+1
amphi 2 lutego 2017 20:43
Migawka 1 - Dawno, dawno temu

Sklep z artykułami dziecięcymi. Radość. Oglądam kocyki. Wybieram mięciutki, niezwykle elegancki, w stonowane, pastelowe wzory. To już jeden z ostatnich zakupów. Zostało tylko siedem tygodni i długo wyczekiwana córka będzie z nami.

Migawka 2 – Dawno, dawno temu + cztery dni

Stłumione, powtarzalne, mechaniczne dźwięki. Monitory wyświetlające wykresy i mnóstwo sprzętu medycznego. Oddział intensywnej terapii. Siedzę tuż koło łóżka nieprzytomnej żony. Lekarze stawiają sprawę jasno: nie wiadomo czy żona przeżyje. W sąsiednim szpitalu córka leży w inkubatorze. Nie sposób powiedzieć czy będzie zdrowym dzieckiem.

Migawka 3 – Dawno, dawno temu + cztery miesiące

Śmiech, śpiewy. Spotkanie kolędowe w gronie znajomych. Wraca temat porodu. Żona wzrusza ramionami: „ja tam nic nie pamiętam” :). Córka rozwija się w nieprawdopodobnym tempie i nie ma żadnego śladu po swoim skomplikowanym przyjściu na świat. Nagle mówię: „ po tym wszystkim, to powinniśmy pojechać podziękować do Guadelupy”. Jestem zdumiony. Co ja mówię??? Przecież nawet nie jestem specjalnym zwolennikiem kultu maryjnego.. I wstyd się przyznać: gdzie dokładnie jest ta „Guadelupa”? :)

Kilka lat później

Wracam czasami myślami do tego zdarzenia. Co powoduje, że zachowujemy się tak, a nie inaczej? Czy to podświadomość niespodziewanie dochodzi do głosu? Może tajemnicze „przeznaczenie” lub też „mistyczne czynniki” odzywają się? A może to zwyczajnie efekt chwilowego zaburzenia działania mózgu, nagłe zakłócenie transmisji informacji w neuronach? Każdy pewnie ma własną odpowiedź. Tak czy owak, od tego czasu lubię wyszukiwać loty w kierunku Mexico City. Pewnego dnia znajduję EF właśnie tam, krótka konsultacja z żoną i .. jedziemy!!! Informuję również o okazji na forum f4f, deal działa krótko, ale dla szybkich nie ma problemu.

Przygotowania

Kilka miesięcy planowania i trasa jest opracowana: Dom->Bruksela->Amsterdam->Mexico City->Palenque->San Cristobal->Oaxaca->Acapulco->Mexico City->Paryż->Bruksela->Dom.
Łącznie 18 dni w drodze. Głownie intensywne podróżowanie, ale jedziemy z trzyipółletnią córką, więc i trzy dni pluskania się w Acapulco, specjalnie dla niej.

Dzień 1, czwartek, wyjazd, Bruksela

W samochodzie - kilka godzin do wschodu słońca, trudne warunki drogowe, niespodziewanie nawet A4 pokryta jest warstwą śniegu. Dobrze, że wyjechaliśmy wcześniej, bo dojazd zajmuje chyba dwa razy dłużej niż zwykle. W przeciwnym kierunku widać samochód który wypadł z autostrady. W Balicach niesamowicie uprzejma obsługa lotniska, dlaczego ci z Okęcia tak nie potrafią? Czas przelotu Ryanem do Charleroi mija błyskawicznie. Do dworca Bruksela Midi dostajemy się autobusem Flibco (należy kupić bilety możliwie jak najwcześniej aby pojechać za 5 Euro, dziecko gratis). Na miejscu mamy całe popołudnie żeby pospacerować po Brukseli. Robimy raczej program podstawowy, bo pada deszcz. No i oczywiście zajadamy frytki (Belgian Fries, Rue de la Madeleine, 3 Euro/porcja) oraz gofry (punkt sprzedaży tuż obok Manneken pis, od 1 Euro w zależności od dodatków). Wieczorem wchodzimy na Grand Place otoczeni przez policję i media. Co się dzieje? Później z TV dowiadujemy się, że rozminęliśmy się z Angelą Merkel.


Pytanie: Jak zmieścić dziesięciu Belgów w Maluchu?
Odpowiedź: Należy wrzucić do Malucha frytkę i zawołać: „Obiad!!!”
Pytanie: Jak teraz wydostać tych dziesięciu Belgów z Malucha?
Odpowiedź: należy rzucić frytkę na zewnątrz i zawołać: „Repeta!!!”



Image
Gorące uściski rozdawane na ulicy w zimnej Brukseli


Image
Grand PlaceDzień 2, piątek, podróż BRU->AMS->MEX

Nasz bilet to ciekawostka, bo zawiera odcinek BRU->AMS realizowany pociągiem, a później już standardowo lot KLM do MEX. Sam etix nie uprawnia do przejazdu koleją, należy podać numer rezerwacji PNR w kasie na dworcu, aby otrzymać właściwy bilet z miejscówką. Przejazd trwa raptem półtorej godziny, a pociąg zatrzymuje się bezpośrednio na terenie lotniska. Przelot do MEX upływa w bardzo miłej atmosferze.

Fragment rozmowy ze stewką:
Stewka: ooo, to Alex bardzo interesuje się lotnictwem? (Alex to ksywka naszej córki)
Ja: tak, nawet potrafi rozpoznać wiele typów samolotów
Stewka: super! Poczekajcie, dowiem się czy mogłaby się spotkać z kapitanem.
I tak Alex została zaproszona do kabiny pilotów, a my razem z nią.
:)


Image
KLM to pierwsza linia, która dokładnie wie co lubią dzieci :D


Image
Wizyta w kabinie pilotów Jumbo Jeta


Ledwo wysiedliśmy z samolotu a tu czeka na nas kolejna atrakcja – tym razem hazard! Podczas kontroli wciskasz przycisk. Jeśli zapali się światło czerwone – następuje drobiazgowa kontrola, zielone – można przejść. Wciskam. Zielone! Wielka ulga mając na uwadze widok rozbebeszonych walizek i dokładnej analizy każdego posiadanego przez nieszczęśników przedmiotu!


Lotnisko nie robi na nas dobrego wrażenia, zwłaszcza oznakowanie jest fatalne, ale szybko odkrywamy jego bardzo silne strony. Szybki spacer w poszukiwaniu dobrego kursu walut i wielkie zdziwienie: tutaj można uzyskać najmniejszy spread z jakim się kiedykolwiek zetknąłem! Ale uwaga: kursy różnią się znacząco między budkami. Drugie, choć mniej ważne odkrycie: ceny kawy, napojów czy przekąsek w sklepikach spożywczych na terenie lotniska są równie przyjazne! Idziemy wzdłuż głównej hali lotniska, do wejścia nr 1 i dalej na zewnątrz w tym samym kierunku dochodzimy do stacji metra (warto zapamiętać, bo droga nie jest oznakowana). Jesteśmy solidnie zmęczeni, do tego naczytaliśmy się o niebezpieczeństwach związanych z podróżami metrem w Mexico City. Wchodzimy więc na stację i rzedną nam miny: jest ponuro! A także: dziwnie (brak reklam wszechobecnych w innych sieciach metra), przestarzale (nie ma automatów biletowych , a ruchome schody są rzadkością). Przejazd jest za to bardzo tani (tylko 5 peso za bilet umożliwiający dowolną liczbę przesiadek). Utwierdzamy się też w naszym przekonaniu o konieczności zachowania ostrożności: na peronach są zamontowane specjalne przyciski do przywoływania policji, a do pierwszych wagonów wstęp mają tylko kobiety i dzieci do lat 12. W wagonikach też jest inna atmosfera niż w typowym metrze. Zamiast widoku podróżnych wpatrujących się w ekrany smartfonów, tutaj ludzie przede wszystkim starają się nie rzucać w oczy. Z wyjątkiem sprzedawców, którzy pojawiają się i znikają w wagonikach wykrzykując i prezentując swoje towary. My oczywiście, w dodatku ze swoimi bagażami, odstajemy od tłumu, ale szczęśliwie docieramy do hotelu. Jest wieczór i czas na zasłużony odpoczynek, bo jutro czeka nas intensywne zwiedzanie miasta.


Acha, dla wyjaśnienia: podróżowaliśmy później sporo tym metrem i z czasem zrozumieliśmy, że trzeba być ostrożnym, ale nie jest wcale tak źle, jak wydawało nam się w ten pierwszy wieczór. Małe zdarzenie mające miejsce pewnego dnia:
Facet wpatruje się w nas intensywnie w wagoniku. Hmm, co jest grane, Poziom Ostrożności podniesiony! Po kilku chwilach nie wytrzymuje i zaczyna rozmowę:
Nieznajomy: jesteście z Rosji?
My: Nie, z Polski.
Nieznajomy: Ooo, to wspaniały kraj! Ma tylu wybitnych kompozytorów.
I zaczyna wymieniać: Chopin, Penderecki, Górecki i cała masa nazwisk o których nawet nie słyszeliśmy :)


Image
Wagony w metrze osadzone są na gumowych kołach poruszających się w metalowych korytkach, co nie jest częstym rozwiązaniem.



Image
Chłopak w niebieskiej koszulce wsiada do metra i nagle w całym wagonie rozbrzmiewa b. głośna muzyka. Ha, on wcale nie wybiera się na wycieczkę! Plecak skrywa wielki głośnik, a chłopak zajmuje się sprzedażą płyt.Dzień 3, sobota – centrum Mexico City


Oto cudowna formuła Jet Lag! Tylko dzięki niej obudzisz się przed 4:00 rano podczas swoich wakacji. :) Szczęśliwie zanim dajemy radę z mnóstwem porannych czynności jest już nieco bardziej sensowna godzina. Wybiegam do pobliskiego sklepiku Seven Eleven tuż za rogiem i … dygocę z zimna. Jest maksymalnie 10 stopni tego poranka! Hmm, no tak, przecież Mexico City leży na wysokości 2240 m n.p.m. :)

Ku naszej radości okolica obfituje w kramiki sprzedające meksykańskie specjały. Spodziewamy się, że efekt będzie podobny jak Tajlandii: albo będzie pysznie, albo będzie pysznie i wypali nam nawet fragmenty układu trawiennego, których istnienia nie byliśmy świadomi. Upewniamy się więc, że składniki tacos po klika peso nie są mega pikantne i zamawiamy. Hmm, jednak nie trafiamy najlepiej – można zjeść, ale tortille mają specyficzny posmak. Znacznie później, po zjedzeniu najróżniejszych rodzajów meksykańskiego jedzenia żona opracowuje teorię: niektóre placki prawdopodobnie produkowane są w oparciu o inny rodzaj mąki kukurydzianej. Internet zdaje się potwierdzać te przypuszczenia, chyba chodzi o mąkę zwaną „masa harina”. Mimo, że smak ma sporo zwolenników, my potrzebowaliśmy sporo czasu, żeby się przyzwyczaić. :)


Image
To stoisko akurat miało niezłe rzeczy. Wiadomo: Fried food = good food :D

Naszą eksplorację Mexico City zaczęliśmy od Palacio Postal (wstęp darmowy) czyli poczty głównej, zwyczajnie dlatego, że tylko to było wcześnie rano czynne. :)

Image

Image
Palacio Postal – czyli raczej Pałac Pocztowy niż Poczta Pałacowa.


Kolejnym punktem programu była katedra. Jest niesamowicie pochyła, jak wiele innych budynków w stolicy. Wynika to z faktu, że Mexico City zbudowane jest na dnie dawnego jeziora. Wszystko więc zapada się w glinie.

Image


Image
Różnice położenia narzędzia zwanego pionem pokazują jak bardzo zmienia się pochylenie katedry

Niedaleko katedry znajdują się ruiny dawnej świątyni Azteków - Templo Mayor. Niegdyś imponująca piramida, dziś to zaledwie pozostałości nie pozwalające wyobrazić sobie jej dawnego splendoru.

Image
Templo Mayor


Być w Mexico City i nie zobaczyć słynnych murali Diego Rivery? Niewiele brakowało! Okazuje się, że Secretaria de Educacion Publica, gdzie są podobno najpiękniejsze, jest zamknięta w weekend. Szczęśliwie jest jeszcze kilka miejsc, gdzie można je zobaczyć, np. w Palacio Nacional (wstęp wolny).


Image


Kolejne murale obejrzeliśmy w Palacio Bella Artes. Tutaj wstęp jest płatny (nie pamiętam dokładnie, chyba ok. 50 Peso) i kolejne prace Diego wydawały nam się podobne do tego co już zobaczyliśmy. Tym niemniej, warto zobaczyć budynek Palacio Bella Artes z zewnątrz!


Image
Palacio Bella Artes

Image
Churros – smakują trochę jak gofry w formie "patyków". W końcu coś dobrego do schrupania.

Image
Odstraszamy nawet nazwą. :)

Image
Największa kolejka była .. do perfumerii.


Kupujemy jeszcze bilety na dalekobieżne autobusy ADO na kolejne odcinki podróży. Uwaga: punkt sprzedaży przy placu Zocalo jest trudny do zlokalizowania. Najlepiej znaleźć McDonald’s w rogu placu i bardzo uważnie szukać niewielkiej plakietki „ADO” tuż obok. To wejście do pasażu, gdzie znajduje się poszukiwane stoisko.

Wieczorem trafiamy na lokalny targ, na którym między innymi są stragany z jedzeniem. Wybieramy fantastycznie wyglądające wafle na które nałożone są warzywa, sosy i mnóstwo innych dodatków. I znowu nie mamy szczęścia do jedzenia! Chicharrones, bo tak się to danie nazywa, ma na wierzchu coś jakby grube paski marynowanej słoniny i całość jest mocno taka sobie :)


Image
Zwodnicze Chicharrones@wintermute, tak, to tłumaczy ten smak! :lol: Dzięki za info. Heh, ciekawe jakie inne dziwne rzeczy udało nam się nieświadomie zjeść podczas naszych podróży. :DDzień 4, niedziela – podróż do Palenque

Zanim przejdziemy do wydarzeń mających miejsce w niedzielę, jeszcze napiszę o niespodziewanym miejscu, na które natknęliśmy się w sobotę. Kiedy wracaliśmy wieczorem z żołądkami wypełnionymi po brzegi czymś co @Wintermute zidentyfikował jako świńska skóra, naszym oczom ukazał się napis „Scientology Mexico”. Oczywiście ciekawość nie pozwoliła nam przejść obojętnie i zanim zostaliśmy przegonieni przez ochronę udało się cyknąć taką oto fotkę:

Image
Scentology Mexico, szybkie zdjęcie przez szybę

No ale mamy teraz niedzielę i jesteśmy znowu na lotnisku MEX udając się do Palenque (Interjet, nieco ponad 1000MXN/osoba, warto czatować na promocję). Czekamy pod gatem podekscytowani, bo przed nami przelot samolotem Suchoj Superjet 100. Dla osób „nie w temacie”: ten model to pierwszy samolot pasażerski wprowadzony do produkcji przez Rosjan po upadku Związku Radzieckiego. Oczekiwania odnośnie przyszłej sprzedaży były wielkie. Niestety! Samolot rozbił się podczas lotu demonstracyjnego w którym wzięli udział potencjalni klienci i media. No i tyle, bo zainteresowanie modelem, który zabija klientów było niewielkie. Aż tu okazuje się, że całkiem sporo ich lata w meksykańskiej linii Interjet. Co więcej, my mamy nim lecieć!
Kiedy przemierzamy lotnisko natykamy się na panią pilot. Żartuję do żony: „ to nasz kapitan”. Szczęki nam opadają kiedy pani zjawia się pod naszym gatem, dzierżąc w ręku kawę i sałatkę. A jednak! :)

Image
Nasz Suchoj Superjet 100 na lotnisku Palenque

Image
Wnętrze samolotu jest komfortowe i miłe dla oka, sam lot też przyjemny, nawet na tak krótkiej trasie otrzymujemy napój i chipsy.

Image
Pani Kapitan

Kapitan, który przedstawia się przez interkom jako Alejandra, po krótkim locie pewnie ląduje na lotnisku w dżungli. A cóż to za lotnisko! Poza naszym samolotem nie ma tam żadnego innego. W sumie to nic dziwnego, bo oprócz rejsów Interjet dwa razy w tygodniu chyba żadna inna linia tam nie lata. Port jest nowy i przyjemny, a pracowników jest więcej niż pasażerów naszego samolociku. :) Przed naszą wyprawą nie udało się znaleźć żadnego transportu z lotniska. Cóż, pomyśleliśmy, że będziemy się martwić na miejscu. Okazuje się, że nie ma żadnych autobusów rzecz jasna, ale działa oficjalna, lotniskowa firma taksówkarska. Stawki są stałe: 200 Peso kosztuje kurs do centrum Palenque, 250 Peso do strefy hotelowej. Nie jest więc tanio. Eh, za to jak byliśmy wyczekiwani! Jeszcze zanim doszliśmy do jednego, jedynego stoiska taksówkarskiego, a już panie taksówkarki uważnie nas obserwowały, uśmiechały się i kiwały zachęcająco. :) Jaką atrakcją jest klient, jeśli trafia się nie częściej niż dwa razy w tygodniu! :)

Docieramy do naszego hotelu w dżungli, wspaniale położonego wśród bujnej zieleni pomiędzy ruinami i miastem Palenque.

Image
Otoczeni przez naturę :D

Image
Gryzonie na terenie hotelu. Hmm, ciekawe czy je też kiedyś nieświadomie zjedliśmy?


Nie zostajemy na terenie hotelu długo, bo chcemy kupić bilety na autobus Aexa do San Cristobal na następny dzień. Łapiemy więc na drodze collectivo (czyli lokalny busik) i po paru minutach jesteśmy w centrum.

Rozmowa w kasie biletowej:
Ja: Tickets to San Cristobal, please. Tomorrow!
Pan z okienka: „Suspendido!”

Tak, w Meksyku niewielu ludzi mówi po angielsku, ale hiszpański okazuje się łatwy do zrozumienia jeśli zna się inne języki obce.

Tak czy owak, z przeprowadzonej z dużym wysiłkiem rozmowy wynika, że wszystkie autobusy do San Cristobal są odwołane. Nie udało nam się dojść do tego jaki jest powód. I co teraz? Czy zostaniemy w Palenque na zawsze, oddając się uprawie ekologicznych bananów? Dlaczego lokalna inicjatywa zawsze jest bardziej elastyczna od korporacji i czy słyszał ktoś o próbie łapania autobusu wycieczkowego „na stopa”? O tym wszystkim już w następnym odcinku relacji.@karolinao: Dziękujemy za pomoc na forum przy planowaniu podróży! Również dzięki Twojej podpowiedzi uwzględniliśmy kanion Sumidero i faktycznie było warto. :) A kolejny odcinek mam nadzieję już jutro uda się umieścić. Cieszę się, że się podoba!
Odnośnie hotelu: to Chan-Kah Resort Village. Nasza podróż była budżetowa, a ten hotel mocno odstawał cenowo. Jednak pomogły tutaj kody rabatowe MakeMyTrip opisywane w dziale: Promocje Hotelowe.
Tylko dzięki nim zdecydowaliśmy się na nocleg tam, bo akurat trafił się kod dzięki któremu cena obniżyła się o przynajmniej 50% w stosunku do tego, co było u innych pośredników. Choć nawet po obniżce był to nasz najdroższy nocleg w Meksyku.Dzien 5, poniedzialek – ruiny Palenque, podróz do San Cristobal de las Casas


Dzis w planach mamy zwiedzanie ruin swiatyni Palenque. Położone głęboko w dzungli wymagaja kilkukilometrowego dojazdu od naszego hotelu. W gre wchodzi busik collectivo, które aktualnie kosztuje 20 peso/osobe lub taksówka niewiele drozej. Mimo, ze jesteśmy tuż przed otwarciem o 8:00, spotykamy trzy autokary wycieczkowe, wszystkie z Polski. To w ogóle ciekawostka, bo obcokrajowców podrózujacych na wlasna reke nie spotkaliśmy w Meksyku tak wielu, ale wycieczki są obecne przy wszystkich wiekszych atrakcjach i przeważnie sa to Polacy. :) Ruiny przemierzamy troche sami, troche przyklejeni do polskiej wycieczki. I tutaj należą się pochwały dla biura Rainbow, bo przewodnik mówi bardzo ciekawie, do tego to fajny gosc, który udziela nam kilku wskazówek. Po tym jak niemalże zostajemy zaadoptowani przez wycieczke :) wpadam na pomysł. Moze maja nieco miejsca w autokarach i uda nam sie zabrać z nimi do San Cristobal? Przewodnik życzliwie podchodzi do sprawy, ale niestety jadą w innym kierunku. Cóz zrobić, spędzamy wspaniale czas szwendajac sie posród zatopionych w dżungli ruin, po czym ruszamy do hotelu.

Image

Image

Image


Wracamy do centrum, pelni nadziei, bo mamy plan awaryjny. Oprócz autobusów, do San Cristobal mozna dostać sie tez lokalnymi busikami, collectivo. Niezbedna jednak jest przesiadka w Ocosingo. Ku naszemu szczesciu w centrum słyszymy zachecające pokrzykiwania: „Ocosingo! Ocosingo!”. Okazuje sie, ze busiki ciagle kursują! Kupujemy bilety po 70 peso (każdy z dwóch odcinków jest osobno płatny) i gdy busik sie zapełnia rozpoczynamy nasza podróż.
Droga okazuje sie bardzo kreta, a stan nawierzchni taki, ze busik podskakuje nieustannie. Stad też od czasu do czasu przerwy na żądanie, gdy żołądki kolejnych osób nie wytrzymują trudów podrózy. Nic dziwnego też, że przejechanie 210 km do San Cristobal zajmuje przynajmniej sześć godzin. Najciekawsze jednak przed nami! Nagle busik zatrzymuje sie gdzieś posród dżungli i .. wszyscy wysiadaja w pospiechu. Okazuje sie, ze w poprzek jezdni leżą drzewa! Indianie zablokowali drogę! To też prawdopodobny powód dla którego autobusy nie jeżdżą. Co jednak z nami dalej? Nic - to dla lokalnej inicjatywy! :) Wystarczy przejść 100m przez blokadę i po drugiej stronie czeka kolejny busik. Nasz wraca do Palenque, a tym pojedziemy dalej do Ocosingo. W busiku poznajemy Jonathana, pochodzącego z rejonów granicznych z USA. Chlopak zajmuje sie ściąganiem sim-locków z telefonów, które w magiczny sposób przywedrowały ze Stanów i .. zna angielski. Tłumaczy nam, ze oprócz celów politycznych tego typu blokady to niezle źródlo zarobku. Gdy zbierze się odpowiednia ilość samochodów, to za sowitą oplatą blokada jest otwierana. W zamieszaniu zwi ązanym z przesiadką, gdy nie wiedzielismy co nas czeka, czy nie zostaniemy obrabowani, nie zwrócilismy uwagi, ze kierowca poprzedniego busika zwracał część kosztu biletu. Tak więc w nowym busiku musimy zapłacić frycowe, czyli ponownie za pozostałą cześć trasy. Biorąc pod uwagę okoliczności uznajemy to za i tak szczęśliwy obrót spraw. W Ocosingo czeka już kolejny busik do San Cristobal i przesiadka jest błyskawiczna i banalna.

Image

Image

W collectivo zmiescily sie nawet nasze bagaze

Wreszcie docieramy do celu, którym jest fantastyczny hostel Casa Gaia. Pokój dwuosobowy kosztuje 340 Peso, a w cenie zawarte jest proste, ale w zupelnosci wystarczajace sniadanie. Fenomenalna rzecza jest atmosfera która panuje w hostelu - prowadzacy to glownie dwudziestoletnie wolontariuszki z Holandii, które razem z równie mloda klientela szybko zaczynaja traktowac nas, czyli pare polskich dziwaków z dzieckiem, jak swoich. Wieczorne dzwieki spiewów przy gitarze i opowiesci mlodego wagabundy, który pracowal jako prezenter newsów na dlugo pozostana w pamieci. Dobranoc, jutro jedziemy zobaczyc indianskie wioski.


Image

Image

Hostal Casa Gaia – zdecydowanie polecamy!Dzień 6, wtorek – San Juan Chamula i Zinacantan


Kiedy poprzedniego dnia przyjechaliśmy do San Cristobal, to najpierw zarezerwowaliśmy wycieczkę do okolicznych wiosek indiańskich. Typowo wolimy podróżować na własną rękę, co więcej możliwe jest dotarcie lokalnym transportem do wiosek. Jednak nie ma między nimi bezpośredniego połączenia, no i jak wspomniał dzień wcześniej w collectivo Johnatan, bez przewodnika znacznie mniej można tam zobaczyć i zrozumieć. Okazało się, że ceny wycieczek były wszędzie takie same, tj. 250 Peso za osobę, a dziecko podróżuje za darmo.

Rano przyjeżdża po nas busik wypełniony już Meksykanami. A właściwie to głównie Meksykankami i okazuje się, że panie już były kilkukrotnie w Europie i .. odwiedziły nawet Polskę. Podróż od razu staje się przyjemniejsza, a Meksykanki rozwodzą się nad cudownym smakiem polskich kabanosów. :)

Przewodnik spisuje się całkiem nieźle, a przynajmniej potrafi przedstawić po angielsku najważniejsze fakty. W pierwszej miejscowości obserwujemy pokaz tkacki i mamy okazję skosztować świeżo przygotowanych tacos. Wszystko to przygotowane pod turystów, ale czemu nie przejść się po okolicy i zobaczyć coś autentycznego? Tak też robimy, podglądamy ludzi podczas codziennych zajęć jak np. pracy w tartaku. Trudno jednak robić zdjęcia, bo mieszkańcy bardzo tego nie lubią i można wpaść w niezłe kłopoty ( o czym za chwilę).


Image
Pokaz tkacki

Image
Mmm, znakomite tortille

Image
Domowy ołtarzyk

Image
Dzieciaki w kolorowych ubrankach. To nie na pokaz, tam ludzie faktycznie tak chodzą ubrani, i dzieci i dorośli.


Wskakujemy do busa i wkrótce jesteśmy w San Juan Chamula. Przewodnik jeszcze raz przypomina, że robienie zdjęć ludziom źle się skończy, w najlepszym przypadku odebraniem aparatu. Bierzemy sobie to do serca, bo z Indianami z plemienia Tzotzil naprawdę nie ma żartów. Dopiero co, czyli w lipcu, niezadowoleni z burmistrza zwyczajnie go zastrzelili, raniąc przy tym dwadzieścia osób. Idziemy na cmentarz, a także na lokalny targ, gdzie na naszych oczach dzieje się bardzo smutna rzecz: sprzedawca niesie fantastyczny tort, którego kawałki zamierza sprzedawać, nagle lokalny przechodzień potrąca go i cały tort ląduje na ziemi. :(


Odwiedzamy też, co najważniejsze, kościół. Dlaczego najważniejsze? Bo być może to jedno z najdziwniejszych miejsc sakralnych świata. Mianowicie Indianie nigdy nie porzucili swoich wierzeń, przyjęli z kolei mnóstwo elementów z katolicyzmu i tak powstał zupełnie nieprawdopodobny kościół w którym w blasku tysięcy świec, wśród figur katolickich świętych, na wyściełanej sosnowymi igłami podłodze odbywają się dziwaczne obrzędy. W ceremoniach wykorzystywane są żywe kurczaki i .. coca-cola (tak! Zgodnie z wierzeniami lokalnych mieszkańców bekając usuwa się z organizmu złe duchy). Podobno księża przyjeżdżają jedynie sporadycznie, wyłącznie po to, aby udzielić chrztów.

Image
Cmentarz pełen skromnych grobów, kolor krzyży symbolizuje wiek zmarłego. Biały to groby dziecięce, niebieski – młodzi ludzie, a czarny – starsi.

Image
okolice Chamula

Image
kościół

Image
Niestety w środku kościoła kategorycznie zakazane jest robienie zdjęć, nie ryzykowaliśmy więc. źródło zdjęcia: http://www.journeymexico.com@adler miło słyszeć, że podoba Ci się relacja. :) Odnośnie podróży do Meksyku: tutaj wiele zależy od Twojego doświadczenia podróżniczego. Nie polecałbym Meksyku jako pierwszego odległego kraju lub też osobom kiepsko znoszącym sytuacje stresowe. Wiele krajów Azji Południowo-Wschodniej jest łatwiejszych do podróżowania i jednak bezpieczniejszych od Meksyku. W dalszej części relacji pojawi się jeszcze trochę informacji o środkach bezpieczeństwa w kraju i ogólnie mniej stabilnej niż kiedyś sytuacji politycznej w tym kraju. Trzeba więc śledzić na bieżąco, co się tam dzieje. Oczywiście nie ma też co przesadzać, przy zachowaniu rozsądku wyprawa do Meksyku może być niezwykłą przygodą, to tak zróżnicowany i fascynujący kraj! Eh, pozostały niesamowite wspomnienia! Ale o tym więcej już wkrótce... :)@karolinao, wycieczki są dostępne zarówno w hostelach jak i na głównej ulicy mnóstwo jest biur podróży. Ceny są takie same w miejscach w których sprawdzaliśmy, wszelkie negocjacje cenowe idą ciężko (nam jedynie udało się załatwić, żeby Alex jechała na pierwszą wycieczkę za darmo, a na drugą za pół ceny) i są wyższe niż podawane jeszcze parę miesięcy temu. W Meksyku jest aktualnie duża inflacja, rozpoczęta drastycznymi podwyżkami cen benzyny i przekłada się to na ceny wszędzie.b]Dzień 7, środa – Kanion Sumidero[/b]

Dziś kolejny ekscytujący dzień przed nami, tym razem jedziemy do kanionu Sumidero. Znowu wybieramy zorganizowaną wycieczkę, nic innego zresztą chyba nie ma sensu, bo opłata wynosi 300 peso/osoba (Alex 50% zniżki) za cały pakiet czyli za dojazd, pływanie łodzią, wstęp do parku narodowego i .. mały bonus na koniec. Stosunek jakości do ceny całkiem niezły! Ale zacznijmy od początku.
Po około godzinnej jeździe docieramy do przystani. Trochę niepokoimy się, czy Alex będzie mogła wsiąść do łodzi, ale szczęśliwie okazuje się, że kamizelki ratunkowe są również w rozmiarach dziecięcych. Wskakujemy do dużej motorówki i w drogę! Eh, przed nami absolutnie niesamowite widoki. Przepływamy między majestatycznymi skałami, będącymi świadkami dramatów sprzed lat: zdesperowani Indianie, latami bronili się przed konkwistadorami w fortecach ulokowanych w górnych partiach kanionu. Ostatecznie zrozpaczeni popełnili samobójstwo rzucając się ze skał.
Z zapartym tchem przepływamy kanionem i docieramy do najwyższej tamy w Ameryce. To część potężnej elektrowni wodnej. Tama, tamą, ale właśnie do naszej łódki cumuje inna! To tylko pływająca knajpka. Kto ma ochotę zamawia zimne piwko „w tak pięknych okolicznościach przyrody... i niepowtarzalnych... „ :) Wracamy tą samą drogą i nagle następuje gwałtowne ożywienie na łodzi. Oto, to co na tak czekaliśmy! Natrafiamy na piękne okazy krokodyli. Niektóre pływają tak, że widać tylko nos, ale trzy wylegują się leniwie na brzegu!

Image

Image

Image

Image
Kapliczka, do której każdego roku, 12 grudnia przypływają łodziami rzesze wiernych

Image
Forfiter, szwagier! :)

Image
Zaopatrzenie na łódkach

Image
W pewnym momencie dopływamy do zadziwiającego miejsca, gdzie skały porośnięte są mchem w kształcie choinki.

Dwie godziny przejażdżki łodzią mijają błyskawicznie i mielibyśmy ochotę popłynąć jeszcze raz! Wracamy jednak do busika i jedziemy do Chiapa de Corzo. Miasteczko sprawia wrażenie, jakby nieustannie odbywał się tutaj festyn - przed nami barwne korowody, kramiki z pysznym jedzeniem i wesołe miasteczko.

Image
Chiapa de Corzo

Resztę dnia spędzamy w San Cristobal, można godzinami włóczyć się uliczkami tego miasta, to miejsce ma swój unikalny urok. Żal wyjeżdżać, ale zbliża się wieczór i musimy się udać na autobus..


Image

Image


Dodaj Komentarz

Komentarze (12)

agnieszka-s11 9 lutego 2017 15:50 Odpowiedz
wintermute 10 lutego 2017 08:20 Odpowiedz
Jeśli się nie mylę to chicharron to jest świńska skóra więc miało prawo nie smakować komuś kto nie jada takich specjałów :-)
amphi 10 lutego 2017 14:34 Odpowiedz
@wintermute, tak, to tłumaczy ten smak! :lol: Dzięki za info. Heh, ciekawe jakie inne dziwne rzeczy udało nam się nieświadomie zjeść podczas naszych podróży. :D
karolinao 14 lutego 2017 10:05 Odpowiedz
Super relacja i fantastyczne zdjęcia :) Zdradzisz w jakim hotelu spaliście w Palenque?Czekam na więcej :D
amphi 14 lutego 2017 21:17 Odpowiedz
@karolinao: przede wszystkim Tobie należą się podziękowania za pomoc przy planowaniu podróży! Również dzięki Twojej podpowiedzi uwzględniliśmy kanion Sumidero i faktycznie było warto. :) A kolejny odcinek mam nadzieję już jutro uda się umieścić.
karolinao 15 lutego 2017 16:02 Odpowiedz
Cieszę się bardzo, że Kanion Wam się podobał, ale poczekam na relację z tego dnia :)Ciekawa podróż z do San Cristobal :D Dzięki za namiary na hotel, zapamiętam :)
adler 18 lutego 2017 13:55 Odpowiedz
Ale super relacja! Czekam na więcej! Ostatnio myślałam o Meksyku na własną rękę, ale "wszystkowiedzący" szwagier :roll: dał mi wykład o tym jak tam jest niebezpiecznie i w ogóle, i trochę odpuściłam. Jednak sądząc po waszej relacji da się i to z małym dzieckiem! Muszę na nowo rozważyć ten kierunek, dzięki!
amphi 19 lutego 2017 20:17 Odpowiedz
@adler miło słyszeć, że podoba Ci się relacja. :) Odnośnie podróży do Meksyku: tutaj wiele zależy od Twojego doświadczenia podróżniczego. Nie polecałbym Meksyku jako pierwszego odległego kraju lub też osobom kiepsko znoszącym sytuacje stresowe. Wiele krajów Azji Południowo-Wschodniej jest łatwiejszych do podróżowania i jednak bezpieczniejszych od Meksyku. W dalszej części relacji pojawi się jeszcze trochę informacji o środkach bezpieczeństwa w kraju i ogólnie mniej stabilnej niż kiedyś sytuacji politycznej w tym kraju. Trzeba więc śledzić na bieżąco, co się tam dzieje. Oczywiście nie ma też co przesadzać, przy zachowaniu rozsądku wyprawa do Meksyku może być niezwykłą przygodą, to tak zróżnicowany i fascynujący kraj! Eh, pozostały niesamowite wspomnienia! Ale o tym więcej już wkrótce... :)
adler 19 lutego 2017 22:01 Odpowiedz
Póki co doświadczenie w podróżach po Europie :D , a Azja z pewnych przyczyn na razie nie wchodzi w grę. Tak jak pisałam kierunek do rozważenia, nic na siłę ;) może Jukatan byłby lepszym rozwiązaniem, chyba bezpieczniejszy. Z niecierpliwością czekam na resztę relacji :)
karolinao 20 lutego 2017 09:29 Odpowiedz
Myślę, że przy zachowaniu zdrowego rozsądku i podstawowych środków bezpieczeństwa spokojnie można samemu podróżować w każde miejsce świata :)Wycieczki do wiosek zamawialiście w lokalnym biurze?
amphi 20 lutego 2017 10:18 Odpowiedz
@karolinao, wycieczki są dostępne zarówno w hostelach jak i na głównej ulicy mnóstwo jest biur podróży. Ceny są takie same w miejscach w których sprawdzaliśmy, wszelkie negocjacje cenowe idą ciężko (nam jedynie udało się załatwić, żeby Alex jechała na pierwszą wycieczkę za darmo, a na drugą za pół ceny) i są wyższe niż podawane jeszcze parę miesięcy temu. W Meksyku jest aktualnie duża inflacja, rozpoczęta drastycznymi podwyżkami cen benzyny i przekłada się to na ceny wszędzie. Jeszcze może wyjaśnię o co chodzi z tym bezpieczeństwem: w Meksyku trzeba było uważać, ale nie było wcale tak źle (wyjątkiem może było Mexico City, w którym, zwłaszcza po zmroku robi się mocno dziwnie). Były jednak rzeczy, o których wspomnieliśmy i inne o których dopiero napiszę, że znajomi, po wysłuchaniu naszych opowieści trochę dziwnie na nas patrzyli (w sensie, że dla nich było to zbyt wiele). Znaczy, nie wszystko jest dobre dla każdego i trzeba dokładnie ocenić własne siły. Nie jest to kraj, aż tak lekki do podróży jak np. Tajlandia. Czytając czyjś post ciężko czasami ocenić, czy dana osoba to zahartowany i odporny na przeciwności podróżnik (nawet jeśli tylko po Europie lub wręcz Polsce, pewnie to już kwalifikacje wystarczające na Meksyk), czy napalony miłośnik all inclusive, który przy dwugodzinnym opóźnieniu samolotu powiadamia o dramacie wszyskie stacje telewizyjne ("zostaliśmy odcięci od kontaktu z naszym rezydentem!") :) Ja nie pojechałbym do każdego kraju. Są kraje skrajnie niebezpieczne i takich unikam. Meksyk się do nich nie zalicza. Co mam na myśli? Oto wideo z Wenezueli, kraju aktualnie w stanie chaosu, gdzie podróżny ledwo zdążył wyjść z lotniska, a już nie żył:https://www.youtube.com/watch?v=i9snrWvq1CA
karolinao 21 lutego 2017 09:53 Odpowiedz
Wiedziałam, że Kanion Sumidero to świetny wybór :D Piękne zdjęcia! :)