0
martwod 8 grudnia 2016 11:51
Krew, pot i łzy - tak z grubsza wyglądała moja wspinaczka na klif Pha Ngeun, wspaniały punkt widokowy pod Van Vieng. Niby kondycję mam dobrą, więc skąd to zmęczenie, mokruteńka koszulka i płytki oddech? - To jest po prostu bardzo trudne podejście - tłumaczę sobie, a moje podejrzenia zdaje się potwierdzać całkowicie pusty szlak. Nikogo po drodze, pewnie na szczycie też będę sama.

,

O, Bożenko, życie potrafi zaskoczyć! Na szczycie spotykam... dwóch japońskich staruszków. Po chwili dołącza do nas kolejny wspinacz (z satysfakcją zauważam, że ma zupełnie mokrą koszulkę i z trudem łapie powietrze) - jak się okazuje, z Argentyny. Sytuacja bardzo zabawna, a to za sprawą chłopaków piszących bloga nasigoreng.pl (polecam!) Otóż kiedyś spotkali oni na swojej drodze podróżnika z Argentyny. Ten ostatni był prawdziwym twardzielem z plecakiem, nie wybierał łatwych rozwiązań, nie jeździł busikami dla turystów, nie korzystał z pomocy agencji, radził sobie sam. Dla chłopaków stał się archetypem prawdziwego podróżnika. Każdego dnia zastanawiali się, co mianowicie zrobiłby Argentyńczyk? Pojechałby taksówką? Nigdy w życiu! Poszedłby w dżunglę z wynajętym przewodnikiem? No way! Wyruszyłby tam, gdzie wszyscy turyści? Wręcz przeciwnie!

,



Idea "być jak Argentyńczyk" przypadła mi do gustu, z miejsca stałam się jej wyznawczynią i w sumie nie powinno mnie zdziwić, że na szczycie morderczego klifu spotykam właśnie... Argentyńczyka.
Opowiedziałam mu zresztą tę historię, pośmialiśmy się, porobiliśmy sobie zdjęcia, wymieniliśmy doświadczeniami i... zapadł zmrok. Argentyńczyk został na szczycie (a jakże!), ja postanowiłam jednak wracać do hotelu. Było to o tyle skomplikowane, że samo schodzenie po ciemku kamienistą, pełną korzeni i śliską dróżką stanowiło konkretne zagrożenie dla spójności kończyn, a czekała mnie jeszcze kilkukilometrowa jazda rowerem po ciemnej drodze. Na szczęście na rowerowym parkingu spotykam inną, bardziej przewidującą turystkę z latarką, która (turystka i latarka w jednym) stanowi moją eskortę do samego Van Vieng.



No właśnie, Van Vieng... To miejsce, z którym mam problem. Przed laty było znane jako jaskinia pijaństwa, rozpusty i narkotykowego zamroczenia. Kiedy jednak wraz z wodami Mekongu zaczęły na południe spływać ciała kolejnych nieostrożnych turystów, laotański rząd postanowił zrobić tu porządek. Poniekąd się udało. Nie zmienia to jednak faktu, że miasteczko jest całkowicie plastikowe, zeuropeizowane, łatwiej tu zjeść befsztyk lub naleśniki, niż ryż z dobrym curry. Liczne rozpoczęte budowy hoteli pozwalają przypuszczać, że ten proces będzie tylko postępował.
Z drugiej strony trudno odmówić Van Vieng naturalnej urody. Nie odmawiam więc, pożyczam rower i z wiatrem we włosach wyruszam tej urodzie naprzeciw.

, , ,

Rower skrzypi, bo tak naprawdę jest tylko starą damką, żar leje się z nieba prosto na mój kark, co jakiś czas mijają mnie hordy azjatyckich turystów na hałaśliwych gokartach, ale i tak mi się podoba. Nie jestem pewna, dokąd zmierzam. Chcę zobaczyć "jakąś" jaskinię, wykąpać się w "jakimś" oczku i oczywiście obejrzeć okolicę ze szczytu wspomnianego już klifu. W końcu skręcam do jaskini, która nie została oznaczona w żadnym znanym mi przewodniku. Dzięki temu jest naprawdę miło i pusto.

,



Do słynnej Blue Lagoon nie docieram. I dobrze. - To jakiś pier...ony basen miejski - podsumowuje później Argentyńczyk. Ha, w tym jednym przypadku okazuję się bardziej argentyńska od Argentyńczyka! Nie skusiłam się na turystyczną atrakcję!
Zrobiłam natomiast co innego. Tak, kupiłam duże Lao Beer, rozłożyłam się w miękkich poduchach i obejrzałam odcinek, no, może dwa "Przyjaciół". Ten serial zapętlił się tu wiele lat temu i trwa nieustannie w tutejszych knajpach, stając się jednym z symboli Van Vieng. Symbol zaliczony.

, , ,



Trudno jednak ukryć, że tutejszym plusom nie udało się przykryć minusów, a nam wytrzymać w turystycznym grajdołku kolejnego dnia. Zbieramy się więc i ruszamy w kierunku naszego kolejnego celu: jaskini Kong Lo.
To był kolejny punkt na mojej liście Muszę Tam Być. Nie, żebym była jakimś zapalonym grotołazem, ale potężna jaskinia, długa na siedem kilometrów, ponoć najdłuższa na świecie, którą podziwia się z łodzi, płynąc podziemną rzeką, podziałała na moją wyobraźnię. I muszę przyznać, że się nie zawiodłam...
Ale, ale, wolno z plackiem, najpierw trzeba tam dojechać. A dotarcie w Laosie z punktu A do punktu B w rozsądnym (z europejskiego punktu widzenia) czasie jest prawdziwym wyzwaniem rzuconym siłom bliżej nieznanym, ale potężnym. Nieświadomy niczego biały turysta, pojawiając się na dworcu tutejszego PKS-u, rozpoczyna grę, której zasad nie rozumie a celu nie zna. Nie podejrzewa np. że fakt wpisania jakiegoś autobusu na tablicę z rozkładem jazdy nie musi oznaczać, że ten autobus kiedykolwiek istniał a tym bardziej odjeżdżał z rzeczonego dworca w pożądanym kierunku. Nasz przeciwnik w tej grze zmienia jej zasady w dowolnym momencie, co i rusz cofa nasz pionek o kilka pól, wręcza nam karty: tracisz kolejkę... Tym bardziej cieszy, jeżeli w końcu uda się nam wygrać partię. Choćby kosztem nocy spędzonej na dworcu i niezliczonych przesiadek po drodze (jak w naszym przypadku), czy całodniowego objeżdżania tuk-tukiem okolicznych przystanków (zasłyszana historia). Przy okazji można dostrzec, że sama droga nierzadko ważniejsza jest od jej celu. Tak czy owak więc - wygrywamy!

,

Sama jaskinia jest zjawiskiem z pogranicza świata realnego i magicznego. Jak w ogóle opisać podróż przez skaliste korytarze, zamieniające się kilkakrotnie w ogromne katedry? Jest ciemno, pomijając światło naszych latarek, cicho, wpływamy w chłód, do świata, którego istnienia musimy się raczej domyślać, bo dojrzeć udaje się tylko część, co jakiś czas przelatują obok nas nietoperze, mijamy skalne słupy, wiszące na słowo honoru stalaktyty i końca tej drogi nie widać... Jedni porównują tę podróż do wyprawy wgłąb Hadesu, inni przywołują Tolkiena. Coś w tym jest. Po prostu magia.

, , ,

,

, , ,



Na noc zostajemy w wiosce Konglor - nie ma szans, żeby przed wieczorem coś nas stąd zabrało. I dobrze. Przyzwoity hotel z przyzwoitą łazienką, przyzwoita kolacja i zasłużony odpoczynek.

Rano udaje się nam dostać do jakiegoś autobusu, wiozącego białą wycieczkę do Vientian. Zabierze nas na skrzyżowanie z główną drogą północ-południe. Tym sposobem, zupełnie niechcący, ograłyśmy naszego przeciwnika w grze komunikacyjnej. Bo poranny autobus z Konglor w kierunku większej cywilizacji co prawda jest na rozkładzie, ale...
- Nie wiadomo, czy przyjedzie - słyszymy.
- Jak to?!
- Jak zbierze ludzi, to przyjedzie, jak nie, to...
- A kolejny?
- Jak zbierze ludzi...
No, tym razem to my jesteśmy na wozie! I ze zwycięstwem wypisanym na ustach zmierzamy w kierunku Czterech Tysięcy Wysp. Jak dobrze, że jeszcze nie wiemy, iż laotański PKS przymierza się, by nam ten uśmiech z twarzy zmazać.



CDN.

Praktycznie:
Nocleg w Vang Vieng - 50 000 K za dwuosobowy domek z liści palmowych ze wspólną, ale czystą łazienką (Riverside Garden Bungalows).
Autobus z Vang Vieng do Vientiane - cztery godziny, od 40 000 K (ok. 20 zł). Z Vang Vieng można dojechać dokądkolwiek się chce w Laosie, tutejsze liczne agencje oferują wszystko, czego turysta potrzebuje. Zdecydowanie opłaca się kupić bilet w agencji - jest to nie tylko wygodniejsze, ale często też znacznie tańsze, niż zakupy na dworcach.
Z Vientiane do Konglor - najlepiej wsiąść w autobus jadący do Lak Sao i wysiąść w Ban Na Hin. Pierwszy autobus odjedzie, jeżeli będziecie mieć szczęście, o godz. 6, ostatni o 18.30.
Z Ban Na Hin odjeżdżają sorngtaaou do Konglor - godzina, 25 000 K, oficjalnie o g. 10, 12.30, 15





Dodaj Komentarz