+5
katewisienka 9 stycznia 2017 15:09
Polowanie na grudniowy "wylot gdziekolwiek" planowałam już wcześniej. Potrzebowałam słońca pod dowolną szerokością geograficzną. A że kalibru zwierzyny nie sposób przewidzieć i mój wielki zwierz chyba przysnął, to ustrzeliłam... Kanarka. Tylko i aż. Prognozy obiecywały słonko, jeszcze tam nie byłam, a zatem… Gran Canario, przybywam!



Pada na Maspalomas, bo blisko wydm, a na hotel, bo daleko od centrum. Bezpieczne 3,5 km od galerii handlowych i całego magnesowego pierdzielnika. Ale Maspalomas okazuje się w porządku. Dobre na spacery, zakupy czy kolację. Tyle, że nie dla spacerów a wydm ukręciłam Kanarkowi łeb. Bo Dunas de Maspalomas ścinają z nóg! Potężne, uczesane wiatrem. Stajesz na pierwszej, a wokół otacza cię falujące morze. Wchodzisz na kolejną i to samo. Dwa dni radochy.





A potem poznajemy parę z Gdyni i kolesia spod Karpacza i dogadujemy się na wspólne jeżdżenie. Bierzemy Kie Rio, robi się ciasno i wesoło.

Na początek Las Palmas, wielka stolica niewielkiej wyspy. Chcemy zobaczyć Veguetę, historyczną dzielnicę z obcykaną ze wszech stron Katedrą Św. Anny. W dużym mieście liczymy na fajną starówkę. Z knajpkami, uliczkami, sklepikami. A tu zawód. Katedra jest potężna, ale reszta niknie w jej cieniu. Po godzinie obchód mamy zaliczony, piwo wypite, placyki i balkoniki obcykane. Uznajemy, że poradzimy sobie sami z tak mile rozpoczętym wieczorem. Wracamy! Na wino z tequillą i whisky z rumem. Niektórzy tylko na only rum! No cola! no ice! no kubek!



Ranek dla onych jest trudny, ale na miłosierdzie trzeba zasłużyć. Wbijamy w głąb wyspy. Droga pnie się w górę. Co zakręt- punkt widokowy. Oglądamy pasma górskie, doliny, wąwozy. Co chwilę ktoś sygnalizuje orgazm. Zatrzymuje nas Fataga, malownicza wioska w dolinie z kamiennymi domkami, zwierzyną ganiającą po uliczkach i podwórzami w kwieciu. Sielsko. Skuszeni zapachem z pobliskiej piekarni kupujemy słodkości i mamy ochotę zostać.





Ale przed nami kręta, górska trasa, a to wymaga czasu. Po godzinie docieramy na parking przed Roque Nublo- wulkanicznym nekiem, kiedyś obiektem kultu aborygenów, dziś najbardziej rozpoznawalnym symbolem wyspy. Kilometrowy spacer dzieli nas od szczytu. A tam widok wbija w buty. Trochę się chmurzy, ale mamy szczęście, bo jak na dłoni widać Teneryfę. Seria zachwytów, pierdyliard fotek i ruszamy po nowy cel: Roque Bentayga. I znowu ochy, achy, kolejne bezdechy. Obiad jemy w Tejedzie. Paella, sery, jagnięca giczka. Bosko.





Przebijamy się na północ. Sceneria zmienia się. Zostawiamy słoneczne lato i wjeżdżamy w środek jesieni. Temperatura spada o kilka stopni. Mijamy plantacje bananów i trzciny cukrowej, ale celem są miasteczka: Teror z rzeźbionymi balkonami, Firgas z mozaikowymi schodami, Arucas z potężnym kościołem i fabryką rumu. Misiaki planowały nawet zakupy rumowo-miodowego bibra, ale odpuszczamy. Serpentyny schłodziły ich stosunek do alkoholu. Nie na zawsze. Do wieczora.





Rankiem znów pakujemy się do Kianki. Plan wydaje się mniej ambitny: spacer po Agaete, przejazd słynną GC-200 i plażowanie w Puerto de Mogan. Brzmi luźno. Zaczynamy od Agaete, białego miasteczka przycupniętego na wzgórzu. Jest grudzień i wszystkie kanaryjskie miasta szykują się na święta, ale wakacyjna aura i choinka na placu przed kościołem wyglądają groteskowo.



Zjeżdżamy na plażę i stajemy wmurowani. Jejuśku, co za widok! Bo za Agaete zaczynają się klify...



Na szybkości dopijamy kawę/piwko i z dreszczykiem wbijamy na GC-200. Wjazd jest częściowo zamknięty. CZĘŚCIOWO, więc przejeżdżamy drugą stroną. Suniemy pojękując, aż nagle za El Risco zatrzymuje nas blokada na drodze. Właściwie to brak drogi. Potężne osuwisko odcięło przejazd i jedyne co możemy, to zawrócić. Fuck! Pisało coś na wjeździe, teraz przypominamy sobie strzępki info... ale, kto by dał wiarę?! Przecież wszyscy mamy te cholerne geny dziadków-ułanów. Po powrocie doczytałam, że drogę zerwało miesiąc wcześniej. Do odwołania przejazdu brak.



A potem znów: zamiast uwierzyć znakom przy drodze, obdarzamy zaufaniem typa z GPS. I lądujemy na drodze szerokości chodnika, ze 100% nachyleń i zakrętów. Plan dnia szlag trafia. Tłuczemy się z prędkością 30 km/h psiocząc pod nosem. Mijamy na wpół wymarłe wioski, odludne pastwiska, górskie doliny aż docieramy nad Presa de Parralillo. I zapominamy o planie dnia. Może trudno w to uwierzyć, że zbiornik zaporowy może odmienić los dnia, uratować wycieczkę i stać się miejscem wielokrotnych szczytowań, ale tak jest. Dlaczego? Dlatego!



W dodatku tylko kawałek dzieli nas od Puerto de Mogan. O plażowaniu nie ma co marzyć, ale docieramy przed zachodem słońca. I fajnie, bo miasteczko ma wyjątkowy klimat. Przypomina bardziej portugalskie niż kanaryjskie miasteczka. Białe domki wykończone żółto- niebieskimi lamówkami toną w kwiatach. Jest niewielki porcik, ryneczek i knajpki. Załapujemy się na zbiorowy zachód słońca. Piękne zakończenie dnia i "kropka nad i" w poznawaniu wyspy. Wyspy - niespodzianki.



Bo Gran Canaria, choć nie miałam jej na celowniku, okazała się petardą. Nie liczyłam na tyle szczytowań. Ten "kontynent w miniaturze" ma wszystko. Góry, plaże i lato w środku zimy. Majestatyczną, niezwykłą przyrodę, wioski zamieszkałe przez uśmiechniętych ludzi i architekturę, która urzeka. Ma w końcu kolorową, radosną kuchnię, pełną ryb, owoców i moich pomarszczonych faworytów, papas arrugadas. Kulinarny raj.



To mój trzeci upolowany Kanarek i - jak dotąd - to właśnie tutaj szum oceanu usłyszałam najwyraźniej. I nadsłuchuję dalej...

Dodaj Komentarz

Komentarze (1)

adler 10 stycznia 2017 23:57 Odpowiedz
Fajnie się czytało. Szukam teraz lotów na luty sesese.