+6
adamek 1 lutego 2017 19:54


Kasztany. Porto to przede wszystkim kasztany. Dostajemy je już na lotnisku. W maleńkim papierowym rożku – pieczone, miękkie, smakowite. Pochłaniamy je momentalnie czekając na tramwaj kierowany przez motorniczego wyglądającego jak połączenie Pitbulla i Gigi d’Agostino. Zabawna ta Portugalia. Jedziemy. Nie wiadomo kiedy tramwaj zjeżdża pod ziemię i zamienia się w metro. Stacja Bolhão. Wysiadamy. Wychodzimy na powierzchnię. W zasadzie wyjeżdżamy powoli na schodach ruchomych. Gdzieś na górze Porto – coraz większe, coraz bliższe. Spowite mgłą. Nic nie widać, jakbyśmy wjeżdżali w chmurę.



Jesteśmy na powierzchni, nie ma chmury. Jest dym, dużo dymu o przyjemnym, lekkim aromacie. Nowym, jeszcze nieznanym. Kasztany! To pieczone kasztany. Powiew wiatru rozrzedza mgiełkę, odsłania się małe dymiące stoisko z dwoma dymiącymi kominami. Wokół grupka ludzi czekająca na pyszne pieczone smakołyki. Jeszcze więcej wiatru. Za straganem, zza dymu wyłania się Capela das Almas – przepiękny kamienny kościół obłożony biało-niebieskimi płytkami. Widok tak bajeczny, że zapiera dech w piersiach. Dym, wąskie uliczki, ten kościół i my wyłaniający się spod ziemi prosto w to miejsce. Porto już mnie ma.



Idziemy uliczkami do naszego mieszkania. Po drodze same salony optyczne. Nie wiem jak, skąd, dlaczego. Najwyraźniej poszczególne części miasta specjalizują się w usługach – my trafiamy do Santo Ildefonso, która najwyraźniej słynie z optyków. Trafiamy na mieszkanie w starej kamienicy. Jakieś 100 metrów podzielone na mniejsze pokoje. Jak to w Portugalii nie ma kaloryferów, wiec o tej porze roku, przeraźliwie wilgotne i zimne. Jedyna nadzieja w piecyku. Wszystkie niewygody rekompensują przepiękne klatki, maleńkie zdobione windy i ciężkie kute drzwi. I ten widok z okna. Obskurne, betonowe podwórka, małe zagracone balkony, z których wyczytać można równie zagracone ludzkie życiorysy.



Zostawiamy naszą wychłodzoną kamienicę z jej magicznymi, eleganckimi klatkami i ruszamy w miasto. Niemal od razu trafiamy na Mercado do Bolhão. To jedno z tych miejsc, w które zawsze chcemy trafić. Stara hala targowa, na której można dostać wszystko od oliwek i świeżych ryb, przez świeże zioła aż po kiczowate pamiątki z kogucikami i podróbki kafelki azulejo. Bazar wygląda na pustawy, ale to tylko pozory. Zaraz po zejściu, stopniowo odsłania przed nami swoje tajemnice. Stragany z papryczkami, puszkami sardynek, oliwami, świeże ryby, owoce, warzywa, przetwory: marynowane oliwki, bób, dojrzewające szynki, sery… tu jest wszystko. Każdy kolejny stragan to inne kolory, nowe zapachy.



W końcu trafiamy na część gastronomiczną. Otwarte, proste pawilony, stoły z ceratą, krzesła nie od kompletu, wszystko byle jakie, niedomyte, ale ciepło swojskie i do bólu prawdziwe. Portugalskie. Rząd knajpek – każda serwuje to samo – jedno wygniecione, wymacane i wybrudzone menu po portugalsku. Gdzieś tam znajduje się wersja z obrazkami. To, to i to. I jeszcze karafkę śmiesznie taniego vinho verde. Siedzimy opatuleni w kurtkach – środek listopada, jest wilgotno i chłodno – i obserwujemy ludzi naokoło. Co jedzą, co piją, co robią. Rodzina prowadząca knajpkę się uwija. Pan w koszuli dogląda stolików i zbiera zamówienia. Pani – w brudnym fartuchu, styrana życiem, szykuje jedzenie. Ich kilkunastoletnia córka, wyraźnie przemarznięta sprząta stoliki. Całość tak bardzo portugalska.





Wszyscy naokoło jedzą, głośno mówią, śmieją się. Co chwila dochodzi do nas zapach pieczonej ryby. Nareszcie, idzie pan. Na stół wjeżdżają flaczki i sardynki z rusztu. Jedzenie tak proste, że aż doskonałe. Bez nadęcia, bez gwiazdek, zwyczajnie pyszne. Zalewane vinho verde. Siedzimy i zachwycamy się. Znowu jesteśmy w podróży. To nasz trzeci wyjazd w opcji „niepełnosprawnej” – już nie ma gipsu, ani wózka, jedynie stabilizator i kule – nadal, ciężko się poruszać, więc za dużo chodzenia nie będzie ale się nie poddajemy. Spędzimy czas jak na prawdziwych podróżników przystało. Będziemy się kręcić ile możemy, chłonąć miasto, jeść, pić i być w tym miejscu i tym miejscem.



Po obiedzie idziemy w dół – oczywiście w stronę starówki, rzeki i mostu Ponte Luis I. Piątkowe popołudnie. Miasto stoi. Wszędzie korki, zapach spalin i dźwięk klaksonów. Samochody od czasu do czasu ruszają się powoli do przodu. Miasto jest zapchane, zablokowane. Dziki miejski zgiełk mocno kontrastuje ze starą, przepiękną zabudową. Z historia tego miejsca, jego niesamowitym klimatem. Z tymi wszystkimi kościołami o przybrudzonej elewacji wykładanej kafelkami azulejo. Z Igreja de Santo António dos Congregados przy São Bento. Ale i tak korki nie są w stanie zniszczyć naszego zachwytu tym miejscem.



Przy São Bento skręcamy i powoli zaczynamy się wspinać na starówkę, w kierunku wieży Torre dos Clérigos – nie wiem dlaczego, ale jakoś nam się wydało, że to jeden z głównych punktów tego miasta. wieża dumnie góruje nad falującymi starymi dachami Porto. Droga nie jest długa, ale męczące – strome podejście wśród sunących samochodów. Mijamy dziesiątki sklepików z pamiątkami, starych pasmanterii, cukierni, maleńkich kafejek. Tu czuć ten klimat Porto. Brudne elewacje starych budynków, kute balustrady balkonów, obdarte z farby okiennice. Ta przybrudzona, lekko zapuszczona portugalska oryginalność. Do bólu prawdziwa. Co i raz odżywająca żółcią i błękitem azulejo – wyrastają nagle niczym przepiękne kwiaty przebijające się przez zapuszczone ściernisko.





Kiedy docieramy na górę – pod kościół Clérigos, siadamy na ciemnych kamiennych schodach i patrzymy w dół na potok aut wolno sunących w korku. Niewygoda i ból cywilizacji i postępu pomiędzy spokojnymi, majestatycznymi i pięknymi budynkami Porto, spoglądającymi na to wszystko w milczeniu. Wszystko to sprawia, że tu w Porto – nawet korki i zapchane ulice mają w sobie jakiś dziwny spokój. Nie ma agresji, pośpiechu, niepotrzebnych złych emocji, jest oczekiwanie na swoją kolej, w swoim tempie, w jakimś nieznanym magicznym rytmie. Jakby właśnie tak miało być. Coś niesamowitego i niepojętego przy pierwszym kontakcie. Spokojne, senne korki.





Sam kościół jest jak łupina orzecha, jak kryształ ukryty w skale. Z zewnątrz ciemny, brudny. Te iberyjskie kościoły z poczernionymi elewacjami mają niesamowity klimat – niczym popalone kościoły ocalałe cudem z trzęsienia ziemi gdzieś na prowincji w Gwatemali. W środku, po przedarciu się przez tą surową skorupę otwiera się barokowy skarb. Wylewa się złote światło – ołtarze, płaskorzeźby, kolumny wszystko piękne, bogate, drogocenne. Jakby z innego świata. Z innej bajki. Niepozorne kościoły wyglądające jak umorusane, zaniedbane, opuszczone budynki i ich przytłaczające wnętrze.



Po wyjściu z kościoła ruszamy z powrotem w dół, w małą uliczkę znikającą gdzieś wśród malowniczych kamienic. Środkiem ulicy ciągną się tory, które wciągają nas w starówkę. Zapadamy się dosłownie w plątaninę zacienionych uliczek z tymi przepięknymi w swoim zaniedbaniu kamienicami. Z praniem rozwieszonym na sznurkach pomiędzy oknami. Z dziadkami popalającymi papierosy w bramach. Ze starymi kobietami ubranymi na czarno, dźwigającymi siaty z zakupami. Ze smętnym fado sączącym się cicho z jakiegoś radia – gdzieś tam zza obdrapanych okiennic. Z Jezusami i Maryjkami we wszystkich kolorach tęczy spoglądającymi na nas z kapliczek pomiędzy oknami. Cofamy się w czasie, w ogóle czas wydaje się zwalniać, rozciągać.





Nie wiem ile czasu spędzamy na starówce, ale robi się ciemno. Chodzimy wolniej – to prawda – ale wydaje nam się, że dopiero co wyszliśmy. Zupełnie niespodziewanie uciekł nam cały dzień. Starówka w Porto to chyba jednak jest dziura czasoprzestrzenna. Jesteśmy zmęczeni, wracamy do naszego przenikliwie zimnego mieszkania. Zmrok zapada na dobre. Kiedy dochodzimy do São Bento, nad miastem znowu rozpościera się kasztanowa mgła. Co i raz pojawiają się nowe stragany z pieczonymi kasztanami. Lekki wiatr roznosi gęsty biały dym tworząc tajemniczą mgiełkę o powalającym zapachu. Ten klimat! Wystarczy się tylko na chwilę zatrzymać, zapomnieć o samochodach stojących w korku, zgiełku miasta. Otoczony przez kasztanową mgiełkę wciągnąć głęboko przesiąknięte dymem powietrze. Zapach Porto.







Wracając do hotelu zatrzymujemy się jeszcze na chwile. Na kawę i ciastko. znaleźliśmy doskonałe miejsce – Pastelaria Tupi. Jak to w Portugalii – połączenie cukierni i baru. Długi metalowy bar, przy nim starsi panowie i panie sączący espresso i wino. Ktoś je ciastko, ktoś talerz flaków z ryżem. Za barem panowie z koszulach i kamizelkach. Widać, że pracują tu dłuuuugo. Całość tak prawdziwa, tak portugalska. Tak doskonała w swojej niedoskonałości i przeciętności. Zamawiamy pastel de nata – przeboskie tartaletki z kremem jajecznym. Posypujemy je cynamonem i wgryzamy się w miękki słodki, skarmelizowany krem. Do tego po maleńkiej kawie. Dostajemy do niej pieczone kasztany! Zamiast fado wsłuchujemy się w radosny gwar knajpki. Rozmawiających, śmiejących się gości, podśpiewujących barmanów… Cóż to był za piękny dzień. Chwilo trwaj!





Nasze mieszkanie wcale nie było zimne. Przezornie zostawiliśmy włączony piecyk i przywitało nas ciepło. Rano wstaję wcześniej i idę pobiegać. To świetna okazja do zwiedzania. Jest jeszcze pusto. Ani śladu po wczorajszych korkach. Porto powoli budzi się ze snu. Bardzo powoli. Obok bazaru, na ulicy mijam kobietę sprzedającą sardele z koszyka pod nogami. Coś wspaniałego. Biegnę w dół do São Bento. Trudno poznać to miejsce bez aut stojących w korku. Jest pusto, szarawo, cicho. Jedyną oznaką życia wydaje się być lekki wiaterek, który od czasu do czasu delikatnie liże mnie po policzku.





Porto to na przemian wspinaczka i zejście w dół po kamiennych chodnikach, schodach, ulicach. W końcu dobiegam do katedry. Pod budynkiem z zapuszczonego brudnego, ciemnego kamienia, duży kamienny taras. Z niego rozpościera się przepiękny widok na senną, smętną starówkę. Pomarańczowe dachówki nieregularnie pokrywają zaniedbane, szare i brudne stare domy obłożone przepięknymi, kolorowymi kafelkami azulejo. Całość tworzy jakąś niesamowitą trójwymiarową mozaikę. Coś mi to przypomina. Z czymś mi się kojarzy. Ale jeszcze nie wie z czym. Po drugiej stronie widok na rzekę Rio Duero. To nie jest widok z pocztówki. Byłby, gdyby nie ta szarawa, brudna pogoda. Ale przywykłem do tego, że pogoda nas nie rozpieszcza na naszych wyjazdach.



Błądzę po uliczkach za katedrą, w końcu znajduję drogę i wbiegam na most Ponte Luís I. jest puściutki, mogę biec środkiem, pomiędzy torami, którymi normalnie jeździ tramwaj. Mam cały most tylko dla siebie. Przez chwilę dzielę go z dzielnymi Azjatami, którzy wstali na tyle rano by zwiedzać miasto w samotności. Przebiegam Rio Duero i znajduje się po drugiej stronie – w Villa Nova de Gaia. Tu już nie ma Porto, jest za to przepiękny widok na miasto. Taki jaki zawsze chciałem złapać. Most, starówka i te maleńkie łódki które kiedyś przewoziły porto. Na pewno są podrabiane, ale nieważne. Wszystko jest idealne. Brakuje tylko błękitnego nieba.





Biegnę w stronę morza, wzdłuż rzeki. Mijam kolejne magazyny Porto – magazyny ze ścianami bielonymi wapnem, dachami z czerwonych dachówek i wielkimi napisami: „Calem”, „Kopke”, „Noval”, „Sandeman”, „Offley”, „Barros”, „Ferreira”, „Cockburn”. To tu dopływało porto z winnic Portugalii i czekało na statki, którymi płynęło do Wielkiej Brytanii. Z drugiej strony rzeka i widok na starówkę Porto. Kolejne rzędy kamienic rosnące stopniowo do góry. Przepiękne. Stopniowo robi się coraz ciszej, po kilku krokach jakbym zupełnie opuścił miasto. Dobiegam do następnego mostu i z powrotem jestem w Porto. Wracam na nabrzeże przez maleńkie uliczki, ogródki, kamienne bramy, schodki, poukrywane między drzewami, płotkami i maleńkimi placykami. Momentami czuje się jakbym wbiegał komuś do ogródka.





Nieco się gubię w gąszczu uliczek. W końcu trafiam nad rzekę i biegnę wzdłuż torów tramwajowych. Wracam na starówkę – pod most Ponte Luís I. Szukam drogi na górę. Nie jest to łatwe. Kręte kamienne schody kończą się gdzieś w połowie drogi tak nagle jak się zaczęły. Próbuję kolejnych – długich i szerokich, przechodzących pod mostem, otoczonych starymi, zapuszczonymi i opuszczonymi kamienicami. W końcu docieram na górę. Biegnę dalej nadal pustawymi ulicami. Uciekają przede mną gołębie kłębiące się na pustawych ulicach. Docieram w końcu do domu.





Ula czeka niecierpliwa. Szybko się myję i wychodzimy na śniadanie. Nie zastanawiamy się nad tym gdzie pójdziemy i co zjemy. Wybór jest oczywisty – Pastelaria Tupi. Zza baru pogodnie wita nas pan i niemal od razu stawia dwie kawy i kasztany. To będzie piękny dzień. Do tego pastel de nata. I gwiazda dzisiejszego dnia. Podpatrzona, budząca zachwyt i przerażenie – francesinha. Śniadaniowy Behemot. Absolutny morderca. Coś niewyobrażalnie dużego, kalorycznego i zabójczego. Góra mięsa: schabu, kiełbasy, wołowiny usmażone i wrzucone między plastry sera i tosty, następnie pokryte jajem sadzonym i szczelnie obłożone kolejnymi plastrami złotego sera. Na koniec zalane gęstym sosem na bazie piwa i podane z frytkami. Patrzymy jak zahipnotyzowani jak pan za barem po kolei dokłada kolejne warstwy dobra do naszego śniadania.







Po śniadaniu najchętniej poszlibyśmy od razu spać. Przezornie wzięliśmy jedną na pół a i tak ledwo staczamy się z metalowych krzesełek. Ruszamy na starówkę. Docieramy pod Katedrę Sé do Porto. To kolejny kamienny przybrudzony budynek, w środku zapewne ociekający złotem. Z zewnątrz jest mocno portugalski. Zaniedbania nie widać, bo budynek wygląda na odnowiony stosunkowo niedawno. Nas jednak pochłania widok na klimatyczną starówkę. Ogniste dachówki domów nierówno porozrzucanych po wzgórzach Porto, przepiękne kafelki pokrywające zaniedbane elewacje starych kamienic. Znowu pranie powywieszane na sznurkach miedzy oknami. Całe ludzkie życia w postaci kolorowych gratów powciskane w maleńkie balkony. Patrzymy na siebie i już oboje wiemy co nam przypomina ten widok. Erywań. Ma to w sobie coś z Erywania. Nieporównywalnie ładniejszy, czystszy i bardziej zadbany, ale jest w tym rozkładzie jakaś nuta, którą można odnaleźć w stolicy Armenii.





Mijamy zabytkowy pręgierz pod Katedrą Sé do Porto i idziemy wąskimi kamiennymi uliczkami dalej w kierunku mostu Ponte Luís I. Starówka schodzi do rzeki przepięknymi, soczyście zielonymi ogrodami rozlewającymi się po małych tarasach i murach. Wygląda to jak ogromny zielony wodospad. Pnącza dosłownie pochłaniają beton – małe domki, altanki, mury, płotki. Nic nie jest w stanie się oprzeć napierającej zieleni.



Na moście jest już nieco więcej ludzi niż rano, ale i tak przyjemnie się spaceruje. Co i raz, przechodnie rozpierzchają się wystraszeni dzwonkiem przejeżdżającego tramwaju. Docieramy na drugi brzeg. Stajemy przy murku i patrzymy na panoramę Porto. Na jej przepiękną starówkę, na bajeczne, różnokolorowe kamienice, na ognisto-rude gliniane dachówki, na bujną zieleń odważnie spływającą zboczem, na most wbijający się w strome brzegi rzeki Rio Duero. Wygląda jakby je rozpierał, trzymał, żeby się nie zacisnęły i nie pogrzebały tego niesamowitego miejsca. Most jest przepiękny, jego metalowa konstrukcja wygląda jak Wieża Eiffela rozłożona i złożona od nowa. Nic dziwnego, zaprojektowany został właśnie przez firmę Eiffela.





Na drugim brzegu wskakujemy w kolejkę linową, która zwozi nas na dół. I tak oto wisimy sobie w powietrzu i powoli przesuwamy się nad dzielnica portową ze starymi magazynami porto. Znowu ogromne bielone wapnem budynki z czerwonymi dachówkami i ogromnymi napisami. Pomiędzy nimi dużo starych wydmuszek, ogołoconych i zaniedbanych. Z bliska wyglądają przygnębiająco, z daleka tworzą niesamowitą, przepiękna makietę. Po drugiej stronie rzeki Porto w całej swojej okazałości.







Dojeżdżamy na dół i ruszamy w labirynt uliczek pomiędzy magazynami porto. Jest pusto i cicho. Kamienne zaułki, od czasu do czasu jakaś łata zieleni – ogród, drzewa – to znaczy, że docieramy do kościoła. Potem znowu wąziutkie kamienne ulice, zamknięte ciężkie drzwi i zakratowane okna. Wchodzimy w jedne z drzwi i idziemy na próbowanie porto. Dostajemy trzy rodzaje porto: ruby, tawny i blanco. Siedzimy przy wielkiej dębowej beczce i patrząc przez okno na kościół leniwie pociągamy po łyku słodkiego, gęstego i mocnego trunku. Trudno stwierdzić, które jest najlepsze. Nie jesteśmy amatorami porto. Wszystkie są za słodkie i za mocne. My jednak vinho verde.



Po kilku kieliszkach porto o sporej powalalności, wracamy na górę kolejką. Pogoda się psuje. Będzie padać. Deszcze przed którym udało nam się uciekać, teraz w końcu nas dopadnie. W ostatniej chwili udaje nam się schronić pod daszkiem straganu z churros. Pech chciał, że właściciel z rodziną się właśnie rozstawiał. Olej był już gorący, ciasto wyrobione i maszyna poszła w ruch. Z wielkim skupieniem „wykręcił” nam churros wprost do gorącego oleju, a jego żona z uśmiechem wypełniła je czekoladą i wręczyła nam nasze recheados – czyli nadziewane. Absolutne niebo w gębie, przy którym można zapomnieć o ulewnym deszczu naokoło.





Przed deszczem uciekamy do sklepu. I tak chcieliśmy kupić jakieś pamiątki. To znaczy jedzenie, bo dla nas pamiątki to oprócz magnesów na lodówkę zawsze jedzenie. Dzięki temu nasze podróże trwają dłużej. Jeszcze w domu możemy się rozkoszować smakołykami ze wszystkich miejsc, w których byliśmy i przeżywać je po raz kolejny. Zaczyna się polowanie w sklepie. Dotykanie, oglądanie, wąchanie. Nie można mnie okleić od wędlin, przeglądania słodyczy, zabawy pięknymi puszkami sardeli. Chciałbym mieć je wszystkie, ułożyć z nich mozaikę w kuchni. W końcu, gdy deszcz przechodzi, wracamy do centrum na kolację.



Jest już ciemno i dość późno a my jesteśmy po całym dni chodzenia. Francesinha już się spaliła – dzięki niej Ula prawie zapomniała, że kuśtyka o kulach. Churros zadziałało jeszcze lepiej. Teraz pora na kolację. Znaleźliśmy restaurację niedaleko Monumento a Garrett. Niestety okazuje się, że najbliższy wolny s stolik będzie za… 3 godziny. Do tej pory umrzemy z głodu. Na domiar złego, naszą złotą rezerwę – Pastelaria Tupi – właśnie zamykają. Rozpoczyna się walka o przetrwanie. Biegam naokoło i szukam miejsca gdzie można coś zjeść. Naokoło jedynie pułapki na turystów z „menu dnia” po angielsku. Po pół godzinie szukania już prawie rezygnujemy i siadamy w jednej z nich, kiedy ostatkiem sił postanawiam sprawdzić za rogiem – tknięty dziwnym przeczuciem.



Gdzieś obok tych wszystkich knajp dla turystów, odcięte od świata ogrodzeniem remontowym – to miejsce. Metalowy bar, za nim wyluzowani panowie. Uśmiechają się, ale nie narzucają. W knajpie stali bywalcy sączący kawę i wino. Stoliki, cerata, ten klimat! Miejsce mówi „zapraszamy”, przytula i szepcze, że tu dobrze zjesz i się napijesz. Tu będziesz w Portugalii. Więc wchodzimy i zamawiamy. Pan z obsługi na migi próbuje nam przetłumaczyć co jest w menu – kartce na drzwiach, na której coś jest nabazgrane długopisem. Wybór jest prosty: dorsz i sardele. To w końcu Portugalia.





Do tego oczywiście piwo. I vinho verde. Pan pyta na migi czy mały kieliszek, czy całą butelkę. Oczywiście Ula pokazuje kieliszek. „Mały” okazuje się być wypełnioną pod korek bombą o pojemności 375 ml. Czyli pół butelki. – Na zdrowie maleńka! – wznoszę z szerokim uśmiechem toast. Kiedy wjeżdżają nasze dania, nie możemy się przestać zachwycać. Ryba idealnie usmażona – życiu dorsz nie smakował mi tak bardzo. Prosta sałatka – pomidor z aromatyczną cebulą, żadnej obleśnej, sztucznej sałaty i majonezu. I te ziemniaki. Gotowane skropione oliwą. Boskie! Wszystko takie zwyczajne. Nienadęte, doskonałe w swej prostocie. Do tego niepowtarzalny klimat portugalskiego baru, ze stałymi bywalcami wchodzącymi i wychodzącymi, śpiewającymi i przekrzykującymi się barmanami. Mówi się, że wizyta w najdroższych trzygwiazdkowych restauracjach to nie tylko jedzenie, to doznanie, doświadczenie, na które składa się cała otoczka. To nie kwestia gwiazdek, tylko właśnie klimatu, naturalności, prawdziwości. Ducha i duszy miejsca.



Zachwyceni jedzeniem i miejscem. Doświadczeniem, kulinarną i kulturalną przygodą. Wieczorne Porto cały już się rozluźniło, korki ustały, nawet przestało padać. W świetle latarni malownicze kamienice wyglądają jeszcze bardziej niesamowicie i baśniowo. Zza rogu na ulicę powoli wdziera się mgła, zmierza ku nam leniwie. W końcu dociera do naszych nozdrzy. Kasztany. Pieczone kasztany. Zapach Porto. Żar powoli dogasa, sprzedawca zwija stragan. Wdycham jeszcze łapczywie resztki dymu. Chcę go zatrzymać jak najdłużej. Aż do następnej wizyty w Porto.



Ruszaj ze nami w podróż na: www.przepodroze.pl

www.facebook.com/przepodroze i na Instagramie: @przepodroze.pl

Dodaj Komentarz

Komentarze (12)

jprawicki 2 lutego 2017 14:53 Odpowiedz
Kolejna świetna relacja :) Gratuluję :)
adamek 2 lutego 2017 23:43 Odpowiedz
jprawickiKolejna świetna relacja :) Gratuluję :)
dzięki :) miasto super! Mimo wielu niesprzyjających okoliczności, wyjazd mocno niesamowity.
pawel-szczepanski 3 lutego 2017 11:30 Odpowiedz
Wpis sam raz, na miesiąc przed moim wyjazdem :)
dommann 3 lutego 2017 11:53 Odpowiedz
Świetna relacja, jak zawsze zresztą :)
joael 4 lutego 2017 20:09 Odpowiedz
Fajne zdjęcia choć mieliście fatalną pogodę. Ja wróciłem w zeszłą środę z Porto. Choć było zimno (tylko 9-12 stopni) to przynajmniej przez 3 dni było tylko słońce :) Polecam także w okolicy Guimaraes i Bragę. Przepiękne miasta.
adamek 4 lutego 2017 21:03 Odpowiedz
Hehe, pogoda była w niedzielę kiedy wyjeżdżaliśmy - patelnia od rana. Przywykliśmy, że nam pada. Ostatnio nawet w Dubaju prawie spadł dla nas deszcz :)
ewaolivka 5 lutego 2017 06:17 Odpowiedz
Jak zawsze świetna relacja! Jesteś poetą blogów ;). Porto magiczne, dla mnie ulubione miejsce, wiele razy odwiedzone, prawie zawsze jesienią, stąd te mgły i dymy kasztanowe znane...Można się włóczyć godzinami... Jedynie Mercado do Bolhao trochę dla mnie przereklamowane: produkty zawsze droższe niż gdzie indziej. No i zawsze polecam wszystkie miejscowości w regionie Porto e Norte :).
cypel 9 lutego 2017 12:37 Odpowiedz
Porto jest cudowne, chyba nawet bardziej lubię od Lizbony. Jako ciekawostka, Portugalczycy dorsza nie poławiają ponieważ nie występuje w ich wodach, importują głównie z Norwegii. Paradoksalnie są największymi konsumentami dorsza na świecie.
adamek 9 lutego 2017 12:43 Odpowiedz
cypelPorto jest cudowne, chyba nawet bardziej lubię od Lizbony. Jako ciekawostka, Portugalczycy dorsza nie poławiają ponieważ nie występuje w ich wodach, importują głównie z Norwegii. Paradoksalnie są największymi konsumentami dorsza na świecie.
Waaaat ??? niezłe... O_o
cypel 9 lutego 2017 13:09 Odpowiedz
Ale na pocieszenie powiem, że sardele poławiają masowo i na dużą skalę. A to co masz na talerzu i nazywasz sardelą (Engraulis encrasicolus) mi wygląda na sardynkę europejską (Sardina pilchardus) ;) Tak to są dwie różne ryby. Przy okazji druga ciekawostka apropos sardynek i szprotek. https://www.fly4free.pl/forum/viewtopic.php?p=661034#p661034
adamek 9 lutego 2017 13:14 Odpowiedz
cypelAle na pocieszenie powiem, że sardele poławiają masowo i na dużą skalę. A to co masz na talerzu i nazywasz sardelą (Engraulis encrasicolus) mi wygląda na sardynkę europejską (Sardina pilchardus) ;) Tak to są dwie różne ryby. Przy okazji druga ciekawostka apropos sardynek i szprotek. https://www.fly4free.pl/forum/viewtopic.php?p=661034#p661034
w rybach jestem więc cienki jak szprotka. Poprawione ;) dzięki!
ankafly4free 13 lutego 2017 11:52 Odpowiedz
Dzieki za relacje! Wlasnie potrzebowalam takiego opisu Porto, bo sie wybieram tak jak sojka za morze;-) Teraz pojade na pewno!