0
Don_Bartoss 15 czerwca 2017 17:07
O Hobart przed przyjazdem wiedziałem tylko tyle, że jest daleko oraz że jest metą słynnych regat startujących w Sydney. Trzeba przyznać, że to niezbyt wiele skojarzeń, jak na drugie najstarsze miasto Australii.
Jest w okolicach 15:00, gdy wysiadam na przystanku w centrum. Pierwsze co robię to idę do hostelu. Wybrałem The Nook Backpackers, który miał dość dobre opinie i był stosunkowo tani. Hostel trochę stary, pokoje bez szafek, a rzeczy najlepiej pozostawić w schowku bagażowym, do którego klucz jest na recepcji. Mało to wygodne, ale dwie noce wytrzymam, choć spałem w życiu w lepszych miejscach (bądźmy szczerzy – spałem też wielokrotnie w wielokrotnie gorszych). Głównym problemem mojego pokoju jest smród, a moim prywatnym problemem jest fakt, że to smród moich butów noszonych na szlaku... Na szczęście nikogo ze współlokatorów nie było wtedy w środku. Chowam buty do foliowych worków, dzięki czemu całkowicie opanowuję sytuację, a następnie doprowadzam się do ładu i wychodzę zobaczyć Hobart. Miasto, o którym tak mało wiem.

Naturalnym kierunkiem wydawał mi się port. W Hobart czuć jego „brytyjskość”, brytyjskość poza Wielką Brytanią oznacza kolonizację, jak kolonizacja to ekspansja morska, jak morze to statki, jak statki to port. A jak port to i życie, bo nie trzeba być biegłym w historii by wiedzieć, że zawsze kupcy, handlarze niewolników, prostytutki i złodzieje ciągnęli do portu, jak mrówki do miodu… albo muchy do smrodu. Tak sobie wymyśliłem, a prędko okazało się, że moje rozumowanie doprowadziło mnie do słusznych wniosków. Niebo błękitne, słońce grzeje, chmur prawie nie ma, a jak są to tylko dodają temu sielskiemu krajobrazowi uroku – tak wygląda przystań w Hobart. Łódki się błyszczą, ludzie spacerują po nadbrzeżu, rybitwy latają. Luz, relaks i wakacje.

Image

Image

Image

Spełniłem swoje marzenie ze szlaku i kupiłem fish&chips. Największą porcję, ale po tygodniu w buszu potrzebowałem czegoś normalnego, tłustego i panierowanego. Pochłaniam te złe kalorie na promenadzie, odganiając co chwilę ptaki, które chciałyby się poczęstować.

Image

Kręcę się po okolicy. Bez planu i bez celu spaceruję po uliczkach. Wszystkie tak bardzo do siebie podobne, zadbane i czyste. Przecinają się pod kątem prostym, wyznaczając prostokąty zagospodarowane na wzór miast brytyjskich. Architektura gregoriańska i wiktoriańska dominuje w sercu Hobart. Po 30 minutach mam wrażenie, że widziałem tu wszystko. W którąkolwiek stronę nie skręcę, napotykam ten sam zestaw atrakcji: indyjski fast food, amerykański junk food i kawiarnie, w których kawa jest tylko dodatkiem do mleka. Telefon z wgranymi mapami offline chowam do kieszeni, bo nawiguję po mieście jakbym się w nim urodził. W Hobart nie sposób się zgubić.

Image

Image
Collins Street

Image
Liverpool Street

Wieczorem z ekipą z Overland Track umówiłem się na piwo. Okazało się, że część grupy wypożyczyła samochód na kolejny dzień chcąc zwiedzić Porth Arthur. Mieli wolne miejsce, więc zabrałem się z nimi, co pozwoliło mi zagospodarować ten dzień. Przyznać muszę, że znalezienie sobie sposobu na produktywne spędzenie czasu w mieście byłoby kłopotliwe. Po powrocie do hostelu poznałem Amerykanina (na oko 60 lat), który wyglądał jak Javier Peña z serialu „Narcos”. Ale był w Polsce w połowie lat 70’ i to było tak samo dla mnie ciekawe, jak dla niego, że ja byłem w Iranie. Chciał koniecznie poznać moje zdanie na temat Trumpa, a ja jego odnośnie przekopu Mierzei Wiślanej… i tak sobie porozmawialiśmy w barze przy browarze.

Ceny w Australii są takie jak w Polsce, wystarczy jedynie podmienić jednostkę waluty. Skoro w Polsce obiad w typowym „chińczyku” kosztuje 15 PLN, to tam będzie za 15 AUD. I tak dalej. Ta reguła na pewno nie dotyczy dwóch produktów: piwa i kawy. Piwo jest za to drogie, butelka 0,75 l w sklepie kosztuje 22 PLN, w barze 0,5 l (czyli tak zwane „large”...) 32 PLN. Kawa jest tania, 3,5 - 5 AUD, czyli jak u nas w sieciowej kawiarni.
Dwie przecznice od hotelu znalazłem bar kawowy, gdzie ruch rano jest taki, jakby całe Hobart przychodziło na espresso, latte albo long black. Tłum wychodzący z kubkami i kanapkami daje mi czytelną sugestię, że warto. Przy kubku cappuccino i tostach czekam na Wilmę, Debbie i Dana, z którymi udam się do Porth Arthur.

Jedzie się grubo ponad godzinę. Tu korek, tam światła albo zwężenie. Do tego roboty drogowe, ograniczenie prędkości, szczególna ostrożność z racji zwierzyny… powodów jest wiele. Po drodze, na poboczu, leży tak wiele potrąconych wallaby, że jest to dla mnie aż niepojęte. W końcu dojeżdżamy, kupujemy bilety i zaczynamy zwiedzać główną atrakcję turystyczną Tasmanii, ale także miejsce jednej z największych tragedii w dziejach Australii, czyli masakry z roku 1996.

Image

Image

W Porth Arthur Polak czuje się jak przeciętny Somalijczyk w Biskupinie. Fajne, dziękuję – zrecenzowałem. Nie żebym był jakimś kompletnym ignorantem, ale nie chcę tworzyć fałszywego wrażenia zachwytu nad miejscem, które w 10-cio stopniowej skali atrakcyjności oceniam najwyżej na 5. Może gdybym wywodził się z narodu, który powstał tylko dlatego, że coś nie wyszło – w konsekwencji wymordowania Aborygenów przez brytyjskich zwyroli i wywleczonych na drugi koniec świata wyrzutków – to może bym się zachwycał. Z drugiej strony, jak jedną z kolebek państwowości jest więzienie, to nie zazdroszczę. W sumie, po namyśle stwierdzam, że warto było zapłacić te 30 AUD dla potwierdzenia cywilizacyjnych przewag.

Image

Image
Galeria słynnych więźniów

Image

Image

Niestety, ale takie miejsce zawsze będzie miało szczególną wartość tylko dla części odwiedzających. O historii można przeczytać w internecie. Port Arthur to po prostu największa kolonia karna Australii, której okres funkcjonowania nie przekraczał pięćdziesięciu lat. W trakcie zwiedzania płyniemy łódką, oglądamy izolatkę oraz dom komendanta. Ciekawie, ale Muzeum Wsi Polskiej pod Kielcami podobało mi się bardziej. Jedna tylko rzecz – przewodnik. Opowiada ciekawie, zabawnie i bardzo naturalnie. Przewodnik gra w ekstraklasie przewodników.

Image

Image

CDN.

Dodaj Komentarz

Komentarze (4)

don-bartoss 18 czerwca 2017 20:00 Odpowiedz
Gdyby ktoś nie miał pomysłu jak spędzić niedzielny wieczór, to chciałem poinformować że napisałem kolejną część mojej skandalicznie nudnej relacji z Hobart. Przepraszam :)
mashacra 18 czerwca 2017 20:32 Odpowiedz
Jedyne czego nie lubię w twoich relacjach to pchanie wszystkiego w pierwszy post i potem to [...] przewijanie :? Więcej uwag nie mam ;)
don-bartoss 18 czerwca 2017 20:41 Odpowiedz
@mashacra, na pewno pisanie w oddzielnych postach, jak robi to większość, ma dla autora kilka zalet - przykładowo, zbiera on więcej lajków.Natomiast, pamiętając relację z Iranu, gdzie doszło do światopoglądowej dyskusji, taki układ jak tutaj prezentuję daje osobom niezainteresowanym szansę na skupienie się jedynie na treści relacji.Nie wiem co lepsze, ale wiem że @correos lubi moje podejście :)
mashacra 18 czerwca 2017 20:47 Odpowiedz
To twoje "wady" są dla mnie zaletami :PZ góry obiecuję, nie lajkować kolejnych postów z relacją gdyby się takowe pojawiły :D