+6
Washington 24 grudnia 2015 16:38
UWAGA! Poniższa relacja jest całkowicie zmyślona. Nie istnieje biuro podróży Janusz Travel. Postaram się jednak równie dobrze jak Janusz Travel oprowadzić Was po świecie seszelskich rajskich plaż i krystalicznie czystej wody. Relacja została napisana przez znajomego Janusza*, który ze swoją nowo poślubioną żoną Grażyną postanowił wybrać się w podróż poślubną wraz z dwójką znajomych (o dziwo, także nazywających się Janusz i Grażyna). Oprócz przygód głównych bohaterów, w poniższej totalnie zmyślonej relacji będziecie mogli przeczytać całkowicie prawdziwe praktyczne informacje – porady seszelskiego rezydenta Janusz Travel. Miłego czytania!

*na pewno nie raz słyszeliście „Wiecie, mój znajomy ostatnio xxx” i mieliście 100% pewność że nie istnieje żaden znajomy – to jest właśnie ten przypadek ;)

Przedmowa

Na forum relacji z Seszeli nie brakuje. Ale czy z którejkolwiek z nich możecie dowiedzieć się jak spędzić 12 dni na Seszelach w cenie lotu na Seszele?! Wystarczy wybrać nasze biuro podróży!

Janusz Travel, spółka z bardzo ograniczoną odpowiedzialnością, bez żadnego doświadczenia w branży, zabierze Was na wycieczkę na rajskie Seszele za 2500zł od osoby. Oferta w cenie zawiera wszystko*: przeloty, promy, atrakcje, wyżywienie, napoje bezalkoholowe i alkoholowe, a także bezcenną opiekę rezydenta!

Niemożliwe? Sprawdzicie sami!
Janusz Travel - „####owo ale tanio!"

Wstęp

Jak wyglądać powinna podróż poślubna – każdy z nas wie doskonale.

Ma być ciepło, rajsko, oraz "na bogato" (żadnych nocy na lotnisku, namiotów, trekingów ani nawet, o zgrozo, kanapek zamiast obiadu). A najlepiej jeszcze, żeby potem wszyscy znajomi zazdrościli.
Dodatkowo, jak powszechnie wiadomo, miesiąc miodowy powinien być fajniejszy niż wszystkie poprzednie wakacje w życiu (macie teraz za swoje, było tyle podróżować i wnerwiać znajomych?)

W naszym przypadku wybór kierunku był więc oczywisty – to musiały być Seszele.
Tylko jak przy okazji nie zbankrutować?

Z pomocą przyszło nam biuro podróży Janusz Travel, które pomimo pewnych niedociągnięć - serdecznie polecam. W końcu czego spodziewaliśmy się po organizatorze wycieczek którego hasło brzmi „####owo ale tanio!"?

Na początek znaleźli nam tanie loty. Ofertę z flipo (loty na trasie CDG-SEZ-ZYR za 1700zł) zaoferowali z dużą zniżką – za jedyne 1401zł (coś mówili o jakichś OTA, wersjach językowych, kartach, ale kto by ich tam słuchał). Mimo wszystko byliśmy nieufni. Hola hola, lot jest z Paryża, a doloty? Konsultant (dla uśpienia naszej czujności) zaoferował nam specjalną ofertę. Przy zakupie wycieczki na Seszele – dolot do Paryża na lotnisko CDG za jedyne 27zł w dwie strony od osoby (nie wiem jak on to zrobił, dla własnego bezpieczeństwa nie interesowałem się zbytnio, podejrzałem bowiem, że wchodził na jakąś dziwną stronę o tytule „Twierdza Szyfrów”). Z perspektywy czasu wiem, że była to zwykła podpucha. Jak w restauracjach - kuszą Cię tanim jedzeniem, zamówisz dużą porcję, chciało by się ją czymś popić, a potem niemal zawału można dostać patrząc na cenę napojów na rachunku. Na najtańszych rzeczach największa przebitka. Tu nie było inaczej. Chcieli nas ewidentnie naciąć! Za 20min lot w jedną stronę z Mahe do Praslin 244zł?! Co było jednak począć, wycieczka już opłacona, żona już pokupowała kostiumy kąpielowe, na każdy dzień inny, trudno, wzięliśmy. Oczywiście jak to jest z biurami podróży – sami wiecie. „Praslin jest piękna, to prawda, ale to na La Digue musicie się udać” Dobra, nie gadaj pan, ile za ten prom? „Jedynie 27 euro od osoby – ale w dwie strony!” Nie najgorzej, bierzemy, to w końcu podróż poślubna. Cały szczęśliwy że większość wydatków już za mną – nie przeczytałem co było napisane na umowie drobnym drukiem. Jak to 16h przesiadki w Nairobi? Miało być bez nocek na lotnisku. Udało mi się jednak przemycić tą informację żonie pod tytułem - „Będziemy mieli dużo czasu na poznanie afrykańskiej kultury”. Miałem też do wyboru dwa pakiety dla nowożeńców. Wziąłem oczywiście ten tańszy. Niestety nie doczytałem że specjalna cena obowiązuje w przypadku noclegów dla 4 osób. Na szczęście uratowałem sytuację przed żoną. „Kochanie, każdy tak sztampowo jeździ tylko we dwoje w podróż poślubną, nic oryginalnego, może byśmy tak zabrali naszych dobrych znajomych, Janusza i Grażynę, na wycieczkę?” Nabrała się :) Wyjazd uratowany :) Pozostało mi tylko przekazać ostatnią wiadomość, że co prawda jedzenie jest w cenie, ale trzeba sobie je samemu przyrządzić. Z pomocą przyszła mi tajna broń wszystkich mężczyzn na świecie – pochlebstwo. „Kochanie, Ty tak świetnie gotujesz, wiesz że uwielbiam jeść Twoje obiady. A na tych Seszelach to nic nie mają, sama rozumiesz, małe wyspy, biedny afrykański kraik, jeszcze czymś można się zarazić, najlepiej zrobimy sami gotując sobie posiłki” Przeszło :) Byliśmy więc gotowi wyruszyć na nasz wyjątkowy honeymoon!

*w cenie organizatora nie zostały zawarte noclegi, nas one bowiem ostatecznie nie kosztowały nic. Średnia cena noclegu na Seszelach wynosi ok 50-60 euro za noc za apartament dla dwóch osób. Standard apartamentów jest wysoki – prawie zawsze są ładnie urządzone, mają kuchnię i klimatyzację. W kolejnych częściach relacji rezydent Janusz Travel poleci konkretne miejsca noclegowe.Dobra, żarty na bok (ciężko jest wczuwać się w Janusza ;) ). Czemu relacja zawdzięcza swą formę?

Seszele w ludzkiej świadomości uchodzą za synonim luksusu. Na pewno nie kojarzą się z budżetowym kierunkiem wakacyjnym. To tu w podróż poślubną udali się książę William z Katherine Middleton, Brad Pitt i Jennifer Aniston, Paul McCartney z Heather Mills, Salma Hayek z miliarderem Henri Pinault itd. itp. Na prywatnej północnej wyspie (którą wybrała książęca para) ceny noclegów z wyżywieniem zaczynają się od ok 15000zł.
Czy to znaczy że zwykli śmiertelnicy, nie mający portfeli równie wypchanych co celebryci, nie mają czego szukać na Seszelach? Nic bardziej mylnego! Za 2500zł spędziliśmy tej jesieni prawie dwa tygodnie w niezapomnianej podróży poślubnej. Inna sprawa że w otaczającym nas blichtrze czuliśmy się jak "zwykłe Janusze". Gdy my na plażę przybywaliśmy od strony wody, schodząc wpierw po stromym klifie, bo nie było nas stać na dopłynięcie do brzegu łódką, a przejście przez hotel było zarezerwowane jedynie dla gości – turyści obok zamawiali drinki przez znajdujący się na plaży telefon. Drinki dowożone wózkiem golfowym przez obsługę ubraną w białe liberie :) Czy z tego powodu czuliśmy się gorzej? Bynajmniej! Seszele są bowiem miejscem dla każdego – nawet dla takich Januszy jak ja i Ty.

Ciężkie początki pięknej podróży

„Jestem wesołym Januszem,
jestem wesołym Januszem,
na lotnisku śpię choć nie muuszęę
..bo na wizę się nie skuszę”

Jeśli chcemy dostać się na Seszele musimy być przygotowani na odrobinę niewygody. Tanich lotów do tego wyspiarskiego państwa z Polski nie uświadczymy. Jednak jak wiadomo każdy dojazd można potraktować jako świetną okazję do zwiedzania. Tym bardziej jeśli podróż zaczyna się w Paryżu, mieście do którego mógłbym wracać bez końca. (chociażby po pyszne sery pleśniowe i cudowne czerwone wino :) ). Choć były możliwe doloty tego samego dnia - postanowiliśmy przylecieć do Paryża dzień wcześniej. Tak samo jak znajomi z którymi lecieliśmy na Seszele, nasze plany dotyczące zwiedzania Paryża jednak się nie pokryły i mieliśmy spotkać się z nimi dopiero w dniu wylotu. Jako że na Seszelach nie ma muzeów ani zabytków – zastosowaliśmy prewencyjnie uderzeniową dawkę kultury która miała wystarczyć nam na cały wyjazd. Udaliśmy się do Luwru.
Image
Zachwalać tego pałacu nie muszę chyba nikomu. Polecam za to bardzo sekcje dotyczące dzieł z innych kontynentów (choć w tym względzie najciekawsze jest paryskie Musée du quai Branly).
Image
Mieliśmy również tym razem szczęście dopaść Monę bez tłumu Azjatów.
Image
Bogactwo nagromadzonych dzieł sztuki potrafi jednak zmęczyć każdego entuzjastę piękna, nie mówiąc o takich laikach jak my. Po kilku godzinach oglądania dzieł – powiedzieliśmy pass.

Udaliśmy się w nieco bardziej ekscytujące miejsce – do paryskich katakumb. 6 milionów kości i czaszek tworzących ściany wąskich podziemnych korytarzy – jeśli nie byliście, zdjęcia ani opisy tego nie oddadzą.
Image
Wieczór zakończyliśmy zaś podziwianiem miejskiej panoramy rozciągającej się spod przepięknej bazyliki Sacre Coeur.
Image
Image
Czy nadal wylot z Paryża brzmi dla Was jak niedogodność? ;)

Kolejnego dnia czekała mnie podwójna nowość – po raz pierwszy miałem lecieć Dreamliner'em oraz liniami Kenya Airways. Było może bez efektu wow, ale nie powiem – przyjemna maszyna. Linia z kolei podstępem wywarła na mnie pozytywne pierwsze wrażenie (które miała popsuć już nazajutrz). Nie przyjemnie za to zapowiadał się 16to godzinny tranzyt. Do Kenii obywatele Polski potrzebują wiz, nocleg poza lotniskiem nie wchodził więc w grę. Całe szczęście że tranzyt wypadał w nocy oraz w doborowym towarzystwie :) Nasza próba wejścia do saloniku zakończyła się niepowodzeniem, głównie za sprawą bariery językowej. Obsługa saloniku powiedziała nam, że żadnych z posiadanych przez nas kart nie obsługuje, wejście normalnie zaś kosztuje 30$.. za h oO Co naprawdę chcieli nam powiedzieć (bo w koszt ten ciężko uwierzyć) – nie wiem, jednak skutecznie nas odstraszyli. Zakupiliśmy zamiast tego zapasy Kapitana Morgana w sklepie wolnocłowym, po czym wybraliśmy niczym prawdziwe Janusze opcję na miarę naszych śpiworów: zaciszny kawałem podłogi przy nieużywanej bramce, który dodatkowo oddzieliliśmy ławką ;)
Image
Rano niezbyt wyspani, ale w doskonałych humorach, gotowi byliśmy na kolejny lot. Wchodzimy na pokład, rozsiadamy się w usypiająco wygodnych fotelach embraera. W tym momencie chciało by się powiedzieć za naszym wieszczem narodowym: „Już był w ogródku, już witał się z gąską” Zasypiając, jeszcze przed startem, myślałem że obudzą mnie piękne widoki rajskich Seszeli. Obudził zaś komunikat: „Przepraszamy ale z powodu braku paliwa na Seszelach jesteśmy zmuszeni w celu ograniczenia wagi maszyny zostawić bagaże wszystkich pasażerów podróżujących klasą ekonomiczną” :lol:

To nie żart :D Nie muszę mówić jak szybko komunikat ten wyrwał mnie ze snu – przy obsłudze samolotu byłem jako jeden z pierwszych. Większość pasażerów po prostu nie uwierzyła w to co usłyszeli. Zaczęły się długie awantury i pertraktacje. Część osób prezentowała usposobienie godne łamistrajków – na wieść że bagaż pasażerów klasy biznes poleci, a ekonomicznej nie – próbowała wykupić na szybko upgrade.. Jednak większość solidarnie darła się na pechowe stewardesy – zwłaszcza gdy usłyszała że bagaż doleci za 3 dni ;) Co ogólnie rzecz biorąc w wyspiarskim państwie może stanowić pewien problem – większości podróżnych za 3 dni nawet nie będzie na Mahe, pomijając fakt że mało kto chciałby rozpocząć swoje wymarzone wakacje w ten sposób. Drzwi wejściowe zostały przyblokowane, maszyna zaś zmuszona do pozostania na płycie lotniska. Mimo to obsługa konsekwentnie odmawiała zabrania bagaży. Dopiero telefon jednego ze współpasażerów do lokalnej kenijskiej gazety.. zagiął prawa fizyki. Po półtorej godziny okazało się nagle że bagaże wszystkich osób uda się wziąć, paliwa wystarczy. Samolot bowiem poleci.. niżej (?!) przez co spali mniej paliwa :D Dobrze że nie „bliżej” :lol: Nie muszę dodawać że wszyscy bardzo pilnie patrzyli się przez okna podczas załadunku bagaży do samolotu.

Na lotnisko w Mahe przylatujemy mocno spóźnieni, nasz samolot na Praslin ucieka nam. W liniach lotniczych Air Seychelles w przypadku spóźnienia się na lot można zmienić rezerwację na lot późniejszy za dopłatą 10 euro. To nie problem. Bardziej martwi nas fakt, że nie jesteśmy jedynymi osobami które będą chciały przebookować się na ten, ostatni już w dniu dzisiejszym, lot. Pędzimy więc jak źli do okienka odprawy. Na szczęście Air Seychelles wykazały się wielkim zrozumieniem sytuacji i nie pobierają od nas ani grosza :)
Image
Czyżby miał to być koniec nieprzyjemności, witaj raju? Skądże znów!
Image
Po przylocie na lotnisko na Praslin okazuje się że tutejsze bankomaty przyjmują tylko karty Visa, nie mamy więc jak wypłacić lokalnych pieniędzy (posiadamy jedynie MC). Kantory zaś o tej godzinie są już zamknięte. Do raju zawitaliśmy więc bez grosza..
Następnie okazuje się że o tej godzinie nie kursują już żadne autobusy, nie ma też ani jednej taksówki. Gdy my rozglądamy się za bankomatami/kantorami – inni turyści rozchwytują taksówki. Lądujemy więc w nocy bez gotówki i bez transportu.
Nic to, do hotelu mamy „tylko” 3,2km.. Idziemy więc z buta. Na szczęście po drodze udaje nam się złapać stopa. Odmiana losu? Gdzie tam! Po dotarciu do hotelu okazuje się że.. nie ma dla nas pokoju! Rano przybyła duża grupa turystów, więc wynajęto im też nasze miejsca oO W dodatku właścicielka lokalu nie widzi w tym żadnego problemu. Przecież załatwi nam miejsce u znajomego w hotelu – musimy się tylko wrócić w stronę lotniska :D

W ten oto sposób rozpoczynamy naszą podróż poślubną – nocą na lotniskowej podłodze, bitwą o bagaż, bez pieniędzy, stopując po nocy, walcząc o opłacony nocleg. Czy będzie tak już do końca? O tym już w kolejnym odcinku przygód Januszy ;)

Porady rezydenta Janusz Travel:

Paryż

Dojazd z/na lotnisko CDG – najtaniej wyjdzie easybusem – już za 2E w 60min dostaniemy się sprzed drzwi nr 5 w terminalu 2F do stacji Palais Royal. Miejsce odjazdu na lotnisku znaleźć dość trudno, busiki nie odjeżdżają z przystanku, lecz z parkingu. Teoretycznie bilet trzeba mieć wydrukowany, inaczej jest on nieważny. Nam na szczęście udało się pojechać za okazaniem biletu na telefonie. Choć zazwyczaj busik jedzie naprawdę 60min – warto mieć odpowiedni zapas czasu, szczególnie jeśli odlatujemy z innego terminalu. Lotnisko jest na tyle duże, że gdy w Paryżu ulice są puste – na lotnisku mogą być.. korki. Terminal 2F znajduje się na końcu „podkowy” budynków lotniskowych, kierowca busika nie wypuści nas jednak wcześniej.

Luwr – czynny jest 9-18 codziennie poza wtorkami. Jeśli jesteście tranzytem – nie martwcie się, jest w muzeum darmowa przechowalnia bagaży. Za darmo wejdą obywatele UE poniżej 26 roku życia oraz wszyscy inni w pierwszą sobotę miesiąca (od października do marca). Normalny bilet kosztuje 15E. Do Luwru by wejść przez piramidę czekają zawsze długie kolejki, mało osób wie jednak o dwóch dodatkowych wejściach. Jedno z nich nie zawsze jest czynne, ale wejście przez pasaż Richelieu powinno być względnie puste. Luwr jest miejscem ogromnym – w mojej prywatnej opinii obejrzenie wszystkich kolekcji naraz jest niemożliwe.

Katakumby – czynne są od wtorku do niedzieli pomiędzy godz. 10 a 20 (ostatnie osoby wpuszczane są o godz. 19). Wejście do podziemi znajduje się przy wyjściu ze stacji metra Denfert-Rochereau. Bilet normalny kosztuje 10 EUR , a ulgowy 8 EUR . Tu również jak w przypadku Luwru czekają nas gigantyczne kolejki. Im wcześniej przyjdziemy – tym większą mamy szansę ich uniknąć.

Sacre Coeur – wejście do bazyliki jest darmowe, możliwe co dzień od 6 do 22:30. W jej pobliżu jest kilka stacji metra, moim zdaniem najwygodniej jest wysiąść na stacji Barbès – Rochechouart. Na wzgórze możemy wejść po schodach – lub przejechać się kolejką na zwykłym miejskim bilecie. Uważajcie na dużą liczbę czarnoskórych paryżan chcących zawiązać na ręce nieuważnym turystom bransoletki.

Przesiadka w Nairobi.
Nawet przy kilkunastu godzinnej przesiadce nie potrzeba wizy. Długa przesiadka w NBO do przyjemnych nie należy - terminale są ciasnawe (można pomiędzy nimi swobodnie się przemieszczać, należy jedynie każdorazowo przejść kontrolę bezpieczeństwa), całą noc lecą głośne komunikaty („Jumbo!”), brakuje dobrych miejsc do spania (większość krzeseł ma oparcia), ceny jedzenia są mocno lotniskowe (najtaniej wychodzi chińczyk w food courcie na górze). Z plusów – jest palarnia, 15min darmowego internetu na dzień, tani alkohol – szczególnie polecam korzennego Kapitana Morgana – litr kosztuje jedyne 11$. Jest to informacja ważna gdyż na Seszelach alkohol jest bardzo drogi - można go jednak wwieźć aż 2l na osobę :)

Seszele

Info ogólne
Wiza dla polskich obywateli jest niepotrzebna. Potrzebna będzie za to przejściówka do kontaktu – typu brytyjskiego. W przypadku przesiadki powyżej 12h lub pobytu dowolnej długości w kraju endemicznego występowania żółtej febry (np. Kenii) potrzebne nam będzie również szczepienie na żółtą febrę (choć podczas przyjazdu certyfikaty są sprawdzane baardzo pobieżnie). Zalecane są również szczepienia na tyfus i WZW typu A. Malaria nie występuje, ryzyko dengi zaś jest niskie. Podsumowując – jest bezpiecznie :) Na tyle że wodę z kranu można swobodnie pić (tym ważniejsze info że napoje na miejscu są drogie). Walutą obowiązującą jest rupia seszelska – 10 SCR warte jest w chwili obecnej ok 3zł. Z dostępem do bankomatów raczej nie ma problemów, warto jednak mieć różne typy kart w portfelu na wszelki wypadek. Na Seszelach nocowanie na dziko jest zabronione – oficer imigracyjny przy przyjeździe sprawdzi nam wydruki rezerwacji. W przypadku ich braku – zostaniemy zmuszeni do wykupienia noclegów bądź zawrócenia.

Transport Mahe-Praslin
Prom Cat Cocos jest niewiele tańszy od lotu – w dwie strony kosztuje 99 euro, lot Air Seychelles zaś ok 107 euro korzystając z odpowiednich OTA (jest to w zasadzie jedyny koszt, oprócz noclegów, nie do ominięcia). W przypadku spóźnienia na lot – można polecieć następnym dopłacając 10 euro. Do końca 2013 pływał też tani statek cargo którym można było przemieszczać się między wyspami, niestety opcja ta jest już niedostępna.
Lotnisko SEZ ma dwa osobne terminale – międzynarodowy i narodowy, oddalone od siebie kilkadziesiąt metrów – istotna informacja przy krótkiej przesiadce.La Digue – raj dla Robinsonów

„Jestem wesołym Januszem,
jestem wesołym Januszem,
przez morze oraz przez głuuuszęę..
przedzierać muszę się”

Nowy dzień pozwala nam spojrzeć na Seszele z innej, lepszej perspektywy. Co prawda nie mamy nadal pieniędzy, nawet na autobus, ale przecież tak łatwo złapaliśmy wczoraj stopa, jakoś sobie poradzimy. Może i ledwo zdążyliśmy na samolot między wyspami który kosztował nas fortunę – ale jaka to była frajda przelecieć się tą miniaturową maszyną, w dodatku siedząc w pierwszym rzędzie, niemal w kabinie pilota. Hotel niby nas wystawił – ale zastępczemu nic nie brakowało, pojechaliśmy do niego taksą na koszt hotelu, śniadanie było pożywne, a w pokoju nawet o odpowiednią oprawę kwiatową zadbali. Słowem – dajmy Seszelom jeszcze szansę :)
Image
Tym bardziej że zaplanowaliśmy naszą wycieczkę rozpocząć od najpiękniejszej ze wszystkich seszelskich wysp – La Digue.
Do przystani promowej docieramy lokalnym autobusem (płacąc kierowcy w euro – niechętnie bo niechętnie, ale zgadza przyjąć się zagraniczną walutę). Doświadczenie o tyle ciekawe, że jest to autobus marki „Tata”. Wyprodukowany w Indiach, z indyjską konfiguracją siedzeń. I choć u małych Hindusów rozwiązanie to sprawdza się bez problemów – u rosłych Kreoli powoduje pewne kłopoty z pomieszczeniem się pasażerów. Jest więc ciasno, gorąco (pojazdy nie są klimatyzowane) ale tanio - czyli tak jak Janusze lubią najbardziej. Nie muszę chyba dodawać że w autobusie poza lokalsami jesteśmy jedynymi białymi osobami. Cała reszta turystów porusza się „Myson”'ami bądź „Creol”'ami – wypasionymi, klimatyzowanymi busikami jednej z dwóch seszelskich firm, organizowanymi przez hotele/biura podróży za odpowiednią (niemałą) opłatą. Ci bardziej żądni przygód wynajmują taksówki ;) Lokalny autobus w dowiezieniu na przystań sprawdza się jednak równie dobrze.
Sama przeprawa promowa jest szybka i bezproblemowa, woda zaś zachwyca swym błękitem.
Image
Na La Digue wybieramy pieniądze z bankomatu, zostawiamy bagaże w wynajętym domku, przebieramy się w stroje kąpielowe, pakujemy sprzęt snorklowo-plażowy. Jesteśmy prawie gotowi rozpocząć podbój wyspy. Zostało nam zorganizowanie transportu. La Digue jest na tyle mała, że nie ma na niej transportu publicznego (ani praktycznie żadnych innych zmotoryzowanych pojazdów – jedynie pojedyncze auta dla „majsonów” dla których seszelskie pagórki stanowią zbyt duże wyzwanie) - zastępują ją wszędobylskie rowery. Jako że zamierzamy spędzić najbliższe 3 dni na poznawaniu wszelkich możliwych zakątków wyspy – nam również będą one potrzebne. Właścicielka wynajmowanego domu proponuje nam wynajęcie rowerów od zaprzyjaźnionej i sprawdzonej wypożyczalni. „special price, just for you” z okazji wynajętego noclegu, w kwocie 100 rupii za dzień od osoby. Hola hola. Co prawda przed wyjazdem naczytaliśmy się w internecie, że na Seszelach wszyscy są mili, sympatyczni, nikt nie oszukuje ani nie naciąga, nie ma potrzeby targować się itd. jednak przeczytaliśmy również, że za wynajem na 3 dni rowerów nie powinniśmy zapłacić więcej niż 150 rupii. Gdy informujemy o tym naszą rozmówczynię – zaprzecza, po czym słyszymy standardowe „ta informacja nie jest aktualna/ceny paliwa wzrosły/przewodnik kłamie/pomyliliście się/hotel którego szukacie spłonął” (wybierzcie dowolny zestaw, no może z pominięciem paliwa/hotelu ;) ). Za dużo podróżowaliśmy po Indiach czy innych Wietnamach by uwierzyć na słowo (mimo zapewnień internautów o najlepszych intencjach Kreoli i ich nieposzlakowanej uczciwości). Ku wielkiemu zdziwieniu naszej niedoszłej pośredniczki rowerowej – uruchamiamy naszego wewnętrznego Janusza – i zostaję wysłany przez grupę na zwiady do miasteczka w celu sprawdzenia cen wypożyczenia rowerów. Kosztuje mnie to 30 min chodzenia w skwarze w górę i dół (słynna seszelska grawitacja ;) ). Czy niesłusznie podejrzewaliśmy autochtonkę o nieuczciwość? Tego nie wiem do dziś, ale rowery udaje mi się wynająć za kwotę 50 rupii za dzień od osoby, oszczędzając dla całej grupy kwotę ok 180zł.. A to był dopiero początek oszczędności tego dnia. Seszele, strzeżcie się! Nadchodzi rodzaj turysty którego jeszcze nie widzieliście – zaprawieni w azjatyckich bojach backpackersi.

Na pierwszy ogień bierzemy największą atrakcję wyspy – słynną Anse Source d'Argent, okrzykniętą najpiękniejszą plażą na Seszelach, a być może na świecie. Jest tylko jeden mały problem. Choć wszystkie plaże na Seszelach są publiczne, a więc darmowe – dostęp do nich nie zawsze darmowy jest. Hotele wycwaniły się pobierając opłaty za przejście na plażę przez teren resortu bądź wręcz zabraniają go – informując że jeśli chcemy możemy dopłynąć na plażę wynajętą łódką. Tak też jest w przypadku Anse Source d'Argent – za przejście przez teren resortu pobierana na wejściu jest opłata w wysokości 100 rupii (ok 30zł – od osoby). Niby niewiele jak za najładniejszą plażę na świecie, ale nie będziemy płacić za coś co jest darmowe. Zarządzam więc wodny desant :) Najbliższe plaży wejście do morza dostępne dla wszystkich znajduje się przy prywatnym lądowisku dla helikopterów.
Image
Taki to rodzaj turysty jest najchętniej witany na Seszelach. Wszystkich innych, chcących wejść za darmo na plażę – czekają druty kolczaste. Chyba że nie mamy problemu z zmoczeniem się odrobinę :)
Image
Januszowo? Być może. Ale choć w ochy i achy mieliśmy wpaść dopiero po dotarciu na plażę – sama droga była już przepiękna, nieporównywalnie piękniejsza od płatnej, betonowej ścieżki.
Image
Image
A potem było tylko lepiej. Oto słynna Anse Source d'Argent, z niemniej słynnymi seszelskimi kamieniami!
Image
Image
Nie macie chyba żadnych wątpliwości, że z miejsca dostałem pełnoetatową posadę fotografa modelek w strojach kąpielowych (no dobra, jednej, ale za to jakiej – własnej żony :) ) Portfolio mimo wszystko zachowam dla siebie – z Wami mogę podzielić się co najwyżej zdjęciem autora niniejszej relacji w stroju kąpielowym :P
Image
Jeśli plaża Source d'Argent ma jakąś wadę to tylko tą że morskie dno jest miejscami dość kamieniste i pełne korali, woda zaś nie do końca przejrzysta – do kąpieli lub snorklowania znajdą się na Seszelach lepsze miejsca. Do sesji fotograficznej – nie :)
Image
Po nacieszeniu oczu oraz kamer wracamy do naszych zostawionych przy lądowisku rowerów. Tym razem drogą lądową – na wyjściu na szczęście nikt opłat nie pobiera. Po drodze mamy okazję zobaczyć równie słynne seszelskie żółwie olbrzymie (Aldabrachelys gigantea ) - dorastające do 1,5m giganty ważące przeciętnie 250kg! Robią (nomen omen) duże wrażenie :)
Image
Wrażeń nam jednak mało, dlatego postanawiamy jeszcze wieczorem udać się na Anse Severe które według internetowych zapewnień miało być najlepszym miejscem do oglądania podwodnych krajobrazów. Tym razem internet nie kłamał :)
Image
Image
Image
Image
Snorkle na tej plaży są świetne, oferują zarówno korale miękkie i twarde, jak i ogromną ilość pięknych tropikalnych ryb. Jeśli ten cudowny dzień miał jakiś minus – to tylko taki że zachód słońca nad plażą Severe okazał się nieśmiały.
Image
Odprowadzani przez setki nietoperzy z rodzaju Pteropus (popularnie zwanych „flying fox”) wracamy do domu.
Image
To był niesamowity dzień. Należało więc uczcić go butelką Kapitana Morgana i obejrzeniem wszystkich pięknych zdjęć narobionych w dniu dzisiejszym.
Image
Coś czuję że polubimy się z Seszelami :)

Porady rezydenta Janusz Travel:
Z lotniska do przystani promowej na Praslin możemy dostać się dowolnym lokalnym autobusem (nr 61, 63 oraz nieco na około nr 62) za jedyne 5 rupii. Jedzie on ok 25min, kursuje zaś średnio co godzinę, w godzinach porannych częściej. W internecie brakuje aktualnego rozkładu jazdy z tej wyspy, jednak stary rozkład w miarę dobrze pokrywa się z aktualnym http://www.seychelles-info.com/document ... raslin.pdf
Bilety nabywa się przy wsiadaniu u kierowcy, należy mieć odliczoną kwotę, z większych nominałów niż 20 rupii kierowcy nie mają obowiązku wydawać reszty.

Prom między Praslin a La Digue - Inter Island Ferry - jest klimatyzowany, jeśli chcemy usiąść w środku - zabierzmy coś ciepłego, klima chłodzi naprawdę porządnie. Cena promu wynosi 27e przy zakupie biletu w dwie strony, najłatwiej bilet kupić wcześniej na stronie http://www.seychellesbookings.com, na miejscu wymienić zaś wydrukowany e-boucher na plastikowy bilet. Przyjść należy ok 15 minut wcześniej, tyle też zajmuje cała podróż.

Wypożyczenie roweru na La Digue nie powinno kosztować więcej niż 50 rupii dziennie. Szukajcie wypożyczalni poza główną drogą (tam jest drożej) i dobrze sprawdźcie stan techniczny - tzn czy przerzutki nie będą Wam przeskakiwać, a hamulce zadziałają. Seszele są bowiem pagórkowate, jednak dementuję - grawitacja nie taka straszna jak ją @chaleanthite maluje (dziękuję za porady przed podróżą!). W mojej opinii każdy Janusz kondycyjnie doskonale poradzi sobie z nie za dużymi wzniesieniami (a innych na wyspach nie ma).

Jeść obiady najlepiej w lokalnych take awayach - duża porcja, najczęściej ryb w różnym wydaniu, kosztuje zwykle 50 rupii. My z czystym sumieniem polecamy ten takeaway - jest naprawdę smacznie https://www.google.pl/maps/place/Tarosa ... 446c8fcf07
Resztę posiłków możemy przyrządzić sobie sami. Ceny w sklepach są wyższe od polskich ok 1,5-2x jeśli chodzi o lokalne produkty, tych jednak jest niewiele. Wszystkie inne mają ceny jeszcze wyższe.

Lądowisko helikopterów znajduje się tu -4.360632, 55.825244. Wejście na nie jest zabronione i surowo karane, jednak do wody możemy zejść dosłownie kilkanaście metrów wcześniej. Wodą będziecie musieli przejść ok 50 metrów, nie powinna sięgać więcej niż do piersi, potem jest już łatwa ścieżka plażą.

Snorklując na Anse Severe pamiętajmy o pływach. Przy odpływie dostanie się te 25-50m od brzegu do rafek może stanowić wyzwanie - jest płytko i kamieniście. Podczas przypływu jednak nie nastręczy żadnych trudności.„Jestem wesołym Januszem,
jestem wesołym Januszem,
pod górę pedałować muuszęę..
bo plaże zobaczyć chcę!”

Następny dzień postanawiamy spędzić tak jak spędzimy większość pozostałych dni na Seszelach – odwiedzając kolejne piękne plaże. Tym razem nasz wybór padł na aż 3 zachwycające miejsca: Grand Anse, Petit Anse i Anse Cocos. Położone są one na wschodnim brzegu wyspy, od strony oceanu. Z tego też powodu będą idealnym wyborem dla wszystkich miłośników dużych fal. Seszele swoich skarbów nie oddają łatwo, dostępu do nich broni więc szereg kolejnych wzgórz. Przez pierwsze z nich prowadzi dobrze utrzymana asfaltowa droga. Większość osób powinna poradzić sobie z nim nie zsiadając z roweru, mimo że w momencie jego pokonywania będzie Wam się wydawało że wzniesienie to nigdy się nie skończy. Gdy my wylewaliśmy hektolitry potu zawzięcie pedałując na niskich przerzutkach – mijające nas „mysony” w melexach śmiały się i gwizdały. Ten się śmieje kto się śmieje ostatni, wystarczyło że pomyślałem ile musieli wydać za podjechanie tych 3 km by cała złość na nich mi przeszła ;) Jeśli nawet jakieś negatywne uczucia zostały – bardzo szybko zniknęły na widok pierwszej z pięknych plaż - Grand Anse.
Image
Image
Jest ona niewątpliwie, zgodnie z nazwą, największa. Ale czy najładniejsza? By się o tym przekonać należy porzucić rower i zdać się na niezawodne nogi, udając się w kierunku północnym. Po odrobinie kluczenia wśród krzaków i pokonaniu kolejnej górki – naszym oczom ukazuje się kolejna plaża - Petit Anse.
Image
Image
Jednak prawdziwą gratkę dla miłośników zachwycających krajobrazów będzie stanowiła dopiero ostatnia z plaż - Anse Cocos. Na pierwszy rzut oka plaża jak plaża (z wyjątkiem tego że dostępne są na niej zacienione miejsca – rzadkość na Seszelach).
Image
Jednak na jej końcu czeka zatoczka otoczona przez fantazyjne kamienie, stanowiąca niepodważalny dowód na to, że na Seszelach co plaża to ładniejsza.
Image
Image
Prawdziwy hit zostawiliśmy sobie jednak na następny dzień – miejsce które w internecie było opisane jako „niemożliwe do zobaczenia bez wynajęcia przewodnika” a nawet wręcz „niebezpieczne w przypadku próbowania dotarcia na własną rękę” - musieliśmy się tam udać!

Porady rezydenta Janusz Travel:
Do Grand Anse dotrzecie bez najmniejszych problemów, dotarcie na nią z „centrum” La Digue zajmuje ok. 30min rowerem. Ścieżka prowadząca na Petit Anse i Anse Cocos (której przejście pieszo zajmuje ok. godzinę) nie jest jakoś wybitnie ukryta, ale jeśli chcecie się wspomóc dobrą mapą – polecam darmową aplikację maps.me Znajdziecie na niej nawet najmniejsze szlaki na Seszelach – także te nieistniejące ;) O tym jednak dopiero w kolejnych odcinkach.
Image„Jestem zawziętym Januszem,
jestem zawziętym Januszem,
dzielnie znoszę katuuszee..
bo był to mój pomysł!”

Anse Marron. Od początku wiedziałem, że muszę się tam udać. Wiele osób na blogach opisywało wycieczkę na tą plażę jako najlepszą rzecz która spotkała je na Seszelach, prawdziwą Przygodę przez duże P. Jeśli dodamy do tego wyzywające wpisy o niemożliwości dotarcia tam na własną rękę, o konieczności wynajęcia lokalnego przewodnika (koszt - jedyne 50 euro), o potrzebie posiadania dobrej kondycji, a nawet wręcz o niebezpieczeństwie czyhającym na turystów którzy zmitrężą zbyt wiele czasu na odnajdowaniu drogi i zostaną uwięzieni między skałami przez przypływ – od razu miejsce to wskoczyło na górę listy miejsc do odwiedzenia na Seszelach. Jednocześnie wreszcie mogłem przemycić do podróży poślubnej zakazane słowo na t – treking :) Skoro piszę te słowa, jedno już wiecie na pewno – przeżyłem ;) ale czy udało się dotrzeć Januszom do celu?

Nasze poszukiwania tajemniczej plaży Marron musiały poczekać. Ze względu na porę odpływu – zaczynał się on po południu – mieliśmy rano czas pójść raz jeszcze na snorkle na Anse Severe. Jakże inaczej wygląda to miejsce w pełnym słońcu. Snorkle na Severe są super, ale sami musicie przyznać – sama plaża też daje radę ;)
Image
Image
Podobno równie dobre snorkle czekają na malutkiej Anse Patates, dosłownie kawałek na północ od Severe. Niestety tym razem muszę zdementować tą wiadomość, fala jest tam większa, przez co widoczność w wodzie jest gorsza. Za to widoki są równie cudne.
Image
Poranne snorkle miały też inną korzyść, w postaci napotkania dzikiego żółwia. W czyimś przydomowym ogródku.
Image
To wszystko było jednak tylko sposobem na zabicie czasu w oczekiwaniu na odpływ. Gdy się on zaczął – wsiedliśmy niezwłocznie na rowery i po raz drugi dzielnie popedałowaliśmy na plażę Grand Anse. To z niej tajemnicza ścieżka prowadzi przez krzaki w kierunku Anse Songe i Grand l'Anse. Jeśli plaża Source d'Argent jest najpiękniejszą seszelską plażą, to niewątpliwie trasa na Grand l'Anse oferuje najpiękniejsze widoki na Seszelach. Zamiast silić się na poetyckie opisy – przedstawię na poparcie tej tezy niezbite dowody:
Image
Image
Image
Choć początkowo ścieżka jest łatwo widoczna i nie nastręcza żadnych trudności (pomimo konieczności przedzierania się odrobinę przez zarośla oraz przeskoczenia strumyka albo i dwóch) – w pewnym momencie, wraz z końcem plaży Grand l'Anse, urywa się gwałtownie.
Image
Do tego też mniej więcej miejsca doprowadzą nas mapy. Dalej zaczyna się Przygoda.
Na lewo – wzburzone morze rozbijające się o skały. Przed nami – ogromne głazy ułożone jeden na drugim, ciągnące się po horyzont. Po prawej – zwarta dżungla i bajora.
Z jednej strony opisy trasy w internecie sugerują przedzieranie się wśród skał pośród wody co sugerowało by pójście morzem, z drugiej – na maps.me jest zaznaczony króciutki fragment ścieżki idący w głąb lasu. Po naradzie postanowiliśmy się rozdzielić i sprawdzić wszystkie możliwe kierunki. Szybko okazało się, że należy uśrednić dostępne wskazówki i wybrać drogę na wprost – jako jedyna okazała się w jakikolwiek sposób dostępna (choć bynajmniej nie przystępna). Wspinając się na kamienie oraz przeczołgując pod innymi, z trudem bo z trudem, ale dało się przesuwać jakoś na przód. Co z tego, gdy nagle okazywało się że drogę nam zagrodził ogromny głaz którego nie dało się ominąć w żaden sposób – należało się wrócić i spróbować innej trasy. Istny labirynt. Podciągnąć się, wspiąć, przeczołgać, przedrzeć przez krzaki, o rzesz, znów ślepy zaułek. A to wszystko przy ogromnej wilgotności i temperaturze powietrza, z palącym słońcem nad głową. Po 30 minutach następuje bunt Januszy. Zrezygnowani siadają na plaży. Zobowiązuję się więc prowadzić dalsze poszukiwania samemu i w razie czego – wrócić i poprowadzić grupę. Po ok godzinie czasu, kilku zadrapaniach i hektolitrach wylanego potu – eureka! Bardzo okrężnym sposobem odnajduję ścieżkę – jak mogłem ją przeoczyć wcześniej? ;)
Image
Po pewnym czasie ląduję i w zapowiedzianej wodzie, przeciskając się między kamieniami.
Image
Gdy na horyzoncie widzę już cel wyprawy – postanawiam wrócić się po grupę. Trasa powrotna jest prosta jak drut – od tej strony jest niemal oczywista. Z entuzjazmem opowiadam grupie jaka to ścieżka jest banalna i że wystarczy wiedzieć gdzie należy się wspiąć a gdzie podczołgać po czym.. znowu się gubię! Wiem już mniej więcej gdzie iść, ale nie jestem w stanie odnaleźć łatwej drogi, prowadzę wszystkich trasą dla kozic górskich. Znajomi buntują się. A co gorsze – buntują mi żonę ;) Żona, która dzielnie znosiła moje niezbyt rozsądne pomysły przez tyle wypraw, tym razem (przy nad wyraz rozsądnym pomyśle) stwierdza że nie ma zamiaru złamać sobie nogi i żebym sam sobie szedł dalej. Co za niewdzięczność ;) Trudno, to ich ominie cała frajda. Oczywiście po dwóch minutach odnajduję właściwą drogę, ale tym razem już nikt mi nie wierzy :P dlatego na Anse Marron idę sam. Po ledwie 15min ukazuje mi się taki oto widok.
Image
Jest cudnie. Choć większość plaż na Seszelach jest odludna – ta jest całkowicie moja. Mam poczucie że odnalazłem ukryty skarb.
Image
Oczywiście są piękniejsze plaże na Seszelach. Ale w tym wypadku to droga była ważna, nie cel sam w sobie.

Porady rezydenta Janusz Travel
Samodzielne dotarcie na Anse Marron jest możliwe dla każdego, nawet z średnią kondycją fizyczną, ale za to z ogromną ilością samozaparcia.
Pierwsza połowa trasy jest łatwa, ścieżkę znajdziecie na maps.me. Rozpoczyna się ona w miejscu gdzie kończy się asfaltowa droga na Grand Ase a zaczyna droga gruntowa – w prawo, nieco pod skosem, wiedzie leśna dróżka. Nawet jeśli nie macie ochoty błądzić w labiryncie skał w poszukiwaniu Anse Marron – przejdźcie się nią i tak. Grand l'Anse jest cudowna.
Po dotarciu do końca plaży musicie wejść między skały, mniej więcej na wprost, ale kierując się lekko w stronę morza. Po dwukrotnym przejściu trasy w dwie strony :P uważam że kluczowym miejscem jest ta oto skała z rosnącą obok palmą:
Image
Należy się przeczołgać pod zaznaczonym strzałką nawisem skalnym. Od tego momentu trasa będzie całkiem prosta. Najpierw będzie prowadzić po skałach nad brzegiem morza, potem zaprowadzi nas między krzaki, by znów wrócić nad morze. W pewnym momencie może wydawać nam się że ścieżka wiedzie na dół, do morza, między skały. Błąd! Da się tam przejść górą (choć doszedłem do tego dopiero za trzecim razem), jest to o wiele łatwiejsze niż błądzenie w morzu. Z czego wynika że ostrzeżenia o przypływach mogących uwięzić między skałami to czysta ściema dla turystów w celu dodania dramatyzmu całej wyprawie. No ale gdy wydało się 50 euro oczekuje się odrobinę dramatyzmu ;)„Jestem zaradnym Januszem,
jestem zaradnym Januszem,
na pace stopuję bo muuszeę,
bo rozkład jazdy był zły”

Choć nie chcemy jeszcze opuszczać La Digue – musimy, czeka na nas prom. Planując naszą wycieczkę stwierdziliśmy, że najmniejszej z wysp poświęcimy najmniej czasu – i to był błąd. Czujemy niedosyt. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło, gdyż kolejny nasz przystanek to wyspa Praslin, ciesząca się nie mniejszą popularnością wśród turystów. Czy zasłużenie? Przekonajcie się sami.

Podróż promem z wyspy na wyspę przebiega sprawnie, szukanie naszego noclegu w położonej przy przystani promowej miejscowości Baie Sainte Anne już nieco gorzej. Z Seszelami jest ten mianowicie problem, że większość budynków położonych jest na wzgórzach. Jeśli więc nie wiemy gdzie dokładnie zlokalizowany jest nasz domek – trening kardio gwarantowany. Rezydent biura podróży Janusz Travel nie spisał się tym razem ;) Nie spisał się nawet podwójnie. Na pierwszy nasz cel wybieramy bowiem plażę Anse Lazio, na którą zamierzamy dojechać autobusem. Czekamy i czekamy, a autobus nie nadjeżdża. Czas umila nam przyglądanie się religijnym obyczajom Seszelczyków. Jest niedziela, wszędzie wokół gra wesoła muzyka – amerykański gospel znalazłby w Afryce godną konkurencję!
Image
Niemniej ile można czekać? Przecież sprawdziliśmy rozkład jazdy, czyżby aż tak duże miały na Seszelach autobusy opóźnienia? Po wnikliwej analizie okazuje się, że rozkład jest z roku 2007 ;) No cóż, godzinę na autobus nie będziemy czekać, łapiemy stopa, na Seszelach nie jest to trudne zadanie (nawet w większej grupie - jeździ tam dużo pickupów). Kierowca pierwszego auta jedzie tylko kawałek, ale proponuje nam powiezienie do jego ulubionej plaży. Czemu nie, odrobina spontaniczności nie zaszkodzi, co nie?

Plaża okazuje się średnia (jak na Seszele – w Europie zrobiła by furorę :) ), mając w perspektywie Anse Lazio (opisywaną jako najładniejsza na Seszelach - oczywiście w tych rankingach które nie przyznały pierwszego miejsca plaży Source d'Argent) nie zostajemy na niej nawet 10min. Czy dlatego jest ulubioną plażą naszego kierowcy bo znajduje się 30m od jego domu? Niemożliwe ;) Chcąc się z niej wydostać musimy cofnąć się spory kawałek do głównej drogi bądź pójść wzdłuż brzegu do miejsca gdzie droga przebiega nad morzem. Wybieramy drugie rozwiązanie. Przez co znów lądujemy w wodzie ;) (na szczęście tym razem maksymalnie do kolan). Przejście suchą stopą uniemożliwiają rosnące wokół namorzyny.

Dodaj Komentarz

Komentarze (71)

m3lm4k 24 grudnia 2015 16:45 Odpowiedz
Ale o co chodzi? :D
mik111 24 grudnia 2015 17:15 Odpowiedz
Admin zaliczył Seszele a teraz się wstydzi???
marek2011 24 grudnia 2015 18:32 Odpowiedz
No i…? Bo tak na pierwszy rzut to ani to straszne, ani śmieszne :D
yoshi 24 grudnia 2015 19:13 Odpowiedz
Jak chodziłem do podstawówki to na religii ksiądz mówił że przed i na wigilii się nie pije alkoholu ;)Wysłane z mojego SM-G900F przy użyciu Tapatalka
don-bartoss 24 grudnia 2015 23:33 Odpowiedz
Czekam na foty żółwi. One maja moc :)
gosiagosia 24 grudnia 2015 23:38 Odpowiedz
A mi się podoba. Bez względu na sposób relacjonowania jaki wymyślił @Washington jest i n a c z e j :) I kibicuję Januszowi i Grażynie :). I czekam na to, co będzie dalej.A dzisiaj życzę Wesołych Świąt. Wszystkim :).
japonka76 25 grudnia 2015 13:30 Odpowiedz
Coś mi się wydaje, że to będzie niezapomniany wyjazd :)wysłane z telefonu
klapio 25 grudnia 2015 15:15 Odpowiedz
Zapowiada się fajna relacja, czekam na zdjęcia plaży :-P
lela 25 grudnia 2015 20:59 Odpowiedz
Janusze Kocham Was i Wasze relacje :)czuję się zupełnie jakbym tam była:)
elwirka 26 grudnia 2015 17:47 Odpowiedz
To Admin podróżuje z rejestrowanym niczym jakiś Janusz?!? A może pracownicy Kenya Airways wywlekali także podręczne ze schowków?!?;-)
86184 26 grudnia 2015 17:59 Odpowiedz
Janusz i sery pleśniowe, Captain Morgan i wtyczka-przejściówka? Ściema! Chyba, że przynajmniej wino było z kartonu, a do takeaway "zakombinowaliście" zestaw sztućców "plastykowych" na cały pobyt i dla wszystkich kuzynek obu Grażynek! ;-)PS I jeszcze ta "rozkładówka" nie w Speedo czy Borewiczach... No i "kety" brak! :D
japonka76 26 grudnia 2015 18:16 Odpowiedz
Jestem rozczarowana. Czekam na zdjęcia w kostiumach kapielowych! wysłane z telefonu
olajaw 27 grudnia 2015 20:05 Odpowiedz
Jest @Washington, są i świetne zdjęcia :D czekam na cd :)
meduzy 27 grudnia 2015 22:02 Odpowiedz
Wszystko fajnie, ale wbijanie się za darmoszkę na plażę to wg mnie przesada. A jak już weszliście tam za darmoszkę, to trzeba było wracać tak jak wchodziliście, a nie utwardzoną ścieżką i podziwiać żółwie, które są tam utrzymywane głównie z biletów.Ale pewnie się czepiam :)Obok Tarosy jest też Chińczyk, gdzie są duże, dobre porcje za 50 rupii. Mogę szczerze polecić.
jobi 27 grudnia 2015 22:11 Odpowiedz
@Washington jest niekwestionowanym mistrzem oszczędnego podróżowania. Nawet miejscowi często nie mają pojęcia, że można taniej :-)Tutaj specjalnie zaznaczył, że będą "Januszowe" przeginki bo portfel nie zdzierży za wielu szeselonizmów.Także wbijanie się w darmoszkę przez Janusza uchodzi moim zdaniem, wszak przed i po Januszu przejdzie tą utwardzoną ścieżką tysiące "normalnych" posiadaczy portfeli i będzie ok.
meduzy 27 grudnia 2015 22:20 Odpowiedz
Nie no, mówiłem że trochę się czepiam - nas też trochę kusiła ta opcja. Ale jak sobie kupiliśmy 2 butelki rumu na zachód słońca, to stwierdziliśmy, że to byłoby dopiero Januszowanie, jakbyśmy wbili bokiem :D@Washington, a czy na Anse Severe oprócz rybek (bo te widzę na fotkach), widzieliście może żółwie morskie? Bo my snurkowaliśmy na La Digue tylko na Anse Source d'argent i na Anse Banane. Na obu mieliśmy lekkiego farcika w postaci kilku żółwi i płaszczek (pisk dziewczyn jakby się topiły), ale nam w gousthousie właścicielka też doradzała Anse Severe. Odpuściliśmy, bo akurat jak się tam wybraliśmy to nie było pogody, no i pytanie czy nie zdążyłeś uchwycić, czy po prostu akurat nie trafiliście (wiem, że to może być przypadek).
greg1291 27 grudnia 2015 22:26 Odpowiedz
Januszowe to jest pobieranie absurdalnej opłaty za dojście do plaży przez hotel. Myślę, że te żółwie jednak nie przejedzą całej kasy opłaconej przez turystów. Zaprezentowana opcja jest bardzo nowatorska ;) . Ciekawe jak to wygląda gdy jest przypływ. Czekam na dalszy ciąg relacji.
jobi 27 grudnia 2015 22:38 Odpowiedz
Popieram.Niestety tak wyglądają dzisiaj często atrakcje turystyczne - oczekujesz egzotycznych wrażeń a tu co krok zbiórka kasy na szczytne cele.Pamiętam, że gdzieś w Tajlandii mieliśmy z córką oglądać małpki. Na miejscu małpek nie było, tylko ich imiona oraz niezwykle wygadany pan, opowiadający o żałosnym losie tych zwierząt i nakłaniający do "adopcji", czyli regularnych, miesięcznych wpłat na jego konto.Może się odechcieć takich wrażeń. Z turystów robi się barany, szczekając na nich i pilnując, by trzymali się utartej ścieżki.@Washington potrafi ich pięknie olać i brawa mu za to, że opisuje tu jak to robi.
meduzy 27 grudnia 2015 22:41 Odpowiedz
Aha i biję pokłony nad wypożyczeniem rowerów! Nam się udało zejść jedynie do 60 rupii za dzień - wypożyczaliśmy też na 3 dni :)
washington 28 grudnia 2015 09:06 Odpowiedz
Eh, dla jednych za mało Januszowy, dla drugich za bardzo, i jak tu dogodzić wszystkim? :DZ jednej strony @elwirka bagaż rejestrowany mieliśmy (12kg plecak na dwie osoby) - a co! w końcu raz w życiu ma się podróż poślubną (no w naszym wypadku dwa ale cii -> miesiac-miodowy-w-kazachstanie-i-kirgistanie,215,77956 ) Z drugiej strony @Kara do afrykańskich win owocowych też dojdziemy w tej relacji, jak przystało na porządnych Januszy - zapas alkoholu w postaci rumu skończył nam się 4 lub 5 dnia ;)Jeśli chodzi o plażę Source d'argent - tak jak napisałem wszystkie plaże na Seszelach są darmowe. Dlatego też właściciele resortu L'Union oficjalnie pobierają opłatę za wstęp na plantację wanilii i za zobaczenie żółwi. Choć plantacji w drodze powrotnej nie oglądaliśmy, gdy dziewczyny zobaczyły żółwie - nie było opcji żeby nie podejść. @Meduzy Czułem się z tego powodu (że oglądam żółwie a nie zapłaciłem) źle.. przez kilkanaście godzin ;) - do czasu aż nie zobaczyłem żółwia następnego dni w czyimś ogródku, tuż przy drodze. Nikt za wstęp do ogródka opłat nie pobierał, żółw nie był też zamknięty w żadnym ogrodzeniu, można było sobie usiąść obok niego, zrobić zdjęcie. I nie był to ostatni dziki żółw którego spotkaliśmy. Nie miejcie więc żadnych wyrzutów sumienia i wbijajcie morzem - pobieranie opłaty za na siłę dorobione atrakcje jest zwykłym złodziejstwem.Co do snorkli - żółwi morskich tym razem nie widzieliśmy (te zobaczyliśmy dopiero na Praslin; jednak podobno zdarzają się na Severe), za to kolega widział rekinka (chyba sporego black tipa), były płaszczki, ośmiorniczka. Korale są po prostu ok, ale ryb jest istne zatrzęsienie :) Rowery zaś wypożyczaliśmy mniej więcej tu: -4.349476, 55.829807Wszystkim dziękuję za miłe słowa, postaram się już wkrótce opisać kolejne przygody Januszy :)
meduzy 28 grudnia 2015 22:37 Odpowiedz
Janusz, czy to będzie Anse Marron? Będę mocno zazdrościł, jeszcze jak rzucisz mega fotki, bo nam nie starczyło czasu :)
86184 28 grudnia 2015 23:03 Odpowiedz
Eeee... Takie puste te plaże... Parawanów nie dało się w Forclazie upchnąć? ;)
greg1291 28 grudnia 2015 23:09 Odpowiedz
Parawan jak parawan, ale reklamówka z biedronki musi być ;)
osk 31 grudnia 2015 17:49 Odpowiedz
Washington weźcie mnie ze sobą następnym razem. Obiecuje,że przeniose protestantów na barana :lol:
miki3475 6 stycznia 2016 19:04 Odpowiedz
Hiper! Tylko mam problem, padło strona druga a nie da się przerwać czytania! http://spolecznosc.fly4free.pl/blog/165 ... le/?page=2
miki3475 6 stycznia 2016 19:04 Odpowiedz
Hiper! Tylko mam problem, padło strona druga a nie da się przerwać czytania! http://spolecznosc.fly4free.pl/blog/1651/biuro-podrozy-janusz-travel-serdecznie-zaprasza-na-seszele/?page=2
emto 7 stycznia 2016 12:44 Odpowiedz
Szczerze? Wyprawa świetna, ale relacja żenująca! Poza tym ciekawe, czy macie zgodę Policjanta, którego zdjęcie wykorzystaliście do oklejenia własnych fotek, na publiczne wykorzystanie wizerunku? Jeśli nie, to proszę o usunięcie tych zdjęć. Panie adminie, wiem, że jesteś super i hiper w tanim podróżowaniu, ale warto mieć szacunek dla innych.
washington 7 stycznia 2016 13:01 Odpowiedz
Cóż, osobiście jako autor relacji uważam że memy rządzą się swoimi prawami, nie każdego jednak muszą bawić (choć nie ma w nich z drugiej strony nic zabawnego jeśli głębiej zastanowić się nad tym zjawiskiem, polecam książkę Jacka Dukaja "Czarne Oceany") i jako moderator jednak zgadzam się z wnioskiem, dokonałem więc automoderacji
emto 7 stycznia 2016 13:10 Odpowiedz
washingtonCóż, osobiście jako autor relacji uważam że memy rządzą się swoimi prawami, nie każdego jednak muszą bawić (choć nie ma w nich z drugiej strony nic zabawnego jeśli głębiej zastanowić się nad tym zjawiskiem, polecam książkę Jacka Dukaja "Czarne Oceany") i jako moderator jednak zgadzam się z wnioskiem, dokonałem więc automoderacji
Dziękuję. Memy memami, ale wszystko jest ok kiedy to dotyczy osób publicznych, znanych z mediów. Ten policjant był dzielnicowym gdzieś w Polsce i jakiś idiota bez jego zgody wykorzystał jego wizerunek. To była głośna sprawa, bo ten dzielnicowy miał jakieś załamanie przez to. W każdym razie dziękuję za moderację.
emto 7 stycznia 2016 13:10 Odpowiedz
Dziękuję. Memy memami, ale wszystko jest ok kiedy to dotyczy osób publicznych, znanych z mediów. Ten policjant był dzielnicowym gdzieś w Polsce i jakiś idiota bez jego zgody wykorzystał jego wizerunek. To była głośna sprawa, bo ten dzielnicowy miał jakieś załamanie przez to. W każdym razie dziękuję za moderację.
raphael 8 stycznia 2016 18:09 Odpowiedz
Relacja ciekawa i obfitująca w przydatne szczegóły-porady.Pytanie odnośnie rowerów na Seszelach: czy w trakcie wycieczki można je bezpiecznie zostawić rzucone gdzieś w lesie i iść na parę godzin na plażę nie narażając się na koszty odkupu skradzionych rowerów, czy też stosuje się tam rowerowo-złodziejską prewencję tj. łańcuchy, wiązania itp. utrudniacze?
washington 8 stycznia 2016 18:46 Odpowiedz
Do roweru standardowo otrzymuje się zapięcie. Kradzież raczej nie grozi, ale po co kusić los? Ciężko może być tylko ze znalezieniem miejsca do przypięcia. My rowery przypinaliśmy do siebie nawzajem - 4 sztuki złączone razem stanowiłyby pewnego rodzaju wyzwanie dla potencjalnego złodzieja
vivere 8 stycznia 2016 19:15 Odpowiedz
@WashingtonDawaj ten film ;)Super relacja...bardzo lubię ten styl podróżowania i zwiedzania.
bobek132 8 stycznia 2016 19:50 Odpowiedz
Raphael napisał:Pytanie odnośnie rowerów na Seszelach: czy w trakcie wycieczki można je bezpiecznie zostawić rzucone gdzieś w lesie i iść na parę godzin na plażę nie narażając się na koszty odkupu skradzionych rowerów, czy też stosuje się tam rowerowo-złodziejską prewencję tj. łańcuchy, wiązania itp. utrudniacze?My rowery rzucaliśmy przy plażach nieprzypięte, ewentualnie gdzie dało się oprzeć o drzewa i nie zaginęły
jekyll 8 stycznia 2016 20:04 Odpowiedz
Ja na miejscu Grażynki zabiłabym Janusza za takie 'atrakcje' ;)Widać dziewczyna załamana na tym tym punkcie widokowym :)Fajnie się czyta :D
jobi 8 stycznia 2016 20:50 Odpowiedz
Zazdroszczę Ci tych dziewczyn! Moja kobieta protestuje i strajkuje na płaskich dystansach powyżej 500m...A Ty przeprowadzasz je przez niewyobrażalne piekło, mamiąc marchewką w postaci plaży i to działa...Szacunek dla obu stron ;-)
86184 8 stycznia 2016 21:10 Odpowiedz
Aż mi się przypomniała "Power of Love" Jennifer Rush po przeczytanku dwóch poprzednich wpisów. :-)Wzmianka o afrykańskim winie owocowym taka grzeczna... Zupełnie niejanuszowa... Ale rozumiem - internet nie zapomina i kiedyś dzieci czy wnuki mogły by mieć "haka". :-D
klapio 8 stycznia 2016 21:44 Odpowiedz
jobi napisał:Zazdroszczę Ci tych dziewczyn! Moja kobieta protestuje i strajkuje na płaskich dystansach powyżej 500m...A Ty przeprowadzasz je przez niewyobrażalne piekło, mamiąc marchewką w postaci plaży i to działa...Szacunek dla obu stron ;-)Dołączam się do gratulacji :) Z ciekawości mieliście @Washington z kolegą jakieś problemy że najpierw obiecaliście spacerek na plażę a potem okazało się że to przedzieranie przez las? Bo ja bym miał :D
jacekwoj16 9 stycznia 2016 16:17 Odpowiedz
A ja myślałem, że moja żona taka słaba, że na spacerze po lesie marudzi po 10 km. a na wakacjach po 15. :lol:
japonka76 9 stycznia 2016 16:54 Odpowiedz
O, nareszcie jakieś piękne panie na tle ładnych plaż. :D Podoba mi się ten nowy sposób narracji i poczucie humoru.Ale...Czy mi się wydaje, ale chyba pierwszy raz wyczuwam jakąś taką nostalgię w tej relacji. Taka mała zazdrość przewija się tam w tle.Czyżby po raz pierwszy Janusze pozazdrościli Helmutom tych drinków na meleksie, pól golfowych i przede wszystkim, łatwego dojścia na plażę.Ja wiem, że teraz piękni, młodzi i spragnieni przygód, nie straszne brodzenie w wodzie po pachy i przedzieranie się przez krzaczory. Ale może czasem lapiej odpuścić, poczekać, poplanować.Może to jest tak, że w luxury places nie powinno się jednak jeździć z biurem podróży Janusz Travel?To tylko takie moje subiektywne odczucia.
vivere 9 stycznia 2016 17:07 Odpowiedz
Będą na emeryturze to będą jak te Helmuty ;)Smutne, bo nieprawdziwe :(
greg1291 9 stycznia 2016 17:22 Odpowiedz
Japonka przecież jak chcesz się poczuć gorzej to i tak się poczujesz. Nie trzeba jechać na Seszele. W każdej lokalizacji jest bardziej luksusowy hotel, ośrodek, nawet w takim Zakopcu Czy Sopocie, co nie znaczy że wszyscy pozostali nie powinni tam przyjeżdżać, bo śpią na kwaterze u pani Zosi. Podróżować należy w każdym wieku. Założę się że za 10 lat relacje Janusza będą z dużo ciekawszych miejsc i hoteli, co nie znaczy że do tego czasu nie powinien jeździć nigdzie. ;)
japonka76 9 stycznia 2016 17:24 Odpowiedz
@greg1291 nic nie zrozumiałaś :(
greg1291 9 stycznia 2016 17:33 Odpowiedz
[quote="Japonka76"]Może to jest tak, że w luxury places nie powinno się jednak jeździć z biurem podróży Janusz Travel?
alegrias 9 stycznia 2016 19:35 Odpowiedz
Też właśnie wróciłam z Seszeli i zastanawiam się, czy nie chroniliśmy się przed deszczem pod tym samym bananowcem?? Wędrowałam bardzo podobnymi trasami i korzystałam z autobusów. Ja nie poskąpiłam 20 Euro na bilet wstępu do Vallée de Mai i spędziłam tam prawie trzy godziny obserwując ptaki, zielone gekony i robiąc niezliczoną liczbę zdjęć. Pierwsza godzina wędrówki z miejscową przewodniczką - w cenie biletu. Największą atrakcją Parku jest oczywiście coco de mer, ale monstrualnych "nasionek" palmy w kształcie półdupków, czy jak chcą inni, damskich bioder nie da się zobaczyć na palmie, bo "nasionko" ukryte jest w owocu. I to dorodne owoce widzisz zadzierając głowę do góry. Dopiero jak pozbawi się owoc zielonej okrywy można zobaczyć podwójne nasiono coco de mer. Wiem, że w pobliżu Anse Consolation znajduje się drugi, mniejszy Park Narodowy (Fort Ferdinand ??), z dużo tańszym wstępem. Jednak dojazd lokalnymi autobusami okazał się trudny (mało połączeń) i odpuściliśmy to miejsce.
olaaa 9 stycznia 2016 20:06 Odpowiedz
Świetna relacja! Super wycieczka ... czekam na dalszy ciąg:)
washington 10 stycznia 2016 10:41 Odpowiedz
Dziękuję za żywy odzew, to fajnie motywuje do dalszego pisania ;)Oczywiście żona co jakiś czas odgraża się że nigdy więcej ze mną nie pojedzie ( i czasem padają nieprzychylne słowa o spaniu na lotniskach czy przedzieraniu się przez krzaki) ale sumarycznie zawsze dobrze wspomina nasze podróże :) (prawdopodobnie to nie przypadek że poznaliśmy się w Turcji stopując po całym kraju i śpiąc w namiocie/jaskini/u przypadkowo poznanych osób itd). Nasi znajomi Janusze żartują sobie że "udała mi się żona" z czym się kompletnie zgodzę (a to że jako osoba najbardziej wprawna w sztuce kulinarnej gotowała nam obiady na Seszelach na pewno nie ma nic wspólnego z tym że tak mówili :lol: )@klapio problemy mieliśmy takie że do końca wycieczki nasze słowa były cały czas kontestowane i przyjmowane z dużą dozą sceptycyzmu :D mimo że słowa na "t" nie używaliśmy (mówiliśmy raczej o "krótkim spacerze na plażę" co i tak spotykało się z nieufnością ;) )@Japonka76 Czy w relacji jest obecna jakaś zazdrość? Może odrobinę. Jasne że woleli byśmy być wożeni na plażę wózkiem golfowym niż maszerować 40min przez pola golfowe (gdzie po drodze i tak nie ma zbytnio co zobaczyć), skłamał bym mówiąc inaczej. Jasne że woleli byśmy zamówić wykwintny posiłek wprost na plażę zamiast gotować sobie samemu obiady (część kulinarna naszych podróży chyba najbardziej nam doskwiera). Ale czy zmienił bym atrakcje? W życiu! Przedzieranie się przez krzaki i brodzenie w wodzie z plecakiem nad głową to czysta zabawa :) Wynajęcie przewodnika nie przejdzie mi nawet przez myśl choćby był darmowy. Ostatnie kilka dni mieliśmy do dyspozycji willę z basenem i wifi - ale i tak nie mogliśmy usiedzieć na tyłkach. To nie dla nas :) Oczywiście wraz z zmieniającą się zasobnością portfela i przybywającym wiekiem zmieniają się preferencje. Jeśli nie musimy - nie śpimy już w hostelach, wybieramy zawsze dwójki (choć to ma większy związek z prywatnością niż wygodą - wolimy rozbić namiot niż wybrać hostel). Nie stopujemy już w zimie (kiepskie doświadczenie :P). Gdy lot bezpośredni jest droższy od kombinowanego (ale nie za dużo ;) ) - przepłacamy (inaczej człowiek ceni już swój czas). Pewnie za jakiś czas zmieni się to jeszcze bardziej. Ale nie uważam by pewne miejsca były nie do odwiedzenia tylko dlatego że zwiedzać je trzeba w mniejszym komforcie :) Co innego gdy nie da się ich zwiedzić wcale ze względu na budżet (na Kamczatkę można tanio polecieć ale bez zorganizowanych wycieczek nie zobaczy się prawie nic - to jeden z kierunków na naszej liście który musi jeszcze poczekać)@Alegrias to kwestia subiektywnej oceny czy warto wydać na coś 20e czy nie (dla Ciebie "poskąpienie" dla mnie oszczędność i możliwość wydania na lepsze atrakcje). Byliśmy w miejscach w których dużo ciekawsza jest miejscowa fauna (wspomniane przez Ciebie ptaki, zielone gekony) i nie trzeba było za ich odwiedzenie płacić. Jeśli miło spędziłeś czas w rezerwacie - to fajnie, to Tobie ma się podobać. Same nasionko widzieliśmy na La Digue - stało jako ornament na półce w miejscu noclegowym które wynajmowaliśmy. To jednak nie to samo co zobaczyć coś "na dziko" - czyli w tym wypadku na palmie. Kokosy rzecz jasna aż tak spektakularnie nie wyglądają jak nasiona, ale im są większe tym ich "przedziałek" jest bardziej wyrażony.
japonka76 10 stycznia 2016 11:25 Odpowiedz
Czyli miałam dobre odczucia. Dzieki @Washington za szczerą odpowiedz :)Dla mnie Twoja żona i tak jest bohaterem :)wysłane z telefonu
raphael 2 lutego 2016 20:49 Odpowiedz
Jeśli już jesteśmy przy "januszowaniu", to o wiele większym "januszowaniem" jest stwarzanie przez resorty (i dopuszczanie do tego przez władze) tej dziwnej sytuacji, w której plaża jest bezpłatna, ale nie można na nią dojść.
lubietenstan 11 lutego 2016 13:17 Odpowiedz
czy, podsumowując, która plaża najlepsza wg Was? Anse Source d'Argent?
pinerzka 11 lutego 2016 17:20 Odpowiedz
Co do rekinów, to ostatnie ataki miały miejsce w 2013 roku, wcześniej w 2011. Boje sie, ale nie odmówie sobie przyjemności snorkelingu :). Mógłbys podać najlepsze miejsca jakie odkryliscie do obserwacji podwodnego swiata na Seszelach?
jarekgdynia 12 lutego 2016 16:16 Odpowiedz
@Washington to ścisła czołówka jeśli chodzi o relacje na forum. Super się czytało. Świetna wyprawa, nic tylko zazdrościć.
lasjan 12 lutego 2016 17:46 Odpowiedz
Relacja z "jajem" :). Aż chce się pójść w ślady.Jak załatwialiście noclegi. Z relacji wynika że wcześniej rezerwowaliście.Jak pora roku jest dobra na pobyt na Seszelach?Pozdrawiam,Janek
washington 12 lutego 2016 20:07 Odpowiedz
@Lasjan Jeśli chodzi o noclegi to wręcz trzeba je zarezerwować przed przylotem - inaczej nie zostaniemy wypuszczeni z lotniska (choć z drugiej strony, nie żebym chciał komuś jakieś głupie pomysły podpowiadać, kontrola rezerwacji jest bardzo pobieżna). Warto nie korzystać z pośredników (chyba że jedynie do wyszukiwania a nie rezerwowania ofert) lecz kontaktować się prywatnie z właścicielami. Co do pogody to moim zdaniem sezon przejściowy jest najlepszy.@pinerzka Mnie osobiście, jeśli chodzi o snorkle, chyba podobało się najbardziej na Anse Lazio, ale ciężko zadecydować, bo na każdej z wysp znajdują się rewelacyjne miejsca.@lubietenstan Ciężkie pytanie bo wszystkie są piękne:P ale jeśli już muszę wybierać to wyspami:La Digue - ex aequo Anse Source d'Argent i Grand l'AnsePraslin - Anse LazioMahe - Anse Majorogólnie dziękuję za miłe komentarze, aż człowieka nabiera ochota do napisania kolejnej relacji ;)
viper1313 14 lutego 2016 18:31 Odpowiedz
Mamy szanse na podsumowanie jak to ma miejsce w większości Twoich relacji? ;)
blasto 11 maja 2016 01:21 Odpowiedz
Kilka uwag w uzupełnieniu Twojej relacji po powrocie z Seszeli:- wypożyczalnia rowerów na La Digue, którą opisujesz, to w rzeczywistości szopa/warsztat, której właściciel składa rowery z dostępnych części, a potem je wypożycza. Cena 50 rupii za dzień jest tam jak najbardziej osiągalna. Nam w ciągu 5 dni oba rowery się zepsuły i musieliśmy je wymieniać. Warto pamiętać, że właściciel szopy/warsztatu nie zawsze jest na miejscu. Ostatniego dnia, ktoś zabrał nasze rowery, które zostawiliśmy w porcie. Policja powiedziała, że to konkurencja :D Pewnie się znajdą, nie był to dla nas problem.- Tarosa i Gala to take-awaye, gdzie się żywiliśmy. Proste, pożywne jedzenie - wydawałem na nie mniej niż w Warszawie. Śniadania i kolacje we własnym zakresie.- zgadzam się, co do opisu najlepszych plaż na La Digue. Patent z przechodzeniem obok lądowiska na Anse Source d'Argent oszczędził nam 600 rupii. Jeżeli idziemy w czasie odpływu, woda sięga nam maksymalnie do kolan. Na Anse Marron nie dotarłem - próbowałem, ale klapki na nogach nieco utrudniały zadanie (szedłem górą) i szybko zrezygnowałem.- bardzo podobał mi się snorkeling w okolicach wysp Coco i Felicite. Male rekiny, żółwie, masa ryb - dużo fajniej to wyglądało niż snorkeling z plaży (choć ten też był dobry). Kosz to 50 EUR za osobę za 4 godzinny trip.
anett777 15 maja 2016 23:30 Odpowiedz
Witaj Januszu :)). Piszę do Ciebie takie zapytanie ? czy Ty bylęs na Seszelach w 2015roku? bo tu jest tyle informacji ze sie trochę nie orientuje kiedy tam byliscie? Powiedz mi też jaka dokladnie byla wtedy cena za prom z Mahe na Praslin ? i z Praslin na La Digua? i z La Digua na Mahe ? i czy np. oplaca sie kupic bilet w dwie strony na prom. czy to nie ma roznicy w cenie? Będe wdzięczna za cenne informacje. Pozdrawiam
rudy26 4 sierpnia 2016 12:50 Odpowiedz
Czytałem na różnych forach iż często jest problem z wejściem do busa z dużym bagażem. Czy też mieliście taki problem? Nie chcę raczej wydawać na super drogie taksówki kasy... :)
rudy26 4 sierpnia 2016 12:50 Odpowiedz
Czytałem na różnych forach iż często jest problem z wejściem do busa z dużym bagażem. Czy też mieliście taki problem? Nie chcę raczej wydawać na super drogie taksówki kasy... :)
washington 4 sierpnia 2016 13:14 Odpowiedz
rudy26Czytałem na różnych forach iż często jest problem z wejściem do busa z dużym bagażem. Czy też mieliście taki problem? Nie chcę raczej wydawać na super drogie taksówki kasy... :)
Nie, raczej nie mieliśmy. Wiadomo że w lokalnych autobusach różnie bywa z dostępnością miejsca, ale plecak (nawet duży, 70l) można zawsze umieścić na kolanach (siedząc) lub między nogami (na stojąco). Lokalsi nie byli zirytowani przewożonym przez nas bagażem
futrzak 3 listopada 2016 09:03 Odpowiedz
a jak wygląda trasa: Przystań - lądowisko do helikoptera ? W sensie czy piechotą da radę to ogarnąć?Niby to 1,5km ale w jakich warunkach?Bo się zastanawiam czy jak w okolicach lotniska zostawimy rowery rto czy jeszcze beda jak bedziemy wracac :D
washington 3 listopada 2016 15:29 Odpowiedz
Spokojna plaska sciezka. Pieszo o ile pogoda nie zmeczy nie bedzie dla nikogo problemu. My rowery przypielismy i po powrocie byly;)Wysłane z mojego JY-G4S przy użyciu Tapatalka
ozim 8 listopada 2016 10:38 Odpowiedz
Rudy26 napisał:Czytałem na różnych forach iż często jest problem z wejściem do busa z dużym bagażem. Czy też mieliście taki problem? Nie chcę raczej wydawać na super drogie taksówki kasy... :)Trochę pojeździliśmy po Seszelach, a że nie wypożyczaliśmy auta - to często poruszaliśmy się autobusami. O ile zwykle poruszaliśmy się bez walizek, to czasem jednak trzeba przetransportować się do portu/na lotnisko/do innego lokum z bagażem. Mogę potwierdzić jedynie, że różnie to bywa z dużymi walizkami, ostatniego dnia mieliśmy z tym trochę problemu. W Victorii autobusy były mocno zatłoczone i jeden kierowca nas nie wpuścił, a inny później wpuścił, ale i tak mieliśmy jeszcze później przesiadkę i następny nas znów nie wpuścił :) Zrezygnowani zaczęliśmy iść w kierunku naszego lokum (spory jeszcze kawałek nam został + pagórki :D), ale zaraz zatrzymał się przy nas tubylec i zaproponował podwózkę. Okazało się, że to gość którego poznałem na przystanku w Victorii pół godziny wcześniej :) wypożyczył auto i gdzieś nas spotkał po drodze, ot takie nasze szczęście - podwiózł nas pod same drzwi. Nie chciał żadnej zapłaty, mimo że proponowałem.Jak ktoś ma jakieś pytania odnośnie Seszeli to z chęcią się wypowiem, założyłem stosowny wątek w dziale "Seszele", w którym chciałem pomóc w czym mogę... ale usunięto mi ten wątek :P
danau 5 lutego 2017 14:43 Odpowiedz
SUPER RELACJA!Pod jej wpływem kupiłam bilety. Prawie wszystko gotowe i tak za dwa dni lecimy.W związku z czym chciałam zapytać:1. Gdzie najkorzystniej wymienić pieniądze?2. Jak wygląda dojście na plażę Source d'argent boczkiem? Będziemy z dzieciakami ( 11,7 ) i zastanawiam się czy dadzą radę? Czy łatwo jest znaleźć tą boczną dróżkę? Jak długo trzeba iść, aby dotrzeć do celu? 3. Czy warto próbować dostać się do autobusu z 2 walizkami? Czy też jesteśmy skazani na taxi?4. Gdzie wynająć samochód na Mahe? Czy trzeba mieć międzynarodowe prawo jazdy?Pozdr. Katarzyna
washington 5 lutego 2017 19:18 Odpowiedz
@‌danau‌1) Pieniądze wyjmowaliśmy z bankomatów kartami walutowymi więc po kursie organizacji; w związku z tym nie wiem jak z wymianą2) Jeśli dzieci potrafią pływać i nie boją się wody to nie powinno być problemu. Do przepłynięcia będzie maks 50m (dorośli pływać nie będą musieli, ale dla dzieci może być za głęboko by przeszły po dnie). Potem już bez problemu wzdłuż plaży. Dojście zajmuje w sumie chyba z 20min3) Próbować można ale zalecam zwykły rozsądek. Gdy autobus jest wypchany - nie ładujmy się do środka z 2 walizkami. Autobusy są marki TATA wersja dla Hindusów. A Kreole zdecydowanie bardziej rośli są od Hindusów i w środku jest ciasno. Jeśli mała walizka i zdołamy ją umieścić sobie na kolanach (tak jak my robiliśmy z plecakami) - powinno dać radę4) Międzynarodowe prawko nie jest wymagane
danau 5 lutego 2017 22:00 Odpowiedz
Bardzo dziękuję za info.Dzieciaki dobrze pływają także będziemy zdobywać plażę od tej strony.Zapomniałam jeszcze zapytać się o drogę do Anse Cocos. Jak jest tam trudno dostać się, ile czasu to zajmuje? Czy rozsądne jest zaproponować 7-latce taką wędrówkę? Czy spotkaliście gdzieś piekarnie ze zwykłym świeżo upieczonym pieczywem smacznym dla nas?Pozdr. Katarzyna
washington 6 lutego 2017 21:34 Odpowiedz
Na Anse Cocos droga nie jest na tyle trudna by dziecko nie poradziło sobie, na pewno jest jednak męcząca (podejścia, klimat). Myślę że można by liczyć z 45min z Grand Anse (do której dotarcie to też trochę górek). Ale jeśli zapewnicie sobie czas na odpoczynek i dostateczną ilość wody - 7 latek powinien dać radę.Z pieczywa na Seszelach kojarzę tylko tosty ;)
danau 7 lutego 2017 12:15 Odpowiedz
Dzięki.
pasta 8 lipca 2018 12:09 Odpowiedz
Dzięki za tą relację - bardzo się nam przydała! Właśnie wróciliśmy z Seszeli.Krótka aktualizacja dotycząca lądowiska helikopterów i darmowego dojścia na anse source d'argent. Na Twoim zdjęciu widać, że płotek wystaje znacząco w kierunku morza i jeszcze jest drut kolczasty. Teraz jest dużo łatwiej - płotek kończy się równo z murkiem. Nie trzeba nawet się moczyć i iść 50m, jak Ty musiałeś iść.Szliśmy tam dwa razy w dwie strony - bez żadnych problemów.Aktualna cena wejścia na plantację to 115 SCR. Ale w niedziele po 16 nie chcieli kasy i wjechaliśmy na rowerach i pooglądaliśmy te żółwie.
marcinsss 13 września 2018 11:32 Odpowiedz
Washington napisał:Niemożliwe? Sprawdzicie sami!Janusz Travel - „####owo ale tanio!"Namówiłeś. Challenge accepted!Korzystam z lokalnej filii Janusz Travel, bilety już zabukowane.
krisg1 26 maja 2019 21:14 Odpowiedz
@marcinsssSuper relacja! Będziesz jeszcze końcówkę dopisywał?Zupełnym zbiegiem okoliczności booknęłem (prawie) te same bilety w podobnym terminie (w przyszłym roku) tyle, że z wylotem z PRG.Szukam pomysłów jak zorganizować ten ostatni dzień i trafić na lotnisko o tej pogańskiej porze... :roll: