+3
Nätti_Nati 5 grudnia 2014 13:06


Poniższą relację oraz zdjęcia znajdziecie także na moim blogu http://wswoimzywiole.blog.pl/.

Jedna z moich obserwacji wykonanych niedługo po tym, jak moja stopa po raz pierwszy stanęła na indyjskiej ziemi, dotyczyła właśnie owej stopy, a dokładniej tego, że wylądowała w krowim łajnie – nie jest to może najbardziej zachęcający wstęp do mojej opowieści, ani tym bardziej romantyczny początek podróży poślubnej; jest to natomiast adekwatne wprowadzenie do tematu Indii.

Zanim przejdę jednak do snucia mojej podróżniczej opowiastki, chciałabym poruszyć kilka spraw organizacyjnych. Poniżej widzicie mapkę przedstawiającą stan Goa z zaznaczonymi (tak z grubsza) miejscami, które odwiedziliśmy (na czerwono te, w których nocowaliśmy).



Zaczęliśmy od końca południowego i przemieszczaliśmy się powoli na północ z krótką przerwą na Hampi – miejscowość w stanie Karnataka położoną 300 kilometrów na wschód od Goa (zatem na obrazku się nie załapała). Temat jest dość obszerny, więc postanowiłam go podzielić na trzy części:
1) Goa południowe (czyli to, co właśnie czytacie);
2) Hampi;
3) Goa środkowe i północne.
Dwa kolejne „odcinki” pojawią się w najbliższej przyszłości. Dla Was, którzy do Goa się wybieracie, na końcu każdego wpisu zamieściłam kilka dodatkowych informacji i przydatnych porad praktycznych (poza tymi, który znajdziecie w tekście).

Wracając do mojego pierwszego w życiu kontaktu z Indiami (czyli miasta Chennai położonego na wschodzie Indii, do którego przylecieliśmy z Frankfurtu zatłoczonym, pełnym wrzeszczących dzieciaków Boeingiem 747), to powiem Wam, że krowie ekskrementy pod nogami są najmniejszym problem człowieka, który znalazł się w otchłani chaosu. Tuż za drzwiami lotniska natknęliśmy się na tabuny krzyczących Hindusów (Taxi, my friend?) i jakąś chorą kotłowaninę trąbiących samochodów. Gdy w końcu odnalazła nas nasza taksówka i minęliśmy bramy lotniska, ze zdumieniem odnotowałam, że sprawy wcale nie mają się ku lepszemu, wręcz przeciwnie – przedzieraliśmy się przez góry śmieci, stada psów, krów, jednocześnie walcząc (!) z innymi uczestnikami ruchu. Wszystko to odbywało się w chmurach pyłu i jakichś śmierdzących oparach. Taksówka powoli zagłębiała się w coraz ciemniejsze zakamarki miasta (godzina była dość późna), na ulicy i poboczach, poza śmieciami, psami i krowami, od czasu do czasu leżeli także Hindusi, a ja, wyczerpana po podróży, gapiłam się bezmyślnie przez otwarte okno (odbierane bodźce skutkowały bowiem raczej emocjami, niż jakimikolwiek sensownymi przemyśleniami), pozwalając się pochłaniać przytłaczającej aurze indyjskiego miasta. Indie to państwo będące pod każdym względem przeciwieństwem Finlandii (gdzie mieszkam); to gorący i słoneczny, ale bardzo zanieczyszczony kraj głośnych ludzi, w którym każda potrawa zamówiona w restauracji jest dobra (i zazwyczaj bardzo ostra); to miejsce, w którym prawa ruchu drogowego są raczej niezobowiązującymi wskazówkami, a każdy napotkany człowiek ma ci coś do powiedzenia (najczęściej chce pieniędzy, ale czasem też zwyczajnie pogadać, albo udzielić jakiejś rady). W Indiach (a przynajmniej w Goa) Hindusi bez skrępowania wytrzeszczają oczy gapiąc się na białe kobiety (szczególnie, gdy są w strojach kąpielowych), ale w rozmowie zazwyczaj kompletnie je ignorują – dokądkolwiek z Bartkiem się nie wybraliśmy, Hindusi prawie zawsze zwracali się wyłącznie do niego; nawet przewodnik oprowadzający nas po plantacji przypraw spytał się tylko Bartka o imię, a potem, mimo że byliśmy cały czas w trójkę, słyszałam: this is a cardamon plant, Bartek. And this, Bartek, is vanilla… Mieszkańcy Indii nie widzą nic złego w wyrzucaniu śmieci przez okna pociągu czy po prostu pod swoje nogi, gdziekolwiek się nie znajdą (na ich obronę dodam, że znalezienie śmietnika w tym kraju graniczy z cudem, nawet w pokoju hotelowym!). Indie to także kraj, w którym, ogólnie rzecz biorąc, należy się mieć na baczności. Na drogach, jak już wspomniałam, panuje totalne bezhołowie, trzeba uważać na wszystko – ludzi, krowy (nierzadko wylegujące się na środku jezdni), przemykające psy, Hindusów na rowerach, ogromne dziury, świnie, śmieci, przeróżne pojazdy wymuszające pierwszeństwo, wyprzedzające na piątego i tak dalej. Niczego nie można być pewnym, nikomu nie można ufać (nawet zasada ruchu lewostronnego jest często łamana). Co gorsze, w większych miejscowościach w okolicach dróg unoszą się zazwyczaj tumany pyłu, widoczność jest bardzo słaba, a ludzie pracujący koło drogi mają pewnie przekroczone wszystkie możliwe normy zapylenia po jednej godzinie pracy, o ośmiu nie wspominając; a przecież taki sprzedawca przy drodze pracuje pewnie z piętnaście godzin dziennie. W Indiach trzeba także uważać, żeby nie dać się oszukać, naciągnąć czy okraść. Nas nic złego na szczęście nie spotkało, ale różne historie się słyszy i jestem pewna, że nie są one wyolbrzymione. Turyści w Indiach to źródło pieniędzy i celem Hindusów jest tych pieniędzy zdobycie – zazwyczaj sprowadza się to do natrętnych prób wciśnięcia białemu człowiekowi kaszmirowego szalu, narkotyków, obiadu czy oferty masażu – a wszystko oczywiście w good price, czyli o wiele za wysokiej – ale czasem w grę wchodzą metody mniej uczciwe (zakładając, że sprzedaż kokainy można nazwać uczciwą metodą…). Daleko szukać nie muszę – mój znajomy został okradziony w indyjskim pociągu. Krótko mówiąc, trzeba mieć oczy i uszy otwarte.

Wróćmy jednak do przerwanego wątku, czyli do Chennai. Mimo że hotel znajdował się około czterech kilometrów od lotniska, dotarcie tam trwało bez mała pół godziny. Samym hotelem zachwycona nie byłam (brudno, zimna woda), ale to tylko dlatego, że nie orientowałam się jeszcze w standardach indyjskich. Teraz wiem, że hotel był całkiem przyzwoity, szczególnie jak na swoją cenę. Rankiem udaliśmy się na bezskuteczne poszukiwania stołówki celem spożycia śniadania. Bezskuteczne, ponieważ takie miejsce nie istniało, a śniadanie do pokojów przynosił pan, który na tamtą chwilę jeszcze spał. Gdy w końcu dostarczono nam nasz posiłek, nie byliśmy pewni, co właściwie mamy przed sobą i jak się do tego zabrać – dostaliśmy kilka podejrzanych płynów w woreczkach foliowych zawiązanych sznureczkami, coś przypominającego pyzy oraz jakieś kulki zawinięte w stare gazety… Ku naszemu zaskoczeniu jedzenie okazało się wcale dobre, tylko o wiele za ostre, przynajmniej dla mnie. Smutek mnie ogarnął, gdy przyszło mi porzucić moje niedokończone śniadanie, ale niestety byłam bezsilna. Chennai było tylko naszym nocnym przystankiem w drodze do Goa, więc zaraz po posiłku wyruszyliśmy z powrotem na lotnisko. Ulice przywitały nas tym samym pandemonium, co dnia poprzedniego, tyle że podniesionym do kwadratu. Po raz nie wiem który stwierdziłam, że filmy o Jamesie Bondzie są strasznie naciągane. W „Ośmiorniczce” na przykład odbywa się autorikszowy pościg po małych uliczkach indyjskiego miasta; James Bond, jak gdyby nigdy nic, pędzi sobie na złamanie karku tuk-tukiem (inna nazwa autorikszy), złoczyńcy gnają sobie beztrosko za nim, i właściwie nic im wszystkim w tym opętańczym wyścigu nie przeszkadza. W prawdziwym życiu wyglądałoby to zupełnie inaczej. Nasza taksówka poruszała się straszliwie powoli, kurzyło się niemiłosiernie, wszyscy trąbili, przepychali się, a mijani Hindusi się na nas gapili (szczególnie dzieci), jak byśmy nie siedzieli w samochodzie, tylko co najmniej w klatce należącej do cyrku. Sam lot odbył się bez większych zakłóceń, jeśli nie liczyć miliona kontroli na lotnisku i w trakcie lotu, oraz rozhisteryzowanej hinduski, przez którą samolot musiał opuścić pas startowy i zawrócić. W końcu jednak się udało – wylądowaliśmy w Goa! Naszym celem ostatecznym była położona na południu wioska Palolem, do której udaliśmy się taksówką (na lotnisku Dabolim w Goa możecie zapłacić za taksówkę w specjalnym okienku – na pewno je zauważycie – dzięki czemu unikniecie przepłacenia i negocjacji z kierowcą).

Południowe Goa – Palolem i okolice

Na naszą indyjską wyprawę wybraliśmy się w listopadzie, a jeśli nie wiecie, jaka aura panuje w Finlandii w listopadzie, wyobraźcie sobie najbardziej depresyjną pogodę, jaką potraficie – to na pewno będzie to. Nie jest zatem chyba niczym dziwnym, że pierwsze dni w Goa spędziliśmy na plaży, kołysząc się w ramionach lenistwa i ciesząc oczy błękitem nieba.



Do naszego hotelu w Palolem, który wybraliśmy jeszcze przed przyjazdem, mam odczucia niezwykle ambiwalentne. Z jednej strony ciepła woda i czysta łazienka przemawiają na jego korzyść, z drugiej jednak był on – jak na Indie – drogi, a obsługa (przynajmniej jej żeńska część) budziła we mnie lekki niepokój (w pewnym momencie określiłam ją jako creepy staff i do tej pory jakoś nie mogę znaleźć lepszego wyrażenia) – dziewczyny uśmiechały się rzadko, mówiły mało, lubiły za to się na ludzi patrzeć… Za minus można chyba uznać też karalucha, który pewnej nocy mnie obudził, łaskocząc mnie po twarzy (czyż nie słodko?). Trudno jednak winić za to hotel, w którym było całkiem czysto; jestem pewna, że owad przyszedł sobie z dworu (w Indiach zdarzyć się to może wszędzie). Mimo wszystko jakiś niesmak pozostał. Właściwie to nie mam nic do karaluchów, wolę tylko, jak sobie gdzieś tam łażą po ścianach, a nie po mojej twarzy. Po ścianie na naszym balkonie chodziła za to pewnego ranka żaba, która z niejasnych powodów, postanowiła skoczyć prosto na mnie, gdy tylko wyszłam na dwór, żeby rozkoszować się pięknym porankiem.



Lonely Planet nazwało plażę w Palolem „mainstreamową” i chyba nie można się z nimi nie zgodzić. Turyści, których jest tam dość sporo, na wybór knajp, sklepików i rozrywek wszelakich narzekać nie mogą. Właściwie jest tam wszystko poza bankomatem i apteką, i gdyby ktoś miał ochotę spędzić, dajmy na to, dwa tygodnie na plaży, ale się przy okazji nie zanudzić na śmierć, to Palolem jest miejscem idealnym. Trzeba przyznać, że mimo zabudowań na całej swojej długości i strasznie nieprzejrzystego indyjskiego powietrza, plaża w Palolem jest bardzo ładna.



Powinnam może dodać, że wyrażenie „sporo turystów” nie ma nic wspólnego z obrazkami, jakie można zobaczyć nad polskim morzem (dzieciaki biegające między ręcznikami, sypiące na opalających się ludzi piasek, i tym podobne). Nie, nic z tych rzeczy, każdy znajdzie tu dużo przestrzeni dla siebie. Każdy też znajdzie (czasem z pomocą „naganiacza”) stoliczek w jednej z miłych restauracyjek nad brzegiem morza – wszystkie z nich mają te same (lub podobne), bardzo dobre dania. Mówią, że indyjskie jedzenie i europejskie żołądki to nie zawsze najlepsze połączenie; przynajmniej my przed wyjazdem się nasłuchaliśmy (i naczytaliśmy) o koszmarnych nieprzyjemnościach, jakie nas niewątpliwie czekają. Pewien Fin na przykład uraczył nas historią, jak to wylądował na kilka dni w szpitalu z powodu odwodnienia, a to tylko jedna tego typu anegdotka z wielu, jakie do nas dotarły. Postanowiliśmy więc nie czekać i wziąć sprawy w swoje ręce, znaczy pójść za przykładem Humphrey’a Bogarta, który (podobno) jako jedyny z ekipy filmowej nie zaraził się dyzenterią podczas kręcenia filmu Afrykańska królowa, ponieważ… pił whisky. Nie powiem, picie whisky po każdym posiłku to dla mnie wyzwanie nie lada (szczególnie w porze śniadaniowej), ale być może pomogło, ponieważ nasze żołądki sprawowały się wyśmienicie. Niczym więc nieograniczeni mogliśmy skupić się na atrakcjach, które południowa część Goa ma do zaoferowania. Już drugiego dnia trafiliśmy na silent disco, czyli imprezę, na której jest cicho, a jednak wszyscy tańczą. To dziwne zjawisko wiąże się z zakazem grania głośnej muzyki po godzinie dziesiątej wieczorem, który to zakaz wprowadził rząd celem przyhamowania imprezowych zapędów Palolem (całkiem słusznie, wystarczy, że północ Goa jest głośna i znarkotyzowana). Jacyś pomysłowi ludzie znaleźli jednak sposób i na to – przecież można się bawić w słuchawkach. Na takiej imprezie gra trzech didżejów i to od nas zależy, którego chcemy w danym momencie słuchać – do wyboru, do koloru. Nasz powrót z imprezy zgrał się z przypływem, więc ścieżki zniknęły pod wodą, a do hotelu wróciłam do połowy mokra. Kolejnego dnia zerwaliśmy się wczesnym rankiem z zamiarem oglądania delfinów, jednak po usłyszeniu cen za łódź z silnikiem i Hindusem w komplecie stwierdziliśmy z rezygnacją, że może jednak wypożyczymy sobie kajak. Delfinów żadnych nie widzieliśmy, dotarliśmy za to do małej, zupełnie bezludnej Plaży Motylej (Butterfly Beach; drogą lądową nie jest łatwo się tam dostać), której nazwa jest całkowicie uzasadniona.



Około 30 kilometrów od Palolem znajdziecie inne ciekawe miejsca – „bąbelkowe jezioro” w Netravali oraz wodospad koło wioski Savare. Do tych atrakcji prowadzi wąska i kręta droga przez pola ryżowe, której fragmenty we władaniu mają małpy. Jeśli dobrze się potargujecie, uda Wam się tam dojechać taksówką za tysiąc rupii (czyli nieco ponad 50 złotych, w dwie strony i z czekaniem na miejscu rzecz jasna), ale nie wszyscy taksówkarze przystaną na tę cenę. W końcu jednak znaleźliśmy takiego, który nie tylko się zgodził, ale jeszcze pytał na miejscu hinduskich wieśniaków o drogę, żeby nas dowieźć jak najbliżej wodospadu, dzięki czemu dostał napiwek, a my zyskaliśmy najlepszego przyjaciela. Jezioro – czy właściwie basenik – nie prezentuje się specjalnie efektownie, ale to nie ładne widoki przyciągają tu (nielicznych) turystów. Ciekawe jest to, że z dna basenu nieustannie wydobywają się bąbelki i nikt do końca nie wie czemu. Co więcej, gdy klaszcze się nad powierzchnią wody, bąbelki przemieszczają się szybciej. Może i sprawa jest intrygująca, ale (moim zdaniem) nie warto byłoby tracić popołudnia i pieniędzy na wycieczkę w to miejsce, gdyby nie pobliski wodospad, a konkretnie prowadząca do niego droga przez dżunglę. Dla mnie pokonanie tej trasy było prawdziwym sprawdzianem charakteru, ponieważ między drzewami co rusz można było zobaczyć ogromne pajęczyny z siedzącymi na nich „bananowymi pająkami” (banana spider, pająk z rodziny Nephila, jeden z największych tkających sieci na świecie). W połowie drogi do wodospadu natknęliśmy się na budę, z której ku naszemu zaskoczeniu (kasa w środku dżungli?) wyskoczył poważny Hindus, oznajmiając nam, że przejście kosztuje złotówkę (a jednak…). Hindus (pracownik parku), pobrawszy opłatę, postanowił przyłączyć się do naszego dwuosobowego zespołu (myślę, że z nudów, gdyż jak później ze smutkiem nam oznajmił – byliśmy jedynymi ludźmi, którzy tego dnia zapuścili się w jego rejony), co miało pewien plus – narzucił takie tempo, że nie miałam czasu wypatrywać pająków. Mojej awersji do tych zwierząt kompletnie nie zrozumiał (It’s only a spider, ma’am!), tak samo pewnie jak i mojego braku reakcji na jego próby przestraszenia mnie tygrysem, którego to podobno we just missed. Sami powiedzcie, kto by się przejmował tygrysem, gdy nad głową ma pięciocentymetrowe pająki (nóg nie licząc, a krótkich nie mialy)!? Wodospad, poza ładnymi widokami, oferuje także u swych stóp miejsce do kąpieli.



Na tym zakończę pierwszą cześć mojej indyjskiej historii. Kolejna, obejmująca Hampi i okolice, pojawi się wkrótce i na pewno będzie zawierać mniej tekstu, a więcej zdjęć. Zapraszam

Opowieści o Indiach (oraz wiele innych) znajdziecie na moim blogu http://wswoimzywiole.blog.pl/ , na który Was serdecznie zapraszam!

Oczywiście chętnie odpowiem na wszelkie pytania.

podgwiazdapolarna@gmail.com

Kilka spraw praktycznych:

Hotele. Nocleg w Chennai spędziliśmy w hotelu Royal Green Accomodation. Plusy tego hotelu to cena i bezpłatna taksówka kursująca między hotelem i lotniskiem. Jeżeli ktoś, tak jak my, musi spędzić noc w Chennai w oczekiwaniu na samolot, a do szczęścia luksusów nie potrzebuje (w postaci na przykład ciepłej wody), to będzie zadowolony. Hotel w Palolem (ten z ponurą obsługą) nazywa się Palolem Guest House. Pokoje w obu hotelach możecie zarezerwować przez internet (booking.com).

„Ciche dyskoteki” odbywają się w Palolem w soboty i środy na południowym końcu. Cena za wejście jest absurdalnie wysoka (650 rupii, czyli prawie 35 złotych!), negocjacje są zatem wskazane (w moim przypadku stanęło na 800 rupiach za dwie osoby, a to i tak sporo).

Kilka słów o plażach. Na południe od Palolem znajduje się miejscowość Rajbag ze spokojną, prawie że bezludną plażą, dla której tłem jest pięciogwiazdkowy hotel, a co za tym idzie, jedyna, całkiem zwyczajna knajpka na plaży ma pięciogwiazdkowe ceny, tak samo jak stare Hinduski sprzedające kokosy. Z Rajbagu można wrócić do Palolem brzegiem morza, mijając po drodze Patnem (miniatura Palolem). Na północ od Palolem znajduje się Agonda, z wielką, przyjemną plażą – całkiem możliwe, że jest to najlepszy wybór na nocleg (jeśli ktoś lubi spokój).

Niedaleko Palolem leży mieścina o nazwie Chaudi, w której można załatwić wszystkie ważne sprawy – wybrać pieniądze, odwiedzić aptekę czy nabyć ładowarkę do aparatu (tak, wzięłam do Indii rozładowany aparat bez ładowarki!).

Jeśli czytaliście już coś na temat sztuki przetrwania w Indiach, to pewnie natknęliście się na rady dotyczące zaopatrzenia się przed wyjazdem w kłódki czy łańcuchy. Powiem Wam, że nie jest to takie głupie, jak się może niektórym wydawać. Większość domków na plażach czy pokojów do wynajęcia jest zamykana właśnie na kłódki; warto chyba zatem wymienić zastaną kłódkę na swoją (szczególnie, że te indyjskie czasem bardziej nadają się do zamykania różowych pamiętników w kształcie serca, niźli drzwi). Łańcuch z kolei może przydać się na przykład w pociągu, żeby zabezpieczyć bagaż – szczególnie, gdy w planach mamy drzemkę; aczkolwiek my z nocnego pociągu akurat nie korzystaliśmy.

Na towary w sklepach zazwyczaj ceny są narzucone i podane na opakowaniu, niestety sprzedawcy często wymyślają swoje. Warto wtedy zwrócić takiemu zachłannemu sklepikarzowi uwagę („panie, ale ta butelka wody kosztuje 30 rupii, a nie 60″), a jeśli to nie przyniesie skutku, to po prostu pójść do innego sklepu.




Dodaj Komentarz