+1
pbak 7 czerwca 2017 18:56
Skoro czytelnikom się podoba, to autor pisze dalej. W kolejnym odcinku z cyklu: "Relacje z miejsc mniej popularnych" tym razem udajemy się za, a czasami nawet na linię frontu. Miejsce konfliktu znane, choć ostatnio trochę ignorowane w wiadomosciach. Szans na zmianę lokalnego status quo raczej nie ma, co paradoksalnie oznacza, że w swojej niestabilności rejon ten jest bardzo stabilny - prędzej czy później na pewno coś się tam zdarzy. Większość ludzi odstrasza to pewnie od podróżowania po tych terenach, co dla mnie osobiście jest zaletą: z reguły im mniej turystów tym lepiej jest się gdzieś traktowanym a i szanse na kontakty z miejscowymi o wiele większe. A o samym (nie)bezpieczeństwie będzie później bardziej konkretnie.

Relacja na czasie, może ktoś skuszony ostatnimi tanimi biletami do Tel Avivu zdecyduje się zboczyć trochę z utartego szlaku i podążyć moimi śladami.

Jedziemy do Palestyny.

Relacja będzie tradycyjnie w odcinkach, czasu na spisanie wszystkiego od razu brak. Koszty i inne praktyczne rzeczy będą na końcu. No to zaczynamy.

Początek to przedsmak tego, co mnie czeka dalej. LOT ląduje w Tel Aviwie w środku nocy. Kontrola paszportowa przy wjeździe, parę standardowych pytań i od razu wywołuję konsternacje pogranicznika gdy prosto z mostu mówię o moich planach tygodniowego podróżowania po Zachodnim Brzegu. Nie pasuje mu to do konwencji, bierze mój paszport i znika na dobrych paręnaście minut. Może gdzieś mu wyskoczyło, że przy poprzednim wyjeździe z Izraela parę lat temu skończyłem na kontroli osobistej i rozbieraniu do majtek? Nie śpieszy mi się, pierwszy autobus z lotniska i tak mam dopiero za jakiś czas. Urzędnik wraca wcześniej niż myślałem, wręcza mi paszport i bez żadnych wyjaśnień mówi "welcome to Israel".

Parę godzin koczowania na lotnisku, potem pierwszy autobus z lotniska na skrzyżowanie dróg, drugi stamtąd do Jerozolimy a na koniec tramwaj w okolice Bramy Damasceńskiej. Stąd odjeżdżają busy do Ramallah, mojego pierwszego celu w Autonomii. Wsiadam do starszego ode mnie niemieckiego gruchota i po parunastu minutach jestem na posterunku granicznym w Kalandii. Tu witają mnie żołnierze w kamizelkach kuloodpornych, niektórzy mają do swojej dyspozycji karabiny maszynowe schowane za workami z piaskiem. Atmosfera niby ciężka ale kontroli przy wjeździe nie mam praktycznie żadnej, po krótkiej chwili bez żadnych problemów wjeżdżam do Palestyny. Czuję się trochę jak Alicja przechodząca na drugą stronę lustra.


pal1.jpg

Dzien pierwszy - Ramallah

Stolica Autonomii, tymczasowa, jak za każdym razem podkreślają miejscowi. Ta właściwa będzie w Jerozolimie, jak tylko Palestyńczycy będą mieli do niej dostęp. Miasto niezbyt piękne, bez większej historii i trochę przypadkiem pełniące rolę siedziby lokalnych władz. Ale położone jest tuż za słynnym murem oddzielającym Zachodni Brzeg od reszty kraju i stanowi dobre wprowadzenie w lokalne klimaty; zostanę tu na pierwsze dwa dni.

Zatrzymuję się w hostelu Area D, położonym idealnie bo w centrum miasta, nad miejscem, z którego odjeżdżają busy do innych miast Zachodniego Brzegu. Cała Autonomia podzielona jest na trzy strefy: A - pod całkowitą kontrolą Palestyńczyków, B - pod łączną kontrolą Palestyny i Izraela i C - gdzie wyłączną władzę ma Izrael. Nietrudno zgadnąć, która strefa ma największą powierzchnię. Hostel stworzył sobie widocznie czwartą, własną strefę, dystansując się od pozostałych trzech.

To to przyjemnie miejsce do zatrzymania się na parę nocy, puste pod koniec grudnia a pewnie podczas innych miesięcy rzadko kiedy wypełnione po brzegi. Przy recepcji na półkach eksponowane są izraelskie granaty dymne i puszki z gazem łzawiącym używane do rozbijania demonstracji.

Zostawiam bagaże i ruszam w miasto. Nastawiam się raczej na dłuższy spacer, bez żadnego napiętego planu zwiedzania i przeładowania zabytkani - po prostu dlatego, że zbyt wiele ich tu nie ma.

Pierwsza rzecz rzuca się w oczy już po chwili - domy, słupy i inne obiekty oklejone są plakatami z wizerunkami ludzi, z reguły młodych i z reguły mężczyzn. To lokalni męczennicy, którzy w ten czy inny sposób zgineli lub też zostali zabici przez wojska izraelskie. Te same osoby po drugiej stronie muru nazywane są pewnie terrorystami.
Do tego dochodzą patriotyczne mozaiki albo murale, w mniej lub bardziej wysublimowany sposób zachęcające do walki z okupantem. Na trwały pokój pomiędzy Palestyną a Izraelem raczej się nie zanosi.


IMG_6905.JPG



IMG_6867.JPG


Druga specyficzna rzecz to mobilni sprzedawcy kawy, krążący po mieście i oferujący swój towar pieszym i kierowcom samochodów. Konkurencja w tym fachu musi być spora bo niektórzy z nich ubierają się dosyć fantazyjnie, żeby tylko przyciągnąć do siebie klientów.


IMG_6861.JPG


Podczas mojego spaceru odwiedzam mauzoleum Jasera Arafata - też tymczasowe bo on też ma być kiedyś przeniesony do Jerozolimy. Ale na to w najbliższym czasie raczej się nie zanosi, więc póki co leży sobie w marmurowym sarkofagu na obrzeżach Ramallah.


IMG_6869.JPG


Zmęczony chodzeniem drugą połowę dnia spędzam w lokalnym przybytku pijąc mocną kawę, czytając książkę, paląc fajkę wodną i rozmawiając z miejscowymi. Motyw przewodni konwersacji - jak to ciężko żyć bez własnego, niezależnego państwa, pod okupacją Izraela.


IMG_6882.JPG


Poprzednia noc, nieprzespana i spędzona na lotnisku w Tel Aviwie daje znać o sobie. Wczesnym wieczorem wracam do hostelu i przy dżwiękach zawodzących muezinów z pobliskiego meczetu idę spać.Dzień drugi - Ramallah

Dziś podłączam się pod pieszo - zmotoryzowaną wycieczkę organizowaną przez hostel. W planie najpierw jest mur a potem wizyta w pobliskim obozie dla uchodźców.

To jednak będzie dopiero po południu. Pierwszą część dnia spędzam kontynuując włóczenie się po mieście. Czuć zbliżające się Boże Narodzenie. Na terenie całej Palestyny chrześcijanie stanowią tylko 6% ludności ale w Ramallah ten odsetek szacowany jest na 25%. To przekłada się na sporą ilość choinek, Mikołajów i kolorowych gwiazdek na wystawach sklepów albo w oknach domów. Jakoś nikt nie dba tu o poprawność polityczną, nie ma "Seasonal Greetings", "Happy Holidays" czy innych potworków nowomowy, zamiast tego jest klasyczne "Merry Christmas". I nie widać, żeby muzułmanie się z tego powodu obrażali.


IMG_6893.JPG


Robię się głodny, czas na szybką przekąskę. W nieturystycznym mieście zapędziłem się do wybitnie nieturystycznej dzielnicy - wszyscy mówią tylko po arabsku a obrazków w menu brak. Zamawiam losowo wybrany napój z listy nad barem i na migi pokazuje kelnerowi, że chcę zjeść coś małego. Dogadujemy się, dostaje coś kebabopodobnego, jest nawet smaczne.


IMG_6900.JPG


Wracam do hostelu, potem wraz z innymi uczestnikami wycieczki łapiemy taksówkę i jedziemy w kierunku muru. Punkt pierwszy programu: widok z góry. Chodzimy na dach jednego z domów, dopiero stąd widać wyraźnie jak wysoka na parę metrów ściana wije się pod sam horyzony i dzieli krajobraz na pół. Troche dziwne, że mający obsesję na punkcie bezpieczeństwa Izraelczycy nie ustanowili w tym miejscu żadnej strefy buforowej. Zamiast nas na tym dachu mógłby siedzieć jakis zdesperowany Palestyńczyk z kałasznikowem i strzelać do ludzi po drugiej stronie jak do kaczek...

Pracownik z hostelu opowiada nam o realiach życia. Generalnie wesoło nie jest. Przepustkę na wjazd do Izraela dostać jest trudno, szczególnie jeżeli jest się młodym chłopakiem. Nikogo nie obchodzi, że chce się studiować, dla władz jest się tylko potencjalnie narwanym i niebezpiecznym osobnikiem, przed którym trzeba chronić izraelskie społeczeństwo. Szkoły czy szpitale w Autonomii są o wiele gorsze niż po drugiej stronie muru. Izrael kontroluje większość źródeł wody i od czasu do czasu zamyka granicę z Zachodnim Brzegiem nie przepuszczając nikogo do siebie. W takiej sytuacji nie ma się co dziwić, że Palestyńczycy się radykalizują a kolejna intifada jest tylko kwestią czasu.

Można też podejść pod sam mur. Słynne grafitti Banksy'ego są gdzie indziej, mur-art w okolicach Ramallah jest mniej wyrafinowany w formie choć przesłanie jest raczej jednoznaczne.


IMG_6888.JPG


Obóz dla uchodźców kojarzy się prawie wszystkim z namiotami gdzieś na pustyni, gdzieś tam w tle łopocze flaga Czerwonego Krzyża albo Półksiężyca i generalnie jest bród, smród i ubóstwo. Obóz w Ramallah stanowi integralną części miasta, nawet nie zauważam kiedy do niego wchodzimy. Dookoła nas stoją domy wysokie na parę pięter, ulice są wyasfaltowane a przy krawężnikach stoją samochody. Róznica pomiędzy wyobrażeniem a rzeczywistością jest kolosalna, ale prosta do wytłumaczenia gdy weźmie się pod uwagę, że to uchodźcy sprzed parudziesięciu lat oraz ich następne pokolenia. Zamiast czekać na pomoc z zewnątrz sami zbudowali sobie wszystko, co potrzebne do życia w miarę komfortowych rachunkach. Nie do końca legalnie, w teorii ktoś kiedyś może to wszystko wyburzyć. W praktyce, żyjąc w tak niestabilnym rejonie jak Palestyna pewnie nikt się nie martwi na zapas.


IMG_6889.JPG


Wieczorem mam czas na kolację i rezerwowanie przez internet następnego noclegu. Jutro jadę na linię frontu.Dzień trzeci - Hebron

O ile po pobycie w Ramallah można nabrać pewnej niechęci do państwa Izrael, o tyle krótka wizyta w Hebronie może zmienić człowieka w antysemitę.

Na większości terenów Autonomii Żydzi i Palestyńczycy raczej nie mają ze sobą dużo kontaktów. Ci pierwsi mieszkają w swoich zamkniętych i strzeżonych koloniach, formalnie nie mogą nawet wjechać do Strefy A. Ci drudzy tłoczą się w swoich obozch uchodźców albo miastach a ich kontakt z Izraelem często ogranicza się tylko do styczności z wojskiem a nie z cywilami z drugiej strony.

Hebron jest wyjątkiem. Ma to szczęście, albo pecha, że tu właśnie według tradycji znajdują się groby Abrahama, Izaaka oraz Jakuba z ich żonami. Zamierzchła historia sprzed paru tysięcy lat, ale do tej pory odciskająca swoje piętno na mieszkańcach tego miasta. Miejsce święte dla obu stron konfliktu, gdzie niewielka iskra potrafi wywołać spory pożar.

W hostelu w Ramallah wszyscy dziwią się, że udało mi się zarezerwować nocleg w Hebronie. Innym turystom nie udało się dodzwonić a ich maile pozostawały bez odpowiedzi, musieli zadowolić się jednodniowym wypadem do tego miasta. Ja zostaję tu na całe trzy dni.

Dojazd lokalnym busem nie stanowi wielkiego problemu, trzeba mieć tylko trochę farta. Podczas mojego poprzedniego pobytu w Palestynie wojsko po prostu zamknęło wjazd do miasta nie wpuszczając i nie wypuszczając nikogo. Tym razem nic takiego na szczęście nie ma miejsca.

Z dworca autobusowego odbiera mnie znajomy mojego gospodarza, zaprowadzi mnie do hotelu. Po drodze odbieramy jeszcze drugiego gościa, profesora z Japonii piszącego jakąś pracę naukową. Nie wiem, jak ma zamiar to robić, po angielsku, arabsku czy hebrajsku nie mówi ani słowa.

Całe centrum Hebronu jest pod kontrolą izraelską, z czego połowa zasiedlona jest przez żydowskich osadników a druga zamieszkała jest przez Palestyńczyków. Już na pierwszy rzut oka widać, że obie strony nie darzą się sympatią. Drut kolczasty, betonowe zapory, żołnierze z karabinami maszynowymi spotyka się tu na każdym kroku. Podczas naszego 10-minutowego spaceru parę razu musimy obchodzić z daleka posterunki wojskowe, niektóre ulice są po prostu niedostępne dla mieszkańców Zachodniego Brzegu.


IMG_6963.JPG


W końcu dochodzimy do hotelu, a włąściwie sporego domu w którym parę pokoi wynajmowanych jest turystom. Żona gospodarza przygotowuje mi spore śniadanie ale nie zamieniamy ze sobą ani słowa. Wiem, że zna angielski ale przez cały mój pobyt nie odezwie się do mnie, dając na migi znać o tym, że jedzenie czeka na mnie na stole.

Zostawiam bagaże i ruszam w miasto. Paręset metrów od miejsca w którym nocuję, po drodze na stare miasto mijam stanowisko żołnierzy żydowskich. Każą mi zawrócic i iść inną drogą, nie przepuszczają tędy nikogo bo palestyńskie dzieciaki rzucją stąd kamieniami w kierunku części izraelskiej. Moje pytanie, czy wyglądam jak palestyński chłopak z kamieniem pozostaje bez odpowiedzi. Nie mam wyjścia i muszę nadłożyć trochę drogi, żęby dostać się na stare miasto.

Izrael robi co może, żeby przekonać Arabów do opuszczenia centrum. Sposoby są różne, począwszy od ograniczeń administracyjnych i formalności w rzeczywistości skutkującym tym, że większość dawnych palestyńskich sklepów w obrębie starego miasta pozostaje zamknięta a życie przenosi się na przedmieścia. Niektóre restauracje czy aktrakcje turystyczne z mojego przewodnika wydanego rok temu są teraz zamknięte na głucho.


IMG_6960.JPG


Czego nie zrobi państwo, to dokończą osadnicy. Zajmując często wyższe piętra w domach w których na parterze mieszkają Palestyńczycy, zrzucają na nich z góry śmieci, odchody albo wylewają wrzątek. W konsekwencj nad wieloma uliczkami zawieszone są siatki w teorii chroniące arabskich przechodniów. W praktyce to raczej średnie zabezpieczenie przed spadającą z góry zawartością toalety.


IMG_6994.JPG


Niewielka część Palestyńczyków trzyma się mocno, próbując walczyć z przeciwnościami i jakoś utrzymać się w miejscu, gdzie ich rodziny mieszkają albo prowadzą biznes od pokoleń. Rozmawiam trochę ze sprzedawcami pamiątek, słodyczy czy dywanów. Wszyscy zgodnie twierdzą, że interes idzie kiepsko i tu w przeciwieństwie do wielu miejsc na Bliskim Wschodzie nie wydaje się to być zagrywką na litość i żeby tylko coś od nich kupic. Los arabskiej części Hebronu wydaję się być przesądzony.


IMG_6948.JPG



IMG_7007.JPG


Wieczorem wracam do swojego hotelu, jem kolację i czytam sporo o pokręconej historii tego regiony. W tle znowu słychać śpiew muezina, głośny i jakby specjalnie fałszyjący, żeby tylko nie dać zasnąć żydowskim osadnikom.Dzień czwarty - Hebron, groby Patriarchów

Dziś w planie jest tylko jeden punkt programu, za to nie byle jaki - idę odwiedzić groby patriarchów. Po ataku izraelskiego szaleńca parę lat temu rodzielono od siebię na dobre część żydowską i muzułmańską, każda strona ma osobne wejście i na wyłącznośc po dwa święte groby.W tym samym budynku jedni mają tu swój meczet, drudzy synagogę. Abraham z żoną dostępni są dla wyznawców obu wyznań, można je oglądać tylko przez ochronną kratę.

Zaczynam od części arabskiej. Na początek przechodzę przez kontrolę osobistą, dopuszczającą Palestyńczyków w okolice meczetu. Dziś sprawdzanie przy wejściu trwa długo, podobno wczoraj w okolicy zastrzelony został jakiś młody muzułmański chłopak i żołnierze izraelscy są przewrażliwieni bardziej niż zwykle. (Sprawdziłem potem w internecie ale nic o żadnej strzelaninie w Hebronie nie znalazłem).

Po przejściu kotroli (pytają mnie, czy mam ze sobą nóż - dziwne, jakbym miał i chciał zrobić coś głupiego, to i tak bym się do tego nie przyznał...) poproszony jestem o poczekanie pół godziny. W meczecie trwa właśnie jakieś nabożeństwo i niemuzułmanów nie wpuszcza się do środka. Siedzimy sobie z paroma innymi osobami przed wejściem a tu nagle przebiega tuż koło nas żołnierz w pełnym rynsztunku, chowa się za rogiem budynku i stamtąd w kogoś celuje z karabinu. Pierwsza reakcja: cos się dzieje, trzeba uciekać albo się chować. Druga reakcja, bardziej racjonalna: inni wojacy stoją nieopodal pod ścianą i się śmieją. To tylko ćwiczenia.

Po jakimś czasie nabożeństwo się kończy i możemy wejść do środka. Najpierw po schodkach na górę a potem korytarzem trochę na około do głównej sali. Wnętrze wygląda zupełnie normanie, niepozornie, nie pasuje zupełnie do znaczenia, jakie temu miejscu przypisują miescjowi.


IMG_6928.JPG



IMG_6939.JPG


Siedzę sobie po stronie muzułmańskiej przez jakieś dwie godziny, ruch jest niewielki, do meczetu przychodzą głównie starsze osoby. Czas przejść na drugą stronę frontu.

Wychodzę z meczetu i sporym łukiem okrążam budowlę. Po drodze mijam stragany z pamiątkami, kolejny posterunek kontrolny (znowu pytanie o nóż...) i już jestem po stronie żydowskiej. W linii prostej może sto albo dwieście metrów dalej od wejścia arabskiego ale w zupełnie innej rzeczywistości. Koło mnie kręcą się ortodoksi w kapeluszach i z pejsami, modlą się pod ścianą i podobnie jak w Jerozolimie wtykają karteczki w ścianę budowli.


IMG_7061.JPG



IMG_7068.JPG


Środek synagogi wygląda równie niepozornie jak meczetu, pod ścianami stoją stare półki z książkami i broszurami, jest trochę porozstawianych plastikowych krzeseł, przez kraty w oknach ozdobione hebrajskimi napisami widać sarkofagi znane mi już że strony muzułmańskiej. Jakiś rabin wręcza mi ulotki o palestyńskich mordercach napadających na bezbronnych osadników, ciekawa lektura.


IMG_7075.JPG


Po jakimś czasie zaczynam się szykować do wyjścia, w tym momencie do synagogi wchodzi paru wojskowych, zamyka drzwi od środka, odbezpiecza broń i staje na straży. Tym razem nie wygląda to na ćwiczenia, coś naprawdę dzieje się na zewnątrz choć nikt nie chce powiedzieć dokładnie co. Po piętnastu minutach odchodzą bez słowa, jak gdyby nic się nie stało. Mogę wyjść na zewnątrz.

Parę godzin w tym miejscu potrafi nieźle człowieka wymęczyć, mam dość tego napięcia i panującej tu ciszy przed burzą. Wracam na stare miasto, biorę książkę i resztę dnia spędzam przy kawie i słodyczach na czytaniu jakiejś durnej powieści sensacyjnej, którą znalazłem w hostelu w Ramallah. Trzeba się odstresować.

Później wracam do hotelu, jem kolację na tarasie i patrzę z góry na Hebron. Im dłużej tu jestem, tym mniej rozumiem miejscowych. Miasto nie jest piękne, żyje się ciężko, obie strony nie są pewne dnia następnego a pomimo to nikt nie chce ustąpić.


IMG_6969.JPG

Dodaj Komentarz

Komentarze (3)

japonka76 9 czerwca 2017 08:22 Odpowiedz
Ciekawie poczytać kilka uwag z drugiej strony. Mam kilka podobnych przemyśleń chociaż w Palestynie byłam tylko 2 dni.Czekam na więcej.
don-bartoss 9 czerwca 2017 09:01 Odpowiedz
Dzięki za relację. Z uwagą ją śledzę, bo mam Palestyną na liście.
agajka 23 czerwca 2017 11:11 Odpowiedz
Bardzo ciekawa relacja! Śledzę z uwagą i czekam na kolejne dni.