0
TikTak 9 kwietnia 2017 16:33
Do Australii wybraliśmy się we trójkę - z dzieckiem.
Wybraliśmy się wtedy, kiedy mogliśmy się wybrać - czyli na wakacjach.
Dziecko miało maturę za pasem i dodatkowy urlop od szkoły był nie do pomyślenia.

Żeby przechytrzyć obowiązującą na antypodach zimę w lipcu,
pojechaliśmy kamperem oglądać Terytorium Północne.

Wiadomo.

Skoro tutaj wszystko jest na odwrót, to z północą też tak musi być.
U nas, jak się mówi o północy Europy, to od razu do głowy przychodzi zimno i lód.
W Australii natomiast, im bardziej na północ, tym bliżej równika - i w Darwin robi się
już niemal tropikalnie.

Oprócz pustyni, termitów, dżungli i nietoperzy chcieliśmy jednak koniecznie zobaczyć
też i bardziej cywilizowaną część kontynentu.
Resztę czasu, po części przyrodniczo-krajoznawczej, postanowiliśmy zatem spędzić
w miastach.

Trochę martwiliśmy się, czy pogoda, w związku z zimą - nie będzie wredna a oglądanie
ulic przez to - nieciekawe.

Dziesięć dni, jakie pozostały do dyspozycji rozdysponowaliśmy pomiędzy:
* Brisbane, bo jest trochę bardziej na północ, więc powinno być cieplej,
* Sydney, bo to Sydney,
* Adelaidę, bo do Adelaidy mieliśmy bilety z Europy.

Włóczęga po miastach okazała się całkiem ciekawa a pogoda - łaskawa.
Gdyby zatem ktoś miał podobne wątpliwości i zastanawiał się, czy warto w lipcu pchać się
na wschodnie i południowe wybrzeże, to uważam, że: WARTO.

Chciałbym uprzedzić, że czytanie dalszego ciągu tej relacji - nie ma sensu i szkoda na to czasu.

Dołączone zdjęcia są takie same, jak w innych relacjach z Brisbane, Sydney i Adelaidy,
miejsca i opisy - też identyczne.
Załączam je jedynie dla porządku, żeby jakoś uzasadnić, to, co wyżej napisałem.

-- 09 Kwi 2017 17:00 --

Z lotniska do centrum Brisbane wcale blisko nie jest, w związku z tym dojazd też do tanich nie należy.
Skorzystaliśmy z pociągu: Airshuttle odjeżdża co pół godziny, mniej więcej, i jest niepodatny na korki.

Bilety można kupić przez internet na stronie: http://www.airshuttle.com.au, wtedy jest o kilkanaście procent taniej,
droga z lotniska i na powrót kosztuje po przeliczeniu ok. 90 PLN.

Na apartament z aneksem kuchennym, praktycznie w samym centrum miasta, trzeba wydać 400 PLN.
Przez booking.com trafiliśmy do Hub Apartaments:

Image

Z lotniska przed apartamentowiec dotarliśmy w niedzielę, bladym świtem.
I od razu było ciekawie...Ostatnio zrobiły się u nas modne "pokoje zagadek": wchodzisz i musisz rozwikłać jakiś problem, np.
jak odnaleźć klucz i wydostać się na zewnątrz.
Nie miałem okazji spróbować zabawy, ale podobno - jest fajnie.

Australijczycy są w tej sprawie daleko, daleko przed nami i robią już całe "wieżowce zagadek".
Taką dodatkową atrakcję zapewniał właśnie Hub Apartaments, ale, jak sprawdziliśmy, wiele innych, podobnych
przybytków funkcjonuje podobnie.

W Australii koszty pracy są wysokie, związki zawodowe - mocne i prawa pracowników szanowane z najwyższym
pietyzmem.
W związku z tym recepcja w takim budynku wcale nie musi być czynna - bo jest za wcześnie albo za późno,
bo akurat trwa przerwa na lunch i tak dalej.
Jeżeli mamy pecha i przyjechaliśmy w sobotę albo niedzielę - nie jest ona czynna ani trochę
i co najwyżej możemy pocałować klamkę.

No właśnie - klamkę, ale jak widać na zdjęciu, obok przeszklonych drzwi nie było nawet i klamki.
Już, już mieliśmy pogrążyć się w rozpaczy...

Metr od wejścia, pod krzywo przyklejoną karteczką, ukryto srebrny guziczek z wygrawerowaną
pokusą: "PRESS...".

Uległem i nacisnąłem ...

Coś zaczęło buczeć, trzeszczeć a przez dziwne dźwięki przebijały jakieś słowa.
Po chwili dało się wśród nich wyłowić powtarzającą się sekwencję:
"seven-eight-three-o-o-two-seven-nine-o-o-o, seven-eight-three-o-o-two-seven-nine-o-o-o,
seven-eight-three-o-o-two-seven-nine-o-o-o..."

Numer wystukałem w komórce.
Uff... Po kilku sygnałach po drugiej stronie ktoś się odezwał.
Wyjaśniłem, o co mi chodzi - okazało się, że przechodzę do drugiego etapu !!!

Na ukrytej w innym miejscu klawiaturze numerycznej wystarczyło wystukać tajny kod, który
przez telefon podał mi GŁOS - i:
DRZWI BUDYNKU STANĘŁY OTWOREM !!!

W etapie drugim należało w zakamarkach korytarza odnaleźć skrytkę, koniecznie z numerem "435".
Potem, pokrętłem na drzwiczkach skrytki, takim jak w sejfach, ustawić inny tajny kod, który w trakcie
kolejnego połączenia telefonicznego podał GŁOS.
Niestety...
Drzwiczki nie drgnęły ani o milimetr.
Po kilku nieudanych próbach i powtórzeniach kodu przez telefon, GŁOS zdenerwował się i odłożył
słuchawkę.

To był jednak nasz dzień i nic nie było w stanie nas zatrzymać!!!

W innym zakamarku innego korytarzyka odnalazłem inną skrytkę z numerem "435".
Tym razem kod pasował!
W środku była koperta z nowym, tajnym kodem i kompletem kluczy.

Etap trzeci to już była zupełna pestka - kod posłużył do odblokowania drzwi do korytarzyka wiodącego
w stronę windy a klucz oczywiście - do pokoju.

Trzypokojowy apartament okazał się lepszy niż mogliśmy się spodziewać.

Image

Image

Byliśmy zatem bardzo zadowoleni.
Podobnie zresztą jak operatorzy telefonii komórkowej pobierający opłaty za połączenia
Australia-Polska-Australia. :roll:Brisbane, dzień 1
================

Miasto jest na tyle ładne, że wydaje mi się, warto poświęcić dzień, żeby odpuścić jakieś specjalne
atrakcje i poprzyglądać się zwykłym ulicom.

Trochę czasu, przed wyjazdem, zajęło nam ustalenie gdzie- i w którą stronę pójść.
Zaplanowana trasa nie okazała się niewypałem.

Image

Plan trzeba traktować jako drogę "mniej więcej", na pewno warto zrobić odstępstwa, chociażby po to, żeby
przepłynąć się po rzece:
Oprócz szybkich katamaranów "City Cat", za które trzeba płacić, po rzece kursuje darmowy stateczek.
Stateczek ów płynie zygzakiem, od jednego do drugiego brzegu, wsiadać i wysiadać można kiedy tylko się
chce (do wody - nie!), więc oglądanie miasta można sobie w ten sposób całkiem dobrze urozmaicić.

Zwiedzanie zaczęliśmy od szukania kościoła - była niedziela a w niedzielę chodzimy.
Ale nawet jeżeli ktoś sam religijnie specjalnie zaangażowany nie jest - warto na ten aspekt w australijskim mieście
rzucić okiem.
Okazało się, że chyba nigdzie, jak w tym wypadku - widać, że kraj został stworzony przez ludzi ze wszystkich
zakamarków świata.

Jeżeli jest niedziela i chcemy zapytać o drogę do kościoła, to najlepiej wypatrzyć starsze, odświętnie ubrane panie -
one na pewno właśnie tam idą albo stamtąd wracają.
Zaczepione panie były bardzo miłe i uczynne.
- A do kościoła? O, to blisko, trzeba prosto, prosto, potem w prawo, tam widać wieżę...
Tak trafiliśmy do katedry anglikańskiej.
Inne starsze panie też wykazały się entuzjazmem w pokazywaniu drogi do kościoła - tym razem
był to zbór luterański.

Zaczepialiśmy potem jeszcze całe mnóstwo ludzi, zwracając uwagę, żeby byli odświętnie ubrani i nie nieśli
kijów golfowych albo innych akcesoriów wskazujących na zamiar pozareligijnego spędzenia niedzielnego przedpołudnia.

Zanim dotarliśmy do katolickiej Katedry Sw. Stefana przy Elizabeth St, odwiedziliśmy wspomnianą anglikańską: St Johns
przy Ann St., zbory - luterański i kalwiński, kościół Zielonoświątkowców, Adwentystów dnia siódmego, świątynię Scjentologów,
Świadków Jehowy i sekty Falun Gong.
Nawet Masoni postawili tu swój przybytek i korzystając z wolnego od pracy dnia - postanowili się spotkać.

W katedrze akurat była młodzież wybierająca się na SDM w Krakowie.
Biskup wygłosił kazanie, całkiem sympatycznie przedstawiając nasz kraj.

Image

Image

Na koniec młodzież otrzymała też szereg wskazówek praktycznych dotyczących planowanej podróży.
Wynikało z nich, że przez najbliższy tydzień będzie ona zmuszona jeść pierogi:
Miejscowa ludność w Polsce odżywia się pierogami, po spożyciu których lubi sobie pośpiewać
"Szła dzieweczka do laseczka".
Na szczęście pierogi są całkiem smaczne a "Szła dzieweczka .." można się szybko nauczyć.
Potem jeszcze ćwiczyli "dzień dobry", "dziekuję" i takie tam.

W katedrze jest ciekawy krucyfiks, trochę w stylu hiszpańskim, ale bardziej niecodzienny:

Image

=============

Wędrówkę zaczęliśmy od mostu.
Sydney ma "Harbour Bridge" a Brisbane - "Story Bridge".
Łączy je ze sobą ładny widok na miasto i wodę:

Image

Image

oraz to, że jak magnes przyciągają różnych nieszczęśników i rozbitków życiowych, stąd co kawałek takie tabliczki:

Image

Bulwary nadrzeczne zostały tak wymyślone, żeby dostarczyć Brisbaneńczykom i Brisbaneńczyczkom miejsca do wypoczynku.
Dlatego chodzi się tu przyjemnie, są atrakcje typu wesołe miasteczko, ogród botaniczny, kąpielisko a cały czas
do towarzystwa mamy widoki na miasto.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image


Korzystając z opisanej wcześniej możliwości zygzakowania warto, zanim będzie ciemno, pokręcić się
w samym centrum.
Szczególnie okolice Placu ANZAC i Pocztowego wydają się ciekawe.

Image

Image

Jeżeli ktoś lubi klimaty takie jak np. Rambla w Barcelonie to niemal identycznie prezentuje się tutaj Queen St.Brisbane, dzień 2.
================

Brisbane bynajmniej nad morzem nie leży a w końcu nad jakieś morze chcieliśmy trafić.
W końcu być w Australii i morza nie widzieć?!
Wcześniejsza okazja w Darwin została zmarnowana.

Image

W wyżej wymienionym celu należy wybrać się pociągiem do Cleveland.

Podróż z Central Station trwa niecałą godzinę, bilet kosztuje, po przeliczeniu, 25 PLN w jedną stronę.
Po opuszczeniu stacji biletu nie wolno wyrzucać.
Zaraz obok dworca zatrzymuje się autobus, który dowiezie nas bez dodatkowych opłat do przystani promowej.
Trzeba tylko ten bilet pokazać.

Niestety, wydatki komunikacyjne na tym się nie kończą, trzeba wydać 10AUD (30PLN) na prom do Dunwich.

Image

Tym razem cena w obie strony.

A gdy po 45 min. wysiądziemy na brzeg, znowu na nas zarobi, tym razem - kierowca autobusu.

Image

Na tym jednak bolesna część wycieczki się kończy a zaczyna bardzo ciekawy i malowniczy szlak,
od Point Lookout, wzdłuż wybrzeża, w kierunku Amity Point.

Image

W nagrodę dostaniemy nie tylko krajobrazy ale będziemy mogli napatrzeć się na zwierzaki australijskie
w ich naturalnym środowisku.
Wbrew temu, czego można by się spodziewać po rozlicznych relacjach, wcale nam to łatwo nie przychodziło.
Kiedy na którymś z kempingów w Terytorium Północnym przykicało do nas wildlife - nie posiadaliśmy się
z radości.
A tutaj - wildlife wyglądało co chwilę zza krzaków.

Image

Image

Jeżeli wierzyć drogowskazom, na drzewach też powinny pokazać się koale.
Znajomi mówili nam, że lubią przesiadywać na eukaliptusach raczej wyżej niż niżej, więc praktycznie to zobaczymy tylko szarą kuleczkę.

Image

Niestety, nawet to nie było nam dane, koale pochowały się, a w lesie eukalipusowym zamiast sympatycznego
torbacza można natknąć się na wildlife sycząco-dusząco-gryząco-jadowite:

Image

więc specjalnie jakoś nie mieliśmy śmiałości do bardziej zawziętych poszukiwań koali.

Spotkaliśmy za to WIELORYBY.
Wielorybów było pełno - co chwilę jakiś wystawiał ogon albo grzbiet.
A jeżeli już nie miał ochoty, żeby mu się za dużo przyglądać, to przynajmniej wypuszczał w górę
fontannę wody.

Image

O tej porze roku humbaki przepływają obok Stradbroke wędrując na północ, w związku z planami powiększenia
rodziny.
Jest ich tak dużo, że wzdłuż szlaku są powyznaczane i opisane punkty obserwacyjne dające niemal pewność
wypatrzenia wieloryba albo nawet i kilku wielorybów.

Image

Image

Image

Szlak wzdłuż brzegu, w okolicach Gorge Walk jest bardzo ucywilizowany i uporządkowany:

Image

Image

Image

Image

Później dochodzimy do Plaży Francuza.
O tej porze roku - nie ma praktycznie żywego ducha, huczy morze, wicher wieje - słowem jest przepięknie!

Image

Jeszcze bardziej urokliwa jest piaszczysto-skalista Plaża Umarlaka.

Image

Zastanawialiśmy się skąd ta nazwa.
Żeby wydostać się do drogi - należy wygramolić się przez bardzo wysokie wydmy.
Są strome, piasek sypki, zabawa - super, ale ducha też można przy tym wyzionąć.

W zimie wokół domków na wyspie - wielkiego ruchu nie widać.

Image

Choć autobus zabierający turystów na przystankach wzdłuż wybrzeża wcale pusty nie jechał...

Dodaj Komentarz

Komentarze (1)

tiktak 9 kwietnia 2017 22:41 Odpowiedz
Ostatnio zrobiły się u nas modne "pokoje zagadek": wchodzisz i musisz rozwikłać jakiś problem, np.jak odnaleźć klucz i wydostać się na zewnątrz.Nie miałem okazji spróbować zabawy, ale podobno - jest fajnie.Australijczycy są w tej sprawie daleko, daleko przed nami i robią już całe "wieżowce zagadek".Taką dodatkową atrakcję zapewniał właśnie Hub Apartaments, ale, jak sprawdziliśmy, wiele innych, podobnychprzybytków funkcjonuje podobnie.W Australii koszty pracy są wysokie, związki zawodowe - mocne i prawa pracowników szanowane z najwyższympietyzmem.W związku z tym recepcja w takim budynku wcale nie musi być czynna - bo jest za wcześnie albo za późno,bo akurat trwa przerwa na lunch i tak dalej.Jeżeli mamy pecha i przyjechaliśmy w sobotę albo niedzielę - nie jest ona czynna ani trochęi co najwyżej możemy pocałować klamkę.No właśnie - klamkę, ale jak widać na zdjęciu, obok przeszklonych drzwi nie było nawet i klamki.Już, już mieliśmy pogrążyć się w rozpaczy...Metr od wejścia, pod krzywo przyklejoną karteczką, ukryto srebrny guziczek z wygrawerowanąpokusą: "PRESS...".Uległem i nacisnąłem ...Coś zaczęło buczeć, trzeszczeć a przez dziwne dźwięki przebijały jakieś słowa.Po chwili dało się wśród nich wyłowić powtarzającą się sekwencję:"seven-eight-three-o-o-two-seven-nine-o-o-o, seven-eight-three-o-o-two-seven-nine-o-o-o,seven-eight-three-o-o-two-seven-nine-o-o-o..."Numer wystukałem w komórce.Uff... Po kilku sygnałach po drugiej stronie ktoś się odezwał.Wyjaśniłem, o co mi chodzi - okazało się, że przechodzę do drugiego etapu !!!Na ukrytej w innym miejscu klawiaturze numerycznej wystarczyło wystukać tajny kod, któryprzez telefon podał mi GŁOS - i:DRZWI BUDYNKU STANĘŁY OTWOREM !!!W etapie drugim należało w zakamarkach korytarza odnaleźć skrytkę, koniecznie z numerem "435".Potem, pokrętłem na drzwiczkach skrytki, takim jak w sejfach, ustawić inny tajny kod, który w trakciekolejnego połączenia telefonicznego podał GŁOS.Niestety...Drzwiczki nie drgnęły ani o milimetr.Po kilku nieudanych próbach i powtórzeniach kodu przez telefon, GŁOS zdenerwował się i odłożyłsłuchawkę.To był jednak nasz dzień i nic nie było w stanie nas zatrzymać!!!W innym zakamarku innego korytarzyka odnalazłem inną skrytkę z numerem "435".Tym razem kod pasował!W środku była koperta z nowym, tajnym kodem i kompletem kluczy.Etap trzeci to już była zupełna pestka - kod posłużył do odblokowania drzwi do korytarzyka wiodącegow stronę windy a klucz oczywiście - do pokoju.