0
aeonflux 12 maja 2017 19:26
To była moja druga wizyta na Filipinach, więc kierowałem się w miejsca trochę mniej popularne turystycznie, jako że większość “atrakcji” została zaliczona w zeszłym roku. Nie będzie więc fotek z El Nido ani Boracay, nie będzie tarsierów i czekoladowych wzgórz (bezczelnie przejechaliśmy obok). Nie mieliśmy jakiegoś konkretnego planu, ale postawiliśmy sobie trzy cele:

  • Zobaczyć wyspę na jeziorze na wyspie na jeziorze na wyspie, czyli wnętrze krateru jednego z najniższych ale najbardziej aktywnych (ostatnia erupcja w 1977 roku) wulkanów eksplozywnych świata - Bulkang Taal, będący częścią “Pacific ring of fire”
  • Spędzić noc na jednej z bezludnych wysepek leżących dookoła filipińskiej stolicy przegrzebków - Islas de Gigantes, oraz spróbować lokalnych owoców morza, które uchodzą za jedne z najlepszych w kraju
  • Zaliczyć Suislide - najdłuższy (prawie 500m) i najwyższy (200m) filipiński zipline w Danao Adventure Park, znajdującym się w dżungli w środku Boholu
  • Był jeszcze czwarty cel - zjeść najsłodsze mango na świecie - uprawiane na wyspie Guimaras. Niestety ten cel szybko upadł, gdyż nasza wizyta na Filipinach nie pokrywała się z najlepszym sezonem na mango :)

Udało nam się znaleźć całkiem rozsądne połączenie z Mediolanu do Manili liniami Oman Air - loty odbywały się w weekendy tak jak chcieliśmy, a przesiadki w Maskacie trwały po 2h. Na Malpensę polecieliśmy Easyjetem z Krakowa. Powrót z Mediolanu do Krakowa odbyliśmy LOTem przez Warszawę.

Image

Na miejscu jeden lot Philippine Airlines: Manila - Kalibo, oraz dwa loty Cebu Pacific: Kalibo - Cebu, oraz Tagbilaran - Manila.

Image

Był to mój pierwszy lot liniami Oman Air, ale zapamiętam go na pewno pozytywnie. Wszystkie loty na pokładzie A330, a odcinek MNL-MCT (8h45m) udało się odbyć w pierwszym bocznym rzędzie tylniej sekcji klasy Economy (optymalnie rząd 38., miejsca A/B/J/K), co znacznie poprawiło jakość snu. W Mediolanie kazali sobie płacić za te miejsca, ale kilka uśmiechów i miła rozmowa przy check-in’ie w Manili dała radę.

Ilość miejsca przed fotelem 38J w A330 prezentuje się następująco:

Image

Personel pokładowy bez najmniejszego zarzutu, składający się w naszym przypadku głównie z Tajek. Jak się dowiedzieliśmy od “naszej” stewki siedzącej naprzeciwko, w liniach Oman Air pracuje też niemało Polek.

Jedzenie jak na samolot bardzo przyzwoite (do wyboru wołowina, kurczak lub vege), smakowało trochę lepiej niż można wywnioskować ze zdjęć poniżej. Śniadania dość standardowe i bez szału. Kolacja przed lądowaniem w Manili podobna do tej pierwszej, tyle że do wyboru była ryba zamiast wołowiny.

Drinki konkretne (nie jakieś tam lanie paru kropel na kostkę lodu tylko buteleczka ginu 50ml plus 150ml puszka toniku, z której do niewielkiego kubeczka wchodziło może ⅔ z tego). Pierwotnie chciałem whisky z colą, ale mieli jedynie czerwonego Jasia, więc wygrał Seagram’s. Wino czerwone jak najbardziej pijalne, no i pasowało do wołowiny.

Image

Image

Image

Image

Przesiadka w Maskacie była dwugodzinna, a zatem wręcz niezauważalna. Na lotnisku bywa drogawo jak w Europie (jedzenie i napoje w knajpach), natomiast na środku holu (airside) znajduje się sklep, w którym można kupić napoje w puszkach po 0.400 OMR (4PLN). Wart odnotowania jest fakt, że płatności kartą są akceptowane od wysokości 1 riala, zatem z braku innych pomysłów po prostu kupiłem trzy puszki Pepsi (zaksięgowano 12,30PLN). W terminalu znajduje się też palarnia, ale kontakt z nią polecam ograniczyć czasowo do minimum, gdyż mam wrażenie że jej wentylacja albo nie działa albo jest najmniej wydajną wentylacją, jaką widziałem w palarni.

Po wylądowaniu przed 22:00 w Manili (NAIA 1) całkiem szybka odprawa paszportowa (staliśmy może 10-15 minut, w zeszłym roku czekałem w tłumie prawie godzinę), odbiór bagaży i przejazd do hotelu. Za ordinary taxi do Stone House w Pasay zapłaciliśmy 100PHP (przejazd trwał 15 minut, licznik wskazał 85PHP). Mieliśmy farta, bo była niedziela wieczór i ruch niczym nie przypominał standardowego korka a la Manila.

Pokój był wcześniej zarezerwowany i kosztował 1100PHP. Mogę ten hotel polecić z uwagi na strategiczne położenie. To centrum dzielnicy/miasta Pasay, lotnisko jest blisko, na stację LRT1 EDSA jest 200m, a w promieniu paruset metrów jest chyba z siedem różnych terminali autobusowych. W hotelu można też za 125PHP zjeść przyzwoite śniadanie.

Rano zrobiliśmy rezerwację na ostatni nocleg przed wylotem do domu, zostawiliśmy zbędne bagaże (kurtki, buty, etc.) i wyruszyliśmy do Tagatyay położonego niemal na brzegu Jeziora Taal (Lawa ng Taal). Wg Internetu jeżdżą tam autobusy z jednego z terminali przy Aurora Boulevard. Od ochroniarza dowiedzieliśmy się, że to się zmieniło ale nic złego się nie dzieje bo linia San Agustin przejeżdża pod hotelem i że autobus zostanie dla nas przez niego zatrzymany. Trwało to może z 15 minut, po czym usłyszeliśmy gwizdek ochroniarza i przed hotelem zatrzymał się klimatyzowany autobus. Droga do Tagaytay trwała trzy godziny, bilet kosztował 83PHP. Tradycyjnie biletów nie sprzedaje kierowca, a po autobusie chodzi “kierownik” którego można łatwo poznać po banknotach owiniętych wokół palców.

W Tagaytay wysiedliśmy w “centrum” tzn przy rondzie (Tagaytay Rotonda), przeszliśmy przez miejscowe centrum handlowe (na piętrze jest kawiarnia z kawą z ekspresu) i udaliśmy się do jeepneya, który za 8PHP zawiózł nas w okolice OMP Tagaytay, gdzie mieliśmy spędzić jedną noc w pokoju twin fan za 900PHP.

Miejscówkę mają super, kawałek od centrum ale tylko 3 minuty do głównej drogi, którą co kilka minut przejeżdża jeepney. Pokój bardzo prosty, na jedną noc dał radę. Widok z tarasu prezentował się tak:

Image

Popołudnie spędziliśmy na spacerze po okolicy, a potem udaliśmy się na kolację do restauracji Leslie’s, polecanej w okolicy. To niemały lokal, który wieczorem wypełnił się głównie filipińskimi rodzinami, były też dwie imprezy urodzinowe i kapela krążąca od stolika do stolika. Nie jest tam tanio jak na standardy filipińskie, za danie typu chicken pork adobo czy chicken barbecue trzeba zapłacić po 300PHP i były to raczej jedne z tańszych dań, ale biorąc uwagę ryż (kupowany osobno) - oba dania były wystarczające dla dwóch osób każde.

Image

Image

Pozostał temat transportu na Taal Volcano Island. Wcześniej w Tagaytay oferowano nam pakiet za 2000PHP, w którym znajdował się przejazd tricyklem do Talisay nad brzeg jeziora Taal, prywatną łódkę na Taal Volcano Island oraz przewodnika na szlaku na punkt widokowy na szczycie krateru.

W OMP okazało się, że da się to zrobić i taniej i wygodniej. Z poznaną Holenderką i Francuzem załatwiliśmy wynajęcie jeepa z kierowcą oraz prywatną łódkę za 800PHP od osoby. Przewodnik i tak nie miał sensu, bo na górę prowadzi jeden szlak, którego początek znaczony podpisany strzałką nietrudno zauważyć.

Dobrze, że wzięliśmy jeepa - dojazd do łódki to 15km serpentyn. W związku z tym droga zajmuje pół godziny i na tricyklu pewnie można sobie obić kość ogonową czy też inne miejsce. Łódka czekała na nas na brzegu i po ok. 15 minutach przeprawy przez jezioro znaleźliśmy się na Taal Volcano Island.

Image

Image

Szlak prowadzi niemal od samej przystani, wystarczy wejść na drogę biegnącą wzdłuż linii brzegu i z niej skręcić wg strzałki. Wioskę mija się szybko i po paruset metrach zaczynamy lekkie podejście pod górę. Jest tu dużo koni, na grzebietach których możemy pokonać drogę w obie strony za 500PHP, ale z tej opcji głównie korzystały co lepiej zbudowane Koreanki. Były też całe rodziny kóz z małymi, brykającymi po czym się dało.

Image

Image

Image

Szybko okazało się, że szlak jest także drogą krzyżową. Droga pod górę zajęła nam godzinę, wliczając liczne przerwy. Większość drogi idzie się w pełnym słońcu, mijając kilka “small biznesów” z wodą i napojami. Warto wziąć zapas wody, 1.5 litra tylko na początku wydaje się być dużą butelką. I warto wyjść jak najwcześniej, bo od 10-11 godziny cienia już właściwie nie ma. Widoki trochę marsjańskie, a im wyżej tym goręcej, częściowo z uwagi na wznoszące się coraz wyżej słońce oraz ciepło z wulkanu. Udało się nam nawet zobaczyć małe ujście pary wodnej po drodze.

Image

Image

Image

Image

Zbliżając się do szczytu w powietrzu zaczyna pojawiać się zapach siarki. Na górze śmierdzi nią już dość konkretnie, na szczęście można odpocząć w cieniu pod platformą widokową sącząc zimnego Pale Pilsena po 100PHP sztuka (jest wart każdego jednego peso z tej setki). Widok wewnętrznego krateru jest niesamowity, w odpowiednim świetle lustro wewnętrznego jeziora staje się jaskrawozielone, a do tego odbijają się w nim chmury. Na miejscu lokalna atrakcja - można spróbować uderzenia piłki kijem golfowym. Trochę nie-eko, ale podobno to nie problem bo piłka i tak się rozpuści...

Image

Image

Image

Image

Po wysiłku związanym z podejściem na krater, droga powrotna do przystani wydaje się być miłym spacerkiem. Po powrocie do OMP zarządziliśmy popołudniowy relaks, a wieczorem małe posiedzenie z nowo poznanymi ludźmi.

Rano bez pośpiechu się spakowaliśmy i zeszliśmy na śniadanie. Niestety okazało się niewiele warte - woda, kawa instant, chleb tostowy i jakieś smarowidła do tego. Uratowała nas ostatnia paczka kabanosów :D Potem szybki jeepney do centrum handlowego, kawa i spacerek do przystanku autobusowego Olivarez. Po 15-20 minutach podjechał autobus przewoźnika Alfonso, trochę gorszy jeśli chodzi o wnętrze (stare fotele, niektóre z zepsutą regulacją, słaba klima). Podróż powrotna do Pasay (Alfonso Liner Bus Terminal) trwała 2.5 godziny i kosztowała 77PHP.

W Pasay akurat mieliśmy czas na szybki odpoczynek w klimie w 7-11, po czym przeszliśmy na Aurora Boulevard łapać taksówkę na lotnisko. Przejazd do terminala NAIA 3 trwał niecałe pół godziny i kosztował 100PHP (licznik wskazał 69PHP, ale zawsze zostawiam dobrego tipa za miłą i uczciwą obsługę).

Image

Wieczornym samolotem PAL Express polecieliśmy do Kalibo. Po wylądowaniu, przed lotniskiem wszyscy kierowcy i naganiacze pytali z uśmiechem czy jedziemy na Boracay i szybko ten uśmiech zastępowało zdumienie, gdy mówiłem że udajemy się do Kalibo. Z lotniska do miasta droga jest prosta. Za tricykla pod terminalem chcą 100PHP i są mało skorzy do targowania - najlepiej udać się na główną ulicę (300m w prawo po wyjściu z terminala) i tam złapać. Za 50PHP zostaliśmy zawiezieni do RB Lodge, gdzie spędziliśmy jedną noc. Pokój twin fan kosztował 1$ dzięki kuponowi -10$ z Travelocity. Żadna rewelacja, ale całkiem czysto i bez karaluchów - na jedną noc idealnie.

Rano pojechaliśmy za 40PHP tricyklem do Ceres Terminal z nadzieją na złapanie transportu przez Roxas w kierunku Estancii. Chcieliśmy zdążyć na łódkę o 13:00, gdyż później nie ma jak się dostać na Gigantes Norte zorganizowanym transportem. Niestety pomimo pierwotnych zapewnień że jest linia do Roxas, wszystkie znajdujące się w terminalu autobusy jechały do Iloilo. Po 45 minutach siedzenia bezczynnie na terminalu, dokonaliśmy odkrycia że obie trasy się w dużej mierze pokrywają i za 121PHP pojechaliśmy do Ivisan (1h45m). Tam przesiedliśmy się do jeepneya jadącego do terminala w Roxas City (15PHP, 20 min). Szybka przerwa na zimne piwo wypite w cieniu mini-malla i wskoczyliśmy do vana do Estancii. Wybraliśmy vana, bo w zeszłym roku wydał się być stosunkowo najszybszym transportem drogowym. Plecak dobrze wrzucić od tyłu vana pod ostatnią kanapę - nie zawsze się mieści w środku gdy rozłożone zostaną wszystkie siedzenia, a umieszczenie go na siedzeniu obok siebie może skutkować próbą skasowania jak za dodatkowe siedzenie. 75PHP pozwoliło nam w 2h dojechać do terminala w Estnacii. Z niego blisko jest do portu (tricykl 20PHP).

Niestety gdy dotarliśmy do portu była już prawie 14:00. Chodziliśmy, pytaliśmy, ale faktycznie jest tylko jedna zorganizowana łódka o 13:00. Wydawało się, że właśnie wtopiliśmy jedną noc, ale niebawem miało się okazać że to była najlepsza niespodzianka wyjazdu :)

Połaziliśmy po Estancii w poszukiwaniu spania, ale wybitnie nie jest to miejscowość turystyczna. Uświadomiłem sobie wtedy, że ostatniego białego turystę (i zasadniczo jakiegokolwiek turystę) oprócz nas widziałem po przylocie do Kalibo. Chodziliśmy po Estancii chyba z pół godziny, po drodze odwiedzając lokalny targ oraz fryzjera w celu przystrzyżenia pojawiającego się zarostu (40PHP). W końcu trafiliśmy do Sandrinne Inn & Suites, gdzie wzięliśmy pokój aircon za 1200PHP. Po drzemce i kąpieli za 1500PHP od osoby dokupiliśmy sobie bilety Cebu Pacific z Kalibo do Cebu na następny dzień po pierwotnej dacie lotu (chcieliśmy nadal spędzić dwie noce na Islas Gigantes) i ruszyliśmy na dalsze zwiedzanie.

Po jakimś czasie z kierunku portu zaczęła dobiegać muzyka, więc skierowaliśmy się sprawdzić jej źródło. Przy wejściu do portu pobrano od nas po 20 lub 30PHP za bilet wstępu i po przejściu 50m okazało się że duży plac przed portem zamienił się w wielką imprezę, wypełnioną setkami ludzi. Nie zdążyliśmy podejść bliżej sceny, gdyż zawołali nas siedzący przy stoliku obok ludzie i zaprosili do dołączenia do nich. Okazało się, że impreza na którą trafiliśmy jest początkiem wielkiej fiesty w stylu naszych dożynek, która potrwa przez kolejne trzy dni i zakończy się wielką całodzienną wyżerką w porcie po której będzie impreza do rana. Nasi “gospodarze” przy stoliku okazali się być dwoma “barangay captains” (coś a la sołtys) oraz radnym z innego miasta na wyspie Panay. Szczodrze częstowano nas lokalnym piwem, a ja rewanżowałem się częstowaniem wszystkich moim tytoniem. Kolejny towarzysz przy stole - Edwin - zarządzający sprzedażą ryb i owoców morza rybaków z barangayu Tacbuyan w jednym ze stoisk na targu rybnym obok, szybko się nauczył skręcać papierosy i pomagał mi - inaczej chyba nie robiłbym nic oprócz kręcenia papierosów :D Tak zeszło nam do drugiej w nocy, kiedy to nasi nowi przyjaciele oznajmili, że nas przepraszają ale muszą być z powrotem w porcie o czwartej, aby zająć się interesem, szczególnie w obliczu zbliżającej się fiesty.

Mając transport o 13:00, mieliśmy czas porządnie się wyspać i ochłonąć po wieczornych wrażeniach. Ok. 11:00 zameldowaliśmy się w porcie, uiściliśmy terminal fee w wysokości 5PHP i udaliśmy się na łodkę wpisać się na listę pasażerów i pozostawić na niej plecaki. W międzyczasie niedaleko portu zjedliśmy śniadanie (chicken adobo z ryżem + 7UP = 65PHP). O 12:30 zameldowaliśmy się na łódce, zajęliśmy szybko znikające miejsca, po czym wypłynęliśmy 15 minut przed czasem osiągnąwszy maksymalną dozwoloną ilość pasażerów. Trasa z Estancii na Gigantes Norte trwała niecałe dwie godziny, a bilet kosztuje 80PHP. Oprócz ludzi na łódce mieliśmy kilka wielkich kartonowych pudeł, z tonę cementu i belki bambusowe (oho, ktoś się buduje). Załoga w trakcie odpaliła sobie palenisko z kociołkiem i w międzyczasie przygotowali, upiekli i zjedli obiad.

Image

Image

Image

Image

Po dopłynięciu na południowo-wschodni brzeg Gigantes Norte, trzeba było przesiąść się grupami do mniejszej łódki, która woziła ludzi na brzeg. Zatrzymaliśmy się na piwo w pierwszym napotkanym sklepie, zdążyliśmy oglądnąć pół godziny “Księdzi dżungli” i zaczęliśmy wypytywać o spanie. Polecono nam Gigantes Hideaway Resort, który oferuje wynajem chatek na Bulubadiang Island, oddalonej o niecały kilometr od brzegów Gigantes Norte. Habal-habal do “reszortu” kosztował 10PHP od osoby, udało nam się bez wcześniejszej rezerwacji zaklepać na dwie noce chatkę na tzw. “extension”, właśnie na tej małej wysepce. Spanie kosztuje 200PHP za osobę za noc.

Image

Dodatkowo zdecydowaliśmy się na wykupienie pełnej opcji żywieniowej (śniadanie 80PHP, obiad 180PHP, kolacja 180PHP). Do tego wzięliśmy zwiedzanie Bakwitan Cave (180PHP za osobę) i hiszpańskiej kolonialnej latarni (80PHP za osobę). Ceny zawierały transport habal-habal z głównej części reszortu do jaskini/latarni i z powrotem oraz przewodników.

Cały pakiet kosztował nas zatem 1360PHP od osoby - w nim dwa noclegi, pięć posiłków (kolacja, śniadanie, obiad, kolacja i śniadanie), zwiedzanie jaskini połączone ze wspinaczką oraz odwiedzenie latarnii.

Chcieliśmy wziąć pełny pakiet łącznie z island hoppingiem - niestety cena dla dwóch osób nas zabiła - 6000PHP za łódkę. Nie było żadnej innej grupy do której moglibyśmy się dołączyć - to nie El Nido z naganiaczami na każdym rogu i lepiej po prostu zjawić się tutaj większą grupą lub całą rodziną. Pozostaje tutaj kiedyś wrócić na island hopping, który podobno jest bardzo dobry.

Po załatwieniu formalności i uiszczeniu zapłaty okazało się, że na naszą wysepkę musimy iść pieszo, bo jest za mało wody na łódkę. No ale jak to? Prawie kilometr brodzić w wodzie z plecakami? Na szczęście woda była max do kolan, więc skończyło się na śmiechu i niedowierzaniu.

Wieczorem wyszła jeszcze śmieszniejsza rzecz - w czasie odpływu można z wyspy na wyspę przejść suchą nogą, podczas gdy w czasie przypływu śmiało pływa się łódką, gdyż woda sięga dwóch metrów głębokości. Taka sytuacja :)

Image

Image

Image

Na wyspie znajduje się niewiele - kilka chatek Hideaway Gigantes, toalety i “altanki” w których spożywa się posiłki. Do tego większy od chatek szałas “gospodarczy”, kilka stołów z ławkami i w zasadzie tyle. Prąd jest przez kilka godzin wieczorem, gdy po całym dniu energią słoneczną naładują się akumulatory. Woda słodka do mycia (i celów gospodarczych) jest dowożona łódkami z Gigantes Norte, podobnie jak jedzenie dla gości.

Image

Image

[imghttp://i.imgur.com/hFrjpTy.jpg[/img]

W drugim dniu na wysepce zaczęło się robić tłocznie - obsługa rozbijała namiot za namiotem, plus przypłynęło parę łódek z turystami. Przenieśliśmy się do analogicznej chatki w “głównej” części na Gigantes Norte, gdyż paradoksalnie było tam dużo ciszej i spokojniej. Reszta pobytu na Islas Gigantes składała się z nicnierobienia, pływania, jedzenia i picia, z przerwami na wypad do jaskini i latarni. Latarnia taka sobie, za to jaskinię polecam - niby nic wielkiego, trochę wspinania i przeciskania się, ale wypocić można dużo.

Gdyby ktoś się wybierał, to nie powtarzajcie mojego błędu i nie bierzcie nic zbędnego do jaskini, a szczególnie aparatu. W środku jest za ciemno do zdjęć (dostajemy latarki) a wspinanie się po skałach z ciężarem u szyi do przyjemnych nie należy...

Image

Image

Image

Image

Image

Wieczór spędziliśmy biesiadując przy szklaneczce rumu z poznaną grupą Filipińczyków. Okazało się, że przyjechali grupą przyjaciół zrelaksować się, a przy okazji jeden z nich miał zamiar się oświadczyć następnego dnia. Nauczyli nas kilku filipińskich zwyczajów, w tym filipińskiej metody spożywania alkoholu - “tagay”. Nie różni się to zbytnio od analogicznych zwyczajów w naszym kraju. Tagay polega na tym, że do szklanki wlewa się niewielką ilość alkoholu (piwa, rumu, whisky, etc. - mocne alkohole często łączy się z niewielką ilością gazowanego napoju) po czym podaje kolejnej osobie do wypicia. Zasadniczo robi się tak samo u nas, przy czym w Polsce nikt nie dolewa niczego do alkoholu i każdy ma swój kieliszek - co kraj, to obyczaj :D :D Czasem jeden z biesiadników wstrzymywał kolejkę, co było dość szybko komentowane “traffic!”. To jest tagay, szklanka z alkoholem ma krążyć! My się zrewanżowaliśmy krótkim wykładem o polskich alkoholach, przedstawiliśmy instytucję karniaka oraz poczęstowaliśmy wiśniówką i pigwówką.

Ostatniego dnia rano ok. 6:30 podano śniadanie, po którym się wymeldowaliśmy się i poszliśmy na przystań, z której o 8:00 odpływała łódka do Estancii. Warto przybyć chwilę przed 8:00, gdyż łódka jest jedna i najwyraźniej przestrzegane są limity pasażerów - jak usłyszeliśmy, czasem zdarza się że ktoś się na niej po prostu nie zmieści. Podróż powrotna trwa i kosztuje tyle samo, zatem przed 10:00 byliśmy już w porcie w Estancii.

Szybko skierowaliśmy kroki na portowy targ rybny, gdzie rybacy ze wszystkich okolicznych barangay’ów przygotowywali się do wielkiej wyżerki. Znaleźliśmy naszych przyjaciół z Tacbuyan i natychmiast zostaliśmy posadzeni na honorowych środkowych miejscach a przed nami zjawiły się talerze, sztućce i napoje. Każdy nakładał sobie co chciał z wielkiego stołu wypełnionego rybami i owocami morza.

https://www.youtube.com/v/I34xrqJ6L1c

Image

Image

Image

Image

Image

Na biesiadowaniu, rozmowie i porównywaniu smaków poszczególnych potraw spędziliśmy czas do 13:00, po czym niestety musieliśmy się zbierać aby przed wieczorem dotrzeć z powrotem do Kalibo. Na nic zdały się zaproszenia na wieczorną imprezę, będącą kumulacją trzydniowej fiesty.

Tricykl za 20PHP zawiózł nas do terminala, skąd odbyliśmy niemal identyczną podróż powrotną do Kalibo. Van do Roxas City (75PHP, 1h30m), jeepney z Roxas City do Ivisan (15PHP, 25min) oraz ordinary bus bez klimy do Kalibo (80PHP, 1h40m).

Image

Do Kalibo dotarliśmy zaraz po zachodzie słońca, a po drodze znaleźliśmy sobie w sieci spanie. Zdecydowaliśmy się na Basa Hotel, położony trochę na uboczu co dawało nadzieję na spokój i ciszę. Przejazd tricyklem z terminala do hotelu kosztował 30PHP. W hotelu za 1300PHP dostaliśmy pokój twin z klimatyzacją i full europejską łazienką. Na miejscu jest restauracja serwująca bardzo dobre jedzenie (także kuchni europejskiej) w rozsądnych cenach (da się najeść za 200PHP).

Rano bez pośpiechu zebraliśmy się z hotelu i po zjedzeniu śniadania, tricyklem za 50PHP udaliśmy się na lotnisko (lot do Cebu mieliśmy o 10:55). Po uiszczeniu terminal fee w wysokości 200PHP polecieliśmy do Cebu. Tradycyjnie podczas kontroli bezpieczeństwa pożegnałem się z zapalniczką - radzę mieć ją schowaną gdzieś, wtedy jest duża szansa że jej nie zauważą.

Po przylocie do Cebu, po wyjściu z terminala udaliśmy się w prawo do stanowiska MyBus, którym za 25PHP w pół godziny dojechaliśmy do malla SM Cebu City. Stamtąd krótki spacer na ulicę prowadzącą do portu i za 7PHP podjechaliśmy multicabem na Pier 1 w celu nabycia biletów na rejs MV Starcraft do Tubigonu. Okazało się, że od zeszłego roku się pozmieniało i nasz prom odpływa z Pier 3 a bilety delikatnie podrożały i kosztują 250PHP (klasa tourist, za biznes trzeba zapłacić 300PHP) w kasie operatora na Pier 1. W punkcie biletowym upał nie z tej ziemi, warto się stamtąd zmyć jak najszybciej po zakupie. Na Pier 3 pojechaliśmy za darmo multicabem w cenie biletu. Podróż do Tubigonu trwała 1h15m i dotarliśmy tam akurat gdy zachodziło słońce.

Image

W Tubigonie po zejściu z promu idziemy prosto i po 200-300m po lewej stronie poparkowane są vany. Chcieliśmy jechać do Danao, ale niestety nie było widać ani autobusu ani vana jadącego w tamtą stronę. Wskoczyliśmy w vana jadącego do Sagbayan (80PHP, 40min). Tam przesiedliśmy się na autobus aircon do Danao (40PHP, 40min).

Z “centrum” Danao (poblacion) do parku, w którym znajduje się Suislide, nie istnieje zorganizowana komunikacja. Na szczęście przed lokalnym “klubem bilardowym” zawsze stoją jakieś motory. Nie minęło 10 minut, zanim poznaliśmy lokalnego policjanta, który polecił nam transport. Chłopaki zaproponowali nam habal-habal za 50PHP od osoby. Cena uczciwa, biorąc pod uwagę 8km drogi (15min), i to w dużej mierze pod górę, więc się nawet nie targowaliśmy.

Danao Adventure Park jest, o dziwo, własnością państwową. Jak się dowiedzieliśmy w poblacion, wszyscy bardzo kibicują parkowi, gdyż nie tylko zapewnia miejsca pracy miejscowym mieszkańcom, ale też (jak zrozumiałem) płaci relatywnie niemałe podatki od swojej działalności, przez co jest ważnym obiektem w barangayu Danao. Park znajduje się w centralnej części wyspy Bohol, na skraju doliny rzeki Inabanga. Na miejscu na odwiedzających czeka wiele atrakcji, m. in. Suislide (dwa przejazdy 350PHP), zwiedzanie podziemnej jaskini (350PHP lub 550PHP w zależności od wariantu), wspinanie po korzeniach (400PHP), spływ kajakami na rzece (300PHP) i wiele innych.

Park oferuje zakwaterowanie w pokojach w domkach lub w pawilonie - double lub family (2x dbl). Za double fan room zapłaciliśmy 600PHP (wersja z klimą kosztuje 1000PHP). Śniadanie to wydatek 150PHP za typowy filipiński zestaw. Wszędzie łaziły sobie gekony, co podobno przynosi szczęście.

Dobrze wybrać się po zmroku trochę wyżej drogą w okolice punktu startowego Suislide - z uwagi na lokalizację i brak źródeł mocnego światła w okolicy, widok bezchmurnego nieba jest niesamowity. Mało gdzie widziałem taką ilość gwiazd, jest też widoczna droga mleczna.

Image

Image

W parku spędziliśmy jedną noc, po śniadaniu poranek spędziliśmy aktywnie korzystając z oferty parku, poczekaliśmy aż przeschnie pranie i wyruszyliśmy dalej. Habal-habal do poblacion kosztuje 50PHP, a w centrum Danao stał już autobus do Tagbilaranu. To był najwolniejszy środek komunikacji, jakim mieliśmy okazję podróżować podczas całego pobytu na Filipinach - pokonanie 65km ordinary busem trwało ponad trzy godziny i kosztowało 85PHP. Trudno jednak było narzekać, bo po drodze za oknem widoki były cudowne, a dzięki długiej podróży udało nam się ominąć konkretną burzę, jaka tego dnia przeszła nad południową częścią wyspy.

Suislide odbywa się w obie strony, "przelot" trwa niecałą minutę i jest jedną z najlepszych rzeczy, jakie udało mi się zrobić na Filipinach :D

http://www.youtube.com/v/XmMv0-HiCDI

Image


Dodaj Komentarz

Komentarze (3)

gadekk 12 maja 2017 20:17 Odpowiedz
Zdjęcia offline :(
aeonflux 12 maja 2017 21:07 Odpowiedz
Powinno już być ok ;)
kb-poland 22 maja 2017 22:27 Odpowiedz
Nie bylo opcji na Gigantes ogarnac jakos taniej island hoppingu ? Za 3 tygodnie jade w to samo miejsce glownie w tym celu i mocno na to licze , czytalem ze mala lodke mozna ogarnac za 2k php.. 6k zwala z nog troche..