+2
Grzegorz Firlit 22 września 2017 11:09
Minął kolejny rok. Wiem, że dziwnie to brzmi, kiedy piszę te słowa we wrześniu. Ale jak jak się żyje od wyjazdu w Alpy do wyjazdu, to jest prawda. Sylwester, Nowy Rok, urodziny to tylko data w kalendarzu, fakt który uświadamia mi przez chwilę, że znowu o rok jestem starszy. Nad czym tu się rozwodzić i rozmyślać? Za to wyjazad w Alpy to już jest coś. Trzeba się przygotować – uzupełnić sprzęt, zaplanować trasę, zabukować loty, czasami nocleg, zadbać o formę, kondycję. Tego się nie załatwi w jeden dzień, tak jak kupna tortu, czy szampana. Nawet jak jest wszystko dopięte na ostatni guzik, to często wieczorami wracam nad mapę, liczę sumę podejść, wpatruję się w poziomice, rozmyślam czy ten wariant będzie najbardziej optymalny dla mnie. Nawet kiedy biegam to w myślach pokonuję już szlaki. Po 5 km zastanawiam się gdzie już bym zaszedł, 10 km przeliczam na trudny teren w górach o nachyleniu 45 stopni i z plecakiem 15 kg. Nie chcę zmarnować ani godziny w Alpach, dlatego stopniowo dokładam przejścia, warianty i zawsze wychodzi z tego niezła marszruta. Ale po kolei...

Dzień 1.

Jest niedziela rano. Czekam we Wrocławiu na swój lot do Treviso. W brzuchu delikatne motylki, bo to właśnie dzisiaj jest ten, tak długo wyczekiwany dzień, kolejna przygoda. Wsiadam do samolotu, zajmuję swoje miejsce przy oknie. Na pokładzie rozgrywa się mały spektakl. Wsiadła zorganizowana grupa, a samozwańcza "kierowniczka" próbuje wszystkich usadzić, w ten sposób żeby pary siedziały razem. Jest to trudne, bo ostatnio system przewoźnika umyślnie rozrzuca pasażerów ze wspólnej rezerwacji po samolocie. Kierowniczka jednak nie daje za wygraną, przesadza, przegania, dyryguje. Stewardesy cierpliwie się temu przyglądają. W końcu startujemy. Cały lot odbywa się nad kilkoma warstwami chmur, nie widać skrawka ziemi, żadnej dziury, nic. Nie wróży to dobrze jeśli chodzi o moje plany. Po 20 minutach po wylądowaniu jestem na przystanku przed lotniskiem. Zależało mi, aby szybko wydostać się z samolotu i dotrzeć do Treviso Centrale, złapać pociąg do Belluno i ruszyć na szlak możliwie jak najwcześniej. Wszystko się udaje. Na stacji mam nawet czas na cornetti i espresso. Wysiadam w Belluno z kilkoma innymi pasażerami. Strasznie leje. Stoję pod daszkiem, próbuję zorientować się w kierunkach i obrać właściwy azymut. Wyciągam kurtkę przeciwdeszczową, odpinam nogawki od spodni, bo strasznie nie lubię mokrych spodni. W tym czasie podjeżdżają samochody i w pośpiechu wszyscy wskakują do środka. Zostaję sam. Nie ma co czekać na zmiłowanie, pora ruszać. Jeszcze dzisiaj muszę znaleźć się w schronisku 7 Alpini na wysokości 1502 m n.p.m. Mając na uwadze fakt, że znajduję się na rzędnej 380 m to zapowiada się ostry spacer i nie ma na co czekać. Szybko wydostaję się z miasta. Odnajduję szlak nr 501, który pokrywa się z trasą o dźwięcznej Alta Via delle Dolomiti numero 1.


Osada Gioz


Przysiółek Sopracroda

Po chwili trafiam na drogowskaz i oznaczenie, że szlak który wybrałem na tym odcinku stanowi fragment długodystansowego szlaku pieszego z Monachium do Wenecji. Od razu przed oczami staje mi twarz znajomej – Markety, drobnej skrzypaczki z Pragi, która kilka lat temu pokonała cały dystans samotnie! W porównaniu z tym wyczynem, moja przygoda to niedzielny spacerek po miejskim parku. Po 2 godzinach marszu robię krótką przerwę przy źródełku w okolicy Case Bortot. Czego jak czego, ale myślałem że wody mi dzisiaj nie zabraknie, a jednak pragnienie było coraz większe. Łykam kilka rodzynek i ruszam dalej. Oczywiście leje. W tym miejscu opuszczam drogę publiczną i zaczynam monotonne podejście przez las do schroniska. Widoków nie ma żadnych, mgła i chmury. Wędrówkę urozmaicają jedynie salamandry, które nieporadnie umykają ze ścieżki. Spadają z kamyków i człapią dalej. Jest ich taka ilość, że muszę uważać, żeby nie rozdeptać, ani nie nadziać na kijek te sympatyczne płazy.


Salamandra plamista

Wędruję coraz węższym wąwozem, w dole huczy wezbrana rzeka. Ścieżką płyną małe strumyki, jest ślisko i z trudem zdobywam wysokość.


Na szlaku 501


Potok Ardo

Wyłaniam się z lasu i na polanie moim oczom ukazuje się budynek schroniska. Tłem tej scenerii są południowe ściany Monte Schiary, które wznoszą się 1000 m w górę. Wierzchołki masywu przykryte są ołowianymi chmurami. Widok schroniska sprawił, że poczułem się bardzo zmęczony, mam wrażenie, że dalej już bym nie doszedł. Znam to uczucie, to mój mózg, który robi wszystko żeby organizm zużył jak najmniej energii. Stara się mnie oszukać, przestawić organizm w tryb stand by. Wiem że mam dużo więcej siły i potrafię wykrzesać z siebie dużo większy wysiłek. Przekonałem się o tym niejednokrotnie i również podczas tego wyjazdu będę miał okazję przetestować swoje możliwości. Naszła mnie refleksja, że zawsze warto stawiać sobie cele, które wydają nam się poza naszymi możliwościami i konsekwentnie do nich dążyć.


Rifugio 7 Alpini i masyw M. Schiara 2565 m i M. Pelf 2502 m


W schronisku, chociaż mam rezerwację patrzą na mnie jak na zjawę. Gospodarz pyta czy nie widziałem jeszcze 2 osób po drodze. Zaprzeczam i przez całą noc jestem jedynym gościem w schronisku. W tej chwili najbardziej potrzeba mi ciepłego prysznica. Odświeżony i rozgrzany schodzę do sali, siadam przy kominku i po chwili dostaje kolację – pastę z sosem pomidorowym i pulpeciki z polentą, oczywiście w sosie pomidorowym. Przekonuję się, że oprócz ciepłej kąpieli brakowało mi również zimnego piwa. Sączę złoty napój, przeglądam bogatą biblioteczkę – mapy, albumy, przewodniki. Suszę buty i kurtkę przy kominku, ale co chwilę pochylam się nad mapą, jakby miała dać mi odpowiedź, czy uda mi się zrealizować mój jutrzejszy plan. Arkusz papieru jest niemy, więc ja też udaję się na zasłużony odpoczynek.

Dzień 2.

Pierwszą rzeczą jaką robię po otwarciu oczu to sprawdzenie prognozy pogody, radarów i rzut oka za okno. Ma być trochę, ale tylko trochę lepiej, chociaż za oknem tego nie widać. W dolinie kłębią się gęste chmury, szczytów tak samo jak wczoraj nie widać. Wilgotność to 100 %, wszystko jest mokre, nie ma większej różnicy czy pada, czy nie. Na siłę połykam śniadanie. Umówmy się, że sucharki z dżemem i nutellą to nie jest mój przysmak, ale wiem że raczej na jajecznicę nie mam co liczyć w tych stronach. Wychodzę na zewnątrz rozejrzeć się dookoła. Podchodzi gospodarz i pyta o moje plany. Kłopot w tym, że sam jeszcze nie wiem jaki kierunek obrać. Głównym punktem tej wyprawy miała być ferrata Marmol – ambitna, trudna górska droga, która wspina się po południowej ścianie Monte Schiara (2565 m n.p.m.). Wiele miesięcy przygotowywałem się mentalnie i fizycznie do tego przedsięwzięcia, nabierałem doświadczenia ze skałą, liną, łańcuchami. A teraz stoję, gapię się na ten ponury masyw i mam wątpliwości. Jest bardzo mokro, ślisko, wapień jest kruchy. Zdaje się, że gospodarz czyta w moich myślach, bo mówi - "Ja bym tego dzisiaj nie robił, nie w takich warunkach. Nie mówię, że to jest niemożliwe, ale bardzo niebezpieczne. Ale oczywiście wszystko zależy od Ciebie, Twoja decyzja". Pokazuje mi gdzie zaczyna się ferrata i którędy prowadzi. Zerkam jeszcze na radar, na zegarek, ciągle się waham. W głębi głowy zapadła już decyzja, chociaż sercu ciężko się z tym pogodzić. Muszę zrezygnować, pójść dookoła, nie będę ryzykował, mam do kogo wracać i kilka pomysłów na przyszłe wyprawy. Gospodarz pokazuje mi szlak omijający masyw Schiary. Wiem, że jest taka możliwość, zawsze mam plan B. Mówi, że to bardzo długa, ciężka, za to bezpieczna droga, ale powinienem dać radę. Na wszelki wypadek zadzwoni do schroniska wieczorem, sprawdzi czy dotarłem, bo jak nie to wyśle ratowników. Dziękuję mu, żegnamy się i ruszam w drogę. Ciężko mi na sercu, ale wiem, że to w tej sytuacji jedyna słuszna decyzja. Wspinam się na przełęcz, rozglądam się i tylko mogę sobie wyobrazić jakie bajkowe krajobrazy mnie otaczają.


Masyw M. Schiara 2565 m i M. Pelf 2502 mz Forc. Pis Pilon 1733 m


Alpejskie łąki


Na szlaku nr 505


Każda chwila bez deszczu jest dobra na selfika ;)


Salamandry powyżej 1500 m są całkiem czarne


Widok z Forc. la Tanzon 1778 m


Widok z Forc. la Tanzon 1778 m


Widok z Forc. la Tanzon 1778 m


Robi się coraz zimniej

Na szczęście widzę ścieżkę, znaki i wiem gdzie mam iść. W takich warunkach to już jest coś. Pokonuję kolejne metry, wpadam w trans marszu. Mijają kolejne godziny a ja wędruję bez postoju. Woda jest wszędzie i nawet nie mam potrzeby napełniać bukłaka, kilka łyków ze strumienia, bez ściągania plecaka i zmuszam się do kolejnych kroków. W takich warunkach wędrówka mało ma wspólnego z przyjemnością. Jest ślisko, na każdy krok trzeba bardzo uważać, przemoczone buty zaczynają dokuczać, a za cały ten wysiłek żadnej nagrody. Tuż poniżej kolejnej przełęczy znajduję skalny okap i suchy kawałek podłoża. Zrzucam plecak, robię przegląd stóp, zmieniam plastry. Przez głowę przechodzi mi myśl, że to jest idealne miejsce na biwak – pod milionem gwiazd. Ale co z tego, skoro dzisiaj i tak ich nie zobaczę, nie zabrałem maszynki żeby zagotować wodę, w plecaku mam tylko kilka batonów, nie ma zasięgu żeby wstrzymać ewentualną akcję ratunkową... Nie ma wyjścia – Marche, ou creve (maszeruj, albo giń) jak to mawiają w legi cudzoziemskiej. Przede mną chyba najgorszy odcinek dzisiejszego dnia – zejście z wysokości prawie 2000 m na 750 m na odcinku 2-3 km, ale żeby to nie był koniec mojej udręki będę musiał wdrapać się z powrotem na 1630 m do schroniska Pian de Fontana.


Foresta di Cajada


Pozostaje sobie tylko wyobrazić jak tutaj jest pięknie...


Podnoszące się chmury nie wróżą nic dobrego






Casera del Ronch 1388 m


Wnętrze schroniska Pian de Fontana 1632 m

Zejście zajmuje mi dużo czasu, jest bardzo ślisko i trudno utrzymać równowagę. W pewnym momencie jeden fałszywy krok i ląduję z impetem na tyłku. Nie zdążyłem uwolnić ręki z pętli kijka, który zaklinował się między kamieniami i słyszę głośny trzask. Na szczęście słabszy od mojej kończyny okazał się karbonowy kijek. Tracę 15 minut na jakieś przeróbki. Jest rozsuwany i staram się wymontować jeden element, bo wiem, że bez podparcia w 4 punktach, to zejście będzie dużo trudniejsze. Udaje się, chociaż jest trochę krótszy, ale stabilny. Tracę wysokość, wchodzę do gęstego, bukowego lasu i robi się jeszcze bardziej ślisko. Dochodzę do wąskiego, poprzecznego wąwozu, którego dnem płynie wartki strumień. Po drugiej stronie widzę szlak, ale nie mogę znaleźć przeprawy. Woda wypływa z wielkiego wywierzyska pod pionową skała i tam nie znajdę przejścia. Poniżej jest coraz bardziej stromo i strumień zamienia się w kaskady. Po chwili na brzegu odnajduję kilka złączonych deseczek i zerwaną linę. To był mostek, który nie wytrzymał naporu wody. Szybko kalkuluję w głowie – jestem po 6 godzinach marszu i nawet gdybym chciał wrócić, nie zdołam tego dokonać za dnia. Nie mam wyjścia, muszę pokonać tą przeszkodę. Czuję jak łomocze mi serce. Skaczę po kamieniach, staram się znaleźć najwęższe miejsce. Przeskoczyć nie dam rady, a im węziej tym prąd jest silniejszy. Nie chcę wchodzić na oślep do wody, bo już raz porwał mnie strumień, w którym wody nie było więcej niż do kolan. Wtedy wszystko dobrze się skończyło - kilkoma haustami wody i obtarciami, tutaj mógłbym spaść kilkadziesiąt metrów niżej, na dno doliny. Dźwigam największą kłodę jaką mogę podnieść. Jest mokra i bardzo ciężka, za to mam nadzieję, że woda jej nie porwie. Adrenalina dodaje mi sił. Przerzucam ją w poprzek strumienia. Na szczęście upada tak jak to sobie zaplanowałem – klinuje się na głazach i wygląda stabilnie. Zdejmuję buty i ostrożnie wchodzę do wody. Kłoda nie służy mi jako mostek, tylko w razie jakby mnie miała woda porwać mam zamiar się jej złapać. Na szczęście bezpiecznie przechodzę na drugą stronę. Zmuszam się do zjedzenia sztywnego, zimnego batona. Trochę węglowodanów wymieszanych z adrenaliną daje mi kopa i pokonuję kolejne odcinki trasy. Wydaje się, że czeka mnie ostatnia prosta, ale to podejście ok 900 m różnicy wysokości. Staram się zająć czymś głowę, myślę o nagrodzie za mój całodzienny wysiłek – ciepłym prysznicu, gorącym posiłku, chwili kiedy ściągnę mokre buty. Powoli kalkuluje jaką trasę pokonałem dzisiaj. Wychodzi mi 2500 m sumy podejść. To tak jakbym z Krupówek wszedł na Rysy, na szczycie zorientowałbym się, że telefon zostawiłem nad Morskim Okiem, wróciłbym się po niego i jeszcze raz wszedł na Rysy zrobić selfika ;) Na koniec endomondo podaje ok 2800 m sumy podejść, ale zawsze trochę dodaje. Przy takich rozmyślaniach dochodzę do progów schroniska Pian de Fontana. Nawet nie zauważam, że ostatnią godzinę pokonuję w coraz intensywniejszym deszczu. Pod okapem stoi bardzo sympatyczna i rozgadana Niemka. Ucinamy miłą pogawędkę, twierdzi że nie wyglądam na 10 godzin marszu, bo jestem świeży i nad wyraz uśmiechnięty. To chyba efekt osiągniętego celu i nagroda w zasięgu ręki. Zrzucam plecak w dormitorium, które jest w osobnym budynku. Za pięć minut przeżywam pierwsze rozczarowanie – w schronisku jest tylko zimna woda. Mogę pozostać zmarznięty i śmierdzący, albo tylko zmarznięty. Wybieram drugą opcję. Napisać, że woda jest zimna to nic nie napisać. Woda jest lodowata, ale w efekcie czuję się sam ze sobą dużo lepiej. Idę na kolację, a właściwie przemykam między budynkami, bo strasznie leje. Woda spływa całą powierzchnią stoku, a wąska ścieżka zamieniła się w rwący potok. W sali jest gwarno i międzynarodowo. Dominują Niemcy, ale jest też para z Australii i samotny Szkot. Do kolacji zatem zasiadamy razem - dwóch samotnych wędrowców. Wieczór mija nam na rozmowach o podróżach, życiu w naszych krajach, planach i nie może być inaczej – z wyspiarzem trzeba porozmawiać o futbolu. Steven jako fan Celticu Glasgow doskonale pamięta Artura Boruca i Macieja Żurawskiego. W miłej atmosferze, przy ciepłym kominku można zapomnieć co się dzieje na dworze. Wszyscy się kładą wcześnie z nadzieją na jutrzejszy wymarsz o świcie. Mimo zmęczenia śpię bardzo czujnie. Słyszę nad sobą dudnienie deszczu o dach, ale również biegające myszy po drewnianych belkach. Za jakiś czas ze snu wyrywa mnie intensywne chrobotanie. Na światło czołówki cichnie i tak do rana. Nie zawracam sobie zbytnio tym głowy, co taka mała mysz może zrobić? Idzie zima, pewnie szykuje się na najgorszy dla niej okres. Zamykam oczy staram się zasnąć i wypocząć.

Dzień 3

Większość budzi się o świcie, ale nie ma gorączkowej krzątaniny. Leje, nie ma się gdzie spieszyć. Ja również zbieram swoje rzeczy. podczas pakowania odkrywam, że z jednego troka zostały wióry. Wiem czyja to sprawka. W kieszonce pod trokiem miałem rodzynki, nie wiem czy mysz próbowała się dostać do nich, czy mój trok wyśmienicie nadawał się na wyściółkę do mysiej nory. Na szczęście dużych strat nie poczyniła. Spotykamy się w jadalni. Opowiadam o nocnym zajściu i okazuje się, że wszyscy słyszeli chrobotanie, ale tak samo jak ja nikt się tym nie przejął. Po śniadaniu wszyscy są spakowani, zwarci i gotowi., ale za próg nikt nosa nie wystawia. W końcu podrywa się Australijczyk, żegna i wychodzi. Nie minęło 20 minut jak wraca i komunikuje, że strumienie tak przybrały, że nie można ich przekroczyć. Przykleił się do kominka, stara się wysuszyć, a wszyscy pozostali przytkęli nosy do map. Na nic się to zdaje, bo ze schroniska są tylko 2 drogi – w górę, gdzie trzeba się wspiąć ostrym podejściem, wysokogórskim szlakiem na 2500 m, czego raczej w taka pogodę nikt nie zaryzykuje, albo w dół doliny, co z ostatnich doniesień też jest niewykonalne. Towarzystwo dzieli się samoistnie na 2 obozy, które zależą od kierunku marszruty. Większość z nich spędza w górach minimum tydzień, a często dużo więcej i taka drobna zmiana planów nie wpłynie na całokształt ich wędrówki. Ja jestem w innej sytuacji. Chciałem dzisiaj przejść na północ do kolejnego schroniska, skąd w kolejny dzień doszedłbym do Forno di Zoldo, a dalej dostałbym się na lotnisko w Treviso. Dałem sobie czas do 12, góra do 13. Jak się chociaż trochę poprawi, to wyruszam w górę. Po tej godzinie będzie już za późno, nie dotrę do kolejnego schroniska, a biwak w tych warunkach nie wchodzi w grę. Mijają kolejne godziny, oprócz ulewy przychodzi burza. Wszyscy pogodzili się z siłą wyższą i nastawiają na kolejny nocleg w Pian de Fontana. Koło 14 zamawiamy lunch. Dzisiaj w menu pasta z grzybami – pychotka. W grę idą karty, bierki, kości. Mimo wszystko humory dopisują. Trzeba pamiętać, żeby dzisiaj plecaki powiesić na kołkach, ja postanawiam poczęstować futrzaną przyjaciółkę rodzynkami. O godzinie 15 przez okna wpada jasne światło, nikt nie może uwierzyć. Wszyscy podrywają się do okien. Przestało padać, chociaż wszystko jest jeszcze spowite chmurami, które jednak nie są już tak ciemne. Zaczyna się ruch w schronisku, a właściwie grupa Niemców pakuje się w pośpiechu. Pytają czy nie mam ochoty iść z nimi, bo w grupie zawsze bezpieczniej na tych strumieniach. Korzystam z okazji i dołączam się do ekipy. Turyści którzy wybierają się w górę zostali w schronisku, zamówili kolejne mezzo litro rosso i ciężko stwierdzić, czy na poprawę ich humorów wpłynęła zmiana pogody czy jednak ten napój. Wychodzimy na zewnątrz i ze zdumieniem oglądamy szczyty przykryte śniegiem, ale my kierujemy się w dół doliny. Po kilkunastu minutach dochodzimy do pierwszego strumienia. Rzeczywiście jest bardzo wezbrany i toczy mętne wody. Szukamy najwęższego miejsca, przerzucamy plecaki i suchą nogą jesteśmy już na drugim brzegu. Za chwilę dochodzimy do rozwidlenia szlaków. Moi towarzysze kierują się na zachód, a ja w przeciwną stronę. Chcę dotrzeć do osady Soffranco. Szybkim tempem maszeruję w dół. Spotykam jeszcze większy potok. Chodzę w górę i w dół szukając optymalnej przeprawy. Wydaje mi się, że jest możliwość przejścia na drugą stronę. Ściągam buty i szybko przerzucam je na drugą stronę, żebym nie miał powodów do wahania się. Udaje się. Idę dalej i zastanawiam się czy jeszcze podobna niespodzianka będzie mnie czekać. Wczoraj jak szedłem tym szlakiem, to nawet nie zauważyłem tych strumieni, bo były na szerokość połowy kroku. Teraz woda spływa zewsząd.


Casera del Ronch 1388 m


Taka ilość wody w Dolomitach to rzadkość


Val del Grisol


Dolina Piave i zapora Vajont

Wkraczam do Val Grisol, pojawiają się kamienne domki. Jest bardzo malowniczo. W takiej scenerii po kilku kilometrach dochodzę do Soffranco i zastanawiam się czy kontynuować wędrówkę starą drogą do Longarone czy skorzystać z autobusu. Pozostało mi jeszcze 10 km, jakieś 2 godziny marszu. Postanawiam, że jak autobus będzie później niż za godzinę to idę. Według rozkładu ma być za 40 minut. Ech, jak ja nie lubię czekać. Próbuję szczęścia z autostopem, ale 15 minut bez powodzenia. W końcu zatrzymuje się samochód, ale to obsługa przystanków. Pracownik rozwiesza nowe rozkłady. Zagaduję i zgadza się zabrać mnie do Longarone, ale mówi piano, piano bo ma jeszcze 2 rozkłady do rozwieszenia. Decyduje się jednak odstawić mnie na miejsce i wrócić na przystanek. Wysiadam za namową znajomej Niemki ze schroniska pod hotelikiem De Marco. Twierdziła, że jak się zdecyduję na nocleg w Longarone to muszę koniecznie właśnie tutaj przenocować, bo miejsce to ma niesamowity klimat lat 70-tych. Rzeczywiście, mam wrażenie że nawet firanki nie były zmieniane przez ten czas. Wiele mi jednak do szczęścia nie potrzeba. Wyglądam przez okno i widzę bardzo wysoką tamę. Sprawdzam na mapie i zdaję sobie sprawę, że to jest zapora Vajont. Miejsce tragicznej katastrofy z 1963 roku. Doszło tutaj to potężnego osuwiska. W nocy 270 mln m3 skał z prędkością szacowaną na 70-100 km/h zjechało ze zbocza Monte Toc, wypełniając niemal całe jezioro zaporowe. Na skutek tego woda przelała się przez koronę zapory i 70 metrowa fala popędziła w dół doliny, zaskakując śpiących mieszkańców. Zginęło około 2000 osób. W Longarone znajduje się muzeum tej katastrofy. Nie miałem okazji go zwiedzić, ale wydaje mi się, że powinno to być muzeum ludzkiej pychy i złudnej wiary w swoje możliwości panowania nad światem i siłami przyrody. Do katastrofy doszło tylko poprzez czynnik ludzki, zignorowano przesłanki geologiczne, które jednoznacznie dyskwalifikowały tą lokalizację do posadowienia tego typu obiektu. Sam bardzo często spotykam się w pracy zawodowej z chęcią opisania wzorami matematycznymi zjawisk przyrody, uszeregowania wszystkiego w macierze i liczby. Opisania zjawisk i tym co nimi rządzi za pomocą skomplikowanych modeli. W efekcie mamy bardzo zagmatwane równanie z wieloma zmiennymi. Wyniki owszem pomagają w określeniu kierunków przepływu wód podziemnych, ich zasobów, stabilności skarp itd. Ale bez rzetelnej pracy w terenie nie zgromadzimy potrzebnych, wiarygodnych danych, a bez tego wszystkie modele do niczego się nie nadają.
Poszedłem do centrum, nakupiłem pocztówek, żebym chociaż w takiej formie mógł pooglądać to co mnie omineło podczas tego wyjazdu. Resztę wieczoru spędziłem w trattorii.

Dzień 4

Obudziło mnie bardzo rześkie powietrze i jasne promienie słońca wpadające przez okno. Co za pech, akurat jak muszę dzisiaj wracać i na góry popatrzeć tylko z daleka zrobiła się pogoda. Lot miałem wieczorem i postanowiłem wykorzystać ten dzień w całości. Po śniadaniu pojechałem pociągiem do Belluno.


Longarone

Ta krótka przejażdżka była męczarnią i to nie z winy rozwrzeszczanej młodzieży włoskiej, ale widoków jakie miałem za oknem. Wyjątkowo ostre, przejrzyste powietrze, a na horyzoncie góry, w połowie szczytów małe, białe chmurki. Serce krwawi, jak trzeba opuszczać taką krainę.
Nie poznałem okolic dworca w Belluno – jest tłoczno i gwarno, zupełnie inny obraz w porównaniu do tego sprzed kilku dni. Nie znalazłem przechowalni bagażu, więc wolnym krokiem skierowałem się do centrum. Belluno to urocze miasteczko położone na wysokiej skarpie w zakolu rzeki Piave. Jest pełne zabytków i ciasnych uliczek. Mój wzrok przyciągały jednak wystające powyżej zabudowań szczyty Dolomitów. Dużo bym dał żeby zostać jeszcze jeden dzień i popatrzeć na Belluno z góry. Musiałem jednak zadowolić się ostatnimi godzinami na ziemi włoskiej.
W Belluno nie było wielu turystów, ja ze swoim wielkim plecakiem i aparatem na szyi wzbudzałem zainteresowanie. A to jakaś starsza pani zagadała, czy mi się tutaj podoba, a to kolejna osoba zaczepiła mnie, twierdząc że jest również jest pasjonatem fotografii i wskazała mi kilka punktów w mieście, do których koniecznie muszę się udać. Belluno nie jest duże i po 3 godzinach wydawało mi się, że zajrzałem już wszędzie gdzie warto. Powoli kierowałem się na dworzec. Moją uwagę przyciągnęła piekarnia. Skusiłem się na kawałek pizzy i powędrowałem z nią na pobliski skwer. Z kolei ja wzbudziłem zainteresowanie 2 mężczyzn w garniturach, z teczuszkami w ręce. Myślałem, że to są jacyś urzędnicy, bo w pobliżu były reprezentacyjne gmachy. Rozmowa zaczęła się standardowo - skąd, dokąd... Na słowa "sono Pollaco" jeden z nich przypomniał sobie, że był w Polsce, w Krakowie i Wieliczce i było bello. A właściwie to właśnie w tej chwili jakaś tajemnicza Pani Piotrowicz - siostra duchowa jednego z nich jest u niego w domu. Złapał za telefon, ale siostra nie odebrała, uff. Muszę przyznać, że nie byli natrętni, ale zadanie z nawróceniem mnie mieliby trudne, bo mi jest najbliżej jednak do pastafarian ;)


Belluno - Piazza dei Martiri


Belluno - Piazza dei Martiri


Belluno - Chiesa dei Santi Biagio e Stefano


Belluno - Porta Dojona


Belluno - Via Duomo


Belluno - Via Duomo


Belluno - Palazzo dei Rettori


Belluno - Basilica Minore di San Martino


Rzeka Piave - widok z Ponte Vecchio


Widok z Belluno na Dolomity


Belluno - Porta Rugo


Belluno - Via Torricelle


Belluno - Porta Rugo i M. Serva 2133 m


Belluno

Z Belluno pojechałem do Treviso, gdzie miałem jeszcze kilka godzin na spacer po mieście, ale ta opowieść nie zmieściła się już w 25 000 znaków tego blogu... Może powstanie osobny.

W każdym razie wróciłem do Wrocławia. Mimo wszystko mocno rozczarowany i zawiedziony, z poczuciem niesprawiedliwości. Przecież ja z taką miłością traktuję Alpy, a one odpłaciły mi się deszczem, mgłą i chmurami. Mówią Dolomity - najpiękniejsze góry na świecie, a przede mną nie odsłoniły nawet rąbka swojego uroku. Raczej postraszyły wapiennymi zębiskami, próbowały przekonać mnie jakie to są niedostępne. No dobrze, przyjmuję to z pokorą, może takie rzeczy nie na pierwszej randce...


Dodaj Komentarz

Komentarze (3)

zapinio 3 października 2017 08:37 Odpowiedz
Brawo !!! .I znakomite zdjęcia. Z duszą.Czuję się jakbym tam był.Czuję zapach.Technicznie również b.dobre. Czym je robiłeś ? Jeśli komórką to kolejny dowód żeby przestać nosić puszkę...:-).Okolice trochę objechałem.Niestety tylko objechałem.Jak Pan Bóg pozwoli wrócę...
grzegorz-firlit 3 października 2017 10:05 Odpowiedz
Dziękuję :) Zdjęcia w formacie 16:9 - smartfonem (P9 lite), format: 4:3 - Pentax K7 + Sigma 10-20 mm (ta starsza). Wiadomo jak się fajnie wyciąga duży aparat z plecaka, zwłaszcza jak leje... ;)
zapinio 3 października 2017 11:07 Odpowiedz
W tym samym okresie co Twoja wyprawa byłem w Kalabrii.W towarzystwie zupełnie nie "górskim",ale o góry zaczepiłem rozpoznawczo.Góry w Polsce b. mało znane i dzikie, a też godne odwiedzenia (jak w wszystko we Włoszech).Apeniny Południowe.Parco Nationale dell Pollino (do prawie 2300m) Aspromonte (1950m).Powierzchnia parku Pollino to prawie 2000km2 (parku Dolomiti Belunesi 300km2). Pozdrawiam