0
katraviatta 9 czerwca 2017 19:39
-- 09 Cze 2017 20:39 --

Jak nie zwiedzać Malty- relacja kontrowersyjna

Zawstydzona jestem trochę.

Jest tutaj wielu ekspertów, osób, które podróżują często na Maltę, mieszkają tu, mają nieoceniony wkład merytoryczny na rzecz tego forum (dziękuję np. panom @ahdar czy @bonieq2 ). Pomogliście mi w odpowiedzi na wiele pytań - nawet nie musiałam ich zadawać, bo odpowiedzi już tu były! A przecież jest to mój trzeci przyjazd tutaj. Jakie błędy można więc popełnić tak bardzo lubiąc dany kraj, w dodatku tak mały kraj, będąc tu już dwa razy, czytając NAPRAWDĘ dużo przed wyjazdem?

Ano masę :D

Przeloty.

Bardzo nagła decyzja o nienajtańszym kupieniu biletów szybko odbija się czkawką. Na Maltę namówiła mnie koleżanka. To znaczy namawiać nie musiała, bo na Maltę to ja zawsze :D Natomiast namówiła mnie byśmy kupowały już, bo znalazła tanie bilety na maj. W sumie nie były rzeczywiście drogie po moich ostatnich obserwacjach: WAW-MLA-WAW w wizzair ze zniżką WDC 440 zł od osoby. Plus jeden bagaż na dwie - to już wydatek ponad 600 zł. Bilety kupione w lutym.
Wystarczyło poczekać miesiąc, by ceny spadły o 100-150 zł :D Serio. Niestety obserwowałam to.

Wybór hotelu.

Poprzednio nocowałam w Bugibbie, Xemxija i Marsalforn (Gozo). Najdroższy nocleg z tych trzech wyniósł 20 eur za osobodobę (Marsalforn). Tym razem Wybieramy pokój ze wspólną łazienką w St Julian’s. Za 7 nocy płacimy 1334 zł. Jak wybierałyśmy nocleg? Dla mnie priorytetem jest brak robaków i ładny widok. Dla koleżanki, nazwijmy ją Grażyna (imię absolutnie nie ma oddać charakteru typowej Grażyny z Polski) - ładna łazienka i wystrój mieszkania. Dla nas obu - dostęp do restauracji, dogodna baza imprezowa. To ostatnie przeważyło, wszak nieczęsto zdarza się „wyrwać z domu”! Dlatego zrezygnowałyśmy z drugiego miejsca, nad którym się zastanawiałyśmy: Porto del Sol w podobnej cenie w bardzi spokojnej miejscowości Xemxija. O innych wadach związanych z położeniem tego miejsca napiszę potem. Natomiast teraz wspomnę tylko, że Grażyna nie powiedziała mi, że… jest w ciąży. Kluczowy argument więc o wszelkim „imprezowaniu”, alkoholu, dostępie do człowieka, okazał się co najmniej nieadekwatny :/ Na miejscu okazało się, że lokum to po prostu czteropokojowe mieszkanie, które dzieli się z innymi najemcami. Łazienka na trzy pokoje. W czwartym pokoju jest osobna łazienka. Pokój ma może 8 m2, z malutkim okienkiem, klaustrofobicznie. 10 minut po wejściu żałuję, że zrezygnowałam z balkonu, widoku i prywatnego pokoju w „normalnym” hotelu :D Zaznaczam, że nie jestem osobą, która musi mieć luksusy, podstawy wystarczą ;) Grażyna szczerze przeprasza, bo to ona upierała się przy wynajmie tego miejsca.

Dzień 0 (dzień przylotu)

Lądujemy godzinę przed planowanym czasem. Zamówiłam przez serwis Travelrepublic.co.uk prywatny przejazd za 13 eur. Zgodnie z instrukcjami otrzymanymi po zapłacie, mamy się skierować do stanowiska Maltatransfer, tam przydzielą nam kierowcę. Przy kontuarze kilku rosłych Maltańczyków przekrzykuje się, atmosfera jak na targu. Pod nosem śmieję się, że wyglądają, jakby kłócili się między sobą co potem począć z naszymi ciałami. Inni, oczekujący na shared transfer zostają dłużej - do nas podchodzi jeden z panów i prowadzi nas do jak najbardziej prywatnego na oko 20-letniego zdezelowanego przyrdzewiałego volkswagena kombi. Oj, cieszę się, że mam towarzyszkę podróży. Pod hotelem jesteśmy więc w mniej niż godzinę (Maltańczyk prowadzi w iście krajańskim stylu). Wychodzimy z Grażyną nad zatokę, do której mamy 100 m w linii prostej, w poszukiwaniu jedzenia. Najpierw jednak szukamy sklepu - woda i podstawy są ważniejsze niż kolacja. Trafiamy na niezbyt tani sklep i na kilka produktów wydajemy 28 eur. (bagietka, croissanty, jajka, pomidory, ananas, woda, masło, ricotta, chorizo) Niestety, zakupy i zaledwie 10minutowe szukanie restauracji powodują, że trafiamy na zamknięcie wszystkiego - dochodzi 23:00.
Kolację bierzemy więc na ławkę nad zatokę, spożywamy McDonald’s :D

Spinola Bay:


1aa.jpg



1aaa.JPG



Dzień 1

Jako że jest to mój trzeci pobyt, chciałabym zobaczyć coś nowego. Namawiam więc Grażynkę na trekking z plażowaniem na koniec. Dla niej plażowanie jest bardzo ważne - za dwa miesiące ślub! Dla mnie ciut mniej. Trasę prześledziłam na google maps wraz z satelitarnym widokiem. Drogi są! Wychodzi 6,9 km, zaokrąglam do 10, bo wiadomo jak to bywa. Zaznaczam Grażynie, że nigdy tam nie byłam, więc nie znam tej okolicy. Trasa jaką wybieram to: przejazd autobusem do Bahrija (mój niezdobyty cel z zeszłego roku!) z przesiadką w Rabacie, z Bahrija już nogą: przez Blata tal-Melh, pozostałości świątyni Ras Ir-Raheb, do plaż Fomm ir-Riħ, Gnejna aż do Tuffieha. Grażyna mówi: nieraz z Wojciechem 10 km robiliśmy do obiadu!
Pierwszy zgrzyt komunikacji publicznej Malty: autobus przyjeżdża spóźniony o dobry kwadrans i mocno zatłoczony. Jeszcze tego dnia nie wiedziałyśmy, że narzekać nie ma na co: autobus po pierwsze: przyjechał; po drugie: zabrał nas. Grażyna jednak cieszy się po wyjściu z pojazdu w Rabacie, że ta męka nareszcie się skończyła.
W Rabacie oczywiście biorę Grażynę do baru na parkingu po pastizzi. Są nowe smaki, rok temu nie było! Z anchois oraz z kurczakiem. W oczekiwaniu na drugi autobus zajadamy się z przyjemnością! Ja już po wsze czasy zostanę fanką pastizzi z ricottą w środku <3 Trzy pastizzi = 0,9 eur.

Naszym podstawowym błędem na dziś było zabranie zbyt małej ilości płynów. Miałyśmy w sumie na dwie niecałe 2 litry.

Innym błędem było niezapewnienie nam przez wyspę na szlaku stałego dostępu do przynajmniej ścieżki :D

Piękna pogoda: słonecznie, około 30 stopni. Do Blata tal-Melh nie schodzimy (zbyt stromo, G. nie chce schodzić).


1ab.JPG



Trasa przez pierwsze kilometry była wygodną szeroką na 1,5 metra drogą (przyjemne pół godziny)


1a.JPG



Natomiast potem drogę zagrodziła znienacka… prywatna posesja :D i co mamy teraz zrobić? Nie jestem z tego dumna, ale postanowiłyśmy przeskoczyć niski, metrowy murek. Nie celem dewastowania i zakłócania spokoju, ale bardziej - w razie spotkania człowieka - zapytania się, jak mamy iść inaczej? Po kolejnych kilkuset metrach droga się kończy. Brak ścieżki - musimy przedzierać się skrajem pól, przez skały, trochę pod górę, po zboczu.


1.JPG



Docieramy bliżej plaży Fomm ir-Rih, droga pojawia się znowu (cały czas idziemy z GPSem, który właśnie tak nas prowadzi).


3.JPG



Na parkingu na południe od plaży widzimy dwa samochody. Jest życie! Nie widzimy innej drogi jak zejście przez plażę (tak też kieruje nas nawigacja). Dwóch mijających na plaży panów pytamy, czy znają okolice: mówią, że nie - przyjechali tutaj się wykąpać, więc nie wiedzą jak iść dalej. Z plaży wydostajemy się na ścieżkę i ponownie na drogę, która znowu kończy się tabliczką: private.
Idziemy jednak dalej pod stromą górę z nadzieją, że żadna broń nie jest w nas wycelowana. Droga kończy się niestety posiadłością, zamkniętą z drugiej strony dwumetrową bramą. Na wzgórzu. Grażyny telefon pokazuje, że wspięłyśmy się dziś już na 37 pięter. Dzwonimy do domu domofonem z prośbą o wypuszczenie z drugiej strony, jednak nikogo nie ma. Proponuję, że może pójdziemy górą, nad posiadłością? Nie spotykam się niestety z pozytywnym odzewem. Obchodzę posiadłość naokoło - znajduję wodę oraz basen! Postanawiamy zawrócić, Grażyna jest poważnie wściekła. Wszak miałyśmy iść 2 godziny, a dobija już trzecia.

Trasa od zejścia na plażę Fomm do posiadłości


2.JPG



Decydujemy się na poproszenie o pomoc dwóch panów, których mijałyśmy na plaży. Nie słyszałam niestety dialogu, bo to Grażyna wyprzedziła mnie i z nimi rozmawiała.


5.JPG



W każdym razie panowie (pracujący na Malcie Hiszpanie) podwieźli nas przez Xemxiję pod prawie sam dom, na siłę musiałam im wciskać 5 eur na piwo ;)
Potem podsumuję szerzej, natomiast teraz tylko napiszę, że ta trasa na pewno jest do zrobienia bocznymi, mniej wygodnymi ścieżkami, czasami jest stromo, czasami trzeba użyć rąk, by się przytrzymać dla równowagi. Do Tuffiehy, z zahaczeniem o Blata tal-Melh jest minimum 10 km, więc trzeba wziąć dużo wody. Na pewno tam wrócę!

Wieczorem idziemy do niedalekiej od mieszkania restauracji Gululu. Mój makaron jest zbyt spieczony, na sucharek, Grażyny makaron - niedoprawiony.


6.jpg



Dzień 2

Dziś dzień plażowania, na życzenie Grażyny. Jak sama mówi - gorszego dnia niż wczoraj już na pewno nie będzie, więc zdała się na moją rekomendację: Golden Bay. Autobus przyjeżdża prawie o czasie i nawet siadamy!

Na plaży niestety nieczysto: jest chyba sezon na hmmm… przepraszam za brak wiedzy - łuszczenie się drzew? :D Plaża oraz woda pełne są drobinek drewna. Nie jest to obrzydliwe jak muł czy glony, ale nieestetyczne.


7.jpg


(zdjęcie z innej plaży, by okazać obiekt)

Grażynie podoba się średnio. W dodatku jest sporo Polaków.

Ruszamy potem do Valletty, bo kończymy plażowanie o 16:00. Dziś jemy w knajpce, którą G. wyhaczyła na blogu tasteaway (Guze). Ja zamawiam ravioli (dostaję cztery sztuki za 14 eur, pyszne)


8.jpg



Grażyna zamówiła kalmary i królika, nie zdając sobie sprawy, że królika zamówiła nie jako przystawkę ale jako danie główne, przez co rachunek urośnie o dodatkowe 11 eur. Ja na deser zamawiam pannacottę bo nie najadłam się obiadem :D Płacimy 60 eur. Grażynka zachwycona jedzeniem, najlepiej wspomina ten posiłek z całej podróży.

Dzień 3

Dziś mamy najmniej do "ponarzekania" z całej wyprawy.

Zaczyna się nieciekawie - opóźnionym ponownie o dobry kwadrans ulubionym autobusem do Rabatu - chcemy zwiedzić Mdinę.

G. w związku z ciążą trochę „grażynuje” - nie ma się co dziwić, taki stan! - do autobusu zawsze chce wsiąść pierwsza, najchętniej by usiadła. Nie uznaje czegoś takiego, jak kolejki do wsiadania (na Malcie pod tym względem panuje system brytyjski). Niestety ciąża jest jeszcze niewidoczna, wygląda, jak sama mówi, jakby się najadła. Ludzie nie ustępują. Ludzi w autobusie jest tak dużo, że na następnym przystanku kierowca nie zabiera już pasażerów. Spędzamy więc godzinę stojąc co najmniej w dziwnej pozycji chińskiego paragrafu. G. po wyjściu z autobusu mówi, że było tak niewygodnie, że chce się jej aż płakać.

Zwiedzamy Mdinę - architektura przednia, tylko ludzi sporo (głośni Włosi).

Potem wsiadamy w 201 i jedziemy do Blue Grotto. Kierowca, jadąc wzdłuż klifów, zmienia pas na nieswój, byśmy mogli znad urwiska popatrzeć na skały - bardzo uprzejmie z jego strony! Siedzimy przy Blue Grotto trochę na skałkach, kręcimy się w okolicy zagłębia turystycznego (łódeczki nie bierzemy, przecież to 8 euro za pół godziny). Bardzo chcę zjeść z pięknym widokiem na morze, więc decydujemy się na knajpkę Step In. Obok przy stoliku siedzi stado głośnych (ponownie) Włoszek. Grażyna pyta kelnera, czy ośmiornicę można zrobić bez wina, bo jest w ciąży. Kelner próbuje przekonać Grażynę, że niewielka ilość wina nie zaszkodzi dziecku, tym bardziej, że przy gotowaniu paruje. G. słusznie obstawia przy swoim, ale jest zbulwersowana, że takie mity nadal krążą wśród ludzi. Jej zupa rybna jest bez smaku. Mój makaron z owocami morza oraz pieczywo czosnkowe - przepyszne!

Wspinamy się jeszcze na przystanek wcześniej (Panorama), by popatrzeć na grotę z góry. (na zdjęciu ukryty motyw)


9.jpg



Autobus przyjeżdża za jedyne 40 minut!

W Valletcie idziemy na szybkie lody Amorino, których G. znalazła polecenie na wyżej wspomnianym blogu. Są naprawdę pyszne!


10.jpg



Ludzi w Valletcie niemało.


11.JPG



Dzień 4

Dzień wcześniej zakupiłyśmy rejs na Comino w Captain Morgan. Wytargowałyśmy cenę 18 eur, choć nie wydaje mi się, by to była jakaś ogromna promocja (tydzień temu pierwsza lepsza oferta, jaką znalazłam na maltańskim grouponie to 15 eur). W cenie przepłynięcie w obie strony na Comino, lunch, zimne napoje. Grażyna jest bardzo zainteresowana jakie są napoje, bo pije wodę kokosową i soki anansowe. Pani zapewnia, że „soft drinks, juices, beer, wine and water”. Lunch? „Cold buffet and fruits”. Autobus typu hop-on hop-off zabiera nas do Sliemy



Jesteśmy 40 minut przed czasem, więc cieszymy się z zajętego miejsca na górnym pokładzie wielkiego statku - będą widoki! Chwilę przed odpłynięciem statek jest pełen po brzegi. Szacuję, że razem z nami płynie ok. 300 osób.


13.jpg



14.jpg



Po godzinie Grażyna się dopytuje kiedy wreszcie będziemy. Jak podsumowuje - jest zimno i wieje. W barze nie ma w ogóle soków. Do wyboru poza alkoholem jest woda, cola, fanta, sprite. Obie wybieramy wodę, Grażyna wiadomo czemu, ja - bo wiem, że na Comino cienia nie uświadczysz, a leżeć nie zamierzam. Alkohol nie jest więc dobrym pomysłem ;)

Winko - samoobsługa


16.JPG



Maszyna do napoi, pewnie czynna tylko w sezonie


15.JPG



17.JPG



Lunch wydawany jest tylko dla ludzi zostających na Comino (część wycieczki wysiada na Gozo). Szef kuchni serwuje takie pyszności, że ja zjadam pieczywo z wędliną i sałatą (i majonezem zamiast masła), Grażynce pasuje jeszcze pomidor i makaron z oliwką, pomarańcze (to jedyne owoce) bierze trzy na wynos.


18.jpg



Kolor wody jest piękny, jednak, jak uprzedzałam G., ludzi jest co nie miara, cała plaża piaszczysta zajęta, skałki obstawione. Ja już wcześniej uprzedzałam, że chcę zobaczyć parę rzeczy, więc po zainstalowaniu się Grażyny na ostatnim pół metrze kwadratowym piasku pomiędzy parą a małym dzieckiem, idę obejść wyspę. Mimo wyraźnego opisu jak jest na Blue Lagoon, tłumy chyba przerastają Grażynę.


19.jpg



20.jpg



21.jpg



22.jpg



Ja idę w stronę południową. Okrążam całą wyspę, obok Crystal Lagoon, zamkniętego szpitala, wieży Santa Marija, opuszczonej farmy świń... Do zatok San Niklaw i Santa Marijja dochodzę więc po złażeniu całej wyspy, pod sam koniec. Nie mam szans powiedzieć Grażynie, że tutaj plażę może mieć całą praktycznie dla siebie (drzewa tworzą mini-plaże). Po pół godziny wstaję z piasku, czując wyrzuty sumienia, że mi tutaj tak dobrze…


23.jpg



Pozytyw na dziś: znajduję na mapie google sklep, przystanek wcześniej od naszego mieszkania: Park Towers Supermarket. Jeśli ktoś zdecyduje się na hotel w okolicach Sliemy/St Julian’s- gorąco polecam - najlepszy sklep, na jaki trafiłam na Malcie. Duży wybór i niższe ceny, niż w sklepiku, do którego trafiłyśmy pierwszego dnia.

Grażyna wieczorem gotuje makaron boloński. Smakuje jej.

Dzień 5

Niedziela - Jedziemy do Marsaxlokk na targ. Czekamy na autobus z serii TD - nowość na Malcie (?) - bezpośrednie autobusy za 2x drożej, które zatrzymują się tylko na kilku przystankach, potem nigdzie się nie zatrzymują po drodze, dopiero w miejscu docelowym. Autobus nie przyjeżdża wcześniej (przyszłyśmy jak codziennie specjalnie co najmniej 10 minut przed czasem) ani później przez kolejne 20 minut. O tym, że za autobus płaci się dodatkowe 1,5 euro, nawet jeśli się ma tallinja card dowiadujemy się od stojących obok Polaków. 1,5 euro to majątek! Więc decydujemy się na przejazd do Valletty i stamtąd klasycznym autobusem do Marsaxlokk.

Na marginesie dodam, że ostatniego dnia w drodze na lotnisko okazuje się, że posiadacze karty „explore” za 21 eur, nie dopłacają za korzystanie z autobusów TD.

Wyszłyśmy wcześniej, by załapać się na pierwszy autobus TD - jadący niby o 10:00. Liczyłyśmy więc, że na targu wylądujemy o 11:00. W Valletcie naturalnie na autobus na targ czekają dzikie tłumy.


24.jpg



Do pierwszego nie wsiadamy, na przystanek obok podjeżdżają trzy autobusy TD, których też nie wybieramy (wiadomo - 1,5 euro), wchodzimy więc po ok. pół godzinie w kolejne 85. Ba. Siadamy nawet! W tłumie G. ma ochotę uderzyć młodego pana, który wpycha w nią łokieć, a robi miejsce dla swojej dziewczyny, by wsiadła.

Jeśli chodzi o targ - uprzedzałam Grażynkę, że to nie jest tak, że to ciąg stoisk z rybami, między którymi można przechadzać się niczym na spacerze. Liczba ludzi na miejscu chyba jednak ponownie trochę G. przerosła, w dodatku stoisk z tandetą jest jeszcze więcej niż pamiętam. Zaskakująco, ogólnie targ jest większy niż pamiętam sprzed dwóch lat, a stoisk z rybami i warzywami jest nawet sporo.


25.jpg



26.jpg



27.jpg



28.jpg



Chcemy zjeść wczesny obiad w Marsaxlokk, jednakowoż knajp, które poleca foursquare, a które mają zadowalającą ocenę powyżej 7,5 - jak na lekarstwo. Wybieramy w końcu Ta’Victor pod kościołem. Na ten sam pomysł wpadają oczywiście pozostałe tysiące turystów. Wszystkie miejsca wypchane są po brzegi, a kelnerzy od progu wołają „sori, fuli bukt”. Proponuję więc, że może przejedziemy się do sąsiedniej zatoki do Marsaskali na obiad, by uciec od tłumów, ale G. nie chce ryzykować, że tam nic dobrego nie znajdziemy. Idziemy więc na autobus, by zjeść gdzieś w Sliemie.

Zapomniałam, że powrót z Marsaxlokk do Valletty nie jest tak oczywisty - nie jest napisane „Valletta” na przystanku, trzeba pojechać jeden przystanek do pętli, a stamtąd nie trzeba wysiadać, bo autobus jedzie do stolicy. Zabieram więc Grażynę na przystanek wcześniej, Trunciera, gdzie odjeżdżają autobusy jeden na lotnisko, a drugi do szpitala Mater Dei. Nie musi wszak być Valletta jako miejsce przesiadkowe, do nas jeździ na tyle dużo autobusów, że na pewno coś nam w tych miejscach podpasuje. Smażymy się na przystanku wraz z rosnącym tłumkiem blisko godzinę (co ciekawe, w tym samym miejscu 2 lata temu smażyłam się tak samo) i nic poza autobusem do Marsaskali nie przyjeżdża. W końcu decydujemy się, tak jak pozostali oczekujący, wsiąść w autobus do Valletty.

Autobus, już napchany po brzegi, zanim rusza, psuje się.

Kierowca wyprasza wszystkich.

Idziemy więc z Grażynką jako nieliczne na kolejny przystanek, gdzie byłyśmy już wcześniej. Po Kwadransie nadjeżdża ten sam autobus, już naprawiony, z tymi wszystkimi ludźmi, którzy w nim jednak zostali.

Kierowca w miejscowości Żejtun zahacza o stojący na parkingu samochód i urywa lusterko. Nie może się ruszyć i blokuje całe miasto. Zaczynają wymieniać się z właścicielką oświadczeniami i danymi, jednak to jej widocznie nie wystarcza.


29.jpg



Kierowca w końcu po kwadransie mówi: to może potrwać 20 minut, może i dłużej zanim ruszymy ponownie.

Rezygnujemy z G. z oczekiwania i udajemy się na inny przystanek, nie na tej samej trasie (ruch jest autentycznie całkowicie zablokowany, za nami już kilka autobusów stoi, nie wspominając o autach osobowych).
Po pięciu minutach przyjeżdża autobus na lotnisko!

Pani kierowca na którymś z przystanków denerwuje się, że cały czas ktoś wciska „stop” i musi zatrzymywać się na każdym przystanku. „Jestem już spóźniona!” po czym w Birżebugga wysiada z autobusu i na pięć minut udaje się do toalety za potrzebą.

Na lotnisku bierzemy X2, nareszcie sprawnie.

Po drodze autobus hamuje i Grażynce wysypują się truskawki, które zakupiła na targu. Dzielnie prawie wszystkie wyzbierała.

Wysiadamy w Sliemie, jednak po obserwacji nabrzeża Grażyna stwierdza że „jest tylko pizza-pasta”. Wsiadamy więc w kolejny autobus do naszego ronda Spinola w St Julian’s i siadamy w knajpce Raffael (pizza-pasta).

Cała podróż z targu zajęła nam bite 5 godzin i bardzo chciałabym tutaj być osobą przesadzającą. Nie przesadzam jednak.

Ja biorę tortellini, Grażyna pyta kelnerkę o poradę. Kelnerka mówi, że nie lubi doradzać, bo ludzie mają różne gusta, ale po pytaniu, czy poleca makaron z lokalną kiełbasą cebulą itp., potwierdza, że poleca. Makaron nie jest nawet bliski zadowolenia podniebienia G. Brak widocznej kiełbasy, niedoprawione, niedosolone. „To już mój wczorajszy makaron był lepszy”. Moje tortellini są przepyszne.


20170521_181422.jpg



Dzień 6

Grażyna ponownie chce na plażę, tym bardziej, że nie wie czy coś jeszcze chce zobaczyć. Gozo jej nie interesowało: na plażę jechać trochę bez sensu taki kawał, trekkingi po Gozo to nie jej bajka, Azure window już nie ma ( :( ).
Oglądamy więc na youtubie mocno nieaktualny film o plażach na Malcie. Na Golden Bay jej się nie podobało, więc nie chce ryzykować pobliskiej Tuffieha. Ja chcę pojechać może w jakieś nowe miejsce, więc proponuję Ramla Bay (tę na Malcie, nie na Gozo), bo w razie czego niedaleko jest Paradise Bay lub Mellieha Bay.

Zebrałyśmy się wcześnie, o 9:40 byłyśmy już na przystanku, bo autobus do Cirkewwy był o 9:52. Gdy autobus przyjechał spóźniony ledwie o 4 minuty (ruszał z nieodległej Sliemy wszak), nie zabrał już żadnego z licznych pasażerów na przystanku - decydujemy od razu - cofniemy się kilka przystanków i wsiądziemy w kolejny. Idziemy więc na przeciwległy przystanek i już gdy miałyśmy wsiadać do autobusu Grażyna orientuje się, że nie ma karty. Nie wyda 3 eur na jednorazowe bilety. Wraca się do domu, po kwadransie jest z powrotem „chyba zgubiłam nigdzie nie mogę znaleźć” - „a w tej kieszonce na tyłach plecaczka?” „o masz! Rzeczywiście! Tam nie zajrzałam!” Wraca się więc ponownie do mieszkania, znajduje bilet, ale teraz mamy czas cofnąć się tylko dwa przystanki bez ryzyka ucieknięcia kolejnego autobusu. Autobus nie ucieka, ale ponownie nie zabiera pasażerów. Decydujemy więc, że jedziemy na początkowy przystanek przy promach w Sliemie. Wsiadamy w autobus, który potem miał zawrócić i zawieźć nas do Cirkewwy, jednak na pętli kierowca robi nam psikus: teraz ten autobus będzie miał inny numer i jedzie gdzie indziej. Idziemy więc na kolejny autobus nr 222, które odjeżdża tylko 1,5 h później po tym, na który pierwotnie się wybierałyśmy :D
Ramla Bay okazuje się być plażą bardzo małą, bez roślinności i uroku, obmurowana i rozkopana budowami ekskluzywnych hoteli, zawierającymi licznych gwizdających (na Grażynę) robotników.


31.JPG



30.JPG



32.JPG



Idziemy więc na Mellieha Bay (uprzedzałam, że tam jest klimat jak we Władysławowie). Bierzemy leżaki po 4 eur za moją namową. Grażynie się podoba. Obiad jemy w budce przy plaży. G. pyta pana co jest świeże, a co nie mrożone, ale chyba się nie dogaduje bo pan mówi, że wszystko ma świeże, co jest przecież niemożliwe. Wybiera mniejsze zło i bierze burgera. Ja - fish & chips.


34.JPG



Dzień 7 - wyjazd
Lot mamy o 21:50. Na szczęście nasz gospodarz pozwala nam zostawić walizki w mieszkaniu i wrócić po nie wieczorem. Przed 11:00 ruszamy więc do Valletty, której tak naprawdę nie zwiedziłyśmy jeszcze. Na 12:00 meldujemy się na wystrzał armat. Ledwie zdążamy, bo nie pamiętałam dokładnie gdzie te armaty są, więc od „czubka” półwyspu idziemy szybko do Lower Upper Barakka Gardens (dzięki @ahdar). Ludzi naturalnie ogrom.


35.JPG



36.JPG



Po wystrzale armat szwendamy się po uliczkach, wreszcie siadamy w Upper Lower Barakka Gardens na pół godzinki. Jest tam wi-fi, więc obie dzielnie szukamy knajpki, ale tym razem jest problem z rodzajem - powyżej oceny 8/10 są same knajpki włoskie. Znajduję w końcu jedną, która ma dobre parametry (dobre oceny, kuchnia nie włoska a śródziemnomorska, świeże opinie) ale G. ma ochotę na zupę, a tam nie ma zup. Decydujemy się więc na włoskie miejsce Papannis. Załapujemy się ledwie na koniec otwarcia restauracji przed siestą - kucharz jeśli zamówimy coś prostego, jeszcze nam zrobi. Jesteśmy ostatnie, którym kelner nie odmawia stolika. Moje penne i bruschetta wyborne, Grażyna również jest zadowolona ze swojej pasty z krewetkami. Potem znowu szwendamy się bez celu po mieście, w końcu chcemy ponownie przysiąść na ławeczce, ale w okolicach terminala autobusowego nie ma żadnych. Wracamy więc prawie do nas - do Balluta Bay i tam przesiadujemy już w parczku do 17:00, potem, wracamy po bagaże.

Balluta Bay:


37.jpg



Dziękujemy właścicielowi i oszczędzamy mu szczegółowej opinii o miejscu. Wszak większość to nie jego wina. Ogólnie mieszkanie przy Spinola Bay, w porównaniu do poprzednich lokalizacji, uważam za porażkę - ze względu głównie na komunikację właśnie. Okolica jest przeludniona i popularna. Autobusy przyjeżdżają już mocno spóźnione lub w ogóle się nie zatrzymują, albo są bardzo zatłoczone. Mam porównanie do podróżowania z Bugibby (z pętli autobusowej, więc luksusowo) czy z Xemxiji, a tam te autobusy były jakoś względnie na czas, nigdy w nich nie stałam i zawsze zabierały pasażerów.
Na przystanku czekając na autobus na lotnisko (TD! Postanawiamy nie ryzykować i nie czekać na X2), wypadek i wahadło na naszym pasie ruchu. Autobus spóźnia się jednak tylko 20 minut.

Majowa Malta - jak było?

Malta to zawsze świetny pomysł, fantastyczne wysepki, każdy znajdzie coś dla siebie: zapierające dech widoki, małe, ale urokliwe plaże, dobre jedzenie, ciekawa architektura, można nurkować, uduchawiać się w licznych sanktuariach, pić wino, pływać, spacerować… I przy okazji jest nie tak drogo. Grażyna zachwycona jest przede wszystkim architekturą i roślinnością. Pytana o to, który dzień najbardziej jej się podobał - ten gdy jeździłyśmy 5 h autobusami i ten na plaży we Władysławowie (plaża Mellieha)

Poprzedni wpis to nie narzekanie, a różne zdarzenia, zbiegi okoliczności. O drobnych niedogodnościach zapomnieć można w kilka minut, zanurzając się w te wszystkie wspaniałości, które serwuje Malta. Z Grażyną podróżowało mi się super - śmiałyśmy się, łapałyśmy podobne humory, dużo rozmawiałyśmy o życiu i śmierci - polecam tę towarzyszkę ;)

Fakt: komunikacja dała nam się bardzo w kość. Po prostu drugi raz nie wybrałabym hotelu położonego w okolicach Spinola Bay.

Poniżej trochę piękna z poszczególnych dni. Zachęcam gorąco, wpadajcie na Maltę!
Dzień 1 Trekking z Bahrija do prywatnej posiadłości


38.JPG



39.JPG



40.JPG



41.JPG



42.JPG



43.JPG



44.JPG



46.JPG



47.JPG



48.JPG




Dodaj Komentarz

Komentarze (11)

brzemia 9 czerwca 2017 20:05 Odpowiedz
cos masz z aparatem. zniekształca upiornie twarzeWysłane przy użyciu Tapatalka
katraviatta 9 czerwca 2017 20:12 Odpowiedz
@‌brzemia‌ To celowy zabieg. Gdzie wydawało mi się stosowne robiłam cenzurę, choć widzę, że jeszcze nie wszędzie, gdzie powinnam :D
pbak 9 czerwca 2017 20:25 Odpowiedz
Znaczy się wrzucasz zdjęcia, na których twarze stanowią sporą część powierzchni a potem je cenzurujesz? Niezbadane są tajniki kobiecej logiki... :-)
katraviatta 9 czerwca 2017 20:29 Odpowiedz
@‌pbak‌ chcę coś tam pokazać ale jednocześnie nie chcę problemów. Ale fakt, logiki kobiecej nie próbuj zrozumieć, zwłaszcza mojej :mrgreen:
pestycyda 9 czerwca 2017 21:23 Odpowiedz
:D dziękuję za wniesienie radości w ten straszny, sesyjny wieczór :)i pozdrowienia - dla Ciebie, i oczywiście dla Grażyny :)
katewisienka 11 czerwca 2017 20:00 Odpowiedz
katraviatta@‌brzemia‌ To celowy zabieg. Gdzie wydawało mi się stosowne robiłam cenzurę, choć widzę, że jeszcze nie wszędzie, gdzie powinnam :D
celowo zrobiłaś ludzi tak, że wyglądają jak po ataku bombowym z użyciem napalmu? ćwicz dziewczyno obróbkę, bo przeraziła mnie ta Malta ;)))
cypel 12 czerwca 2017 09:34 Odpowiedz
ładnie musi się czkać Grażynieimo najlepszy sklep w Sliemie to tower supermarket
ahdar 15 czerwca 2017 11:29 Odpowiedz
Świetna relacja, dzięki :)Widać, że na Malcie często nie należy liczyć na to, że wszystko pójdzie zgodnie z planami. :)Co do "łuszczenia się drzew" to są to fragmenty roślin wodnych, głównie Posidonii (Trawy Neptuna), zwanych też po prostu trawą morską. Mnóstwo tego wyrzucanych jest przez zimę i wiosnę przez fale na brzegi.
katraviatta 15 czerwca 2017 13:15 Odpowiedz
Czyli to jest okresowe? w czerwcolipcu już tego nie ma na plażach?
monroe 15 czerwca 2017 23:19 Odpowiedz
cypel napisał:ładnie musi się czkać GrażynieNo właśnie sam się zastanawiam o co chodzi... Nie jeżdżę nigdzie z osobą, której nie szanuję, aby się później z niej ponabijać na forum, którego ona nie czyta i dodać kilka punktów do swojego ego. Chyba, że nie załapałem, ale czytając niektóre odnośniki do "Grażyny" czułem się trochę zażenowany...
gdanszczanka76 19 czerwca 2017 10:11 Odpowiedz
W temacie dokładnie ujęte błędy których nie popełniać będąc na tej pięknej wyspie.Wnioski też są błędne .Mieszkałam niedaleko Spinola Bay,z autobusami nie było problemu ,bo ,,wcześnie rano,, to nie godzina ok 10 tylko po 8 i jeździły one w miarę regularnie.Komentarz ze sklepem ,masakra. Są małe prywatne, tanie sklepiki wokół plus Carrefour po prawej stronie zatoki na pierwszym zdjęciu. Nocowaliśmy w pensjonacie ,w tej okolicy 3krotnie , więc jakieś tam doświadczenie mam. Mi się czytało relację lekko ,a gdybym nie znała Malty ,to ta relacja skutecznie by mnie zniechęciła do jej odwiedzenia .Pozdrawiam