+6
kleyo 9 stycznia 2017 21:37
Pomysł wejścia na Trolltungę pojawił się jeszcze przed tym jak wybrałem się na Preikestolen, ale początkowo kolejność miała wyglądać: Pulpit Rock - Kjerag - Język Trola. Jednak oglądając zdjęcia i dyskutując z kolegami, którzy też mieli się ze mną wybrać, stwierdziliśmy że Trolltunga robi lepsze wrażenie. Nie wiem czy nie będę tego żałował, bo jeśli teraz wybiorę się na Kjerag to może nie zrobić takiego wrażenia.

Termin wyjazdu: 2-5 wrzesień 2016

Ruszamy w zasadzie w środku nocy, żeby na spokojnie zdążyć na lot z Katowic do Bergen o 6:00. Po drodze mamy zgarnąć z centrum Kato Michała @‌gecko‌ z dziewczyną. Oni lecą na Wyspy Owcze z przesiadką także w Bergen. Mimo, wczesnego wyjazdu robi się trochę nerwowo, bo kumpel który robi za kierowcę wpadł na pomysł, że musi zatankować na jakieś stacji nie po drodze, bo tam ma dobre paliwo, a potem jedzie nie więcej jak 90 km/h, bo oszczędza paliwo :D

Docieramy na lotnisko, jest zapas czasu, ale gdy pakujemy nasze plecaki do torby bazarowej i ważymy, okazuje się że mamy problem z wagą. Nasz rejestrowany to 23 kg, a nam wychodzi sporo więcej (już nie pamiętam ile dokładnie). Musimy cześć rzeczy przepakować do podręcznego, a cześć jedzonka i płynów zostawić na lotnisku, ale udaje się uzyskać 22,9 kg.

Na lotnisku w Bergen korzystamy z wypożyczalni Europcar i wynajmujemy Golfa z przebiegiem ok. 11 tys. Autko ma wiele fajnych atrakcji, jedną z moich ulubionych są podgrzewane fotele. Niestety pogoda nas nie rozpieszcza gdyż dość mocno pada, ale ruszamy w kierunku Oddy licząc, że się przejaśni. Po drodze w jednym z sklepów Kiwi kupujemy 3 jednorazowe grille w niskiej cenie ok. 18 NOK. Trasa do Oddy obfituje w wiele wodospadów, po drodze kilka razy się zatrzymujemy i cykamy fotki. Po jednym z tuneli pogoda zaczyna się poprawiać, więc nasz entuzjazm rośnie.


6.JPG




7.jpg



Przez Oddę docieramy do Tyssedal, a stąd drogowymi serpentynami wspinamy się naszym autem na początek szlaku. Droga jest dość wąska, są zatoczki do mijania, a w jednym miejscu nawet podobno można parkować za darmo. Nie decydujemy się jednak na postój w tym miejscu, gdyż ten niby parking zastawiony jest betonowymi barierami. Co prawda stoi tam jeden busik, wystając trochę na drogę, oczywiście ma polskie blachy :) Akurat za kierowcami z tego powiatu szczególnie nie przepadam i przynoszą mi pecha, więc wolę nie kusić losu i skorzystać z płatnej opcji. Kawałek dalej spotykamy parę z plecakami, jako że mamy 2 miejsca w samochodzie zatrzymujemy się i proponujemy podwózkę.

Okazuje się, że to też Polacy, ale z średnio przeprowadzonym researchem. Przylecieli do Sandefjord, skąd do Oddy dostali się autobusem (albo też pociągiem, nie pamiętam), za który zapłacili niewiele mniej niż my za wynajem autka, więc średnia opłacalność. Dodatkowo owszem czytali, że w Norwegii jest drogo, ale spodziewali się cen tak max. 50% wyższych niż w Polsce, no i trochę się zdziwili. Planujemy wspinać się razem, ale po dojeździe do parkingu oni ruszają wcześniej, a my tracimy sporo czasu próbując obsłużyć parkomat. W końcu decydujemy się wchodzić bez płacenia za parking, słusznie gdyż po powrocie mamy po prostu tabliczkę za szybą i płatność można uiścić w sklepie (jak wchodziliśmy to sklep akurat miał przerwę), co też robimy. Podaję babce godziny naszego postoju, które nieznacznie przekraczają 24 godziny, ale pozwala nam zapłacić tylko za 1 dobę czyli 400 NOK.


10.jpg




11.JPG



Zaczynamy wspinaczkę. Wskutek pięknych krajobrazów po drodze, oczekiwaniu na prom i problemów z parkometrem mamy opóźnienie. Ruszać planowaliśmy ok. 13-14, a jest ok. 16, ale od początku chcieliśmy spać "na górze", więc nie przejmujemy się tym. Na samym początku schodów wyprzedzamy grupkę emerytów i to jedyne osoby, które wchodzą później od nas.

Schody są masakrycznie strome i długie. Jesteśmy obciążeni plecakami, mimo że braliśmy tylko to co potrzeba, a reszta prowiantu itp. została w aucie. Mamy komfortowy 4-osobowy namiot, ale gdy niesie się go na plecach nie jest już tak komfortowy. Na schodach zmieniamy się w niesieniu tego namiotu, a w dalszej części trasy zamieniam się z kumplem plecakami, bo na moim namiot trzyma się najlepiej, ale dla mnie to za ciężkie. Pierwszy raz w życiu będąc w górach myślałem, że nie dam rady i faktycznie zastanawiałem się nad poddaniem już na pierwszym kilometrze.


13.JPG




19.JPG



Schody się nareszcie kończą, ale tabliczka z odległością potrafi człowieka zdołować. Przeszliśmy zaledwie 1 km, a zostało jeszcze 10. Jestem bardzo zmęczony, ale nie można rozkładać namiotu na pierwszych 3 km trasy, więc idziemy dalej. Na dodatek gdy cieszymy się, że schodów już nie ma, pojawia się deszcz, który na schodach biegnących przez las nie był tak odczuwalny. Wykorzystujemy folię malarską, żeby całkowicie nie przemoczyć plecaków i ubrań. Spotykamy wielu schodzących turystów, niektórzy z nich wypytują nas czy jesteśmy przygotowani do spędzenia nocy na szlaku, gdyż godzina wskazuje, że dzisiaj wracać nie będziemy. Cały czas rozglądamy się za parą, którą podwoziliśmy, ale nigdzie ich nie widać.


20.JPG



Będąc niecałe 2 km przed Językiem Trola decydujemy się rozłożyć obóz, gdyż zaczyna robić się ciemno, a deszcz pada coraz mocniej. Znajdujemy kawałek suchego, osłoniętego od wiatru terenu i całkiem sprawnie rozkładamy nasz namiot. Co prawda dach "werandy" jest nie do końca naprężony, ale stwierdzamy, że co za różnica. To był błąd, bo w lekkim dołku na dachu zaczęła się zbierać woda i kapała wprost na nasze plecaki, więc w efekcie rano wszystko było mokre. Noc mija dość spokojnie, szczególnie od momentu gdy potwierdzam, iż dziwne charczenie to kolega obok, a nie nadchodzący niedźwiedź. Sen mam płytki więc co jakiś czas się budzę i wtedy wylewam wodę z tego zagłębienia nad "werandą". Nie mamy karimat, więc trochę ciągnie od ziemi, najgorzej ma kumpel, który kupił malutki śpiwór, nie sprawdzając, że jest przeznaczony do temperatury 15 stopni C. W nocy na pewno było zimniej.

Wstajemy rano ok. 8 i robimy sobie grilla, jemy kiełbaski oraz fasolkę, popijamy to wodą z potoka z dodatkiem takich pastylek "multiwitamina czy coś". Mijają nas pierwsi turyści, którzy nocowali bliżej Trolltungi i już wracają, gadamy z nimi po angielsku, rzucają żartem, że grill pachnie już od kilometra. Po chwili orientujemy się, że to również Polacy. Dopowiadają, że jak poczuli grilla to byli pewnie że spotkają rodaków, ale brakowało jeszcze żebyśmy pili żubrówkę. Pojawiają się także pierwsze grupki, które ruszyły bardzo wcześnie rano, więc i my zbieramy się i ruszamy. Gdy już mamy iść dochodzi do nas para, którą podwoziliśmy i razem z nimi przychodzi nam zdobywać "szczyt".

Idąc na ostatnim kilometrze byłem załamany, gdyż wszędzie dookoła rozciągała się mgła. Na Języku jednak uśmiecha się do nas szczęście i trafiamy na przejaśnienia, nawet tęczę (niestety nie udało się jej uwiecznić na zdjęciu. Jest ok. godziny 10, na miejscu nie ma jeszcze wielu osób, więc praktycznie bez czekania udajemy się na sesję fotograficzną.


25.jpg




26.jpg




32.JPG



Cel osiągnięty, radość jest ogromna. Spędzamy trochę czasu na górze, gdyż wyjście tutaj było prawdziwą próbą siły i charakteru, więc można spotkać prawdziwych wariatów. Gadamy z inną grupką z Polski, jeden gość w plecaku przyniósł kule ortopedyczne, nie pytałem o szczegóły, ale miał jakiś wypadek i postawił sobie za cel wejść właśnie tutaj. Do fotek pozuje z ekwipunkiem. Spotykamy także międzynarodową grupkę, wśród których furorę robi Amerykanin w stroju Ironmana, który przyniósł ze sobą żelazko i deskę do prasowania, aby wykonać takie oto zdjęcie.


30.jpg



Jeszcze kilka pamiątkowych zdjęć i zbieramy się w kierunku namiotu, trzeba się spakować i wrócić zanim zrobi się późno. W międzyczasie do Trolltungi dociera coraz więcej osób, jest sobota ok. południa i teraz faktycznie na zdjęcie trzeba czekać pewnie co najmniej 30 minut.


34.JPG



CDN...Po zakończeniu sesji zdjęciowej na Języku Trolla spakowaliśmy namiot i ruszyliśmy w drogę powrotną. Schodziło się znacznie łatwiej niż wchodziło, ale było dość mokro także trochę się nam to wszystko dłużyło. Za to było można dostrzec lodowiec w górach po drugiej stronie fiordu.

Zeszliśmy na dół, tradycyjnie najgorsze były schody, wsiadamy w auto, parka z Polski też jest z nami, więc posilamy się na szybko batonikami i kabanosami, a następnie odwozimy ich do Oddy, bo tu mają wykupiony nocleg. Zabraliśmy trochę za dużo kiełbasy (szczególnie koledzy), więc zostawiamy im trochę naszego prowiantu i ruszamy dalej już we trójkę.

Planujemy zobaczyć dzisiaj jeszcze dwa wodospady, jeden jest całkiem niedaleko od Oddy i docieramy szybciutko.


DSC_0052 (Kopiowanie).JPG



Pierwszy z nich to Latefossen, który składa się z dwóch kaskad , które łączą się tuż przy kamiennym mostku przez który biegnie droga nr 13. Z Oddy to 15 minut jazdy samochodem więc naprawdę warto podjechać ten kawałeczek. Po takim wysiłku jakie przeszliśmy kropelki wody, które odbijają się i latają w powietrzu bardzo miło nas odświeżają.

Drugi z wodospadów jest już znacznie dalej, czekają nas 2 godziny jazdy, a zaczyna robić się późnawo. Jeszcze planujemy zrobić małe zakupy w Oddzie. Jest sobota, do sklepu wchodzę o godzinie 17:58 i widzę napis, że alkohol dziś sprzedają do 18, tak więc niewiele myśląc łapie pierwsze lepsze piwo w ręce i idę do kasy. Udało się kupić za jedyne 13 zł puszka. Odnoszę browary do auta i robię drugie kółko, żeby teraz kupić jakiś sok itp. Gdy wieczorem tego dnia, zmęczeni otwieraliśmy puszki, byliśmy szczęśliwi, ale po pierwszym łyku, było znacznie gorzej. Kupiłem jakieś ciemnawe piwo, a takiego nie lubię, więc dopicie tego było wyczynem prawie jak zdobycie Trolltungi.

Do wodospadu Voringsfossen zdążylibyśmy tuż przed zachodem słońca, ale niestety tuż przed celem naszej podróży trafiamy na korek. Znajduje się tam kręty tunel, coś w stylu wjazdu na parkingi, taka spirala no i niestety w środku jest awaria jakiegoś autobusu, więc tunel zamknięty. Staliśmy tam z godzinę i zdążyło się ściemnić, tak więc wiele nie zobaczyliśmy, choć na zdjęciu z lampą wygląda to nawet nieźle. Plus jest taki, że na miejscu jesteśmy sami, a wcześniej było pewnie dość tłoczno, bo minęliśmy parę autobusów z wycieczkami.


DSC_0085 (Kopiowanie).JPG



Nocować planujemy w Gudvangen, miasteczku położonym nad Naeroyfjorden, który jest uważany za najładniejszy fragment Sognefjordu. Do przejechania mamy kolejne 100 km, a dopada nas zmęczenie. Stwierdzamy że trzeba wydać trochę kasy i przenocować na kampingu. Niestety zanim się przekonaliśmy do tego pomysłu było już po 23 i na żadnym kampingu nikt nam nie otworzył, mimo że wjeżdżaliśmy między domki i dzwoniliśmy na dzwonki przy recepcjach. Docieramy więc na parking niedaleko Gudvangen, gdzie stoi kilka samochodów, Rosjanie mają rozłożone namioty, a Francuzi śpią w busie. Harry mówi, że nie umie spać w aucie i mamy rozkładać namiot, ale ja z Mariuszem rozkładamy się na przednich fotelach i tak zostajemy, więc i on decyduje się nocować w środku. W porównaniu z nocą na szlaku, jest tutaj sucho, ciepło, jedynie Mariusz nadal chrapie. Mamy także ładny widok na gwiazdy, a obok samochodu pionową ścianę, którą w nocy widać jako wielką, czarną plamę.


20160904_073809 (Kopiowanie).jpg



Wstajemy wcześnie rano i dojeżdżamy do stacji benzynowej. Otwierają dopiero o 11, ale są tutaj prysznice. Niestety nie ma ciepłej wody, więc decydujemy się umyć w umywalkach. Najlepiej na wszystkich wychodzi Mariusz, który idzie do damskiego, a tam jest ciepła woda i bierze kulturalny prysznic za darmo. Wszyscy odświeżeni ruszamy zobaczyć ten sławny fiord. Najlepiej zwiedzać go z wody, ale nie mamy łódki, więc jedziemy jakąś boczną drogą, aż do jej końca. Drogę blokują nam kucyki, które wbrew pieszczotliwej nazwie wydają się być dość agresywne, na szczęście Golf daje radę przejechać bez uszkodzeń.


DSC_0092 (Kopiowanie).JPG




20160904_084022 (Kopiowanie).jpg




20160904_084407 (Kopiowanie).jpg



Widoki są naprawdę kapitalne i postanawiamy kiedyś tu wrócić z pontonem lub kajakiem, żeby zobaczyć dalszy fragment fiordu, tam gdzie droga nie sięga.

Jedziemy dalej, pogoda robi się świetna, więc czas na postój i śniadanie z grilla. Jednorazowe grille są w Norwegii bardzo popularne i jak na miejscowe ceny, dość tanie. My kupiliśmy 3 sztuki takich mniejszych, kosztujące ok. 9 zł każdy. Jednego wzięliśmy na szlak i zjedliśmy pożywne śniadanko przed zdobyciem Języka, drugiego wykorzystujemy na śniadanie, a trzeci będzie zużyty na kolację, bo potem wracamy na lotnisko i tam się już nie przyda. Dla mnie to dość dziwny tryb jedzenia, gdyż zwykle jem mniejsze porcje, wtedy gdy jestem głodny. Teraz jednak trzeba wykorzystać, że grill się rozpalił, więc jemy najpierw kiełbaski (potem nie mogliśmy przez 2 miesiące patrzeć na jałowcówkę), pijemy kawę, jemy zupkę i dopychamy się fasolką. Swoją drogą już drugi raz tłumaczyłem ziomkom, że fakt zakupu grilla, nie powoduje, że mają zabrać tylko kiełbasę, ale oni oczywiście naładowali kilogramy śląskiej i myśliwskiej. Ja miałem jeszcze fasolkę i zupki, więc jakoś sobie to urozmaiciliśmy.


20160904_084407 (Kopiowanie).jpg



Po posiłku jedziemy tunelem do Flam, a następnie wspinamy się na Drogę Śnieżną. Trasa ta jest jedną z National Tourist Route, a więc mamy platformę widokową, coś w stylu widowni, ale zamiast sceny jest piękny krajobraz i takie tam. Ruch jest niewielki, więc co chwilę zatrzymujemy samochód, żeby nacieszyć się widokami. Odchodzimy trochę od szlaku, pochodzić w klapkach po śniegu i zrobić zdjęcia. Mariusz decyduje się paradować bez koszulki, co wyraźnie podoba się pewnym emerytkom. W dalszej części szlaku trafiamy na owieczki i nawet udaje się wejść do ich zagrody. Tu nie ma co pisać, trzeba patrzeć.


20160904_113755 (Kopiowanie).jpg




20160904_115451 (Kopiowanie).jpg




DSC_0142 (Kopiowanie).JPG




DSC_0150 (Kopiowanie).JPG




DSC_0155 (Kopiowanie).JPG




DSC_0173 (Kopiowanie).JPG




G0405753 (Kopiowanie).JPG




20160904_133206 (Kopiowanie).jpg



Taką malowniczą trasą dojeżdżamy do Laerdal i kierujemy się do Sogndal, po drodze przybieramy autostopowiczkę, Amy przyjechała ze Stanów, najpierw robiła jakiś projekt zawodowy, a teraz korzysta z okazji, że tutaj jest i zwiedza sobie Norwegię. Miła dziewczyna, zaprosiliśmy do Polski, obiecała wpaść.


20160904_143322 (Kopiowanie).jpg



Dalsza droga to objazdówka wokół Sognefjordu, a następnie powrót na lotnisko, oddanie samochodu i nocleg. Do strefy komfortu oczywiście nie udało się nam załapać, bo było jakoś przed północą, ale po nocy spędzonej najpierw w namiocie, a potem w samochodzie, lotniskowa ławka wydaje się być szczytem komfortu. Jeszcze parę zdjęć na zakończenie.


20160904_160201 (Kopiowanie).jpg




20160904_160920 (Kopiowanie).jpg




G0565826 (Kopiowanie).JPG




G0575830 (Kopiowanie).JPG




20160904_202537 (Kopiowanie).jpg

Dodaj Komentarz

Komentarze (12)

gecko 11 stycznia 2017 13:05 Odpowiedz
Ironman mistrz :D
lapka88 11 stycznia 2017 13:33 Odpowiedz
Fajna wyprawa :) Ale całe wow zabrał prawdziwy Ironman :D
a-amp-j 11 stycznia 2017 17:03 Odpowiedz
Masz więcej fotek faceta z żelazkiem?
kleyo 11 stycznia 2017 20:17 Odpowiedz
https://drive.google.com/drive/folders/ ... V9DYVJxblkTu macie ogólnie fotki z wyjazdu, te akurat są od kumpla, ale on ma lepsze niż ja :) Ja mam jeszcze jakieś chyba tego gościa, ale w tej samej chwili w zasadzie, a musiałbym zmniejszać rozmiar, więc może to z linku Wam wystarczy.Może jutro opiszę resztę drugiego dnia i trzeci, bo też jeszcze parę widoczków było.
runo-88 17 stycznia 2017 14:33 Odpowiedz
Super! Możesz podać orientacyjny koszt wynajmu auta, opłat za drogi/tunele/promy oraz parkingi?
kleyo 25 stycznia 2017 18:15 Odpowiedz
Mogę nawet dokładny, bo mam rozpisane w Excelu:Bilety lotnicze (wraz z bagażem) 1182 PLNParking pod Trolltungą 188 PLNUbezpieczenie 39 PLNProm 84 PLNProm2 44 PLNProm3 53Prom4 80Piwo 53 PLNNapoje 10 PLNPaliwo 200 PLNPaliwo2 32 PLNWynajem auta (wraz z ubezpieczeniem) 1052 PLNDojazd 60 PLNParking 40 PLNOpłata za drogi 145 PLNCzyli całość wyniosła 3260 PLN, podzielone na 3 osoby daje 1086 PLN. Cóż, nie bardzo to wszystko 4free, ale warto było.Zbieram się na wenę, żeby opisać resztę drugiego dnia i dzień trzeci, jak się mi "zachce" to napisze :)
booboozb 26 stycznia 2017 22:12 Odpowiedz
Quote:Widoki są naprawdę kapitalne i postanawiamy kiedyś tu wrócić z pontonem lub kajakiem, żeby zobaczyć dalszy fragment fiordu, tam gdzie droga nie sięga.GO FOR IT ;) W Gudvangen można wypożyczyć kajak bądź przepłynąć promem na trasach Gudvangen - Flam lub Gudvangen - Kaupanger.Ale co swój to swój :P
kleyo 26 stycznia 2017 22:21 Odpowiedz
BooBooZB napisał:W Gudvangen można wypożyczyć kajak bądź przepłynąć promem na trasach Gudvangen - Flam lub Gudvangen - Kaupanger.Ale co swój to swój :PP.S. niezmiennie nie trawię selfie - kijkówWłaśnie czytałem, że jest opcja wypożyczenia i chyba na to bym się nastawiał, bo swojego i tak nie mam :) Kijek jest Mariusza, też mnie wkurzają, ale akurat do GoPro się mu to dość tak sprawdza, bo nie robi tym każdego zdjęcia jak jakiś pojeb, tylko korzysta jak chce złapać szerszy plan, czy zrobić fotkę grupową.
booboozb 26 stycznia 2017 22:42 Odpowiedz
No fajnie fajnie, chociaż na gołej klacie z owcami dla mnie trochę nie ten teges ;)
maczala1 19 lutego 2017 19:37 Odpowiedz
Fajna wyprawa, gratuluję.Co do owcy, to może tam po prostu była Daisy.https://www.youtube.com/watch?v=ZbMa7BpPsNcSorry ale musiałem jak zobaczyłem rozebranego faceta z owcą :)
kleyo 21 lutego 2017 20:37 Odpowiedz
Żeby była jasność, ten z gołą klatą to Mariusz, ja jestem ten w klapkach :lol: Mam jeszcze jego foty w półnegliżu z okolicy Języka, bez owiec, ale też podobnie :lol:
booboozb 21 lutego 2017 21:27 Odpowiedz
Ja jakoś przeżyję bez tych zdjęć, ale nie wiem jak reszta użytkowników ;)