+1
kawon30 11 maja 2017 22:27
Bilety w bardzo dobrej cenie dla 2 osób kupiliśmy po informacji na stronie głównej
https://www.fly4free.pl/kijow-na-przedluzony-weekend-za-77-pln/
Kolega dokupił 1 bilet drożej, trochę później. Pozostał dolot w standardowej cenie (trzydzieści parę zł) za poranny bilet z Okęcia do Gdańska, powrotny bilet na nocny pociąg (niestety Pendolino w nocy na tej trasie nie jeździ) dla 2 osób jadących z Warszawy oraz bilety na Polski Bus dla kolegi jadącego z Poznania. W założeniach miał być niestresowy wypad na zwiedzanie w spacerowym tempie i plan udało się wykonać w 100%, pogoda mogła by być lepsza, ale tym niestety nie da się sterować.
Do Gdańska dolecieliśmy o czasie i zgodnie z harmonogramem mieliśmy się spotkać na piwie w Gdańsku przy molo Brzeźno, ale było tak zimno że wypiliśmy na rozgrzewkę bimber. Do Brzeźna( i powrotnie) da się dostać komunikacją publiczną z lotniska na bilecie 1-godzinnym ( z 2 lub 3 przesiadkami autobus + tramwaj), gdzie można się delektować plażowymi widokami i pooddychać morskim powietrzem.
,
Po rozgrzewce i czymś na ząb, wracamy na lotnisko, po czym planowo około 18-tej czas lokalnego lądujemy w Kijowie. Z lotniska trolejbusem nr 9 dostajemy się za 3UAH do stacji metra Uniwersytet, gdzie dalej atakujemy na piechotę do naszego hostelu.
Po drodze mijamy Sobór św. Włodzimierza

budynek Opery

I siadamy na kawę w Gruzińskiej restauracji w okolicach Złotej Bramy. Pierwszy kontakt z cenami usług gastronomicznych w Kijowie jest bardzo pozytywny.

Po regeneracji ruszamy w kierunku naszego hostelu, po drodze mijając polską ambasadę.
Po kilkunastu minutach docieramy do naszego hostelu (Potter Globus), który ma jedynie 2 zalety – 1. Jest tani (350 UAH za osobę za 3 noce) i 2. Ma doskonałą lokalizację. Poza tym kaszana i nigdy więcej, lepiej poszukać coś w lepszych warunkach. Poza tym opis na booking.com wprowadza w błąd sugerując, że prywatny pokój 4 os. posiada własną łazienkę, a tak nie jest (a ta ogólnodostępna była paskudna, nie mówiąc o prysznicu, którego ściany kaleczyły ręce).
Robimy zakupy na kolację i jakąś wódę do tego, biesiada i spać.
Następnego ranka, zupełnie bez kaca, po śniadanku w knajpie kibiców piłkarskich (gdzie są fajnie rozplanowane telebimy, tak żeby ludzie siedzący naprzeciwko siebie widzieli to samo na różnych ekranach) atakujemy spacerowym krokiem główne atrakcje Kijowa. Zaczynamy od miejsca gdzie kiedyś stała Dziesięcinna Cerkiew – pierwsza kamienna świątynia chrześcijańska na terenie Rusi.

Następnie chcemy wejść do Cerkwii św. Andrzeja, ale niestety nie da się, bo jest w remoncie.
,
Potem idziemy ulicą Andrzejewski Zjazd w kierunku Muzeum Bułhakowa, po drodze mijając ulicznych sprzedawców obrazów, antyków i innego rękodzieła.

Zachodzimy do Muzeum Bułhakowa, które mieści się w domu, gdzie pisarz spędził ostatnie kilkanaście lat swojego życia, zaliczając oczywiście przejście magicznymi drzwiami w szafie. Koszt wstępu 30UAH
, ,
Następnie zupełnie bez planu idziemy w kierunku Dniepru, gdzie docieramy nad Dworzec Rzeczny.
, ,
Potem kolejką linową za całe 3UAH wjeżdżamy na górę. Dużym plusem kolejki jest również świetnie działające, darmowe wifi w jej najbliższej okolicy (działają świetnie wszystkie skajpaje i inne łotsappy).
,
Na górze od razu rzuca się w oczy kompleks budynków sakralnych otaczających Monaster św. Michała. Wszystko w pięknym błękitnym kolorze. Co ciekawe, jest to jedna z darmowych atrakcji Kijowa, a swoimi barwami i wystrojem zrobiła na mnie największe wrażenie.
, , , , ,
Po opuszczeniu tego kompleksu ruszamy do następnego obiektu sakralnego. Dosłownie po paru minutach jesteśmy w, tym razem rzymskokatolickiej, Katedrze św. Zofii (najstarsza, historyczna katedra łacińska w Kijowie). Tu już trzeba płacić za wstęp (jest kilka rodzajów biletów w zależności od tego co chcemy zwiedzać, najtańszy – spacerowy po kompleksie jest za 20 UAH).
, , ,
Następnie udajemy się do najbardziej dołującej części Kijowa czyli na Majdan (zwany Euromajdanem). Tu dosłownie wszędzie czuć ślady bezsensownej śmierci z przed 3 lat, tych którzy pragnęli tylko zbliżyć się do Europy. Wszędzie pełno zdjęć ludzi którzy zginęli podczas wydarzeń z lutego 2014 roku, udekorowanych świeżymi kwiatami (głównie twarze ludzi młodych). Czasami widać ślady po kulach, czasem gdzieś leży pod drzewem przestrzelona, improwizowana tarcza, która jeszcze kilka dni wcześniej była osłoną na piwniczny magazyn węgla.
, ,
Następnie udajemy się pod Dom z chimerami lub Dom Horodeckiego (ukr. Будинок з химерами – budynek wzniesiony w latach 1901-1902 w Kijowie według projektu Władysława Horodeckiego, polskiego architekta porównywanego z Gaudim. Obiekt reprezentuje styl Art Nouveau. Jest położony przy ulicy Bankowej i od 2005 stanowi jedną z rezydencji prezydenckich. – informacja z Wikipedii), gdzie pstrykamy kilka zdjęć i trafiamy na pomnik Dobrego Wojaka Szwejka.
, ,
Zmęczyliśmy się trochę tym zwiedzaniem i zgłodnieliśmy, pora na posiłek. Pierwsza knajpa jaka się nawinęła to sieciowa Katiusza usytuowana w jakimś hotelu i ustylizowana na bibliotekę. Jedzenie pyszne a ceny bardzo przyjemne. Poniżej cennik pierogów.

Najedzeni idziemy dalej. Tym razem trafiamy na kompleks budynków parlamentarnych i przylegający do nich park z widokiem na Dniepr(jeden z budynków przypomina nasz Sejm).
, ,
Dalej udajemy się w kierunku Rynku Besarabskiego. Klucząc zygzakiem uliczkami trafiamy na fajne kamienice i budynki (Gmach Banku Ukrainy).
,
I po jakimś czasie docieramy do celu czyli Rynku Besarabskiego, niesamowitego obiektu, gdzie handluje się głównie produktami spożywczymi (pod rynkiem pod ziemią jest za to mnóstwo stoisk z różnego rodzaju tekstyliami) takimi jak surowe ryby ( i oczywiście kawior), mięso, różnego rodzaju kiszonki, przyprawy, słodycze i wędliny (tylu rodzajów słoniny nie widziałem w życiu, a smaki pyszne). Wystawcy są z najodleglejszych zakamarków Ukrainy, a także z Turcji, Uzbekistanu i innych krajów, przy czym nie ma tu wyrobów masowych a wszystko wygląda na ręcznie robione czy zbierane. Na każdym ze stoisk dają wszystkiego spróbować, tak żeby poczuć smak i powiem, że tak pysznego sernika jak tam, nie jadłem nigdy z życiu.
, , , , ,
Światło dzienne się kończy i powoli wracamy do Hostelu, zahaczając tym razem za dnia budynek opery i Złote Wrota.
,
W hostelu wypijamy oczywiście wódkę, potem włóczenie po nocnym Kijowie, jakaś kolacja w knajpie i spać, na następny dzień znowu zaplanowany jest spacer.
,
Wstajemy następnego dnia ze śmiałym planem dotarcia do Ławry Peczerskiej (prawosławny kompleks klasztorny, jedna z wizytówek Kijowa) na piechotę. Idziemy parkiem umiejscowionym na naddnieprzańskiej skarpie tak, że co chwila mamy fajne widoki.
,
Potem mijamy stadion Dynama Kijów.

I docieramy do terenów rekreacyjnych sąsiadujących bezpośrednio z Ławrą Peczerską.
, , ,
Wstęp do Ławry kosztuje 20UAH (można też kupić droższy bilet pozwalający na wejście również na wszystkie wystawy czasowe). Ilość złota użytego do zdobień na terenie całego kompleksu jest ogromna, a wewnątrz jest jeszcze Muzeum Skarbów Ukrainy (wstęp dodatkowe 50 UAH), gdzie nagromadzono ogromne ilości wyrobów z tego kruszcu (szczególnie zachwycające są wyroby złotników starożytnych np. Scytyjskich).
, , , , , , , , , ,
A na koniec tablica informacyjna, jaka wisiała na przyklasztornym murze.

Potem jemy śniadanko w jadłodajni dla wiernych (koszt nie duży, jedzenie ok, ale swoje trzeba było odstać w kolejce), następnie po piwku w knajpie i przy piwku naradzamy się co dalej. Wymyśleliśmy, że udamy się śladem Makłowicza do knajpy, gdzie on jadł słynne tatarskie pierogi o nazwie „czeburek” . Z informacji w necie znaleźliśmy że było to przy Żytnim Rinoku, ale za cholerę nie mogliśmy znaleźć gdzie to jest. Nie wiedzieli również ukraińscy kelnerzy i kelnerki, dopiero szatniarz pokazał nam na mapie gdzie to jest. No to idziemy w kierunku metra, a potem długie błądzenie na piechotę, by trafić do upragnionego celu. Po drodze przechodzimy jeszcze raz Andiejowskim Uzwidem. Ale było warto(zamówiliśmy pieróg mieszany serowo-mięsny), smak rewelacyjny, wszystko ręcznie robione a koszt oczywiście niewielki (na nasze jakieś 3 zł).
, , ,
Najedzeni leniwie wracamy do hostelu, po drodze trafiając do jakiejś nowobogackiej dzielnicy, gdzie kamienice były nowozbudowane, ale w starej stylistyce. Fajna tez była rockowa knajpa dla dzieci, gdzie byli zatrudnieni animatorzy, a rodzice bawili się w knajpie obok.

W hostelu jak zwykle wódka i spać. Rano opuszczamy nasz hostel i już z pełnym obciążeniem (mowa oczywiście o małych plecakach trzymających wymiary małego podręcznego w Wizzair) i ruszamy jeszcze raz w miasto leniwie snując się pomiędzy kamienicami.
,
Zaglądamy też w porze obiadowej do słynnej sieciowej jadłodajni z ukraińskim jedzeniem czyli do Puzatej Chaty. Jedzenie smaczne i tanie.

Teraz trochę podsumowania. Kijów to piękne miasto, dość dobrze skomunikowane i oznaczone o bardzo taniej i dobrej gastronomii a ludzie nastawieni są przyjaźnie. Kijów to też miasto murali, spotkać można je na każdym kroku i są bardzo ładne, oraz streetartu.
, , , , , , ,
Do tego mają tanią i dobrą wódkę (butelka 0,5 l w sklepie około 70 UAH, 0,7 l około 90-100 UAH) i próbując kilku gatunków nigdy nie trafiliśmy na jakąś niedobrą. No i wszędzie na ulicznych straganach pośród np. dowodów osobistych obywatela Ukrainy różnych znanych osób jest papier toaletowy z Putinem.
, ,
Na miejscu nie da się jednak zapomnieć, że ten kraj jest w stanie wojny( choć cały świat o tym jakby zapomniał). W lokalnej telewizji codziennie puszczane są informacje z frontu, podawane dane ile osób zginęło a w komunikacji publicznej są apele o pomoc dla żołnierzy. Na ulicach też widać trochę wojska (ale raczej w celach turystyczno-odstresowujących, być może przed wyjazdem na front). Widać na ulicach też takie dziwne pojazdy.
, #img89
Powoli jednak trzeba wracać. Coś na ząb, trolejbus nr 9 na lotnisko i wieczorem jesteśmy w Polsce. W Gdańsku atmosfera fajna, choć pogoda paskudna (jest dużo zimniej niż w Kijowie) ale komunikacją publiczną dostajemy się na trochę wymarłą starówkę (jest poniedziałek wieczór) gdzie strzelamy po piwie a potem powrót pkp/polskiem busem do domów. Żona jeszcze na koniec wykrakała, że się nie wyśpię w pociągu i nie pójdę we wtorek na siódmą do pracy. I miała rację - zamarznięta szyba PKP nie chciała się przytulić i dać pospać, tak więc nad ranem sms z własnego łózka z prośbą o urlop na telefon zakończył tą wyprawę.
Wszystkie fotki są jakie są, nie były w żaden sposób podrasowywane, nasycane czy obrabiane. Tak widziało Kijów oko mojej komórki.







Dodaj Komentarz

Komentarze (2)

jasiek1212 12 maja 2017 07:03 Odpowiedz
Dzięki za kolejną relację z tego pięknego miasta. Zdjęcia super w pełni oddają klimat :) Dobra robota !
petr-miroslavovich-slizhevskii 20 maja 2017 17:05 Odpowiedz
Ciekawa fotorelacja. Aż zatęskniłem! Ostatni raz miasto widziałem w 2007 r. Jedna merytoryczna uwaga: sobór Św. Sofii to najważniejszy zabytek Ukrainy klasy zerowej, cerkiew prawosławna. Świątynia nigdy nie była i nie jest katolicki. Zbudowany w stylu bizantyjskim pierwotnie potem zbogacony o elementy ukraińskiego baroku.