+2
igore 17 czerwca 2017 16:53
Skalę afryczości K. wprowadziła już na początku wyjazdu. Miejsca były podzielone na te, gdzie jest afryczo i te, w których afryczo nie jest. Zarówno o jedne jak i drugie nietrudno w tej części kontynentu. Kraj wielu kontrastów, nierówności społecznych, wspaniałych widoków i różnorodnego klimatu. Cały świat w jednym kraju – tak reklamuje się RPA i nie ma w tym przesady.
Wybieraliśmy się tam już od dłuższego czasu. Mieliśmy lecieć już we wrześniu zeszłego roku i przy okazji zobaczyć taniec trzcin w Suazi. Wtedy 10 dni na miejscu wydawało mi się być niewystaczające. Nie wiem co odmieniło moje zdanie w tym roku.
Lecieliśmy w ramach promocji TK. Trwała krótko i decyzję o kupnie biletów trzeba było podejmować szybko. Logistycznie cała wyprawa może wydawać się dość karkołomna. Wylot z Glasgow, przez Dublin i Istambuł – powrót przez Turcję do Londynu. Czy jeszcze raz wybrałbym taką opcję – trudno powiedzieć. Sam przelot kosztował niecałe 900 PLN. Doloty za darmo w ramach voucherów Ryanair. Z Krakowa mógłbym lecieć za ponad dwukrotnie więcej, ale miałbym dodatkowe kilka dni na miejscu.
8 lotów, ponad 2 tysiące km w samochodzie spowodowało, że najchętniej napisałbym tę relację na stojąco. ;)
Planowania jak zwykle nie było wiele i dobrze, bo i tak pogoda pokrzyżowała te, które mieliśmy. Ale o tym w dalszej części relacji.

Glasgow i Dublin.

Do stolicy Szkocji dolecieliśmy późnym wieczorem. Edynburg jest jednym z moich ulubionych miast, ale tym razem nie było nam dane spędzić w nim więcej czasu. Chcieliśmy od razu jechać do Glasgow. Okazało się jednak, że po pólnocy ne ma żadnego autobusu pomiędzy dwoma największymi miastami kraju (albo ja takowych nie znalazłem). Zostaliśmy więc na noc i dopiero kolejnego dnia pojechaliśmy do Glasgow. Pogoda nie dopisała i podjęliśmy decyzję, ze rezygnujemy z planowanego wyjazdu na Isle of Arran i zostajemy w mieście. Już kiedyś tu byłem i nie zrobiło na mnie specjalnego wrażenia: ot, duże, tłoczne miasto, głośne i nieciekawe. Podobnie było tym razem. Uwielbiam Szkocję, ale największe miasto kraju chyba nigdy nie zyska mojej większej sympatii. Muszę mu chyba dać jeszcze jedną szansę. Moze po prostu chodziło o to, że bardziej chciałem pojechać na Arran i powrócić po ponad 10 latach w miejsce, gdzie kiedyś spędziłem dobre trzy miesiące. Dużo chodzimy, przysiadując od czasu do czasu na piwo. Brytyjskie puby mają swój specyficzny urok i ja zawsze czuję się w nich wyśmienicie. Tu nie ma znaczenia kim jesteś, wszyscy są równi o ile trzymają pintę piwa w ręku.


DSC06927.jpg



DSC06937.jpg



DSC06941.jpg



DSC06972.jpg



P1050349.jpg



Zmierzamy w stronę uniwersytetu, miejsca któremu nie można odmówić uroku. Jest spokojnie, klimatycznie. Założony w XV-tym wieku jest jednym z najstarszych i największych uniwersytetów w Wielkiej Brytanii. Tuż obok mieści się Kelvingrove Art Gallery and Museum. Nie wchodzimy do środka, idziemy z powrotem w stronę centrum.


DSC06956.jpg



DSC06964.jpg



DSC06968.jpg



Jest weekend. Jeśli ktoś z Was był w jednym z dużych brytyjskich miast w piątek lub sobotę wieczorem, ten wie czego się spodziewać. Tłumy ludzi, bary i kluby pękaja w szwach, a po ulicach chodzi pijana młodzież. Dziewczynom nie przeszkadzają niskie temperatury i nierówności na chodnikach. Wysokie obcasy i krótka sukienka to podstawowe elementy ubioru. Do dziś pamiętam jak podczas wizyty w jednym z liverpoolskich klubów umalowana do granic możliwości nastolatka o mało nie rzuciła się na mnie z pięściami , wyzywając od najgorszych, gdyż stwierdziła, że wepchnąłem się do kolejki do baru. Ehh, złota brytyjska młodzież. W kolejnych pubach spędzamy resztę wieczoru.


DSC06977.jpg



DSC06978.jpg



IMG_20170603_093017.jpg



P1050373.jpg



Lot do Dublina minął szybko. Autobusem udajemy się do hotelu i ruszamy do centrum. To nasza pierwsza wizyta w mieście. Jest drogo, tłoczno, sporo turystów. Wciąż jest weekend.Widoki w centrum nie odbiegają od tych w Glasgow. Irlandczycy też lubią się bawić przy dużej ilosci alkoholu. Pogoda nie rozpieszcza. Deszcz rywalizuje z promieniami słońca i czasami wydaje się, że oba zjawiska towarzyszą nam w tym samym momencie.


IMG_20170603_112524.jpg



Na stolicę Irlandii też nie było planu. Ot, pokręcić się po mieście i chłonąć atmosferę. A gdzie lepiej to zrobić niż w jednym z licznych pubów. Idziemy na Temple Bar. Tłumy turystów, lokalsów, uczestniczki wieczorów panieńskich przemykają obok panów z wieczorów kawalerskich. Pada. Chowamy się przed deszczem w sklepie z pamiątkami. Nagle do lokalu wpada kilku facetów przebranych za penisy i zmierza do kasy. Może szukali odpowiednio dużych prezerwatyw, by po założeniu chroniły przed zmoknięciem...


DSC06980.jpg



DSC06982.jpg



DSC06984.jpg



DSC06989.jpg



P1050377.jpg



DSC06988.jpg



P1050384.jpg



Idziemy dalej szukając miejsca, by obejrzeć finał Ligi Mistrzów. Na ulicach obcy ludzie podpowiadają co mamy zobaczyć i gdzie się udać. Trafiliśmy do The Confession Box, jednego z bardziej znanych a jednocześnie najmniejszych pubów w Dublinie. Mieści się w pobliżu 120-metrowej The Spire of Dublin, jednego z symboli miasta. Podczas wojny o niepodległość w lokalu szukali schronienia irlandzcy bojownicy. Sympatyzujący z nimi księża udzialali im sakramentów i spowiadali – stąd nazwa.
Wnętrze jest wąskie i dość trudno dopchać się do baru. Atmosfera gęsta ale niewielu bywalców interesuje się meczem. Skupiają się raczej na oglądaniu sprośnych filmów na ekranach telefonów. Bramka dla Juventusu trochę skupiła na chwilę uwagę pijących, lecz nie na długo.
The Confession Box kilkukrotnie wygrał konkurs na najlepsza pintę Guinnessa w mieście. Może trochę się tym zasugerowałem , ale kilka wypitych kufli smakowało wyśmienicie.


DSC06993.jpg



DSC06995.jpg



DSC07000.jpg



DSC07002.jpg



IMG_20170603_173827.jpg



IMG_20170603_203910.jpg



DSC07001.jpg



Szukamy jakiegoś pubu z muzyką na żywo i przez przypadek trafiamy do J McNeill, gdzie dwóch starszych panów szykuje się do gry. Przysiada się do nich kolejny o imieniu Peter i pyta czy może dołączyć. Jasne. Grają wyjątkowo. Może byłem już trochę pijany ale niesamowicie mi się podobało. K siedziała jak zaczarowana i zapomniała nawet o piciu piwa, co w jej przypadku jest sytuacją wyjątkową. ;) Jeden z muzyków się do niej uśmiechnął i stwierdziła później, że był to jeden z najpiękniejszych uśmiechów jakim ją obdarzono. Gdy w pewnym momencie Peter wyciągnąl nie wiadomo skąd fujarkę, a pozostali panowie zaśpiewali na dwa głosy jakąś lokalną pieśń, do małej salki zaczęli się schodzić ludzie i śpiewać razem z nimi. Dla takich chwil warto odwiedzać dublińskie puby. Wydaje mi się, że każdy Irlandczyk ma talent muzyczny.
Siłą wyciągnąłem K. z pubu i zmierzaliśmy w stronę jednego z ostatnich tego dnia tramwajów, by pojechać do hotelu. Pojazd kołysal się po torach razem z pijanymi pasażerami. Rozmowy o pijackich ekscesach towarzyszyły tym o wysokich czynszach i kosztach życia w stolicy. Nic dziwnego, życie w mieście gdzie noc w Ibisie na obrzeżach kosztuje ponad 500 złotych, nie może być tanie.
Czy Dublin nam się podobał. I tak i nie. Na pewno z chęcią wrócimy tam, by posiedzieć w pubach i posłuchac muzyki na żywo. A ja z chęcia wypiję kilka kufli wyśmienitego Guinnessa.


IMG_20170603_225714.jpg

Zawsze szybko pisałem. Wolniej wybieram zdjęcia. ;) Do Kapsztadu jeszcze sporo drogi. ;)Po drogach Mpumalangi.

No dobra, kogo interesują Glasgow i Dublin.
Lot do Johannesburga minął w miarę szybko. Serwis i jedzenie na przywoitym poziomie. Dla mnie to i tak nie ma zwykle większego znaczenia. Zeby dobrze zjeść chodzę do restauracji, samolot ma mnie dowieźć z do miejsca docelowego. Mimo wszystko lubimy latać TK.
Lotnisko w największym mieście RPA jest spore, ale bez problemu znajdujemy placówkę Hertza, w której czeka już na nas nowiutki VW Polo. Dobrze, że wspomniałem o planowanym wjeździe do Suazi, gdyż potrzebne są na to dodatkowe dokumenty. Rzadko wypożyczamy samochody podczas wyjazdów, ale w RPA to chyba najkorzystniejsza opcja podróżowania. Kilka luźnych uwag poniżej:
• Wystarczyło nam polskie prawo jazdy, przez kilka miesięcy nie udało nam się znaleźc czasu by wyrobić międzynarodowe
• Nawigacja HereDrive w trybie offline radziła sobie całkiem nieźle – tylko kilka razy poprowadziła nas do przysłowiowej d..y. Dobrze jest wyłączyć drogi gruntowe w ustawieniach, o czym na początku zapomniałem.
• Drogi są dużo lepsze niż w Polsce. Niestety na tych bardziej lokalnych jest sporo dziur i w jedną z nich wjechaliśmy kasując oponę.
• Policji praktycznie nie widać.
• Na jezdnię często wkraczają stada krów, owiec, kóz i cholera wie jeszcze czego a poboczami chodzi sporo ludzi. Jest to szczególnie uciążliwe w nocy, gdyż oświetlenie tychże praktycznie nie istnieje.
• Cena benzyny kształtuje się w granicach 12-13 ZAR (1 PLN = ok. 3.4 ZAR). Czasami może być problem ze znalezieniem stacji, więc lepiej nie odkładać tankowania na ostatnią chwilę.
• W okolicy każdej atrakcji turystycznej, a także w miastach sa typowi dla tej części świata samozwańczy parkingowi. Można ich ignorować, bądź dać parę randów. Wybór należy do Was.

Jedziemy do Nelspruit, stolicy stanu Mpumalanga – ponad 300 km od Johannesburga. Na pierwszym poborze opłat okazuje się, ze można zapłacic jedynie gotówką lub kartami wydanymi w RPA. Miła pani zabiera nam prawo jazdy i poleca jechać do bankomatu, co też czynimy. Droga prosta i szeroka, ruch niewielki. Tuż przed zmrokiem docieramy do hotelu. Po ponad 20 godzinach w podróży nie mamy już sił, by iść zobaczyć miasto. Z okien samochodu i tak wydawało się nieciekawe. Wypijamy parę piw przy hotelowym basenie i idziemy spać.
Plan na następny dzień zakładał jazdę Panorama Route i oglądanie okolicznych atrakcji. Droga jest uważana za jedną z najbardziej widokowych w kraju. Jest wyjątkowo malowniczo.
Ruszamy tuż po śniadaniu. Krajobraz nie wygląda afryczo i gdyby nie spore grupy czarnoskórej ludności maszerujące wzdłuż drogi, równie dobrze moglibyśmy się znajdować w Europie. Wzgorza porośnięte drzewami iglastymi, wypalone trawy, spora liczba tartaków. Właściwie prawie brak zabudowań. Miejsce to było w XIX– tym wieku popularne wśród poszukiwaczy żłota.
Za Sabie trasa robi się coraz ciekawsza. Postanawiamy dojechać do Three Rondavels – wzgórz wyglądających jak zuluskie chaty i stamtąd powoli wracać w stronę Hazyview. Po drodze trochę się gubimy, zjeżdżamy z szosy na gruntowe drogi, robimy zdjęcia. Ruch jest niewielki, czasami przez długi czas nie mijamy żadnego samochodu. Niestety widoczność nie dopisuje, co trochę psuje nam zdjęcia.


DSC07035.jpg



DSC07041.jpg



DSC07044.jpg



DSC07045.jpg



P1050428.jpg



P1050434.jpg



P1050440.jpg



Zatrzymujemy się przy pierwszym wodospadzie. Mac Mac jest chyba najmniej uroczym z tych, które widzieliśmy. Przy każdym z odwiedzonych wodospadów bylismy jedynymi turystami. W pobliżu atrakcji są rozłożone stragany, gdzie można kupić afrykańskie rękodzieło.



DSC07018.jpg



DSC07021.jpg



DSC07046.jpg



DSC07049.jpg



DSC07055.jpg



DSC07078.jpg



DSC07080.jpg




Zdjęcie Three Rondavels jest pewnie umieszczone w każdej broszurze reklamującej RPA. Nic dziwnego, reprezentuje się nieźle. Tu jest trochę wiecej ludzi. Opłata za wstęp wynosi bodajże 25 ZAR.


IMG_20170606_124825.jpg



DSC07082.jpg



DSC07089.jpg



DSC07090.jpg




Kolejnym naszym przystankiem są Bourke’s Luck Potholes, wydrążone przez wodę formacje skalne(wstęp 50 ZAR). Jest malowniczo, spokojnie, przysiadamy tu na dłużej.


DSC07119.jpg



DSC07099.jpg



DSC07098.jpg




Dodaj Komentarz

Komentarze (12)

gadekk 17 czerwca 2017 18:15 Odpowiedz
@igore nie próżnujesz :D czekam na Kapsztad.
igore 17 czerwca 2017 19:20 Odpowiedz
Zawsze szybko pisałem. Wolniej wybieram zdjęcia. ;) Do Kapsztadu jeszcze sporo drogi. ;)
lucifersam1982 20 czerwca 2017 16:15 Odpowiedz
fajnie sie czyta.mam w planach podobna trase w polowie pazdziernika. JNB - Kruger - CPT A jak z blokada za wypozyczynie samochodu w Hertz?
igore 20 czerwca 2017 23:37 Odpowiedz
Coż, blokada była i została zdjęta dość szybko. Zablokowali 18000 ZAR, więc sporo. Kruger i Kapsztad też będą w relacji. ;)
correos 22 czerwca 2017 11:56 Odpowiedz
prenumeruje :)
correos 22 czerwca 2017 11:56 Odpowiedz
prenumeruje :)
prastarzec 22 czerwca 2017 21:54 Odpowiedz
oo podobna trasa jaką zrobiliśmy w 2015. zapraszam na www.przedsiebie.geoblog.pl RPA jest super!
gosiagosia 22 czerwca 2017 23:14 Odpowiedz
Targ, @igore. Jesteście już tam 3 dni a jeszcze nie zaliczyliście kraju... ;)
igore 23 czerwca 2017 09:21 Odpowiedz
@gosiagosia Targów tym razem nie będzie. Ale będą żyrafy. ;)
olajaw 23 czerwca 2017 10:06 Odpowiedz
@igore lubię Twoje relacje za odpowiednie proporcje - tekstu dokładnie tyle, że nie zanudzi, a zdjęć idealnie tyle, żeby zachęciły :)ps. wodospady są mega!
cccc 23 czerwca 2017 11:33 Odpowiedz
Swietna Relacja, super zdjecia i czekam na ciag dalszy. :D Zwiedzilem ladnych pare lat temu, ale z checia sie czyta, powracaja wspomnienia niektorych magicznych miejsc...Pozdr.
cccc 24 czerwca 2017 17:26 Odpowiedz
igore napisał:Z kamerą wśród zwierząt, albo safari dla ubogich.Czy istnieje jakiś sposób, by zobaczyć wszystkie pożądane zwierzęta. Nie wiem, nam się nie udało. Byliśmy za krótko i na pewno nie mieliśmy szczęścia. Czy nam się podobało?Tak. Nie zobaczyliśmy lwa i lamparta, a hipopotamy wyłącznie z daleka. To jeden z wielu powodów, dla których chcemy powownie odwiedzić Afrykę. Jedziemy w stronę granicy z Suazi...Wiadomo, ze trzeba miec troche szczescia, ale lwy najczesciej mozna spotkac wczesnie rano, albo o zmroku.Ja bylem w Kruger ladnych pare lat temu i widzialem 13 lwow, 2 gepardy, 1 hiene, poza tym hipo, nosorozce etc. ale nie udalo mi sie zobaczyc zadnego leoparda.Za to teraz w Tanzanii udalo mi sie zobaczyc mase lwow, hipo, krokodyli, a przede wszystkim slynne "Big Five".Najbardziej podobaly mi sie leopardy i o dziwo lwy siedzace na drzewach, podobnie jak leopardy. :D Niesamowitym zaskoczeniem bylo zobaczyc malpy plywajace w wodzie, a najbardziej zaskakujacym momentem byl waz, ktory spadl z drzewa przy sniadaniu. :DPozdr.