0
norwich1987 8 sierpnia 2017 20:27
Moja pierwsza relacja z podróży, nie wiedziałem, że wyjdzie taka długa. Mam nadzieję, że niczego nie spartaczyłem! :) Może na zachętę podrzucam filmik. Podpowiedź: oglądajcie w najwyższej możliwej jakości :)

https://vimeo.com/228677244

“Zwiedzacie?”

Malediwy, kierunek niezbyt egzotyczny, nie przetrzemy tutaj szlaków, nie będziemy pierwsi, którzy się tutaj pojawili, nie wbijemy swojej flagi z dopiskiem na Facebooku “Zdobyliśmy”. Nie taki był jednak cel tej podróży. Nie chodziło o odkrywanie tego rejonu, kraju. Chociaż dla forumowiczów to z pewnością kierunek bardzo dobrze znany, to jednak dla wielu znajomych, którym mówiliśmy o wakacjach, wręcz przeciwnie.

Bywały pytania, już w trakcie pobytu: “Zwiedzacie?”. Inne “a gdzie to jest?” też się pojawiały. Nie można się dziwić: jeśli ktoś nie interesuje się tym “rajem na ziemi”, to może nie wiedzieć, gdzie on leży.

Projekt “Malediwy” powstał w mojej głowie wiele lat temu. Jednak kończyło się to tylko na przeglądnięciu katalogów biur podróży, gdzie ceny za ten kawałek raju były kosmicznie wysokie.

Jakoś w listopadzie 2016 roku trafiłem na tym forum na informację, że na Malediwy można polecieć na własną rękę, nie do resortu, ale na lokalną wyspę. Szybko przeczytałem cały internet i po rozmowie z dziewczyną zdecydowaliśmy: jedziemy!

Zmiany lotów


Początkowo na Malediwy mieliśmy się dostać rosyjskimi liniami lotniczymi Aeroflot. Ceny za dwa bilety miały wynieść około 5000 zł. Termin: lipiec. Chociaż wiedzieliśmy, że to pora deszczowa, to jednak zdecydowaliśmy się zaryzykować. Ze względu na dziewczyny studia, po prostu musieliśmy polecieć latem.

Ostatecznie nie kupiliśmy biletów w Aeroflocie, ponieważ pojawiła się promocja we FlyDubai. Tania linia lotnicza z Dubaju zachęcała swoją ceną. Za dwa bilety zapłaciliśmy 3500 zł, a więc dużo mniej niż planowaliśmy. Trzeba było jednak dojechać do Pragi, bo stamtąd był lot.

Bilety zakupiliśmy 20 grudnia. Połowa sukcesu za nami, tak się nam przynajmniej wydawało. 26 grudnia, a więc ledwie kilka dni po zakupie biletów, w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, dostaliśmy e-maila: “Państwa lot został zmieniony”. Okazało się, że FlyDubai wycofał nasz lot z Dubaju do Pragi. Po prostu anulował ten lot.

Mieliśmy zatem trasę: Praga -> Dubaj -> Male i powrotny: Male -> Colombo (godzinny postój) -> Dubaj. Brakowało ostatniego odcinka. Dopiero po Nowym Roku dołożono nam bilet do Pragi, ale… do końca stycznia w sumie ośmiokrotnie zmieniono nam lot. Czasami było to o 5 minut, a czasami o dwa dni. W każdym tygodniu wysyłano nam informację o zmianie lotów i tylko pytano czy “ok”. Odpisywaliśmy, że “ok”, no to po 3 dniach dostawaliśmy e-maila, że “Państwa lot został zmieniony”.

Wobec takich perturbacji z terminami trudno było wybrać nocleg na wyspie. W końcu wszystko się uspokoiło, a kolega akurat przebywał na Malediwach na Dhiffushi i mówił: “Nie wahaj się, wybierz tę wyspę”.

Na Malediwy!

Nie, nie - jeszcze nie lecimy na Malediwy. Jest dopiero luty, a lot mamy 14 lipca. “Na Malediwy” to tak naprawdę fanpage na Facebooku Melisy, która mieszka na Dhiffushi i która prowadzi lokalny Guest House o nazwie Local Adventure. Szybko napisałem wiadomość na Facebooku i jeszcze szybciej dostałem wiadomość. Od początku Melisa zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, jej odpowiedzi nie były w stylu “tak, mamy wolne pokoje. Coś jeszcze? Nie? To odwal się już”.

Odpowiadała cierpliwie, rzeczowo i w takim pogodnym tonie. Nie zadawałem pytań “a co wziąć ze sobą” czy “warto lecieć na Malediwy w lipcu”. Takie informacje można bez problemu znaleźć w internecie, a jak już wcześniej napisałem: przeczytałem cały internet o wyjazdach na Malediwy.

Z Melisą bardzo szybko wszystko ustaliliśmy. Tutaj muszę napisać małą dygresję. Tak naprawdę mieliśmy wylądować u Typełki na Nilandhoo. Nawet mieliśmy “prawie rezerwację”, ale kontakt z Panią Magdą był bardzo trudny (przynajmniej dla nas). Od 20 grudnia (czyli momentu kupna biletów) do końca stycznia nie dostaliśmy potwierdzenia rezerwacji. Nie czuliśmy się z tym dobrze, ciągły brak odpowiedzi sprawił, że kiedy kolega wspomniał o Melisie i kiedy szybko wszystko ustaliliśmy, to zrezygnowałem z naszej “rezerwacji”, o ile oczywiście mieliśmy ją.

Kolejne miesiące mijały na przygotowaniach do wyjazdu. Dla mnie były to pierwsze wakacje od… 2010 roku. Sporo czasu minęło, pierwszy raz organizowałem coś na własną rękę tak daleko od domu. Mieliśmy przygotowane pliki online w wordzie, gdzie dopisywaliśmy różne rzeczy potrzebne do zabrania. Już teraz mogę powiedzieć: niczego nam nie zabrakło, niczego nie zapomnieliśmy i co więcej: nie zabraliśmy ponad stan.

W sumie nasz bagaż na dwie osoby ważył tylko 30 kilogramów. Piszę “tylko”, ponieważ jak wyjechaliśmy z Polski 12 lipca, tak wróciliśmy 29 lipca. Piszę “tylko”, ponieważ zabraliśmy ze sobą parę rzeczy, które przekazaliśmy Melisie na miejscu. Wszyscy się dziwili, że mieliśmy tak mało rzeczy. Jednak wszystko było wyliczone, niczego zbędnego nie zabraliśmy, niczego nam nie zabrakło. Można? Można!

Jedziemy!

Widzę, że wstęp zajął tyle, ile powinna zająć relacja no ale cóż…

Ruszyliśmy w naszą podróż 12 lipca, około godziny 13 mieliśmy pociąg do Warszawy. Tam musieliśmy przejechać metrem na przystanek Polskiego Busa i stąd 12,5 h (!!!) do Pragi. Podróż nocna, ale ja nie potrafię spać w autobusie, więc męczyłem się niemiłosiernie. W stolicy naszych południowych sąsiadów zameldowaliśmy się o 7 rano. Hotel był od 13, zostawiliśmy tylko bagaże i ruszyliśmy w miasto. O 8 rano przechadzając się po moście Karola czy obok innych zabytków nie było tłumów. Kiedy ponownie wyszliśmy “na miasto” w godzinach popołudniowych trzeba sobie uczciwie powiedzieć: masakra.

Tysiące ludzie, albo nawet miliony. Po prostu nie dało się przejść. I nie mówię tutaj o moście Karola, ale po całym “rynku” i jego okolicach. Teraz doceniłem poranny spacer, kiedy na ulicach było zaledwie kilka osób.

Poszliśmy zatem do hotelu, który też zasługuje na mały opis. To Royal Plaza, 3-gwiazdkowy, usytuowany tuż obok Muzeum Narodowego. Lokalizacja super, ale sam pokój przeciętny. Pomijam już to, że w ofercie z bookingu mieliśmy zaznaczone jedno duże łóżko, a pani w recepcji widziała, że jesteśmy parą, to i tak dostaliśmy dwa pojedyncze łóżka bez możliwości złączenia ich. Pokój był ciasny, było w nim bardzo gorąco, nie było klimy, a jedynie wiatraczek. Niestety ten wiatraczek był podłączony do jedynego (!) kontaktu w całym pokoju. Nawet w łazience nie było. Generalnie pokój przeciętny. Jego koszt to 70 euro.

Nazajutrz mieliśmy lot do Dubaju, gdzie po paru godzinach mieliśmy już lecieć do Male. Zapowiadał się kolejny długi dzień. Dotarcie na lotnisko nie było problemem. Z dworca kolejowego co 30 minut odjeżdża autobus AE, bezpośrednio na lotnisko. Koszt 60 koron od osoby. Jedzie około 30-40 minut. Przyjemna opcja.

Na lotnisku też bez żadnych kłopotów dostaliśmy bilety, przeszliśmy kontrolę paszportową. Natomiast byłem już na paru lotniskach, ale na tym jest tak, że “prawdziwa” kontrola bezpieczeństwa odbywa się przed wejściem do gate’a. Nasz gate nie miał nawet toalety, więc trzeba było skorzystać wcześniej. A co w sytuacji, kiedy lot się opóźni? Trochę nie do końca dobrze pomyślane, tym bardziej że nasz lot opóźnił się w sumie o około 30 minut.

Lot do Dubaju był ok, poza samym lądowaniem. Dziewczyna leciała pierwszy raz, a ja przeżyłem swoje najtwardsze lądowanie. W sumie to pilot po prostu przywalił o pas startowy, ale wylądowaliśmy ostatecznie bezpiecznie. Mieliśmy około 3 h na zjedzenie czegoś na lotnisku. To był terminal 2, z tego co czytałem to dużo uboższy niż terminal 1 i 3.

Nie wiem jakim cudem, ale po terminalu, w strefie gdzie znaleźć się mogły tylko osoby posiadające bilet, kręcił się tzw. “żul”, a właściwie to pani żulowa. O ile w Polsce wołają “Kierowniku złotóweczka?”, to tutaj pani prosiła o… 10 dolarów. W końcu to Dubaj! Po jej ubiorze, zachowaniu, zapachu itd. to z pewnością nie była pasażerka jakiegoś lotu. Widzieliśmy, że zaczepiała wiele osób. Dziwne.

Halo, jesteśmy!

Nocny lot do Male, stolicy Malediwów, odbył się bezproblemowo. 90% pasażerów spała, ja oczywiście nie, ponieważ nie potrafię spać w autobusie, samochodzie czy samolocie. Nie i już. Nie zasnę. Gapiłem się ciągle na monitorek przede mną, ile to jeszcze zostało do celu. Lot był dość niespokojny, ponieważ turbulencje występowały praktycznie przez cały czas jego trwania, ale było to lekkie kołysanie, trochę jak na łodzi, na której mieliśmy spędzić trochę czasu.

Image

Image

Image

Image

Niestety przy podchodzeniu do lądowania nie było widać bajkowych widoków na malutkie wyspy gdzieś na oceanie, ponieważ chmury pokrzyżowały plany. Wylądowaliśmy tym razem gładko, ale pilot hamulec wcisnął chyba do oporu i pomimo zapiętych pasów o mało nie przywitałem się z fotelem przed sobą. Pewnie krótki pas i te sprawy, więc trzeba było wyhamować. Byliśmy jednak już na miejscu, więc szybko zapomnieliśmy o tym.

Wypełniliśmy wizę, “witamy na Malediwach” usłyszane od celnika i oto jesteśmy!

W tym miejscu powinienem zachwycać się kolorem wody, jaka to ona niebieska, jaka piękna, jaka cudowna, ale nie: gdzie jest nasz przystanek autobusowy? Zdecydowaliśmy się, że pierwszą noc po przylocie spędzimy w hotelu na Hulhumale, a więc na wyspie, gdzie jest lotnisko. Uznaliśmy, że po tak długiej podróży nie ma co się mordować i lecieć na zbity pysk na prom i pędzić na docelową wyspę Dhiffushi.

Na bookingu zarezerwowaliśmy hotel Grace Beach Inn. W przepływie ekscytacji wzięliśmy najdroższy pokój z tarasem i widokiem na ocean. Miał ocenę 7,6, dobre opinie, a zdjęcia mówiły, że będzie spoko.

Zapłaciliśmy 107 dolarów (dużo!), ale niestety cena nie była adekwatna do tego co zastaliśmy. Najbardziej zależało mi na widoku i tarasie. Taras był, ale w części wspólnej, a nie przypisany tylko do tego pokoju. Widoku nie było, bo jednak palmy wszystko zakrywały. Pokój nie zachwycił. Przepłaciliśmy, nie ma co, tym bardziej dobitniej okazało się to niecałe dwa tygodnie później.

Oczy dookoła głowy

Po zameldowaniu się, wzięciu prysznica, przepakowaniu plecaków, ruszyliśmy do Male, najmniejszej stolicy świata. Z hotelu na przystanek autobusowy było około 5 minut. Autobus (20 rufiji za osobę) zabierał nas na lotnisko (około 10-15 minut jazdy) i z lotniska płynęliśmy promem do Male (10 rufiji od osoby) około 7-8 minut.

W sumie, nie wspomniałem: od razu na lotnisku wymieniliśmy sporo dolarów na miejscową walutę Rufiję. Opłaca się, ponieważ taniej i wygodniej jest płacić w lokalnej walucie. Np. za prom z lotniska do Male płaciliśmy 10 rufiji, a gdybyśmy chcieli w dolarach, to byłoby to jeden dolar. Przelicznik w kantorze: 1 dolar - 15 rufiji. Za prom z Male na Dhffushi zamiast po 2 dolary, to po 22 rufije. Niby niewiele, ale jak codziennie coś płacisz, to w ostatecznym rozrachunku wychodzi sporo. Poza tym, ceny są w większości w rufijach, a nie dolarach. Łatwiej jest wydawać pieniądze w rufijach. Same zalety. Jak komuś zostaną rufije, to bez problemu może je wymienić na dolary na lotnisku.

Wsiedliśmy zatem do autobusu płacąc w sumie 40 rufiji. Na pokładzie sami miejscowi. Nikt jednak nie zwraca uwagi na nas, nikt nie patrzy co to za dziwaki o innym kolorze skóry. Każdy jest pogrążony we własnym świecie, mało kto rozmawia, większość osób po prostu przegląda coś w telefonie. Sprawdza kto co ciekawego wrzucił na instagrama czy facebooka. Widzimy zarówno pilotów hydroplanów w swoich służbowych uniformach czy pracowników jakiegoś baru, wszyscy jadą do pracy, albo po prostu załatwić jakąś sprawę.

Wysiadamy na lotnisku, tuż obok znajduje się budka, gdzie sprzedawane są bilety na prom do Male. Koszt - 10 rufiji od osoby. Kolejek nie ma, prom odpływa co chwilę. Na pokładzie 90% miejscowych. Prom nie należy do nowoczesnych, ma swoje lata, widać to i słychać kiedy kapitan zapuści już silnik. Płynie jednak bez problemu, 7 minut i docieramy do najmniejszej stolicy na świecie.

Pierwsze kroki chcemy skierować do Salt and Cafe Restaurant. Przed wyjazdem próbowałem zarezerwować stolik w tym miejscu - knajpa znajduje się na 6 i 7 piętrze, tuż przy nabrzeżu. Widok z tarasu jest przepiękny. Nikt mi jednak na emaile nie odpisywał, więc poszliśmy osobiście. Jednak nieprędko tam dotarliśmy. Miejscowi widząc “białe twarze” zapraszają na “special offer today” itd. W sumie jednemu nie odmówiliśmy, chociaż dobrze wiedzieliśmy, że każdy turysta, każdego dnia dostaje specjalną ofertę. Chcieliśmy jednak zobaczyć, co on ma w tym sklepie. Ostatecznie kupiliśmy magnesy na lodówkę (zawsze kupujemy z miejsc gdzie byliśmy) i herbatę. Ta druga, ze Sri Lanki, kosztowała 135 rufiji. Wówczas mając w portfelu z 6000 rufiji nie liczyliśmy ile to dokładnie kosztuje, czy się opłaca, czy nie. Wiele dni później, tę samą herbatę kupiliśmy na Dhiffushi za około 35 rufiji. W Male zapłaciliśmy frycowe ;) Pan sprzedawca usilnie próbował sprzedać nam jakąś miskę “ręczny wybór”.

Image

Image

Od razu wiedzieliśmy, że będzie drogo, ale nie odbieraliśmy mu tej przyjemności zaprezentowania jej. W końcu wziął kartkę i napisał: 1150 - to była cena w rufijach. Nie miałem wówczas rozeznania jeszcze, ile to dolarów, ale na telefonie odpaliłem kalkulator i wyszło, że to blisko 80 dolarów.

Nie dziękuję. Za dużo dla nas - odparłem sprzedawcy.

Ten jednak nie dawał za wygraną.

Napisz swoją cenę, napisz swoją cenę. To ręczna robota, rodzinna firma - przekonywał.

Nie zdecydowałem się jednak przedstawić mu swoją cenę, bo wyniosłaby nie więcej niż 5 dolarów, a nie chciałem go obrażać. W końcu odpuścił, trochę się obraził, skasował nas za dwa magnesy i herbatę. Wyszliśmy.

Wiedziałem, że przy nabrzeżu jest nie tylko nasza knajpa na wieczór, ale też targ rybny oraz warzywny. Wszyscy polecali te miejsca, więc wybraliśmy się i my. Czytałem o tym, że Male jest zatłoczone itd, ale cholera nie wiedziałem, że trzeba mieć oczy dookoła głowy. Ruch ogromny, skuterów miliony, samochodów tysiące, nie ma praktycznie chodników. Przejście na drugą stronę ulicy to nierówna walka z pędzącymi kierowcami jednośladów. Nie obowiązują tutaj żadne zasady ruchu, przysiągłbym, że w naszym poczciwym WORD-zie w Polsce każdy oblałby test praktyczny, bo po prostu nie stosowałby się do znaków. Gdyby nasz ubezpieczyciel wiedział, co nas czeka w Male, to z pewnością podniósłby swoją stawkę za ubezpieczenie.

W końcu dotarliśmy do targu warzywnego. W środku sami miejscowi, może paru Azjatów. Nie było tłoku, ale harmider jak najbardziej. Malutkie banany, pełno chili, jakieś liście, które są podobno do czegoś używane no i kokosy. Dużo kokosów. Jak u nas są całe stanowiska z ziemniakami, to tutaj są całe stanowiska z kokosami. Generalnie jest wszystko, ale my szukamy bounty, a raczej coś co przypomina to. Nie jest trudno znaleźć, jest w wielu miejscach. Kosztuje dolara bądź 15 rufiji. Kupujemy dwa, na spróbowanie i po kilku minutach opuszczamy targ. Błądzimy po nabrzeżu, przede wszystkim uważając, żeby nic nas nie przejechało. W końcu przypadkiem, właściwie to po zapachu, trafiamy na targ rybny. Jest około godziny 14, więc nie ma tłumów, są ryby, ale bez przesady. Myślałem, że jest większy, ale w minutę, dwie można obejść cały.

Image

Image

Image

Image

W końcu próbujemy się wybrać do naszej knajpy. Mam internet w telefonie, ponieważ na lotnisku kupiliśmy dwie karty sim. Czytałem gdzieś, że będą kosztowały po 17 dolarów, ale ostatecznie zapłaciliśmy po 32 dolary. Ważne były 14 dni, miały 15 giga - nie do przejedzenia. Przynajmniej dla nas. U mnie karta bez problemu połączyła się z internetem itd. ale u dziewczyny nie. Okazało się, że… telefon ma simlocka. Sądziliśmy, że te czasy już dawno wyginęły, ale jednak. Abonament w Play zrobił swoje.

Można zrobić tutaj dygresję o internecie, operatora Dhiraagu. 32 dolary na 14 dni to nie jest mało, ale jeśli pominąć cenę, to internet był bardzo, bardzo dobry. Działał wszędzie, nawet jak płynęliśmy promem gdzieś po oceanie to nie mulił. Działał bez zarzutu.

Wracamy jednak do Male. Odpaliłem google maps i ruszamy do Salt and Cafe Restaurant. Jest budynek, ale od frontu nie można wejść do środka. To nie tędy. W końcu odnajdujemy drogą, znajduje się w bocznej uliczce. Wsiadamy do windy, wybieramy 6 piętro i… dostajemy obuchem w twarz. Dzisiaj knajpa nieczynna. Piąte urodziny dziecka. Sorry.

Już bardzo głodni znów wpadamy na ulice Male. Te same zatłoczone, tak samo pędzące jak dwie minuty temu. Nie mamy alternatywy, szukamy czegoś metodą na chybił trafił. W końcu wpadamy do jakiejś knajpy, ale w środku pusto. Znaczy nie ma gości, są kelnerzy. Nie wygląda to zachęcająco, ale jest tak cicho, tak chłodno, że nie przychodzi nam do głowy, żeby wyjść stąd. Nie chcemy znów walczyć o życie ze skuterami. Siadamy przy stoliku, dostajemy karty i decydujemy: zostajemy.

Bierzemy tuńczyka z dodatkami, jakieś napoje. Jedzenie w końcu trafia do nas i okazuje się, że jest smacznie. Z pełnymi brzuchami, napojeni i nieco zrelaksowani wracamy na ulice Male, ale decydujemy się wrócić na Hulhumale. Idziemy na prom, kupujemy bilety i płyniemy na lotnisko. Tutaj przesiadamy się w autobus i jedziemy do miasta.

Hulhumale to zupełnie coś innego niż Male. Powiedziałbym, że to nawet miasto trochę europejskie. Budynki mieszkalne jak w Polsce, ładne fasady, szerokie ulice, chodniki, dużo samochodów, ale nie tak jak w Male. Życie płynie tutaj inaczej. Ludzie przechadzają się po ulicach, siedzą w knajpkach, jest park, plaża, palmy, nad głowami co chwilę przelatuje hydroplan. Później dowiadujemy się, że to taka sypialnia dla Male. Tutaj mieszkają i żyją, ale pracują w stolicy.

Wracamy do hotelu, zostawiamy nasze pamiątki i wychodzimy. Natrafiamy na pana sprzedającego kokosy. Ma ich dziesiątki, na oczach klientów w mgnieniu oka obiera je jak gruszki. Tak mi się przynajmniej skojarzyło. Płacimy po 30 rufiji, dostajemy słomkę i idziemy usiąść na plaży przy stoliku. Jest około 18, a więc za chwilę będzie zachód słońca i zrobi się ciemno.

Pijąc kokosa spoglądamy na miejscowych, którzy próbują wyciągnąć skuter wodny z wody i przenieść go poza plaże. Siłą rąk nie da rady, więc chwilę później pojawia się samochód. Zaczepiają linki do samochodu oraz skutera i po chwili misja jest skończona. Jest już ciemno, nam wydaje się, że jest godzina 22. Wszak w Polsce w tym czasie ciemno robiło się właśnie o tej porze, ale mamy na zegarkach 18:30.

Dopijamy kokosy i idziemy plażą dalej. Zatrzymujemy się w innej knajpie, zamawiamy szejki i małe co nieco - burgery z tuńczykiem. Okazują się bardzo smaczne. Kosztują w sumie niewiele, bo około 70 rufiji + podatki (10% i 6%). Wszystkie ceny, które znajdują się w menu nie zawierają podatków, dlatego nie można być zdziwionym, gdy kelner przyniesie rachunek. Dojadamy i decydujemy się wrócić do hotelu. Wprawdzie jest dość wcześnie, ale wczorajsza/dzisiejsza podróż wykończyła nas, a Male dobiło.

W recepcji staramy się dogadać co do godziny śniadania. Pan jest bardzo miły, ale po angielsku mówi niewiele. W końcu dogadujemy się: 9.30. Kładziemy się spać.

Witaj Dhiffushi

8.20 coś wyje niemiłosiernie. Zrywamy się na równe nogi. Wyje telefon w pokoju, dzwoni ten pan, z którym dogadaliśmy się na śniadanie na 9.30. Prosi, żeby zejść, bo jest śniadanie. No dobra, chociaż nie tak to miało wyglądać. Schodzimy na dół, wchodzimy do pomieszczenia nazwanego “restaurant”, ale jest to bardziej składzik niż restauracja. W pomieszczeniu jest jeszcze tylko jeden Azjata, strasznie siorbie popijając kawkę. Chwilę później nasz recepcjonista podaje nam śniadanie kontynentalne. Dziewczyna jest wegetarianką, więc od razu oddaje mi parówki, ale ja i tak za bardzo nie mam ochoty jeść. W końcu zbudzeni 5 minut wcześniej dla nas jest jakby 5:30 (3 godziny różnicy).

Wracamy do pokoju, kładziemy się jeszcze spać, bo prom mamy dopiero o 14:30. Około 12 wymeldowujemy się z hotelu. W międzyczasie odkrywamy, że duża walizka odmówiła posłuszeństwa. Nie działa wyciągana rączka. Można ją prowadzić za uchwyt, ale przy jej wadze (20 kg), temperaturze (jest gorąco), trzeba się pochylać, a chodniki nie są tu równe jak stół. Na dodatek widzimy z daleka, że autobus na lotnisko już stoi na przystanku. Staram się iść szybciej z tą walizką, ale to sprawia, że ona tylko przewraca się na boki. Pada kilka brzydkich słów, ale cały spocony docieram do autobusu zanim ten odjedzie.

Na pokładzie ponownie nie ma białych twarzy, ale już się przyzwyczailiśmy do tego. Wysiadamy na lotnisku, znów prom do Male, bo stamtąd odpływa prom na wyspę. Wysiadamy w Male i tym razem jak turyści oglądamy się za taksówką. Teraz my chcemy, żeby oni zwrócili na nas uwagę. 5 sekund i już pan woła nas. Mówimy gdzie chcemy dojechać i siadamy na otwartą pakę małego pickupa wyłożoną blachą. Nie trzeba dopisywać, jaką temperaturę miała ta blacha w tym słońcu.

Po 100 metrach zatrzymujemy się. Wysiada kierowca i pyta gdzie jedziemy… Mówimy mu jeszcze raz, coś mamrocze, ale ruszamy dalej. Kluczymy tak wąskimi uliczkami Male, niektórzy kierowcy na skuterach uśmiechają się do nas i mówią “Hello”. W końcu gdzieś dojeżdżamy, ale nie trzeba być Szerlokiem Holmsem, żeby stwierdzić, że to nie tu. Wysiada nasz kierowca, ale też nie jest przekonany, czy to tutaj. Idzie kogoś zapytać. Wraca, jedziemy dalej. Po 5 minutach znów się zatrzymujemy, znów idzie gdzieś zapytać. Wraca i ruszamy dalej. W końcu zatrzymujemy się tam gdzie trzeba. Nawet my to wiemy. Płacimy 50 rufiji i żegnamy się.

W budce pytamy, czy tutaj można kupić bilety na Dhiffushi. Dostajemy pozytywną odpowiedź i jesteśmy ubożsi o 44 rufije. Normalnie zapłacilibyśmy 4 dolary (60 rufiji), więc warto mieć lokalną walutę.

Jesteśmy 1,5 h przed czasem, ale uczulano nas, żeby być wcześniej, bo to jedyny prom na wyspę, więc może być tłoczno. Naprzeciw odnajdujemy małą knajpkę, decydujemy się zjeść obiad, skorzystać z toalety, bo prom płynie w sumie 3,5 h, a na promie nie będzie o tym mowy, przynajmniej nie dla pań ;)

Zamawiamy jedzenie, chociaż trudno dogadać nam się z kelnerką po angielsku, która z pewnością nie jest z Malediw. Wracamy do portowej poczekalni i obserwujemy lokalnych. Akurat to miejsce, z którego odpływa sporo promów na inne wyspy, jest około 14 i mnóstwo dzieci i młodzieży wraca do domu. Wszyscy są ubrani w szkolne mundurki i nie płacą za podróż. W końcu możemy wsiąść na swój prom. Jest… stary, wyglądam za okno, a tam połamane deski, widać jakąś dziurę, wodę. No ok, skoro pływa codziennie to musi być bezpiecznie…

Wypływamy z portu, na pokładzie oprócz nas są jacyś Rosjanie, którzy ni w ząb po angielsku nie mówią, a coś chcieli od nas. Są jeszcze dwie inne “białe pary”, okazuje się, że płyną tak jak my na Dhiffushi. Podróż trwa 3,5 h, odbywa się w żółwim tempie. Ten rupieć ledwo płynie, a jak już płynie, to bardzo wolno. Miejscowi śpią, rozmawiają, słuchają muzyki z telefonu. Jest lokalnie, tak jak chcieliśmy. Dziewczyna ma chorobę lokomocyjną, bierze Aviomarin i też idzie spać. Ja robię zdjęcia, filmy. Mijamy domki na wodzie, inne wysepki, wyspy. W sumie robimy postój na trzech. Prawie nikt się nie dosiada, ale dorzucają jakieś przesyłki.

Ostatnim przystankiem przed Dhiffushi jest Thulusdhoo. W porcie wielki napis Coca-Cola. Później dowiaduje się, że to jest ta wyspa, gdzie produkują Coca-Colę, Sprite i inne napoje tej marki. Wszystkie cole na Malediwach pochodzą właśnie z tej wyspy. Do fabryki nie można wejść i pozwiedzać jej, a Cola ma nieco inny smak niż ta w Europie. Dla mnie smakuje jak w Polsce Hop - Cola. Od Melisy dowiedzieliśmy się, że po prostu produkowana jest z odsalanej wody morskiej i stąd nieco inny smak.

W końcu na horyzoncie widzimy naszą wyspę, robi się coraz większa i większa. Cel naszej podróży. Wpływamy do portu około 17:40, czyli jakieś 30 minut przed zachodem słońca. W porcie wita nas Melisa oraz Ajo, wspólnie prowadzą GH. Ajo zabiera nasze walizki i wiezie je do GH, który będzie naszym domem przez najbliższe 10 dni, a Melisa zabiera nas na krótki spacer. Opowiada o wyspie. Pierwsze co w nas uderza to spokój, nie ma samochodów, skutery nie pędzą jak szalone. Sielski, wiejski klimat. Nie jest już gorąco, więc spacer jest idealny. Miejscowi nie patrzą się na nas jak na kosmitów, nie widzimy “białych twarzy”. Docieramy do GH i pierwsze co w nas uderza to czystość, wszystko jest schludne i zadbane. Czekają na nas nie tylko formalności związane z pobytem, ale i zimny powitalny drink. Smakuje wyśmienicie.

Melisa pokazuje nam nasz pokój i znów: czystość, schludność i jest wszystko czego potrzebujemy. Za pokój ze śniadaniem płacimy 56 dolarów za noc. To bardzo dobra cena, zupełnie adekwatna do tego co zastajemy, a może nawet za niska?! Umawiamy się na śniadanie na 9:30. Jesteśmy sami w GH, więc możemy się dogadywać co do godzin.

Pomalowana woda

Wstajemy dosyć ociężale. Jednak kilka dni w podróży, ciągła zmiana miejsc i cały czas plus 3 godziny w stosunku do Polski sprawia, że po śniadaniu kładziemy się na drzemkę. Po niej oczywiście idziemy na plażę. Czas zobaczyć miejsce, które ma nam towarzyszyć przez najbliższe dobrych kilka dni. Smarujemy się kremem 50 - tutaj ze słońcem nie ma żartów. Nawet nie próbujemy zadzierać z nim. Plecak spakowany, książka, woda, krem, kamera i można ruszać.

Kierujemy się na plażę południową. Na wyspie są dwie biki: południowa i północna. Na tej pierwszej woda jest płytka, można wejść nawet 200 metrów w ocean i mieć wodę do pasa. Druga plaża charakteryzuje się tym, że jest z widokiem na pobliski resort Meeru, a woda jest zdecydowanie głębsza.

Na plaży spotykamy kilka osób, są leżaki, są szałasy, które ochraniają przed słońcem i woda. Piękny niebieski kolor, zupełnie jak na zdjęciach czy filmach. Szybko wchodzimy do wody, która jest ciepła, ale nie przerażająco. Prąd jest silny, a już 10 metrów od brzegu widzimy pierwsze rekiny. Właściwie to małe rekiny, mają nie więcej niż 70 cm i nie zbliżają się do człowieka bliżej niż na kilka metrów. Przez cały okres będę próbował zrobić im zdjęcie pod wodą czy nakręcić jakieś krótkie nagranie. Bez efektu. Rekiny pływają pojedynczo, ale zdarzyło mi się spotkać grupę 5-6 osobników płynących obok siebie. Polują na mniejsze ryby żyjące na płyciznach. Podobno można spotkać na tych płyciznach płaszczki. Wydaje mi się, że raz widziałem, ale nie jestem w stu procentach pewny. Tak czy owak najlepiej w wodzie chodziło mi się w butach do pływania. Na plaży południowej fale wyrzucają różne rzeczy z oceanu, zdarzało się, że było to szkło, więc większy komfort chodzenia w butach.

Plaża jest czysta, chociaż chyba sami turyści dbają oto, żeby taka była. Może właściciele GH sprzątają, ale akurat żadnych nie zauważyłem podczas swojego pobytu. Jest wielki śmietnik, gdzie można wyrzucać jakieś odpadki, ale głównie to ocean wyrzuca śmieci. Co jakiś czas na wyspie organizowane jest sprzątanie. Taki dzień wyznacza burmistrz i wszyscy sprzątają, a czasami jest co robić. Male i Hulhumale jest po prostu zaśmiecone. Miejscowi zupełnie nie dbają o to, żeby był porządek. W Hulhumale byliśmy nawet świadkami, jak pani zamiatała chodnik z drobnych liści, zupełnie nikomu one nie przeszkadzały, a obok leżały setki butelek, papierków i innych rzeczy. I chociaż wiedzieliśmy, że Malediwy są zaśmiecone, to jednak widząc to na własne oczy, można być zdziwionym.

Image

Image

Image

Dhiffushi było jednak czyste. Pierwsze co zauważyliśmy po wyjściu z promu to właśnie czystość oraz błogi spokój. Tak czy owak sprzątanie na wyspie odbywa się średnio co dwa miesiące. Jak na każdej wyspie, tak i na Dhiffushi pali się śmieci. Spalarnia znajduje się obok boiska do piłki nożnej. Myślałem, że przy takiej temperaturze, to boisko jest praktycznie nieużywane. Myliłem się. Codziennie ktoś grał na nim. Raz nawet trafiliśmy na turniej piłki nożnej. Drużyny z tej wyspy, w specjalnych strojach rywalizowały ze sobą. Pół wyspy kibicowało, odgłosy po strzelonym golu było słychać na całej wyspie. Naprawdę, niecodzienny widok.

Na Dhiffushi jest przedszkole i szkoła. Tutaj matki odprowadzają swoje dzieci do szkoły, a także je odbierają, chociaż mieszkają np. minutę od szkoły. Wyspa nie jest duża, ma z 800 m długości i 200 szerokości. W 15 minut można przejść od jednego końca do drugiego. Zwyczaj jest jednak taki, że dzieci się po prostu odbiera ze szkoły. Co więcej, praktycznie wszystkie przedmioty w szkole są po… angielsku. Poza religią i jeszcze jakimś przedmiotem. Dzieci mają specjalne mundurki.

Na wyspie znajduje się też przychodnia, fryzjer, kilka knajpek, sklepów i oczywiście meczet. Kilka razy dziennie jest nawoływanie do modlitwy. Spodziewałem się, że w tym czasie uliczki będą opustoszałe, ale nic z tych rzeczy. Jedynie niektóre sklepy były pozamykane. Co ciekawe, sklepy były czynne aż do godziny 23. Bardzo późno, ale wybór w nich nie był za wielki. Właściwie to można porównać go do wiejskiego sklepu w Polsce. Ceny były podawane w Rufijach i praktycznie tylko kobiety pracowały w nim. Różnie reagowano na nas. W jednym sklepie pani cały czas się uśmiechała do nas, była bardzo życzliwa, w innym po prostu traktowano nas obojętnie. Oczywiście bez wrogości.

Image

Image

Image

Pewnego razu w sklepie gdzie pani była zawsze uśmiechnięta, przyszła jakaś nowa dostawa. Towaru w sklepie było pełno, a pani po prostu otworzyła jakieś pudełko i zaczęła nas częstować jakimiś chrupkami. Były dobre, ale gest jeszcze bardziej. Zresztą, to nie pierwszy raz. Raz siedząc w restauracji Faruma przyszedł właściciel i zaczął zrywać jakieś owoce ze swojego ogrodu. Poczęstował nas. Zdarzyło się to dwa razy. Raz dostaliśmy nawet kawałek tortu, bo jakieś małżeństwo miało rocznicę swojego ślubu.

Ludzie na wyspie byli przemili, przyjaźni. Niektórzy mówili na ulicy “Hello”, uśmiechali się. Nigdy nie było nawet ułamka sytuacji, w której mogliśmy poczuć się jakkolwiek zagrożeni. Nie było nawet o tym mowy. Nie było nawet żadnego spojrzenia, nad którym mogliśmy się zastanowić. Nikt na Dhiffushi nas nie zaczepiał, żeby zaciągnąć do jakiegoś sklepu i coś sprzedać. Był jeden pan co sprzedawał kokosy, ale tylko raz wspomniał o nich, czy nie chcemy kupić. Ten pan to zresztą miejscowa legenda. Niemal codziennie o godzinie 21 karmił ryby przy nabrzeżu, a było co karmić. Przypływały ogromne płaszczki, rekiny i inne ryby. Płaszczki jadły mu bezpośrednio z ręki, nawet kilku turystów odważyło się nakarmić płaszczkę, której średnia wynosiła dobre 80 cm. Ja odpuściłem, pracuję palcami, będą mi jeszcze potrzebne :D

Sand Bank i delfiny


Jednego dnia wybraliśmy się na Sand Bank. To łacha piachu pośrodku oceanu. Długość plaży to z 20 metrów, szerokość z 3 metry - oczywiście kiedy jest odpływ. Na wycieczkę wybraliśmy się w czwórkę - z Ajo i Melisą. Płaciliśmy po 25 dolarów. Malutko, bo np. u Typelki byłoby 50 dolarów od osoby, jakbyśmy popłynęli we dwójkę.

Siadamy do łodzi, zabieramy deskę do pływania, duży parasol i płyniemy około 20 minut. Na Sand Banku jest jeszcze jedna para, starsi państwo. Pan bawi się dronem i jest bardzo tym pochłonięty. Sand Bank robi wrażenie na zdjęciach, na filmach, ale na żywo jest jeszcze piękniej. Nam, mieszczuchą, trudno sobie wyobrazić, że gdzieś na oceanie jest po prostu bialutki piasek, a dookoła tylko woda i woda. Zdjęcia wychodzą piękne, woda dookoła piasku rewelacyjna. Mnóstwo muszelek na plaży, koralowców. Spędzamy tam około 3 godziny, chociaż wydaje się jakby było to 30 minut. Wyprawa godna polecenia, warto odwiedzić coś takiego, tym bardziej za taką cenę.

Drugą wycieczkę, na którą się decydujemy, to obserwowanie delfinów. Cena taka sama - 25 dolarów od osoby. Taniej się chyba nie da znaleźć. Wypływa się około godziny 17. Dowiadujemy się z dziewczyną, że łódka będzie taka mała (widzieliśmy ją wcześniej i sami siebie pytaliśmy, czy tym się pływa), ponieważ lepiej się ogląda delfiny, można je prawie dotknąć. My, znów to napiszę mieszczuchy, mamy cykora. Łódeczka ma 2,5 metra długości, z 1,5 metra szerokości, płyniemy przecież na otwarty ocean, a ona nawet nie ma burty czy czegoś! Jesteśmy lekko przerażeni, ja pływać nie umiem, chociaż przed Melisą i Ajo udajemy, że wszystko jest super. Jednak wycieczka w tej łódeczce to był strzał w dziesiątkę. Oczywiście nie zatonęła, nawet nie miała na to szans, ponieważ ocean jest chyba zawsze spokojny, wręcz jak na jeziorze, więc nie rzuca, nie skaczemy po falach, jest niska, więc delfiny jak płyną obok łódki, to wręcz można je dotknąć. Szybko się aklimatyzujemy na maleńkiej łódeczce i Melisa z Ajo mieli racje: to świetna łódka na wyprawę na delfiny.

Image

Image

Image

No ale wyprawa na delfiny nie jest jak wyjazd do supermarketu. Płyniesz i są na miejscu. Czasami ich nie ma, czasami szuka się ich godzinę i nie znajduje. My mamy jednak szczęście. Są. Oprócz naszej łódki są jeszcze dwa bardzo duże, hmmmm, nazwę je kutry na pokładzie których jest około po 20 osób. Są to duże jednostki, mało zwrotne i generalnie ci turyści (wszyscy są z resortu) oglądają delfiny jakby zza szyby. My dzięki naszej łódce i umiejętnością Ajo, który ją prowadzi, mamy je na wyciągnięcie ręki. Delfiny widząc łódki, statki, nie uciekają - wręcz przeciwnie. Zaczynają się wygłupiać. Wyskakują w parach z wody zderzając się w powietrzu. Zachowują się jak dzieci. Pływają obok łódki, wynurzają się obok. Gdzieś przeczytałem, że łódki zaganiają je i że je straszą. Absolutnie nie jest to prawdą. Delfiny cieszą się, jak spotykają turystów, którzy chcą je pooglądać. Naprawdę tak to wygląda! Przecież mogłyby się zanurzyć i popłynąć siną w dal.

Czas szybko mija na oglądaniu tych stworzeń, do tego jest piękne słońce, naturalne środowisko. Piękna wycieczka. No i jeszcze raz: łódka idealna! Nie było się czego bać.

Male, podejście drugie

Po 10 dniach leniuchowania na wyspie czas wracać do Male. Ruszamy dzień wcześniej, bo lot mamy o 8 rano, więc nie ma mowy, żeby wrócić tego samego dnia. Wiedziałem, że piątek jest dniem wolnym na Malediwach i promy nie pływają. Dlatego tak mieliśmy wszystko ustalone, żeby tego dnia nie podróżować po Malediwach. Nie wziąłem jednak pod uwagę tego, że nasz wyjazd przypada na… Dzień Niepodległości. O tym dowiedziałem się przypadkiem będąc już na miejscu. Prom oczywiście nie pływał, ale Ajo z Melisą załatwili transport prywatny.

To speed boat. Koszt: 25 dolarów od osoby bądź jak kto woli 375 rufiji. Co ciekawe, miejscowi płacą 175 rufiji. Łódka jest duża, nowa i komfortowa. Do Hulhumale płyniemy zaledwie 45 minut. Dla porównania prom taką samą odległość pokonuje w 3,5 h.

Wysiadamy w porcie w Hulhumale, a na piechotę do hotelu mamy jakieś 15-20 minut. Nie byłoby to problemem, gdyby nie to, że rączka od walizki nie współpracuje z osobą, która stara się ją prowadzić. Bierzemy zatem taksówkę. Dajemy panu wydruk z bookingu, gdzie jest napisana nazwa naszego hotelu, a mimo to pan… wklepuje adres w nawigację. Hmm, wyspa jest malutka, więc wydaje się, że zna każdy jej zakątek. Jedziemy jakieś 5 minut, wysiadamy pod samym wejściem do hotelu. Płacimy 35 rufiji, a już obsługa z hotelu bierze nasze walizki. Meldujemy się w recepcji, od razu jesteśmy witani drinkiem i zimnym ręcznikiem.

Pytamy, o której rozpoczynają się śniadania, ale raczej nie będziemy pisali się na nie, ponieważ przed 6 musimy wyjść z hotelu. Pani w recepcji organizuje nam śniadanie jednak tak, żeby ktoś je przygotował o 5:30. Pokój wybraliśmy z widokiem na ocean, kosztuje 87 dolarów (107 dolarów poprzedni), ale jest o niebo lepszy niż ten poprzedni. Jest bezpośrednie wyjście na balkon, z którego roztacza się widok na ocean. Sam pokój jest dużo bardziej komfortowy. Jest po prostu wart swojej ceny. Żałujemy, że pierwszy hotel na Hulhumale był bardzo słaby w porównaniu z tym.

Image

Ogarniamy się i jeszcze raz ruszamy do Male. Tym razem wybieramy port w Hulhumale (bez konieczności jechania autobusem na lotnisko), ponieważ stąd również pływa się do Male. Koszt: zaledwie 5,5 rufiji od osoby. Prom jednak płynie ciut dłużej - z 20 minut.

Docieramy na miejsce i znów ruszamy do Salt and Cafe Restaurant, żeby zjeść obiad na 7. piętrze. Tym razem już nie błądzimy, wsiadamy do windy, wychodzimy i… WESELE. No nie, znów?! Kiedy mamy już odchodzić, jedna z osób z obsługi mówi, że można wejść na 7. piętro, bo zajęte jest tylko 6. Korzystamy z okazji i widok jest faktycznie świetny. Można obserwować nie tylko ruch na oceanie, ale i jak lądują i startują samoloty z Hulhumale.

Restauracja jest przez duże “R”. Kelner, który idealnie ustawia sztućce, nalewa wodę do szklanki stojąc z odpowiedniej strony, a widok dania na talerzu mówi, że w kuchni nie pracuje ktoś przypadkowy. Jedzenie jest dobre, ale szału nie ma. Jest trochę drożej niż gdzie indziej, ale też bez przesady.

Tym razem decydujemy się wejść “do środka” Male. Ruch “w środku” jest nieco mniejszy niż przy porcie, ale i tak trzeba ciągle uważać. Na tyle, że kiedy widzę meczet, mówię do dziewczyny: - O, zobacz meczet!

Przechodziliśmy już obok niego, prawie się otarłeś o bramkę - odparła.

No tak, nie zauważyłem. Pewnie byłem skupiony na tym, żeby nikt mnie nie przejechał. Ostatecznie wyprawa w głąb stolicy nie przynosi jakieś większej frajdy. Tłok, tłok, tłok i tłok. No, widzieliśmy sklep Wedla, ale był chyba zamknięty. Z racji Dnia Niepodległości, miasto (także Hulhumale) było przystrojone w całe mnóstwo flag. Naprawdę okazale to wyglądało. Także mnóstwo osób siedziało na jakimś głównym placu, pewnie prezydent się miał tam pojawić.

Wracamy do Hulhumale, spacerujemy jeszcze po tym mieście, coś jeszcze kupujemy i idziemy do hotelu. O 5 trzeba wstać.

Dubaj!

Wstajemy o 5 rano, oddajemy klucz i schodzimy do restauracji. Faktycznie Pan przygotowuje dla nas śniadanie kontynentalne. Jednak w międzyczasie po raz drugi podczas naszego pobytu zaczyna padać (za pierwszym razem padało 15 minut). A na Malediwach jak pada, to jest oberwanie chmury (przynajmniej tak było podczas naszego pobytu). Pada tak intensywnie, że dojście na autobus (5 minut piechotą) mija się z celem, bo po 30 sekundach będziemy cali mokrzy. Tak do samolotu nie da się wsiąść. Prosimy pana z recepcji o zadzwonienie po taksówkę. Pan jest bardzo miły, ale nie za bardzo mówi po angielsku. Pewnie dlatego pracuje na nocnej zmianie… W końcu przychodzi i mówi, że taksówka będzie za 10 minut. Koszt: 10 dolarów. Płacimy i czekamy na taksówkę. Pan z recepcji o dziwo czeka z nami, ma nawet przygotowany parasol, żebyśmy nie zmokli przechodząc 5 metrów do taksówki. Pakujemy nasze zabawki do taksówki, a właściwie to robią panowie z taksówki i hotelu. Kierowca informuje nas, że dobrze, że w ogóle przyjechał, bo… ktoś inny zaspał. Dodaje, że jeszcze tylko weźmiemy dwóch innych turystów i jedziemy na lotnisko. Żartujemy z dziewczyną, że pewnie będą to Polacy.

Image

No i wykrakaliśmy. Nasi rodacy wsiadają do taksówki :) Okazuje się, że byli u Typelki, też zadowoleni ze swojego pobytu i tak jak my: lecą do Dubaju i na drugi dzień do Pragi. Dzień wcześniej także spotkaliśmy parę z Polski, która płynęła na… Dhiffushi. Jaki ten świat mały!

Na lotnisku nie ma żadnych problemów, lecimy najpierw do Colombo, gdzie mamy godzinny postój. Lądujemy bez problemu, ale czekamy w samolocie. Nie można wysiąść. Później po czterech godzinach lądujemy w Dubaju. Nie mamy ze sobą dużych walizek, bo te zostały nadane bezpośrednio do Pragi, więc w podręcznym musieliśmy zmieścić jakieś rzeczy na przebranie itd.

W Dubaju jest 45 stopni, w cieniu. Wybraliśmy hotel Premier Inn naprzeciw terminala 3. My lądujemy na 2. Hotel, jako jeden z nielicznych, nie wymagał świadectwa małżeństwa. W innych było napisane, że potrzeba. Nie chcieliśmy kusić losu, więc wybraliśmy Premier Inn. Dodatkowo nasz hotel oferował darmowy transport z terminala do hotelu. Niestety my musielibyśmy czekać na takiego busika 1,5 h, a gdy wylądowaliśmy o 15, to nie chcieliśmy tracić czasu na siedzenie na lotnisku po to, żeby tylko załapać się na darmowy transport.

Wybraliśmy taksówkę i za samo trzaśnięcie drzwiami na liczniku pojawiła się kwota 25 AED (przelicznik 1 AED = 1,1 zł). Jechaliśmy około 15 minut, szeroką na kilka pasów autostradą. W sumie zapłaciliśmy 46 AED. W recepcji powitał nas Azjata, ale jego angielski był dla nas bardzo mało zrozumiały. To co jednak trzeba było zrozumieć, to zrozumieliśmy. Za noc w tym hotelu (bez śniadania) zapłaciliśmy około 300 zł. Pokój jak pokój. Jest klima, jest wanna, kontakty europejskie. Schludnie. Praktycznie od razu opuściliśmy hotel.

Jednak, żeby dojść do metra, którym pojedziemy “w miasto”, trzeba było przejść się 15 minut. 15 minut w temperaturze 45 stopni. Było gorąco, no ale trudno. Kupiliśmy bilety na metro w automacie po 7 czy 8 AED za sztukę. Metro jest obsługiwane komputerowo, bardzo punktualne, odjeżdżało co 5 minut. Jechaliśmy do Dubai Mall, największej galerii świata, ponieważ miesiąc wcześniej kupiliśmy bilet na Burdż Kalifę (120 AED za osobę). Na większe zwiedzanie po prostu nie było czasu, ponieważ metrem do Dubai Mall jedzie się około 40 minut.

Wysiedliśmy na stacji Dubai Mall, ale żeby dojść do samej galerii potrzeba jeszcze dobrych 20 minut piechotą. Na szczęście w pełni klimatyzowanym tunelu. Pierwsze kroki skierowaliśmy do restauracji, ponieważ była już prawie 18, a my wciąż byliśmy tylko po śniadaniu o godzinie 5:30.

Food Court było olbrzymie, jak przystało na największą galerię świata. Niesamowity wybór różnych kuchni, ale też bardzo dużo ludzi. Po zaspokojeniu jedzeniowej potrzeby, udaliśmy się po odbiór naszych biletów do Burdż Kalify, przy okazji zwiedzając galerię. Trzeba uczciwie przyznać, że nie jest to zwykła galeria. Olbrzymie akwarium, stok narciarski, lodowisko, czy zmieniający się wystrój wnętrza w niektórych częściach tego olbrzymiego kompleksu sprawia wrażenie, że Dubai Mall to mimo wszystko jest coś innego niż normalna galeria. Nie to żebym był zachwycony, ale mimo wszystko. Wszystkie największe i najdroższe marki świata są w tym miejscu. 1200 sklepów robi wrażenie. Jest tu dosłownie wszystko.

O 21 mieliśmy wejście na Burdż Kalifę. 30 minut wcześniej zobaczyliśmy pokaz fontann. I chociaż myślałem, że to tylko woda, muzyka i wyrzucanie wody w powietrze, to jednak zrobiło to na nas spore wrażenie. Warto to zobaczyć, tym bardziej, że jest zupełnie darmowe, a w otoczeniu wielkich drapaczy chmur jest co najmniej godne uwagi.

Winda, która prowadzi na taras widokowy na 124 i 125 piętro, jest tak skonstruowana, że pokonuje ten dystans w… 63 sekundy. Mknie 10 metrów na sekundę i co najważniejsze: zupełnie nie czuć tego. Jedynie w uszach można poczuć zmianę ciśnienia. Sama Burdż Kalifa, hm… Nie byłem zachwycony, nie zrobiła na mnie wrażenia, ale nie powiem, że byłem rozczarowany i że była to strata pieniędzy. Warto “odhaczyć to”, tym bardziej, że wiele lat wcześniej oglądałem w telewizji dokument o powstawaniu tego wieżowca. Nie sądziłem wówczas, że kiedyś wjadę na taras widokowy (panorama 360 stopni) i będę podziwiał Dubaj nocą z wysokości 450 metrów. Wszystko jest bardzo dobrze zorganizowane, wszędzie ktoś stoi z obsługi i kieruje, gdzie należy się udać.

Postanowiliśmy, że po tej atrakcji wracamy do hotelu. Jest godzina 21:30. Tym bardziej, że byliśmy już zmęczeni całym dniem i jutro znów trzeba było wstać po 5 rano. Wejście do Burdż Kalify znajduje się w Dubai Mall i stąd szliśmy na metro… 40 minut. Taki to jest olbrzymi dystans. Tym razem zdecydowaliśmy się, że kupimy “złote” bilety, są dwa razy droższe, ale z racji tego, że nie ma maszynisty, te droższe bilety znajdują się z przodu wagonu. No, ale okazało się, że jak skład jedzie w drugą stronę (w kierunku lotniska), to “złoty” wagon znajduje się na końcu składu… No dobra, ale chociaż mieliśmy bardzo wygodne siedzenia i dwie osoby w przedziale. W innych ludzie stali. My zmęczeni po całym dniu mogliśmy trochę odsapnąć.

Wysiedliśmy na stacji “Emirates” i znów musieliśmy dreptać 15-20 minut do hotelu. Chociaż była już noc, to temperatura oscylowała w granicach 37 stopni. Chłodno nie było. W hotelu prysznic i spać.

Rano wstaliśmy po 5. Tym razem skorzystaliśmy z darmowego busika na lotnisko. Byliśmy w nim tylko my. Na lotnisku nie było żadnych problemów, w samolocie również. W Pradze wylądowaliśmy około godziny 13, a o 21:25 mieliśmy Polskiego Busa. Na szczęście na dworcu kolejowym jest przechowalnia bagażu - za nasze dwa zapłaciliśmy 5 euro. Jest czynna do godziny 23. Dobra opcja, jak ktoś nie chce chodzić z walizkami.

W Kielcach wysiedliśmy o 7 rano, jechaliśmy około 9,5 godziny i tak zakończyły się nasze wakacje.

Podsumuję tę niezwykle długą relację dwoma słowami: warto było. Jeśli ktoś ma jakieś dodatkowe pytania, to chętnie odpowiem.

Dodaj Komentarz

Komentarze (2)

gleba3 8 sierpnia 2017 20:30 Odpowiedz
Błagam, popraw wszędzie - nie Malediw, tylko Malediwów
paauula 13 grudnia 2017 09:14 Odpowiedz
Super relacja??? również wybieram sie na Dhiffushi. Lecimy w lutym? Mozesz mi powiedzieć jak wyglada sprawa ubioru kobiet na tej wyspie ( chodzi mi oczywiście o turystki) , czy bez problemu można śmigać w spodenkach , sukienkach i krótkich koszulkach, czy raczej kobiety musza byc pozakrywane spacerując po wyspie?