+1
pbak 7 czerwca 2017 18:56
Skoro czytelnikom się podoba, to autor pisze dalej. W kolejnym odcinku z cyklu: "Relacje z miejsc mniej popularnych" tym razem udajemy się za, a czasami nawet na linię frontu. Miejsce konfliktu znane, choć ostatnio trochę ignorowane w wiadomosciach. Szans na zmianę lokalnego status quo raczej nie ma, co paradoksalnie oznacza, że w swojej niestabilności rejon ten jest bardzo stabilny - prędzej czy później na pewno coś się tam zdarzy. Większość ludzi odstrasza to pewnie od podróżowania po tych terenach, co dla mnie osobiście jest zaletą: z reguły im mniej turystów tym lepiej jest się gdzieś traktowanym a i szanse na kontakty z miejscowymi o wiele większe. A o samym (nie)bezpieczeństwie będzie później bardziej konkretnie.

Relacja na czasie, może ktoś skuszony ostatnimi tanimi biletami do Tel Avivu zdecyduje się zboczyć trochę z utartego szlaku i podążyć moimi śladami.

Jedziemy do Palestyny.

Relacja będzie tradycyjnie w odcinkach, czasu na spisanie wszystkiego od razu brak. Koszty i inne praktyczne rzeczy będą na końcu. No to zaczynamy.

Początek to przedsmak tego, co mnie czeka dalej. LOT ląduje w Tel Aviwie w środku nocy. Kontrola paszportowa przy wjeździe, parę standardowych pytań i od razu wywołuję konsternacje pogranicznika gdy prosto z mostu mówię o moich planach tygodniowego podróżowania po Zachodnim Brzegu. Nie pasuje mu to do konwencji, bierze mój paszport i znika na dobrych paręnaście minut. Może gdzieś mu wyskoczyło, że przy poprzednim wyjeździe z Izraela parę lat temu skończyłem na kontroli osobistej i rozbieraniu do majtek? Nie śpieszy mi się, pierwszy autobus z lotniska i tak mam dopiero za jakiś czas. Urzędnik wraca wcześniej niż myślałem, wręcza mi paszport i bez żadnych wyjaśnień mówi "welcome to Israel".

Parę godzin koczowania na lotnisku, potem pierwszy autobus z lotniska na skrzyżowanie dróg, drugi stamtąd do Jerozolimy a na koniec tramwaj w okolice Bramy Damasceńskiej. Stąd odjeżdżają busy do Ramallah, mojego pierwszego celu w Autonomii. Wsiadam do starszego ode mnie niemieckiego gruchota i po parunastu minutach jestem na posterunku granicznym w Kalandii. Tu witają mnie żołnierze w kamizelkach kuloodpornych, niektórzy mają do swojej dyspozycji karabiny maszynowe schowane za workami z piaskiem. Atmosfera niby ciężka ale kontroli przy wjeździe nie mam praktycznie żadnej, po krótkiej chwili bez żadnych problemów wjeżdżam do Palestyny. Czuję się trochę jak Alicja przechodząca na drugą stronę lustra.


pal1.jpg

Dzien pierwszy - Ramallah

Stolica Autonomii, tymczasowa, jak za każdym razem podkreślają miejscowi. Ta właściwa będzie w Jerozolimie, jak tylko Palestyńczycy będą mieli do niej dostęp. Miasto niezbyt piękne, bez większej historii i trochę przypadkiem pełniące rolę siedziby lokalnych władz. Ale położone jest tuż za słynnym murem oddzielającym Zachodni Brzeg od reszty kraju i stanowi dobre wprowadzenie w lokalne klimaty; zostanę tu na pierwsze dwa dni.

Zatrzymuję się w hostelu Area D, położonym idealnie bo w centrum miasta, nad miejscem, z którego odjeżdżają busy do innych miast Zachodniego Brzegu. Cała Autonomia podzielona jest na trzy strefy: A - pod całkowitą kontrolą Palestyńczyków, B - pod łączną kontrolą Palestyny i Izraela i C - gdzie wyłączną władzę ma Izrael. Nietrudno zgadnąć, która strefa ma największą powierzchnię. Hostel stworzył sobie widocznie czwartą, własną strefę, dystansując się od pozostałych trzech.

To to przyjemnie miejsce do zatrzymania się na parę nocy, puste pod koniec grudnia a pewnie podczas innych miesięcy rzadko kiedy wypełnione po brzegi. Przy recepcji na półkach eksponowane są izraelskie granaty dymne i puszki z gazem łzawiącym używane do rozbijania demonstracji.

Zostawiam bagaże i ruszam w miasto. Nastawiam się raczej na dłuższy spacer, bez żadnego napiętego planu zwiedzania i przeładowania zabytkani - po prostu dlatego, że zbyt wiele ich tu nie ma.

Pierwsza rzecz rzuca się w oczy już po chwili - domy, słupy i inne obiekty oklejone są plakatami z wizerunkami ludzi, z reguły młodych i z reguły mężczyzn. To lokalni męczennicy, którzy w ten czy inny sposób zgineli lub też zostali zabici przez wojska izraelskie. Te same osoby po drugiej stronie muru nazywane są pewnie terrorystami.
Do tego dochodzą patriotyczne mozaiki albo murale, w mniej lub bardziej wysublimowany sposób zachęcające do walki z okupantem. Na trwały pokój pomiędzy Palestyną a Izraelem raczej się nie zanosi.


IMG_6905.JPG



IMG_6867.JPG


Druga specyficzna rzecz to mobilni sprzedawcy kawy, krążący po mieście i oferujący swój towar pieszym i kierowcom samochodów. Konkurencja w tym fachu musi być spora bo niektórzy z nich ubierają się dosyć fantazyjnie, żeby tylko przyciągnąć do siebie klientów.


IMG_6861.JPG


Podczas mojego spaceru odwiedzam mauzoleum Jasera Arafata - też tymczasowe bo on też ma być kiedyś przeniesony do Jerozolimy. Ale na to w najbliższym czasie raczej się nie zanosi, więc póki co leży sobie w marmurowym sarkofagu na obrzeżach Ramallah.


IMG_6869.JPG


Zmęczony chodzeniem drugą połowę dnia spędzam w lokalnym przybytku pijąc mocną kawę, czytając książkę, paląc fajkę wodną i rozmawiając z miejscowymi. Motyw przewodni konwersacji - jak to ciężko żyć bez własnego, niezależnego państwa, pod okupacją Izraela.


IMG_6882.JPG


Poprzednia noc, nieprzespana i spędzona na lotnisku w Tel Aviwie daje znać o sobie. Wczesnym wieczorem wracam do hostelu i przy dżwiękach zawodzących muezinów z pobliskiego meczetu idę spać.Dzień drugi - Ramallah

Dziś podłączam się pod pieszo - zmotoryzowaną wycieczkę organizowaną przez hostel. W planie najpierw jest mur a potem wizyta w pobliskim obozie dla uchodźców.

To jednak będzie dopiero po południu. Pierwszą część dnia spędzam kontynuując włóczenie się po mieście. Czuć zbliżające się Boże Narodzenie. Na terenie całej Palestyny chrześcijanie stanowią tylko 6% ludności ale w Ramallah ten odsetek szacowany jest na 25%. To przekłada się na sporą ilość choinek, Mikołajów i kolorowych gwiazdek na wystawach sklepów albo w oknach domów. Jakoś nikt nie dba tu o poprawność polityczną, nie ma "Seasonal Greetings", "Happy Holidays" czy innych potworków nowomowy, zamiast tego jest klasyczne "Merry Christmas". I nie widać, żeby muzułmanie się z tego powodu obrażali.


IMG_6893.JPG


Robię się głodny, czas na szybką przekąskę. W nieturystycznym mieście zapędziłem się do wybitnie nieturystycznej dzielnicy - wszyscy mówią tylko po arabsku a obrazków w menu brak. Zamawiam losowo wybrany napój z listy nad barem i na migi pokazuje kelnerowi, że chcę zjeść coś małego. Dogadujemy się, dostaje coś kebabopodobnego, jest nawet smaczne.


IMG_6900.JPG


Wracam do hostelu, potem wraz z innymi uczestnikami wycieczki łapiemy taksówkę i jedziemy w kierunku muru. Punkt pierwszy programu: widok z góry. Chodzimy na dach jednego z domów, dopiero stąd widać wyraźnie jak wysoka na parę metrów ściana wije się pod sam horyzony i dzieli krajobraz na pół. Troche dziwne, że mający obsesję na punkcie bezpieczeństwa Izraelczycy nie ustanowili w tym miejscu żadnej strefy buforowej. Zamiast nas na tym dachu mógłby siedzieć jakis zdesperowany Palestyńczyk z kałasznikowem i strzelać do ludzi po drugiej stronie jak do kaczek...

Pracownik z hostelu opowiada nam o realiach życia. Generalnie wesoło nie jest. Przepustkę na wjazd do Izraela dostać jest trudno, szczególnie jeżeli jest się młodym chłopakiem. Nikogo nie obchodzi, że chce się studiować, dla władz jest się tylko potencjalnie narwanym i niebezpiecznym osobnikiem, przed którym trzeba chronić izraelskie społeczeństwo. Szkoły czy szpitale w Autonomii są o wiele gorsze niż po drugiej stronie muru. Izrael kontroluje większość źródeł wody i od czasu do czasu zamyka granicę z Zachodnim Brzegiem nie przepuszczając nikogo do siebie. W takiej sytuacji nie ma się co dziwić, że Palestyńczycy się radykalizują a kolejna intifada jest tylko kwestią czasu.

Można też podejść pod sam mur. Słynne grafitti Banksy'ego są gdzie indziej, mur-art w okolicach Ramallah jest mniej wyrafinowany w formie choć przesłanie jest raczej jednoznaczne.


IMG_6888.JPG


Obóz dla uchodźców kojarzy się prawie wszystkim z namiotami gdzieś na pustyni, gdzieś tam w tle łopocze flaga Czerwonego Krzyża albo Półksiężyca i generalnie jest bród, smród i ubóstwo. Obóz w Ramallah stanowi integralną części miasta, nawet nie zauważam kiedy do niego wchodzimy. Dookoła nas stoją domy wysokie na parę pięter, ulice są wyasfaltowane a przy krawężnikach stoją samochody. Róznica pomiędzy wyobrażeniem a rzeczywistością jest kolosalna, ale prosta do wytłumaczenia gdy weźmie się pod uwagę, że to uchodźcy sprzed parudziesięciu lat oraz ich następne pokolenia. Zamiast czekać na pomoc z zewnątrz sami zbudowali sobie wszystko, co potrzebne do życia w miarę komfortowych rachunkach. Nie do końca legalnie, w teorii ktoś kiedyś może to wszystko wyburzyć. W praktyce, żyjąc w tak niestabilnym rejonie jak Palestyna pewnie nikt się nie martwi na zapas.


IMG_6889.JPG


Wieczorem mam czas na kolację i rezerwowanie przez internet następnego noclegu. Jutro jadę na linię frontu.Dzień trzeci - Hebron

O ile po pobycie w Ramallah można nabrać pewnej niechęci do państwa Izrael, o tyle krótka wizyta w Hebronie może zmienić człowieka w antysemitę.

Na większości terenów Autonomii Żydzi i Palestyńczycy raczej nie mają ze sobą dużo kontaktów. Ci pierwsi mieszkają w swoich zamkniętych i strzeżonych koloniach, formalnie nie mogą nawet wjechać do Strefy A. Ci drudzy tłoczą się w swoich obozch uchodźców albo miastach a ich kontakt z Izraelem często ogranicza się tylko do styczności z wojskiem a nie z cywilami z drugiej strony.

Hebron jest wyjątkiem. Ma to szczęście, albo pecha, że tu właśnie według tradycji znajdują się groby Abrahama, Izaaka oraz Jakuba z ich żonami. Zamierzchła historia sprzed paru tysięcy lat, ale do tej pory odciskająca swoje piętno na mieszkańcach tego miasta. Miejsce święte dla obu stron konfliktu, gdzie niewielka iskra potrafi wywołać spory pożar.

W hostelu w Ramallah wszyscy dziwią się, że udało mi się zarezerwować nocleg w Hebronie. Innym turystom nie udało się dodzwonić a ich maile pozostawały bez odpowiedzi, musieli zadowolić się jednodniowym wypadem do tego miasta. Ja zostaję tu na całe trzy dni.

Dojazd lokalnym busem nie stanowi wielkiego problemu, trzeba mieć tylko trochę farta. Podczas mojego poprzedniego pobytu w Palestynie wojsko po prostu zamknęło wjazd do miasta nie wpuszczając i nie wypuszczając nikogo. Tym razem nic takiego na szczęście nie ma miejsca.

Z dworca autobusowego odbiera mnie znajomy mojego gospodarza, zaprowadzi mnie do hotelu. Po drodze odbieramy jeszcze drugiego gościa, profesora z Japonii piszącego jakąś pracę naukową. Nie wiem, jak ma zamiar to robić, po angielsku, arabsku czy hebrajsku nie mówi ani słowa.

Całe centrum Hebronu jest pod kontrolą izraelską, z czego połowa zasiedlona jest przez żydowskich osadników a druga zamieszkała jest przez Palestyńczyków. Już na pierwszy rzut oka widać, że obie strony nie darzą się sympatią. Drut kolczasty, betonowe zapory, żołnierze z karabinami maszynowymi spotyka się tu na każdym kroku. Podczas naszego 10-minutowego spaceru parę razu musimy obchodzić z daleka posterunki wojskowe, niektóre ulice są po prostu niedostępne dla mieszkańców Zachodniego Brzegu.


IMG_6963.JPG


W końcu dochodzimy do hotelu, a włąściwie sporego domu w którym parę pokoi wynajmowanych jest turystom. Żona gospodarza przygotowuje mi spore śniadanie ale nie zamieniamy ze sobą ani słowa. Wiem, że zna angielski ale przez cały mój pobyt nie odezwie się do mnie, dając na migi znać o tym, że jedzenie czeka na mnie na stole.

Zostawiam bagaże i ruszam w miasto. Paręset metrów od miejsca w którym nocuję, po drodze na stare miasto mijam stanowisko żołnierzy żydowskich. Każą mi zawrócic i iść inną drogą, nie przepuszczają tędy nikogo bo palestyńskie dzieciaki rzucją stąd kamieniami w kierunku części izraelskiej. Moje pytanie, czy wyglądam jak palestyński chłopak z kamieniem pozostaje bez odpowiedzi. Nie mam wyjścia i muszę nadłożyć trochę drogi, żęby dostać się na stare miasto.

Izrael robi co może, żeby przekonać Arabów do opuszczenia centrum. Sposoby są różne, począwszy od ograniczeń administracyjnych i formalności w rzeczywistości skutkującym tym, że większość dawnych palestyńskich sklepów w obrębie starego miasta pozostaje zamknięta a życie przenosi się na przedmieścia. Niektóre restauracje czy aktrakcje turystyczne z mojego przewodnika wydanego rok temu są teraz zamknięte na głucho.


IMG_6960.JPG


Czego nie zrobi państwo, to dokończą osadnicy. Zajmując często wyższe piętra w domach w których na parterze mieszkają Palestyńczycy, zrzucają na nich z góry śmieci, odchody albo wylewają wrzątek. W konsekwencj nad wieloma uliczkami zawieszone są siatki w teorii chroniące arabskich przechodniów. W praktyce to raczej średnie zabezpieczenie przed spadającą z góry zawartością toalety.


IMG_6994.JPG


Niewielka część Palestyńczyków trzyma się mocno, próbując walczyć z przeciwnościami i jakoś utrzymać się w miejscu, gdzie ich rodziny mieszkają albo prowadzą biznes od pokoleń. Rozmawiam trochę ze sprzedawcami pamiątek, słodyczy czy dywanów. Wszyscy zgodnie twierdzą, że interes idzie kiepsko i tu w przeciwieństwie do wielu miejsc na Bliskim Wschodzie nie wydaje się to być zagrywką na litość i żeby tylko coś od nich kupic. Los arabskiej części Hebronu wydaję się być przesądzony.


IMG_6948.JPG



IMG_7007.JPG


Wieczorem wracam do swojego hotelu, jem kolację i czytam sporo o pokręconej historii tego regiony. W tle znowu słychać śpiew muezina, głośny i jakby specjalnie fałszyjący, żeby tylko nie dać zasnąć żydowskim osadnikom.Dzień czwarty - Hebron, groby Patriarchów

Dziś w planie jest tylko jeden punkt programu, za to nie byle jaki - idę odwiedzić groby patriarchów. Po ataku izraelskiego szaleńca parę lat temu rodzielono od siebię na dobre część żydowską i muzułmańską, każda strona ma osobne wejście i na wyłącznośc po dwa święte groby.W tym samym budynku jedni mają tu swój meczet, drudzy synagogę. Abraham z żoną dostępni są dla wyznawców obu wyznań, można je oglądać tylko przez ochronną kratę.

Zaczynam od części arabskiej. Na początek przechodzę przez kontrolę osobistą, dopuszczającą Palestyńczyków w okolice meczetu. Dziś sprawdzanie przy wejściu trwa długo, podobno wczoraj w okolicy zastrzelony został jakiś młody muzułmański chłopak i żołnierze izraelscy są przewrażliwieni bardziej niż zwykle. (Sprawdziłem potem w internecie ale nic o żadnej strzelaninie w Hebronie nie znalazłem).

Po przejściu kotroli (pytają mnie, czy mam ze sobą nóż - dziwne, jakbym miał i chciał zrobić coś głupiego, to i tak bym się do tego nie przyznał...) poproszony jestem o poczekanie pół godziny. W meczecie trwa właśnie jakieś nabożeństwo i niemuzułmanów nie wpuszcza się do środka. Siedzimy sobie z paroma innymi osobami przed wejściem a tu nagle przebiega tuż koło nas żołnierz w pełnym rynsztunku, chowa się za rogiem budynku i stamtąd w kogoś celuje z karabinu. Pierwsza reakcja: cos się dzieje, trzeba uciekać albo się chować. Druga reakcja, bardziej racjonalna: inni wojacy stoją nieopodal pod ścianą i się śmieją. To tylko ćwiczenia.

Po jakimś czasie nabożeństwo się kończy i możemy wejść do środka. Najpierw po schodkach na górę a potem korytarzem trochę na około do głównej sali. Wnętrze wygląda zupełnie normanie, niepozornie, nie pasuje zupełnie do znaczenia, jakie temu miejscu przypisują miescjowi.


IMG_6928.JPG



IMG_6939.JPG


Siedzę sobie po stronie muzułmańskiej przez jakieś dwie godziny, ruch jest niewielki, do meczetu przychodzą głównie starsze osoby. Czas przejść na drugą stronę frontu.

Wychodzę z meczetu i sporym łukiem okrążam budowlę. Po drodze mijam stragany z pamiątkami, kolejny posterunek kontrolny (znowu pytanie o nóż...) i już jestem po stronie żydowskiej. W linii prostej może sto albo dwieście metrów dalej od wejścia arabskiego ale w zupełnie innej rzeczywistości. Koło mnie kręcą się ortodoksi w kapeluszach i z pejsami, modlą się pod ścianą i podobnie jak w Jerozolimie wtykają karteczki w ścianę budowli.


IMG_7061.JPG



IMG_7068.JPG


Środek synagogi wygląda równie niepozornie jak meczetu, pod ścianami stoją stare półki z książkami i broszurami, jest trochę porozstawianych plastikowych krzeseł, przez kraty w oknach ozdobione hebrajskimi napisami widać sarkofagi znane mi już że strony muzułmańskiej. Jakiś rabin wręcza mi ulotki o palestyńskich mordercach napadających na bezbronnych osadników, ciekawa lektura.


IMG_7075.JPG


Po jakimś czasie zaczynam się szykować do wyjścia, w tym momencie do synagogi wchodzi paru wojskowych, zamyka drzwi od środka, odbezpiecza broń i staje na straży. Tym razem nie wygląda to na ćwiczenia, coś naprawdę dzieje się na zewnątrz choć nikt nie chce powiedzieć dokładnie co. Po piętnastu minutach odchodzą bez słowa, jak gdyby nic się nie stało. Mogę wyjść na zewnątrz.

Parę godzin w tym miejscu potrafi nieźle człowieka wymęczyć, mam dość tego napięcia i panującej tu ciszy przed burzą. Wracam na stare miasto, biorę książkę i resztę dnia spędzam przy kawie i słodyczach na czytaniu jakiejś durnej powieści sensacyjnej, którą znalazłem w hostelu w Ramallah. Trzeba się odstresować.

Później wracam do hotelu, jem kolację na tarasie i patrzę z góry na Hebron. Im dłużej tu jestem, tym mniej rozumiem miejscowych. Miasto nie jest piękne, żyje się ciężko, obie strony nie są pewne dnia następnego a pomimo to nikt nie chce ustąpić.


IMG_6969.JPG

Dzień szósty i siódmy - Jerycho

Zastanawiam się, czy pojechać do Betlejem ale po krótkim namyśle stwierdzam, że nie warto. W Boże Narodzenie są tam pewnie tłumy a ja potrzebuję odpoczynku po nerwówce w Hebronie. Wybór pada na Jerycho.

Znajduję nocleg poza miastem, niedaleko kolejki linowej, którą leniwi mogą wjechać na Deir Quruntal. Popołudnie spędzam na czytaniu i planowaniu dnia następnego, wieczorem ruszam w miasto na jakąś kolację i fajkę wodną.

W Jerychu czuć klimat Świąt. Na głównym placu stoi sporych rozmiarów choinka, sporo sklepów udekorowanych jest bombkami. Populacja chrześcijan w mieście - 1%.


IMG_7125.JPG


W centrum sporo jest małych mobilnych kawiarni, po kolacji siadam na chodniku przy jednej z nich i zamawiam coś do picia. Po chwili zagaduje mnie sprzedawca, Ahmed, chłopak przed dwudziestką pracujący dziś w zastępstwie swojego znajomego. Klientów na kawę nie ma dużo więc w przerwach pomiędzy przyjmowaniem zamówiem rozmawiamy sobie na różne tematy.


IMG_7141.JPG


Ahmed ma gdzieś izraelską okupację, jego problemy są bardziej przyziemne. Chce się ożenić, ale go na to nie stać. Rodzina raczej biedna, on sam studiuje i dorabia wieczorami. Ślub arabski w tym rejonie kosztuje pana młodego podobno minimum 12 tyś $ (im ładniejsza i lepsza wybranka serca tym droższa...), co dla niego i prawdopodobnie większości jego rówieśników jest kwotą równie abstrakcyjną jak cena za lot w kosmos. Ciężko tyle uskładać serwując kawę po parę szekli za kubek. Ahmed twierdzi, że my w Europie mamy dobrze, mamy ładne kobiety i za darmo a jemu pozostają brzydkie i musi do tego jeszcze za to zapłacić. Mocno uproszczona logika miejscowego nastolatka ale nie ma szans wytłumaczyć mu, że rzeczywistość jest trochę bardziej skomplikowana.

Rozmawiamy przez dobrych parę godzin, na odchodnę chcę zapłacić za to, co wypiłem i wypaliłem. Pomimo odkładania funduszy na ślub Ahmed nie chce ode mnie ani grosza.

Następnego dnia rano ruszam na zwiedzanie. Punkt pierwszy to wspomniane wcześniej Deir Quruntal czyli znana z Biblii Góra Kuszenia. Na jej zboczu mieści się grekokatolicki klasztor, z którego rozpościera się śliczny widok na Jerycho i okolicę. Przy jego zwiedzaniu przydaje się trochę szczęścia. Ja zamiast ciszy i spokoju mam wątpliwą przyjemność dzielić to miejsce z grupą pielgrzymów, sądząc po strojach pewnie gdzieś z Etiopii. Ich ulubione zajęcie to robienie sobie różnego rodzaju zdjęć na tle wszystkiego, począwszy od selfie a na fotkach zbiorowych kończąc.


IMG_7182.JPG



IMG_7199.JPG


Jadę dalej, następne w kolejce są ruiny pałacu Hishama z VIII wieku n.e.. Tutaj dla odmiany nie ma żywego ducha i mogę w spokoju spacerować po terenie. Z dawych budynków pozostało niewiele ale mimo wszystko można wyobrazić sobie jak ogromny i kunsztownie zdobiony był ten pałac w czasach swojej świetoności.


IMG_7218.JPG


Pozostając w klimatach archeologicznych kończę dzień w Tel Jericho czyli w miejscu, gdzie przez parę tysięcy lat mieściło się dawne centrum miasta. To aktrakcja raczej dla koneserów, takim laikom jak ja trochę trudno zachwycać się kupkami kamieni bo tylko tyle pozostało tu do oglądania.

Wracam do hotelu i rezerwuję sobie następne noclegi. Jutro jadę do ostatniego punktu mojej podróży po Palestynie.Dzień ósmy - Nablus

Nablus to chyba najbardziej przyjemne miejsce, jakie odwiedzam podczas pobytu w Palestynie. To przykład typowego bliskowschodniego miasta z wciąż zamieszkaną starą częścią, z wąskimi uliczkami, małymi sklepami, meczetami, targiem i ogólnym przyjemnych chaosem. To miasto na szczęście nie ma większych religijnych zabytków, o które muzułmanie kłóciliby się z żydami, nie jest zbyt blisko granicy i pewnie dzięki temu można czuć się tu bardzo swobodnie. A co najważniejsze, przynajmniej dla męskiej części populacji, w Nablusie cały czas działają łaźnie publiczne.


IMG_7231.JPG



IMG_7293.JPG


Hammamy w Stambule są zdecydowanie zbyt turystyczne jak na mój gust, te w Damaszku są niestety już nieosiągalne więc przynajmniej tu mogę znowu w spokoju zrelaksować się po całym wyjeździe. Łącznie spędzam w łaźniach ładnych parę godzin, na zmianę wygrzewając się na gorących płytkach, pocąc się w parowej saunie czy pijąc herbatę oraz paląc fajkę wodną. Jestem tu jedynym turystą, obsługa i lokalni goście trochę na początku dziwią się na mój widok ale potem na migi (o angielskim można tu zapomnieć) tłumaczą mi co i jak wprowadzając mnie w tajniki lokalnej sztuki zażywania kąpieli. Należy do niej nawet głośnie śpiewanie w hammamie (akustyka jest genialna), nie sposób tylko nauczyć się słów tych pieśni więc tu moja rola ogranicza się tylko do słuchania. A do tego lokalne mydło nabluskie słynne jest na całą Palestynę, przy okazji kupuję parę sztuk na prezenty dla znajomych.


IMG_7257.JPG


Jak nie siedzę w łaźniach to włóczę się bez większego celu po starówce. Rozmawiam ze sklepikarzami, jestem zapraszany na kawę oraz mam okazję spróbować lokalnego słodkiego przysmaku kanafeh.


IMG_7326.JPG


W tym mieście można się zakochać, to mieszanka kiczu i tradycji, miejsce, w którym nawet zakłady fryzjerski wygląda jak nie z tego świata.


IMG_7250.JPG


Tylko przez moment bajkowy klimat ustępuje miejsca smutnej rzeczywistości. W oddali słychać strzały, ludzie nagle przyspieszają kroku, niektórzt chowają się w bramach a inni wprost przeciwnie, idą w kierunku, z którego dochodzi seria z karbinu maszynowego. Szybko pojawia się lokalna palestyńska policja, otacza teren i opanowuje sytuacje. To nie żadna wojna ani atak terrorystyczny. To tylko dwie lokalne rodziny rozwiązują swoje różnice zdań za pomocą kałasznikowa.


IMG_7284.JPG



IMG_7265.JPG



IMG_7233.JPG


Powoli czas żegnać się z Palestyną. Robię ostatnie zakupy i łapię busa z powrotem do Ramallah. Kierowca pobiera od wszystkich opłatę wyższą niż zwykle - jedziemy okrężną trasą, wąskimi dróżkami przez góry bo główna droga została właśnie zamknięta przez wojsko izraelskie.

Po godzinie z minutami jestem z powrotem w miejscu, z którego zaczynałem moją przygodę z Autonomią. Na dworcu w Ramallah wsiadam do kolejnego autobusu, on zawiezie mnie z powrotem przez granicę do Jerozolimy. Nastawiam się na długą kontrolę i wypytywanie na punkcie kontrolnym ale cała procedura sprowadza się w moim przypadku tylko sprawdzenia paszportu. Chwilę później jestem przy Bramie Damasceńskiej.

Cała podróż zajęła mi o wiele mniej czasu niż planowałem, korzystając z tego idę na krótki wieczorny spacer po starej Jerozolimie. Funduję sobie kolację, ceny są wielokrotnie wyższe niż na Zachodnim Brzegu. Potem łapię tramwaj, jeden autobus i drugi i już jestem przy bramie wjazdowej na lotnisko w Tel Avivie.

"Co pan robił w Izraelu? Byłem w Palestynie. To poproszę z nami". Zaczyna się moja ostatnia przygoda podczas tego wyjazdu.

Dodaj Komentarz

Komentarze (15)

japonka76 9 czerwca 2017 08:22 Odpowiedz
Ciekawie poczytać kilka uwag z drugiej strony. Mam kilka podobnych przemyśleń chociaż w Palestynie byłam tylko 2 dni.Czekam na więcej.
don-bartoss 9 czerwca 2017 09:01 Odpowiedz
Dzięki za relację. Z uwagą ją śledzę, bo mam Palestyną na liście.
agajka 23 czerwca 2017 11:11 Odpowiedz
Bardzo ciekawa relacja! Śledzę z uwagą i czekam na kolejne dni.
pinezkiz3city 25 czerwca 2017 16:09 Odpowiedz
Świetny tekst i zdjęcia. Kolejny cel ląduje na naszej mapie.
pbak 30 czerwca 2017 18:00 Odpowiedz
Noc ósma - lotniskoPowiedzieć, że Izraelczycy mają obsesję na punkcie bezpieczeństwa to eufemizm, oni mają przysłowiowego pierd..., no nie, nie napiszę bo mnie ocenzurują. Wiedziałem dobrze, że kontrola przed i na lotnisku będzie raczej szczegółowa i jeszcze przed przyjazdem tam zastanawiałem się, jaką obrać strategię. Zdecydowałem się mówić prawdę i nic nie zataić. W końcu nie zrobiłem nic karalnego, wjazd do Palestyny jest legalny, nie spotykałem się z żadnymi członkami ruchu oporu więc w teorii nie ma powodów, żeby mnie zatrzymać. A jakbym udawał, że cały wyjazd spędziłem w Tel Avivie czy Hajfie a potem wyszłoby co innego, pewnie byłoby mniej ciekawie. Trzymam się swojej decyzji, zobaczymy, co z tego wyjdzie. Akt pierwszy, miejsce akcji to budynek ochrony przy bramie wjazdowej na lotnisko. Początek jest standardowy, prześwietlanie bagażu i parę pytań na rozgrzewkę. "Palestyna? A dlaczego tam a nie Izrael? - W Izraelu byłem już wcześniej, teraz chciałem zobaczć coś nowego. - No ale przecież w Palestynie jest niebezpiecznie? Eee, wcale nie, nie bardziej niż u was".Zaczyna się przeglądanie zdjęć na aparacie (ale komputer zostawiono w spokoju), potem testy sprawdzajęce, czy nie miałem do czynienia z materiałami wybuchowymi. Żołnierze mają korzenie rosyjskie bo rozmawiają ze sobą w tym języku. Nie podoba im się mój paszport, bo jest nowy i prawie pusty. Taaa, jakby zobaczyli stempelki w tym starym to by dopiero było wesoło. "Był Pan ostatnio na jeden dzień w Stambule, dlaczego tak krótko? - Miałem stopover po drodze do Nepalu, porównajcie sobie daty na wizach. - Palestna? A dlaczego tam a nie Izrael? - To już chyba przerabialiśmy, prawda?"Chłopaki mają niezłą zagwozdkę i nie wiedzą, co ze mną zrobić. "Był Pan może w Syrii? - Tak, paręnaście lat temu, to też się liczy? - A w Libanie? - Też, jakieś siedem albo osiem lat temu. - A dlaczego jeździ Pan w takie dziwne i niebezpieczne miejsca (w domyśle - do krajów, z którymi się nie lubimy)? - One nie są niebezpieczne, poza tym jeżdżę też w masę różnych innych miejsc, jak Chiny czy Rosja, czemu o nie nie pytacie?. - Palestyna? A dlaczego tam a nie Izrael?". Ehhh...Rozmawiamy sobie tak ładne pół godziny, w końcy pada decyzja, że mogę jechać na lotnisko, tam będę rozmawiał z jakimś ważniakiem. Podjeżdża opancerzony samochód, na dachu karabin maszynowy, kierowca uzbrojony po zęby. Wsiadam tam z jednym z posterunkowych i ruszamy w kierunku lotniska. "Był Pan w Iranie albo Iraku? - W Iranie, fantastyczny kraj. Irak jest jednak troche za bardzo niebezpieczny jak na moje preferencje, chociaż tamtejszy Kurdystan kusi". Chyba nie na taką odpowiedź liczono. Podjeżdżamy pod budynek lotniska, rozpoczyna się akt drugi. Czeka tu na nas paru żołnierzy i jakiś mężczyzna z brodą i w okularach. Wygląda na informatyka, podobno jest szefem ochrony na lotnisku. Rozmawiamy sobie w drzwiach wejściowych. "Palestyna? Pan wie, że mamy z nimi problemy? - Wy może tak, ja nie mam z nimi żadnych, tak samo jak nie mam z Izraelem - Proszę pokazać bilet - Nie mam, jest elektroniczny - Czy przewozi Pan może materiały niebezpieczne? - Prześwietliliście mi plecak to wiecie, żę nie." Rozmawiamy sobie dalej w tym stylu aż nagle w pewnym momencie, w środku jakiegoś wątku, szef ochrony przerywa mi, wręcza paszport, życzy miłej podróży i zostawia samego. Jak do tej pory spędziłem z żołnierzami łącznie półtorej godziny, teraz rozrywka się skończyła. Samolot mam nad ranem więc muszę jakoś przetrwać tę noc. Siadam sobie na ławce, czytam książkę i patrzę na patrole tajniaków co jakiś czas podchodzące nie niektórych podróżnych. Checkin zaczyna się jakoś po 2 w nocy a razem z nim akt trzeci. Staję wraz z innymi w kolejce, czekamy karnie na odprawę. Nie mija chwila, podchodzi do mnie jakieś dziewczę i prosi na bok. Zaczyna się kolejna rozmowa, tym razem strategia jest zupełnie inna. "Spędza Pan urlop w Izraelu? To musi sporo kosztować, skąd miał Pan pieniądze? - Nie w Izrealu tylko w Palestynie, tam jest tanio - No ale sam przelot musiał sporo kosztować, zajmuje Pan pewnie jakieś wysokie stanowisko w firmie? (No jasne, mam na sobie stare dresy a koło mnie leży przybrudzony i sfatygowany plecak, tak właśnie podróżują bogacze) - Za bilet zapłaciłem mniej niż 100 euro, to chyba nie jest dużo?." Dziewczyna jest prześliczna. Długie, kręcone włosy, czarne oczy wpatrujące się we mnie z podziwem, co chwila mruga rzęsami, ubrana jak na randkę a nie kontrolę bezpieczeństwa. Ewidentnie próbuje grać na męskiej próżności, żeby coś ode mnie wyciągnąć. Rozmawiamy sobie jakieś pół godziny i mam przy tym wszystkim niezłą frajdę. Do czasu, za chwilę podchodzi do nas szef ochrony i mówi coś dziewczynie do ucha. Ta momentalnie przestaje się do mnie uśmiechać i flirtować, oddaje paszport i idzie do następnej osoby. Szkoda, było fajnie. Odbieram w końcu moją kartę pokładową i idę na standardową kontrolę bagażu przed wejściem do strefy tranzytowej lotniska. Tu rozpoczyna się akt czwarty. Prześwietlają mi plecak, oczywiście zapala się jakaś czerwona lampka i proszony jestem na bok. Rozmawia ze mną jakiś niewyspany młody chłopak, czerwone oczy, co chwila ziewa. Sprawdza mi plecak, znajduje kosmetyki z Nablusu i chałwę. Od razu się rozbudza i z dużym entuzjazmem zaczyna grzebać dalej. Już widzi przed sobą wizję awansu i premii po tym, jak udaremnił zapach na lotnisko za pomocą bomby opakowanej w papier po arabskim mydle. "Palestyna? A dlaczego tam a nie Izrael? - Chyba się wszyscy z tego samego podręcznika szkolicie, odpowiadałem już na to pytanie wiele razy." Jego radość trwa dobrych dwadzieścia minut. Potem znów znikąd pojawia się mój stary znajomy szef ochrony i coś mu mówi. Chłopak od razu markotnieje, szansa na awans przeszła mu koło nosa. Oddaje mi plecak i życzy miłego lotu. Godzina do odlotu, idę pod bramkę. Czekam co będzie dalej, podczas poprzedniej wizyty w Izraelu wzięto mnie na kontrolę tuż przed wejściem do samolotu. Upływa minuta za minutą, rozpoczynają się przygotowania do boardingu, potem zaczynamy wchodzić na pokład. Nic niespodziewanego się nie dzieje, jestem nawet trochę rozczarowany, że nie ma dalszego ciągu spotkania z izraelskimi pracownikami służb bezpieczeństwa. Aktu piątego nie będzie. Siadam w swoim fotelu i jeszcze przed startem zapadam w sen.
washington 30 czerwca 2017 23:00 Odpowiedz
Bardzo przyjemnie się czytało :)
michcioj 1 lipca 2017 00:30 Odpowiedz
mi rowniez bardzo przyjemnie sie czytalo :) .ogolnie super wrazenie, chociaz niestety czasem bila od Ciebie stronniczosc i anty-Izraelskie wypowiedzi.oczywiscie masz prawo do swojego zdania i wolnosci slowa chociaz mialem wrazenie ze jestes stronniczy i faworyzujesz niewiadomo czemu Arabow.
65437 1 lipca 2017 11:00 Odpowiedz
michcioj napisał:mi rowniez bardzo przyjemnie sie czytalo :) .ogolnie super wrazenie, chociaz niestety czasem bila od Ciebie stronniczosc i anty-Izraelskie wypowiedzi.Nie wiem skąd powyższy wniosek- każdy ma prawo do swojego spojrzenia na świat i na strony konfliktu, bądź co bądź, wojennego.Też popieram Izrael, BTW, ale to kompletnie inny temat.Do autora- relacja naprawdę ciekawie napisana, przeczytałem wszystko. Dzięki! Co do kontroli na tamtejszych lotniskach, to ze skromnego doświadczenia (jedna podróż do Ovdy) powiem: standard i typowość. Im więcej czasu mają do Twojego odlotu, tym bardziej się z Tobą bawią. Ja nie byłem w Palestynie, jedynie w Izraelu i seria pytań i testów była tak samo długa i męcząca. Taki system i po prostu trzeba to przeżyć i uwzględnić. Jeśli- jak każdy normalny turysta- faktycznie nie masz nic za uszami, to nic się nie stanie.Jest to uciążliwe, ale należy zrozumieć te realia. Zresztą do wyjazdu akurat tam nikt nikogo nie zmusza, a w Europie sporo moglibyśmy się od Izraela nauczyć w kwestiach praktycznych i zdroworozsądkowych... ale to, jak mówiłem, inny temat :)
pbak 1 lipca 2017 13:15 Odpowiedz
@michcioj akurat jeżeli chodzi o moje osobiste poglądy to były one przemycone w ostatnim poście. Ja nie mam problemu ani z Palestyną ani z Izraelem, nawet jak oni się ze sobą kłócą. Spędziłem kiedyś fantastyczne dwa tygodnie jeżdżąc po Izraelu i nic złego mnie z ich strony nie spotkało a wrażenia były niesamowite. Więc jakby to była relacja z tego kraju, to wydźwięk byłby pewnie zupełnie inny. Ale to relacja z Palestyny i zgodzę się, że może wyglądać stronniczo. Powód jest prosty - przez cały wyjazd miałem możliwość rozmawiania tylko z Palestyńczykami więc z konieczności przekazałem tu tylko ich wizję konfliktu. Miałem ogromną nadzieję spotkać kogoś, kto przedstawiłby mi żydowski punkt widzenia, ale niestety nikogo takiego nie było. Nawet podczas pobytu w Hebronie moje konwersacje w synagodze z żydowskimi turystami były bardzo powierzchowne, druga strona unikała drażliwych tematów jak ognia. A z osadnikami nie było żadnego kontaktu. A propos kontroli na lotnisku, to ja osobiście traktowałem to jako kolejną artakcję. I tak miałem w planie spędzenie tam ładnych paru godzin więc bez tych wszystkich spraw związanych z kontrolą wynudziłbym się jak mops :-). I muszę przyznać, że Izraelczycy przez cały czas zachowywali się fair. Nie było podczas wszystkich tych rozmów żadnych pogróżek ani szantażu w stylu "Mów prawdę albo nie puścimy cię na samolot". Podczas przeglądania zdjęć na aparacie żadne z nich nie było też skasowane, pomimo niewątpliwie antyizraelskiej wymowy conajmniej paru z nich.
don-bartoss 1 lipca 2017 14:03 Odpowiedz
michcioj napisał:ogolnie super wrazenie, chociaz niestety czasem bila od Ciebie stronniczosc i anty-Izraelskie wypowiedzi.oczywiscie masz prawo do swojego zdania i wolnosci slowa chociaz mialem wrazenie ze jestes stronniczy i faworyzujesz niewiadomo czemu Arabow.Tylko wiesz - nie ma takiego prawa ani nawet reguły, która nakazuje ludziom bycie symetrystami.
sudoku 1 lipca 2017 18:53 Odpowiedz
Świetna relacja. Byłem tylko w Betlejem i Hebronie, ale moje wrażenia z tego drugiego miejsca bardzo podobne.Ile czasu potrzeba na przemieszczenie się pomiędzy Jerozolimą i Nablus - zastanawiam się, czy da radę zrobić taki wypad (Ramallah + Nablus) jako jednodniówkę z Jerozolimy?
pbak 1 lipca 2017 19:44 Odpowiedz
Jerozolima - Ramallah to jakieś 45 min, jak nie ma większych problemów na granicy. Ramallah - Nablus to mniej więcej godzina. Wszystko w wersji optymistycznej, jak nie będzie żadnej wojskowej blokady po drodze. Jednodniówkę da się pewnie zrobić ale za dużo czasu w każdym z miast to nie będzie. Ja bym raczej zrezygnował z Ramallah i skupił się na Nablusie, według mnie jest o wiele ciekawszy. Wrzuce jeszcze w wolnej chwili troche praktycznych szczegółów i informacji o hostelach, może się komuś przydadzą.
julk1 1 lipca 2017 22:00 Odpowiedz
na koniec miało cos być o kosztach...
pbak 3 lipca 2017 00:38 Odpowiedz
Będzie i o kosztach i praktycznych aspektach podróżowania. Noclegi:Ramallah - Hostel Area D. Bardzo przyjemny, z miłą obsługą i centralną lokalizacją.Hebron - Salam Guesthouse. Tak w zasadzie to parę pokojów w domu mieszkalnym, w cenie śniadanie, w zależności od dnia spore albo symboliczne. Mogą być trudności z mailowym kontaktem z właścicielem, sytuacja w mieście jest tak zmienna, że guesthouse może już nawet nie istnieć. Jerycho - Auberg-Inn. Też w zasadzie dom, na peryferiach miasta. Spacerkiem jakieś 15 minut od centrum, warunki bardzo dobre, smaczne śniadanie w cenie. Nablus - Damascus Guesthouse. Chyba już nie istnieje, bo ślad po nim w internecie zaginąłZa nocleg płaciłem średnio 70 ILS. Rezerwacja przez internet albo telefonicznie parę dni przed przyjazdem. Tylko w Hebronie płaciłem więcej, 125 ILS ale w cenie była też kolacja. Transport:Międzi miastami jeżdżą minibusy, szybkie i tanie. Odjazd po zapełnieniu wszystkich miejsc, nie czekałem nigdy dłużej niż pół godziny. Cena przejazdu to ok 25 - 30 ILS. Czasami wojsko izraelskie zamyka jedną czy drugą drogę ale z reguły można to objechać na około. W wyjątkowych przypadkach wjazd albo wyjazd z miasta może być całkowicie zamknięty, szczególnie jeżeli chodzi o Hebron. Jedzenie, picie i inne przyjemności:Sporo małych lokalnych budek z felafelami, ceny od 3 ILS. Za fajkę wodną płaciłem 10 ILS. Skorzystanie z łaźni w Nablusie to koszt ok 35 - 40 ILS. Bezpieczeństwo:To Palestyna więc sytuacja może zmienić się z dnia na dzień. Pomimo tego, za wyłączeniem Hebronu konflikt izraelsko-arabski był praktycznie nieodczuwalny. Zero problemów z chodzeniem nocą po mieście. Poza checkpointami wojsko izraelskie jest prawie niewidoczne. Hebron to inna bajka. Nie żałuję, że tam pojechałem, ale chyba nie chcę tam wrócić. Jeżeli coś ma się komuś przytrafić, to najprędzej tam. To tykająca bomba zegarowa, która prędzej czy później wybuchnie. Język:Z reguły nie ma problemów z angielskim, inne języki tylko w wyjątkowych przypadkach. Z żołnierzami izraelskimi często da się dogadać po rosyjsku. W ostateczności pozostaję machanie rękami i rysowanie obrazków, działa bez problemów.
casper-slonina 6 lipca 2017 02:10 Odpowiedz
Relacja swietna. Po odwiedzeniu tych miejsc i poznaniu ludzi otwieraja sie oczy jak w rzeczywistosci wyglada sytuacja Palestynczykow pod okupacja Izraela.