0
Reza 30 sierpnia 2016 20:55
Tajlandia-Kambodża


Azja to odjazdowe must see i nie ulega żadnej wątpliwości, że każdy czas tam spędzony to i tak za mało i za krótko. Od kilku lat próby dostania się w sezonie w ten region świata kończyliśmy niepowodzeniem z różnych powodów, w związku z tym aby oszukać przeznaczenie postanowiliśmy tam pojechać w czerwcu czyli na początku pory deszczowej.
Wyszliśmy z założenia, że nawet jeden dzień spędzony w Azji jest lepszy niż nie pojechać tam w cale więc zdecydowaliśmy się na krótki 10 dniowy trip.

Termin lotów niestety bardzo nas ograniczał w związku z tym cena nie była głównym czynnikiem decydującym. Ostatecznie kupiliśmy loty Ukrainian Airlines z krótką przesiadką w Kijowie. Na tyle krótką w obie strony, że do miasta nawet nie dojechaliśmy.
Koszt imprezy = 1950 zł na głowę. W porównaniu do promocji jakie są na Fly4Free to kaszana, ale termin wstrzelony idealnie co do dnia.
Co do samego lotu to jedyne spostrzeżenie, że pierwszy raz leciałem starym Boeingiem (Warszawa-Kijów), w którym jeszcze były popielniczki w siedzeniach i cały trzeszczał przy starcie, ekscytujące.

Bardzo długo planowaliśmy trasę podróży, a że termin nas mocno ograniczał i chcieliśmy zobaczyć w tym czasie najlepiej całą Azję to decyzję ostatecznie podjęliśmy na dwa dni przed odlotem i na gwałt kupowaliśmy loty Airasia.

TRASA
Warszawa – Kijów – Bangkok - Siem Reap – Bangkok – Krabi – Bangkok - Kijów-Warszawa
Łączna ilość lotów samolotem – 8 szt.
Loty udało nam się nieźle rozplanować, a na samych przesiadkach straciliśmy mniej niż jeden dzień.

BANGKOK
Pierwsze zetknięcie z Azją i miłość na całe życie 
Temperatura, wilgotność, zapach, ludzie, jedzenie, atmosfera.
Pierwszy dzień w Azji to obowiązkowe szlajanie się po stolicy, lot do Siem Reap miał być z rana następnego dnia w związku z tym nocleg zaklepaliśmy wcześniej, najbliżej lotniska Don Mueang, co okazało się potem świetną decyzją, bo do hotelu z centrum jechaliśmy 3 h (na rozkładzie 45 min).

Dzień minął z plecakami (masakra - wielka mokra masakra na plecach : ) ) głównie w centrum i China Town, które jest mega (podobno najbardziej maga na świecie), generalnie urywa cztery litery, klimat, zapachy, wszędzie ludzie i auta, korki 24 h, klimat miasta jest nie do opisania, chaos ale każdy wiedział gdzie idzie i co robi, niby korki ale wszyscy jadą, organizacja azjatów w tym całym bajzlu to pierwsza liga.
Zbierając opinie o Bangkoku większość osób, które zapytałem odradzała spędzanie tam czasu, na szczęście mogłem wyrobić własna opinię i chociaż nie widziałem całej Azji (jeszcze) to jestem pewien, że Bangkok można nazwać jej stolicą.
Nie właziliśmy do wszystkich zabytków, nastawiliśmy się bardziej na spacer po mieście bez większego celu, w zasadzie cel był jeden – wdychać Azję pełną parą.
Zresztą budynki najładniej wyglądają z zewnątrz : )

Pierwszego dnia daliśmy się oczywiście naciągnąć na rejs łodzią. Poznaliśmy tubylca, który chciał pomóc nam się odnaleźć (co i tak nie było potrzebne ale daliśmy mu się wykazać) i zachęcił nas do rejsu po „starym Bangkoku” long boatem. Pokazał nam przystań i zagadał z facetem żeby było taniej (jestem z reguły bardzo nieufny i wychodzę z założenia, że większość osób jednak nie robi takich rzeczy bezinteresownie natomiast zaryzykowaliśmy). Z uwagi na to, że zabrnęliśmy w tym wszystkim na tyle daleko, że trochę nie wypadało odmówić zapłaciliśmy 150 zł za 2 osoby za godzinny rejs po kanałach Bangkoku. Za każdym razem oczywiście staram się pamiętać, że nie ma co żałować sobie na wyjeździe ale rejs mógł trwać połowę krócej i kosztować 2x mniej, w każdym razie po sprawdzeniu później cen w Internecie facet naprawdę załatwił nam zniżkę i to dość solidną za tego typu atrakcję. Na pewno było to coś ciekawego, pomijając wielkie jaszczury wylegujące się na brzegu, wszędzie mnóstwo lepianek, domków na palach itd., rozpadających się i oczywiście zamieszkałych. Zahaczyliśmy też o mini floating market. Oczywiście tu znowu nas naciągnęli bo oprócz piwa dla nas wcisnęli nam piwo dla kierowcy łódki. W połowie drogi słabo było odmówić kiedy kierowca siedział obok. Na pewno była to przećwiczona zagrywka.
Hotel przy lotnisku kosztował nas 50 zł/os – mało i dużo, warunki ok., idealna noclegownia, wybieraliśmy jak najbliżej, żeby nie tracić czasu i ryzykować z dostaniem się na terminal.

KAMBODŻA
Lot do Siem Reap trwał na tyle krótko, że ledwo zdążyłem wypełnić kwity wjazdowe. Wiza kosztowała 120 zł/os + obowiązkowe posiadanie zdjęcia.

Dość zabawnie wygląda procedura wizowa, na lotnisku siedzi chyba z 15 osób i każda robi jedną rzecz podając paszporty następnej. Stempel, podpis, parafka, skan, wklejenie wizy, itd. Benny Hill.
Przyznam, że trochę stchórzyliśmy i wybraliśmy nocleg lepszy niż średni niewiadomy, do końca nie wiedziałem czego mogę się spodziewać na miejscu a biorąc po uwagę to że byliśmy poza sezonem i w dodatku ceny są tak czy siak dość niskie. Jak to z reguły bywa wszystkiego trzeba dowiedzieć się na własnej skórze, teraz na pewno celowałbym w coś tańszego bliżej miasta, bo wybór jest naprawdę spory a Azja to naprawdę nic strasznego, ale każdy kiedyś był dziewicą . Generalnie planem był oczywiście Angkor więc lokalizacja hotelu blisko świątyń była drugim czynnikiem decydujący.

Zdecydowaliśmy się zwiedzać świątynie na rowerach i tutaj oczywiście kolejny raz daliśmy się wyrolować więc informujemy czytelników, że jest coś takiego jak „special bike”, który od zwykłego „bike” różni się ceną wynajmu i tym, że ma przerzutki, co w okolicach Angkor akurat nie ma żadnego znaczenia. Różnica 1 dolar vs 8 dolarów. Nie ukrywam, że prosiliśmy o te po dolarze bo o takiej cenie słyszałem i powiedzieli nam w hotelu, że właśnie takie dostaniemy. Niestety przy rozliczeniu wyglądało to inaczej więc ten mały missunderstanding wzięliśmy na klatę.
Należy też pamiętać, że w Siem Reap jeżeli tylko skręci się w uliczkę poza główną trasą i przejedzie 200 m to ceny są 4 razy niższe, pozostaje problem z komunikacją, ale jak nie gębą to na migi. W dodatku ludzi tak przyjaznych i uśmiechniętych jak tam nie widziałem nigdzie na świecie. Wszyscy uśmiechali się do nas tak szeroko, że było to aż nieprawdopodobne. Powiedzenie, że pieniądze szczęścia nie dają wchodzi na kolejny poziom.

Podczas 2,5 dniowego pobytu w Kambodży pogoda była rewelacyjna, 40 stopni i ledwo raz malutki deszczyk trwający 10 min, no i oczywiście my na rowerach :P. Mogę tylko powiedzieć, że jadąc jest chłodniej niż idąc . Łącznie przez dwa dni przejechaliśmy 47 km.
TRASA

TRASA
Sporo czytałem o Angkor i jak zwykle opinie są różne, najbardziej zapamiętałem negatywną opinię znanego polskiego pisarza i podróżnika, który napisał, że totalnie nie warto, sterta kamieni i tłumy ludzi. Ciężko się nie zgodzić, że sterta kamieni stertą nie jest, co do ludzi to pewnie pojechał w sezonie, w czerwcu to raczej pustkami świeciło, w niektórych świątyniach nie było nawet jednej osoby. Nie można też zaprzeczyć, że Angkor to najbardziej niesamowite sterty kamieni na świecie (pomijając piramidy).

Cena wstępu dla biletu 3 dniowego – 40 dolców. Dużo? Biorąc pod uwagę ile pieniędzy wydaje się codziennie na totalnie bezużyteczne rzeczy to 40 dolarów należy potraktować jako inwestycję w kulturowy koktajl jaki serwuje Kambodża.
Duchowo wzbogaceni w poczuciu monstrualnego niedosytu tym krajem wróciliśmy do Bangkoku i już bez odwiedzania miasta przesiedliśmy się na lot do Krabi.

KRABI
Pora monsunowa zaczęła się pełną parą. rzadko widuje się raz dziennie deszcz taki, że nie sposób iść do przodu, przy wysokiej temperaturze powietrza to naprawdę niezła frajda. Tutaj też odczuliśmy, że komary istnieją i to dość zabawne zastanawiać się czy ten akurat miał malarię lub inne cudo . Oczywiście przypadki zarażenia nie są częste w popularnych miejscowościach, natomiast się zdarzają i pewna dawka niepokoju pozostaje.

Wiele osób w różnych relacjach, forach, komentarzach w necie śmieje się z tego typu stwierdzeń tak jak i ze szczepień na cokolwiek, my natomiast zaszczepiliśmy się na co tylko się dało, tym bardziej że planujemy jeździć do Azji co roku jeżeli tylko będzie taka opcja. Szczepienia nie są tanie, ale nie robi się ich codziennie.

Dość zabawny było to, że oboje poszliśmy do lekarzy medycyny podróży, każde z osobna do innego i opinie były dwie: pierwsza - szczepić się na wszystko, a druga – tylko idioci się szczepią. Jednak wybraliśmy to pierwsze, zresztą plany zmieniają się w trakcie i nigdy nie wiadomo gdzie wylądujesz, nawet podczas krótkiej podróży.

Nocleg załatwiliśmy sobie w Ao Nang i przyznam, że nie ma tam totalnie nic oprócz miliona salonów masażu i miliona agencji turystycznych. Największym plusem tego miejsca w czerwcu były ceny o połowę niższe niż w sezonie. Budżet jaki był taki był, dlatego zdecydowaliśmy się na jeden trip zorganizowany na wyspy hong Island, nie chcieliśmy ryzykować tłumem na Ko phi phi, a czy wybór był dobry nie wiem, bo byliśmy tylko w jednym miejscu.

Na pewno wreszcie widzieliśmy rajskie plaże w dodatku totalnie bez ludzi (przynajmniej przez chwilę) co w połączeniu z super ciepłą wodą naprawdę tworzy raj na ziemi. Koszt wycieczki 66 zł na osobę.
Trzeba pamiętać, że za jednorazowy wstęp do parku narodowego też trzeba zapłacić w tym wypadku 36 zł/os, na Ko phi phi nieco więcej.
Drugi mini trip jaki odbyliśmy to rejs na Railey Beach do czego nie potrzeba już agencji, wystarczy kupić bilet jak na autobus. Ogólnie było dość deszczowe i miejsce było opuszczone o tej porze. Tutaj też pogryzło nas najwięcej komarów i to chyba główne wspomnienie zaraz obok tego, że było pięknie : ). Szybka kąpiel w morzu podczas ulewy i powrót do Ao Nang.
Koszt w obie strony 24zł/os.

Ostatnią noc stwierdziliśmy, że spędzimy bliżej lotniska i znaleźliśmy jakąś norę z kotarą do łazienki. Plusem było to, że niedaleko znajdowała się Tiger Temple i to nie ta znana z mnichów handlujących tygrysami tylko zwyczajna lub niezwyczajna buddyjska świątynia na szczycie góry. Troszkę zlekceważyliśmy 1200 stopni, w tej temperaturze i wilgotności wejście na szczyt to była jakaś masakra, a wszystko co mieliśmy na sobie było totalnie mokre.
Na górze widoki były kosmiczne, zero ludzi, koszt 0 zł (nie wliczam kosztu uzupełnienia płynów).

Jednie natrętne małpy przy schodach towarzyszące do połowy wspinaczki były nieco męczące bardziej niż same stopnie.
Powrót na hotel w trzy osoby na skuterze z lokalsem – bezcenne.

BANGKOK
Pozostałe dwa dni spędziliśmy w Bangkoku. Pierwszy plan - China Town w nocy, który jak się spodziewałem to raj dla fotografów. Kolory, chaos, jedzenie, tłumy ludzi, w zasadzie 10 razy więcej osób niż za dnia (miałem również wrażenie, że ceny wieczorem także podskakują do góry).
Tym razem spaliśmy w dzielnicy Silom, blisko znanej Phat Pong street gdzie można sobie pójść na pussy show czy ping pong show czy każdy show jaki tam sobie wymarzysz i przyznam, że ciekawość by mnie tam zaciągnęła gdyby nie to, że podobno większość takich przedstawień to ściema a nie real ping pong show itd., poza tym budżet już nam się trochę rozjechał więc nawet zachęta alfonsa „never try never know” nie podziałała.

Szybki look jeszcze na cowboy street gdzie są te same klimaty tylko, że chyba tak trochę na poważniej, a potem wjazd na jeden ze sky barów. Wybraliśmy położony bliżej hotelu i chyba jeden z tańszych Cloud 47, ale widok nokautujący. Wstrzeliliśmy się w zachód słońca z widokiem na rzekę i centrum przy minimalnej ilości ludzi. Na pewno gdybyśmy mieli jeszcze więcej wieczorów to testowalibyśmy następne sky bary i to jest naprawdę must see.
Cena za obowiązkowe browary na górze = 2 szt. x 20 zł.

Ostatni dzień w mieście z wylotem w nocy spędziliśmy na zwiedzaniu jednego z największych targów z tego co pamiętam na świecie, a jeżeli nie to ten i tak był za duży - Chatuchak Market. Pierwszy raz w życiu miałem wrażenie, że ciuchy i inne śmieci kosztują tyle ile naprawdę są warte. Dobrze, że budżet się skończył bo byśmy musieli nadać bagaż . Warto wspomnieć, że wypłaty gotówki w Tajlandii obarczone są prowizją dlatego mimo, że kończyła się nam gotówka staraliśmy się jednak nie wypłacać specjalnie dodatkowej kasy w ATM. Przy 100 zł, 20 zł prowizji to trochę nie fair :P

PODSUMOWANIE
Kambodża – przyjaźni ludzie
Tajlandia południe – rajsko i turystycznie
Bangkok – mega metropolia, chaos i totalny odlot
Jedzenie – niebo w gębie, chociaż po powrocie do Polski falki lekko się nam poskręcały :/

KOSZTORYS
Najgorsze poniżej 
Bilety lotnicze = 8 lotów = 2590,00/ osobę
Noclegi = 340 zł/os.
Żarcie = 230 zł/os
Wiza = 120 zł/os
I generalnie cała reszta, transport, alko, wejściówki, ubezpieczenie i pierdoły doprowadziły nas do kwoty około 4250 zł/osobę za całą przygodę.
Największa oszczędność jaka rzuca się w oczy mogła być na lotach, nawet do tysiąca na głowę, ale elastyczność też ma swoją cenę.


01.jpg



02.jpg



03.jpg



04.jpg



05.jpg



06.jpg



07.jpg



08.jpg



09.jpg



11.jpg



13.jpg



14.jpg



15.jpg



16.jpg



17.jpg



18.jpg



19.jpg



20.jpg



21.jpg



22.jpg



23.jpg



24.jpg



25.jpg



26.jpg



27.jpg



28.jpg



29.jpg



30.jpg



31.jpg



32.jpg



33.jpg



34.jpg



35.jpg



36.jpg



37.jpg



38.jpg



39.jpg



40.jpg



41.jpg



42.jpg



43.jpg



44.jpg



45.jpg



46.jpg



47.jpg



48.jpg



49.jpg



50.jpg



51.jpg




Dodaj Komentarz

Komentarze (6)

olajaw 1 września 2016 10:39 Odpowiedz
Świetne zdjęcia :)
teresas 6 września 2016 12:03 Odpowiedz
Lubię takie konkretne relacje :)
geil 11 września 2016 08:37 Odpowiedz
Super relacja , mnóstwo zdjęć ☺
krystyna-niemiec 17 września 2016 15:29 Odpowiedz
Kilka fotek z Bangkoku są jakby moje mam dokładnie w tych miejscach zrobione?to już 3lata temu ale myślę że jeszcze się tam wybiorę
krystyna-niemiec 17 września 2016 15:29 Odpowiedz
Kilka fotek z Bangkoku są jakby moje mam dokładnie w tych miejscach zrobione?to już 3lata temu ale myślę że jeszcze się tam wybiorę
asq-rex 1 marca 2017 21:40 Odpowiedz
super super