, tańczą ludzie, jest wesoło. Nawet sekundy nie poświęcam na myślenie, tylko wchodzę, siadam, patrzę, chłonę atmosferę. Po chwili podchodzi do mnie starsza pani, z uśmiechem (tym wspaniałym, wszechobecnym kolumbijskim uśmiechem) na twarzy mówi łamaną angielszczyzną zmieszaną z hiszpańskim: - Witam cię w moim domu na naszej rodzinnej imprezie. You are very welcome.
Tak. To nie restauracja, teraz to widzę. Siedzę w prywatnym domu, na prywatnej imprezie. Mimo to, zachęcona przez gospodynię, zostaję. Konsekwentnie tylko odmawiam alkoholu, dla przyzwoitości. Nie odmawiam natomiast tańca. Salsujemy tak przez... Sama nie wiem ile czasu. Około północy wymykam się jak Kopciuszek, nie porzucam tylko pantofelka, bo obuta jestem w plastikowe klapki, i w tropikalnej, cudnej burzy wracam wreszcie do hotelu. Moja słabość do Kolumbijczyków przeszła tej nocy w fazę: forever.



W Capurganie zostawiłam jeszcze dwie przyjaciółki. A poznałam je w dosyć nietypowych okolicznościach. Idę mianowicie ścieżką pod palmami i słyszę bawiące się dzieci. Dzieci bawią się coraz głośniej, coraz bliżej, a ich głosy dobiegają jakby z góry. - Wlazły na drzewo? - zastanawiam się i zaczynam rozglądać. I wtedy je widzę: dwie zielone konury. Gapią się na mnie i coś wykrzykują. Zaczynam się śmiać i one wybuchają śmiechem. A śmiech mają perlisty. Mówię coś do nich - odpowiadają, starając się wyartykułować moje sz i ż. Wreszcie rzucają słówko z mocnym rrrr. Jestem pewna, że to przekleństwo. Zaczarowały mnie na co najmniej pół godziny. Musiałam sobie pójść, kiedy poczułam, że już nie mam siły się śmiać.

,

Czy w takich okolicznościach można się dziwić, że trudno mi pożegnać się z Capurganą? Bilety jednak kupione i łódź czeka.

,

A przede mną kolonialne klimaty, rzeka o przedziwnym kolorze i wizyta w letniej (a może zimowej?) stolicy Escobara.

CDN.

Dodaj Komentarz