0
WinnieThePooh 26 września 2017 00:31
Jest to moja pierwsza relacja na F4F więc z góry przepraszam za wszystkie błędy, zbędne szczegóły czy niewyraźne zdjęcia. Proszę o wyrozumiałość ;)

Około kwietnia tego roku zrodził się pomysł, żeby zobaczyć jak najwięcej wielkich miast w jednej podróży. Głównym punktem wycieczki miał być Hong Kong. Po znalezieniu kompanów podróży i dograniu urlopów dorzuciliśmy jeszcze kolejno Singapur, Kuala Lumpur i Bangkok.
Na początku ogarnęliśmy loty z Warszawy do Bangkoku z przesiadką w Dosze, później pozostało tylko dograć kolejne loty, tak aby wyszły nam po 3 noce w każdym mieście.
Z Warszawy wylecieliśmy o godz. 9.50 w niedzielę 02.07, a planowany przylot do Hong Kongu był 03.07 około godz. 19.40. Czekała nas długa i męcząca podróż z przesiadką w stolicy Kataru (4h na lotnisku) i kolejną przesiadką w Bangkoku (8h i zmiana lotniska).
Lecieliśmy tylko z bagażami podręcznymi więc plan był taki, żeby od razu po przylocie do Dohy zamówić Ubera i przejechać się do oddalonego (wg google maps) o 15 min centrum na kawę. Niestety na ogromnym lotnisku trochę spanikowaliśmy, że nie wyrobimy się ze wszystkim więc odpuściliśmy. Szkoda.
Po 4h bezsensownego siedzenia na lotnisku czekał nas 7 godzinny lot do Bangkoku na pokładzie największego pasażerskiego samolotu: Airbusa A380-800. Maszyna robi wrażenie. Rozpiętość skrzydeł to aż 80m przy czym długość samolotu to 73m!
Krótko o locie: Qatar Airways daję radę! Bardzo smaczne jedzenie na pokładzie, wygodne fotele, poduszka, kocyk, opaska na oczy, stopery do uszu, szczoteczka do zębów… Wszystko w klasie ekonomicznej. Dodatkowo możemy włączyć sobie podgląd z 3 kamer: z przodu, z tyłu i pod samolotem. No i najlepsze: w czasie całego lotu dolewka whisky na lodzie z colą!! Tak można latać ;)



W Bangkoku wylądowaliśmy jakoś rano. Plan był taki: zjeść coś, Baiyoke Sky Tower czyli najwyższy budynek w Bangkoku z tarasem obserwacyjnym na 84 piętrze i na kolejne lotnisko na lot do Hong Kongu.
Tutaj warto zaznaczyć, że Bangkok jest ogromny, co będzie widać na kolejnych zdjęciach. Zajmuje powierzchnię 3 razy większą od Warszawy i jest raczej słabo skomunikowany poza centrum. Główne środki transportu to taxi, metro, tuk tuki i skutery wożące również turystów.
Taksówkarz dowiózł nas pod wskazany adres za 400BHT czyli jakieś 40zł. Ciężko powiedzieć czy to normalna cena czy mocno zawyżona dla turystów. W każdym razie i tak tanio. Rozejrzeliśmy się dookoła gdzie by tu coś zjeść. Szybka decyzja –street food.



Wychodziło po 10BHT za sztukę więc spróbowaliśmy wszystkiego. Oprócz tej kiełbasy, która była obrzydliwa i musieliśmy ją wyrzucić reszta smakowała całkiem przyzwoicie, ostre i dużo curry.
Baiyoke Sky Tower: budynek ma 328m wysokości, 85 kondygnacji, został otwarty 20 lat temu i jest okrutnie brzydki (jak 80% całego miasta).

,

Wjazd na górę kosztował 350BHT. Co nas zdziwiło i rozbawiło w cenie biletu był masaż stóp i soft drink. Co ma punk obserwacyjny do masażu stóp? Nie wiem.
Z tarasu idealnie widać jak ogromne jest to miasto i jak nieuporządkowane. Na górze spodziewaliśmy się jakiegoś rooftop baru czy coś, a tu tylko jakiś brudny i śmierdzący bar i w dodatku zamknięty!

, , , ,

Widoki na kolana nie powalają więc zjeżdżamy na 18 piętro na drinka i masaż ;) Długo się zastanawialiśmy nad tym masażem, bo przecież jesteśmy po długiej podróży, spoceni i śmierdzący (dużo gorzej niż ten bar wyżej) więc jak tu teraz zdjąć buty i dać komuś nogi masować…
No ale co tam! Polaki na wakacjach, masaż w cenie – trzeba skorzystać. Muszę przyznać, że był to mój pierwszy masaż stóp. Masaż trwał 20 minut. Na początku wszyscy byliśmy trochę skrępowani, ale po chwili udało się odprężyć i było to naprawdę ciekawe doświadczenie, zdecydowanie na +. Po masażu dostaliśmy zimnego drinka, niestety bezalkoholowego ;(. Dopiero teraz zaczęło do nas docierać jak zmęczeni jesteśmy i że w HK będziemy dopiero za jakieś 8h.
Zjechaliśmy na dół, złapaliśmy taxi i pojechaliśmy na lotnisko. Lot przebiegł sprawnie i bez problemowo. W końcu po 30 godzinach podróży jesteśmy w Hong Kongu!!! Dodam jeszcze, że widoki na to ogromne miasto z samolotu były poza wszelką skalą, coś pięknego!
Na lotnisku zakupiliśmy kartę komunikacji miejskiej Octopus, mieliśmy do wyboru jeszcze airport express, ale powiedziano nam, że przy naszym planie podróży taniej nam wyjdzie Octopus – koniec końców wyszło chyba tak samo. Poinstruowani przez ładniutką Azjatkę z informacji turystycznej pojechaliśmy autobusem do hotelu. Bardzo spodobało mi się rozwiązanie nazw przystanków, bo nazywały się tak jak hotele w pobliżu więc nie było problemu gdzie wysiąść (w teorii, bo i tak przejechaliśmy nasz przystanek).
Krótko o hotelu. Zarezerwowaliśmy sobie 3 noce w hotelu The Harbourview https://www.booking.com/hotel/hk/harbour-view-international-house.pl.html Wiedziałem, że w HK nie można się spodziewać dużego pokoju, ale nasz jak na 3 chłopa to był strasznie ciasny. 2 łóżka pojedyncze po rozstawieniu i dorzuceniu polówki w kącie zabrały całą przestrzeń. W dodatku był to nasz jedyny nocleg, w którym dali tylko jedną przejściówkę do gniazdka na 3 gości! Po 4 gwiazdkowym hotelu spodziewałem się czegoś więcej, ale trudno, nie przyjechaliśmy tu siedzieć w hotelu. Widok z okien na inny budynek, oddalony od naszego o jakieś 10m, co ciekawe nawet o 2 w nocy można było zauważyć tam ludzi pracujących przed komputerami. Największą zaletą hotelu, rekompensującą wszystkie drobne wady była jego lokalizacja. Blisko stacji metra, przystanków autobusowych, po drugiej stronie ulicy pełno barów, pubów, klubów nocnych, a do tego co 50m 7-11 i kantory. Na poniższych zdjęciach widok w dzień z przejścia na tą właśnie drugą stronę ulicy ;) Robi wrażenie – to miasto żyje!!

,

Po przyjeździe do hotelu i ogarnięciu się pomimo późnej godziny wychodzimy na spotkanie z Hong Kongiem. Jemy w pierwszym lepszym barze, ja zamówiłem wołowinę z makaronem.



Było zjadliwe. Następnie do jakiegoś pubu na zasłużone zimne piwko. Po drodze mijamy wiele młodych Azjatek i dociera do nas, że są naprawdę ładne!! W końcu zamawiamy zimne Asahi – japońskie piwo, smakuje jak należy. Przy piwku ustalamy szczegółowe plany na kolejne 2 dni w HK. Następne piwa byliśmy zmuszeni wypić w hotelu, bo jedno kosztowało nas około 35zł i jak się okazało była to całkiem normalna cena piwa w lokalu. W 7-11 Heineken kosztował już około 10zł więc dużo lepiej. Na następny dzień zaplanowaliśmy sobie wyjazd na wyspę Lantau, tam zwiedzanie klasztoru Po Lin z posągiem Buddy Tian Tian. Następnie najbardziej zaludniona dzielnica na świecie Mong Kok –podobno przypada tam 130tys mieszkańców na km2. Na wieczór zostawiliśmy sobie Symphony of Lights.
Następnego dnia wstaliśmy późno, śniadanie w hotelu, szybkie ogarnięcie jak dotrzeć na Lantau i naprzód! Pierwsze wrażenia po zetknięciu się z Hongkońskim metrem bardzo pozytywne. Ludzie wiedzą jak się ustawiać do wejścia i na schodach ruchomych, pomimo takiego tłumu ludzi nikt nikomu nie blokuje przejścia i wszystko przebiega bardzo sprawnie. Metrem można dojechać w każde miejsce interesujące przeciętnego turystę – czyli nas. W metrze ciężko znaleźć chociażby jedną osobę, która nie patrzyłaby się w telefon. Bez względu na wiek każdy dłubie coś w tym telefonie.



Nie ukrywam, że bardzo mnie interesowało co oni tam robią w tych telefonach więc często dyskretnie zaglądałem przez ramię. Wniosek: albo oglądają swoje zdjęcia, które robią dosłownie wszędzie i wszystkiemu, albo oglądają jakieś głupie niby śmieszne filmiki i się co chwila się podśmiechują sami do siebie. Ciekawa sprawa.
Na wyspę dotarliśmy szybko i przesiedliśmy się na kolejkę linową, która prowadziła do klasztoru Po Lin.

,

Już z kolejki można było zobaczyć jak wielki jest posąg Buddy Tian Tian. Jest to największy na świecie posąg siedzącego Buddy. Waży 250 ton, mierzy 34m i został złożony z 202 kawałków brązu.



Wejście pod posąg kosztowało nas trochę potu i małą zadyszkę, ponieważ trzeba pokonać 262 schodki, dodając do tego 30stC wychodzi niezły trening.

, , , ,

W dół już było lżej. Zwiedziliśmy jeszcze pobliską świątynię, w której uszanowaliśmy zakaz robienia zdjęć i Wisdom Path czyli ścieżkę, wokół której były powbijane deski z jakimiś napisami w ichniejszym języku. Sugerując się nazwą zakładam, że powypisywali tam po prostu jakieś swoje mądrości… ;)

,

Po powrocie do miasta od razu udaliśmy się do najbardziej zaludnionej dzielnicy świata. Po drodze charakterystyczne widoki chińskich uliczek z masą tandetnych świecących reklam, jak z filmów z Jacki Chanem.

, ,

Do pokazu świateł mamy jeszcze trochę czasu więc idziemy coś zjeść i wypić. Nie jesteśmy wybredni. Wchodzimy do pierwszego lepszego lokalu. Dostajemy wolny stolik i czekamy na kelnera. Podchodzi chłopak na oko 16 lat z papierosem w ustach i przyjmuje zamówienie (dodam, że mieliśmy stolik na piętrze i nie było tam okien). Spoko. Rozglądamy się dookoła i na 2/2 telewizorach lecą jakieś bajki (ten rodzaj chyba nazywa się Anime, ale nie jestem pewien). Bez względu na wiek - wszyscy oglądają. Do zamówienia oczywiście jakieś azjatyckie piwko, tym razem pada na Blue Girl – około 80zł za 5x 330ml, jesteśmy już przyzwyczajeni do cen.

,

Najedzeni i orzeźwieni zimnym piwem, kierujemy się w stronę Zatoki Wiktorii na Symphony of Lights. Po drodze zahaczamy jeszcze Aleję Gwiazd na zdjęcia z Kingiem Brucem Lee Karate Mistrzem.



I nareszcie docieramy nad zatokę. Roztacza się przede mną najpiękniejsza panorama miasta jaką w życiu widziałem. Serio!! Widok jest niesamowity, mógłbym codziennie rano przychodzić tu przed pracą, siadać przy kawie i papierosie i po prostu gapić się na to miasto. Zdjęcia nawet w ¼ tego nie oddają.

, ,

Po 15 minutowym pokazie jeszcze długo spacerowaliśmy nad zatoką chłonąc klimat tego miasta, dopóki nie zgłodnieliśmy. Przepłynęliśmy z powrotem promem na drugą stronę i poszliśmy do restauracji w galerii handlowej. Tam zamówiliśmy znowu jakiś makaron i kolejny punk obowiązkowy Dim Sum czyli takie chińskie pierożki, bardzo smaczne. W karcie był wybór chyba 20 rodzajów Dim Sumów, wybraliśmy jakieś z mięsem.

,

Po jedzeniu po browarki do 7-11 i do hotelu przeanalizować plan na kolejny dzień. Plan na kolejny dzień był taki: Wzgórze Wiktorii – punkt obowiązkowy, a wieczorkiem pochodzić po ulicach centrum Hong Kongu, przejechać się kawałek najdłuższymi ruchomymi schodami świata (mają aż 800m!) i ogólnie chłonąć klimat tego ogromnego miasta.
Kolejnego dnia wstaliśmy trochę wcześniej, zrezygnowaliśmy ze śniadania w hotelu bo za poprzednie dopisali nam do rachunku jakieś 550HKD – czyli mniej więcej 275zł. W drodze do stacji metra kupiliśmy kanapeczki i redbulka w 7-11 i odbiliśmy w typowe Hongkońskie blokowisko. Usiedliśmy na trybunach przy osiedlowym „Orliku” i obserwowaliśmy ludzi uprawiających jakieś imitacje sportu, miasto budziło się do życia.

,

Po jedzeniu do metra i kierujemy się w stronę zabytkowej kolejki, która zawiezie nas na Wzgórze Wiktorii. Po drodze przechodzimy jeszcze przez kawałek urzekającego parku położonego w samym sercu betonowej dżungli. Chyba coś na wzór Nowojorskiego Central Parku.



Victoria Peak jest to najwyższe wzniesienie na wyspie Hong Kong, ma wysokość 552m n.p.m. Kolejny powalający widok tylko z drugiej strony. Kawka, papierosek i napawamy się widokiem ;)

,

Na dół zjeżdżamy autobusem komunikacji miejskiej – bo taniej i wysiadamy w centrum Hong Kongu. Zamawiamy bardzo dobrą mrożoną herbatę (do wyboru chyba ze 30 smaków i rodzajów) i kierujemy się w stronę najdłuższych na świecie ruchomych schodów. Schody rano zjeżdżają w dół zwożąc ludzi ze wzgórza do pracy, a po południu jadą już tylko na górę zawożąc ludzi z pracy do domu.

,

Kolejnego dnia zaplanowany wylot do Singapuru około godziny 10 rano więc wpadamy na pomysł żeby zjeść coś na szybko, wrócić do hotelu na szybki prysznic i z powrotem w to samo miejsce poczilować przy piwku i fajce wodnej, przeglądając dotychczas zrobione zdjęcia, wymieniając się wrażeniami i obczajając Azjatki ;)

,

Nie dam tutaj krótkiego podsumowania Hong Kongu bo tego miasta po prostu nie da się krótko podsumować. Gdyby ktoś się zastanawiał jak wyglądała pogoda, bo przecież początek lipca to pora deszczowa - odpowiadam: padało jakieś 3-4 razy dziennie, nagle zrywał się wiatr, zbierały się chmury i zaczynało lać – trwało to maksymalnie 15min. więc bez problemu dało się gdzieś przeczekać, poza tym zawsze mieliśmy przy sobie parasolki. Podczas tych kilku deszczowych seansów w czasie dnia Hong Kong wyglądał tak:

,

Kolejny przystanek: Miasto Lwa. W tym miejscu mógłbym rozpisać się o wygrywającym wszystkie rankingi lotnisku czy surowym prawie w Singapurze z wykonywaną regularnie karą śmierci, zakazem żucia i sprzedawania gum, ale to każdy może sobie wygooglować ;)



Do hostelu w Singapurze dotarliśmy około godziny 16. Nocleg mieliśmy zarezerwowany w hostelu kapsułowym stylizowanym na kapsuły kosmiczne: MET A Space Pod https://www.booking.com/hotel/sg/met-a-space-pod.pl.html?aid=356997;label=gog235jc-hotel-XX-sg-metNaNspaceNpod-unspec-pl-com-L%3Apl-O%3AwindowsS7-B%3Achrome-N%3AXX-S%3Abo-U%3AXX-H%3As;sid=5e8bb5c769c6fdfc5b467be9ddabd483;dist=0&sb_price_type=total&type=total&
Hostel był zlokalizowany w samym sercu Singapuru, bardzo miła obsługa, śniadania na zasadzie tostów i płatków, no i oczywiście same kapsuły kosmiczne! Bardzo ciekawe doświadczenie, całość utrzymana schludnie i można poznać ciekawych ludzi z całego świata.

,

Pod samym hostelem pełno restauracji z owocami morza i pubów, do których opłacało się chodzić tylko w czasie trwania happy hours. Poniżej zdjęcia przykładowej karty w pubie pod hostelem i okolica (1SGD = 2.65PLN)

, , , , , , ,

Przechadzając się ulicami Singapuru można odnieść wrażenie, że jest to miasto stworzone z myślą o ludziach. Bardzo ładne deptaki z ławeczkami nad kanałem, dużo ludzi biegających wieczorami czy jeżdżących na przeróżnych hoveboardach, segwayach i innych elektrycznych pojazdach. Miasto wydaje się bardzo przyjazne i czyste. Każdy budynek, most czy przeróżne elementy infrastruktury wyglądają na zaprojektowane bardzo starannie, może nawet z pasją. Dodatkowo panuje tam całkowity i przestrzegany zakaz palenia w miejscach publicznych. Raczej nie stanowi to problemu dla palaczy, ponieważ co 100m znajdują się dobrze oznaczone, widoczne z daleka widoczne miejsca do palenia. Rozwiązanie idealne! Ciekawym rozwiązaniem były również ogromne wiatraki na ulicach, przy których można było się na chwilkę ochłodzić.

,

Robiło się późno więc zrobiliśmy kółko wokół centrum, zaszliśmy jeszcze coś zjeść i kierowaliśmy się do hostelu.
Plan na następny dzień: Ogrody Botaniczne w Singapurze wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO oraz znajdujący się tam Narodowy Ogród Orchidei. Następnie wjazd na taras obserwacyjny najbardziej charakterystycznego obiektu w Singapurze czyli Marina Bay Sands oraz futurystyczny kompleks ogrodów Gardens By The Bay.



Rano śniadanko w hostelu, 5min na piechotę do stacji metra i niedługo później byliśmy już w Ogrodach.

, ,

Ogrody robiły naprawdę duże wrażenie, w parku orchidei dowiedzieliśmy się, że na świecie występuje mniej więcej 25-30tys gatunków orchidei i mogą rosnąć prawie w każdym klimacie gdzie występują dodatnie temperatury. Po jakichś 2 godzinach chodzenia po ogrodach (ile można oglądać roślinki?) szybki obiad w hinduskiej restauracji i dalej kierowaliśmy się prosto do Marina Bay Sands, aby z 57 piętra podziwiać panoramę Singapuru.

, , , , ,

Z góry oprócz panoramy Singapuru mogliśmy dostrzec słynny basen, który niestety dostępny był wyłącznie dla gości hotelu. Na górze ciężko było złapać chociaż trochę cienia więc po jakichś 20min przegrzani i spoceni zjechaliśmy na dół na mrożoną herbatkę i powoli szliśmy w stronę oddalonych o jakieś 10min pieszo Gardens By The Bay. Ogrody są częścią projektu wdrażanego przez singapurskie władze mającego na celu przekształcenie Singapuru z „Miasta Ogrodów” w „Miasto w Ogrodzie”. Na ten niesamowity kompleks ogrodów oprócz najbardziej charakterystycznych sztucznych drzew połączonych kładkami składają się również dwa obiekty pod szklanymi kopułami: Flower Dome i Cloud Forest, w których można podziwiać roślinność z całego świata.

, , , ,

Po pokazie świateł i dźwięku w Gardens By The Bay skoczyliśmy jeszcze coś zjeść i wypić. Wymęczeni po całym dniu chodzenia (przeszliśmy około 15km pieszo) wróciliśmy do naszych kapsuł i od razu odlecieliśmy ;).
Następnego dnia szybki prysznic i kierunek: Wyspa Sentosa. Na wsypę jechaliśmy najpierw metrem, a później kolejką linową, z której dobrze było widać jak wiele ogromnych kontenerowców kręci się z każdej strony. Na Sentosie odwiedziliśmy Singapurskie oceanarium i posiedzieliśmy na plaży rozmyślając jak to możliwe, że za nami już połowa wyjazdu. Z powodu braku czasu zrezygnowaliśmy z Universal Studios, które również znajdują się na wyspie.

, , , , , ,

Zapraszam do części 2 ;)

Dodaj Komentarz