0
dji 6 października 2017 15:31
Kwas chlebowy, jak skrzydłem, choć łudzę się że łabędzim lub pawim lub innym egzotycznym, kiwi lub jakimś, to tak naprawdę kurzym lub gęsim lub innym marnym, lokalnym, objąłem i przechyliłem, spychając w dół ostatni pieróg, żeby już spadł na dół i poukładał się tam w kupę czy cokolwiek chce, i dał mi strzelać do ludzi i miejsc z aparatu, albo pójść do teatru i patrzeć jak tańczą, i udawać, że jestem w Rosji carskiej lub innej ziemi, gdzie się żyje pełną gębą i w ciepłym płaszczu, i nikt nie łapie się za portfel, bo albo go nie ma, z biedy ludzkiej, albo go ma z krwi niebieskiej, ale się po prostu za niego nie łapie, bo nie wypada.

Rachunek płacę z uśmiechem, bo śmieszny mi się wydaje jak na ilość i jakość, i serwis, który kładł przede mną blado-szare talerze z kwiatowym motywem białoruskiej flagi. Zastukałem w tę ich popielniczkę z paragonem monetami, których nie znam, pum-pam-pam, macie, i stoję tak w progu, na przekór wszystkim stygmatom i czarnym kotom, bo nie wiem, jak zamienić teraz mój mikrokosmos, z dachem i ciepłą zupą, na układ, który słoneczny nie był dawno, bardziej deszczowy, tak samo jak po drodze mlecznej nigdy nie stąpał, a już na pewno nie tej krowiej. Z jednej strony wyjść na taki deszcz i nie płakać prawie nie wypada, bo smutek wbija się w ciebie jak gwoździe ostre w ścianę głuchą, kiedy patrzysz w niebo, pod spódnicę Temutam, a on zamiast ci kwiaty i motyle sypać, z uśmiechem, leje ci po głowie wiadrem zimnej wody. No nic. Przecież nie od razu Mińsk zbudowano, choć wszechświat mówi się, że zajął tydzień. Z drugiej strony, jak wyjdę teraz i zacznę płakać, to przynajmniej nikt nie zauważy, bo raz, że nikogo nie ma, a jak jest, to biegnie, a dwa, że siłą rzeczy wtopię się w tłum sztuczny z moim oka wersem i takim mnie zapamiętają te mińskie prospekty. Płaczącym, no niech będzie, ale przynajmniej nie tak, żebym innym radość kradł i smutkiem płacił. Co jak co, ale po takim kursie to ja i samego siebie nie kupię. Za dużo też łaciny we mnie, żebym teraz kulił się pod dachem w kłębek lub na deszcz wymachiwał para-solem jak szablą.

Wychodzę więc, pewną stopą, to na pewno, bo z wieloma rzeczami można w życiu wygrać, lub ugrać coś przynajmniej, ale nie z pogodą, więc w sumie szkoda życia. Komunizm, jak Robin Hood, ominął mnie łukiem, nieszerokim może, ale może właśnie dlatego pcham się teraz w jego gardło, jak w ten deszcz, żeby spojrzeć, skąd się wziąłem, albo zamknąć oczy i dotknąć tej ich architektury tak ciężkiej bardzo jak wszechświat nagi, zawieszony gdzieś na rusztowaniu i pomalowany na kolor płacz. A poza tym ciekawi mnie, tak z czystej ciekawości. Książek nie czytam, bo nie lubię i nudzą mnie, więc ciężko stwierdzić, czy historycznie mam podstawy, ale i tak, sto lat bym czytał lub więcej, ale jak nie wezmą mnie nogi i nie zabiorą, i nie rzucę okiem, uchem, i ręką nie machnę z braku laku, to na niewiele mi tak siedzieć i czytać, i nie lubić wszystkich tych, których nie znam, a poznać mogłem. Choć w sumie kłamię, bo też nie poznaję po drodze mas, a rzadko nawet ludzi samych, z osobna – jedynie czasem, przelotnie, ktoś mi powie, czym smaruje chleb co rano lub czemu pluje łzami co noc, ale raczej nie wymieniamy z tego powodu kontaktu, żeby potem wspólnie ruszać w świat i wznosić toasty gdzieś na singapurskich przedmieściach. To zresztą nie jest tego typu relacja, co by potrzebowała zgłębienia. Ona tak właściwie sam fakt istnienia zawdzięcza swojej powierzchowności właśnie i gdyby ją wziąć pod nóż i naciąć obwód, to by się okazało, że kształt ma żaden, formy żadnej. O ile cokolwiek w ogóle, to ewentualnie okrąg, ale też taki nierówny i z naciskiem na okrąg, czyli nie koło, bo koło by sugerowało, że tam coś w środku jest, a nie ma. Z dala od Azji i sfer kubicznych, Mińsk jest, jak by się uprzeć, miastem podłym, wizualnie mówiąc, ale też o oczach mam taką tezę, niespójną zresztą, że w oczy jak się patrzy, mówią dużo, ale żeby to nimi patrzeć i na nich polegać w życiu, to w sumie strata czasu. Dlatego uznaję podłość mińską, ślepy nie jestem, ale nie daje tej podłości mną targać i szeptać mi do ucha, że już wystarczy, i że teraz Paryż i że Barcelona.

Zatrzymam się na placu, bohaterstwa czy co oni tam mają, i odpalę papierosa, którego bym normalnie nie chciał, bo dym mnie kłuje, ale za taką cenę, to i wolność stracę. Stoję tak sobie oparty o posąg, gość na koniu, co tu kiedyś skakał i walczył, a teraz daje ulgę w plecach, kiedy palę. Powiedział mi kiedyś znajomy, że w każdym mieście mają swojego skurwiela na koniu, więc dziwne, żeby go nie mieli tutaj i tego swojego skurwielizmu w jakiś sposób nie pielęgnowali. W ogóle w Mińsku pielęgnuje się wszystko, aż zanadto, od ulic bocznych, nikomu niepotrzebnych, po stacje metra, dumne i kręte, jak gdyby brudy systemowe chciało się tu wymyć tego typu miejską pianą. Choć w sumie mniejsza o to. Ważniejsze jest to, że patrzeć tak na obcych ludzi i wdychać dym obcy z obcego papierosa to chyba największe szczęście, na jakie może sobie człowiek pozwolić kiedy pada, bo to tak trochę być na przekór, po swojemu, żeby ogień wzniecać w morzu kałuż.

Podchodzi do mnie w międzyczasie dziewczyna, nawet niezła, ale co złego to nie ja i co-to-to-nie , choć jak chcesz papieros, negocjujmy. Dziewczyna, wciąż niezła, chce papieros, tak sądzę, więc daje jej go, żeby się nie zeźliła, i niech go sobie sama odpali. Pyta, skąd jestem, po angielsku nawet, bo przecież nietutejszy jestem, i mówię skąd jestem, po angielsku nawet, a ona na to, że tam, skąd jestem, to się żyje, w sensie żyje naprawdę, bo mamy brum-brum i bling-bling, a tutaj tylko mokry kaszel i długie zimy. Ja na to, że męczy mnie to nasze brum-brum i bling-bling, bo ja nie mam, i nawet jak komuś tam u nas mówię, że mieć nie chcę, to ten ktoś przekrzywia wtedy głowę i dziwi się jak kot potrafi się czasem dziwić. A poza tym długie zimy też mamy, więc nie przesadzajmy. I tak sobie żyjemy, w sensie żyjemy naprawdę, choć w sumie to trochę na niby, ale niech będzie, przynajmniej mokry kaszel tak nie męczy.
Dziewczyna już sobie idzie, uzbrojona w tytoń, ale zanim zniknie na zawsze, odwraca się, i jakby od niechcenia, a może w zenicie komandoskiej strategii, pyta, czy nie chciałbym być wybrankiem jej życia, na koniu jak ten pomnik za mną, bo ona ma już siedemnaście lat i czuje się samotna. Doceniam komplement, ale samotność, myślę sobie, to ani ona, ani ja sam, nie za dobrze znamy, bo samotność, tak sobie myślę, to rzecz w sumie całkiem przykra, jak by się lepiej zastanowić, więc szkoda ją w ogóle przywoływać w tak niezgrabnym kontekście. Z podejrzeniem odbieram też samą propozycję, bo gdzie jak gdzie, ale na tych latytudach nie wypada być tak bezpośrednim. Chociaż i to nieprawda. Prawda jest taka, że do ludzi podchodzić lepiej mimo wszystko per capita, zamiast wrzucać w worek i kątomierzem. Na tej samej zasadzie lepiej ich mimo wszystko słuchać, niż do nich mówić, bo wtedy jest szansa, że się otworzą i rzucą w ciebie czymś niezapomnianym. Dzietka wpatruje się we mnie zielenią swoich oczu karmionych przez siedemnaście wiosen snem Lenina i Fanty, a ja nie mam jej do zaoferowania nic prócz rozczarowania.

- Nie mogę, girl. Ale jak chcesz pokazać mi Mińsk, piszę się.

- Daw-aj, boy, to połazimy po dachach trochę.

- Stoi.

Po drodze dołącza do nas kolega Saszy (tak nazywa się dziewczyna), Sasza (tak nazywa się kolega Saszy), i szwendamy się razem po wielkim zielonym parku, jak tych z jej oka, a potem wspinamy się na dach gdzieś przy Placu Zwycięstwa, skąd dobrze widać radziecką gwiazdę wbitą w chmury jak na wylot i ten sam zielony park, z którego przyszliśmy. Palimy moje niebieskie dunhille, robiąc w międzyczasie durne wyścigi z dymem w gardle, żeby zobaczyć, kogo mocniej zetnie. Takie nasze mińskie interwały. W sumie cieszę się nawet, że jest z nami Sasza (kolega Saszy), bo z samą Saszą dość niezręcznie byłoby łazić po dachach przez tę jej dziwną energię, jaką wniosła na początku. Z drugiej strony jej odwaga wzbudziła we mnie spory respekt i zmusiła do myślenia. O wielu rzeczach tak naprawdę, silę mojej woli też chyba, ale przede wszystkim respekt, zostanę przy tym. Patrzymy w niebo jak głupi, paląc szlugi i pijąc wino z Mołdawii, choć jak się okazało, że nie mamy korkociągu, musiał Sasza walnąć szyjką o komin, i pijemy teraz z tulipana. Podoba mi się ten niderlandzki akcent w nas, jesteśmy młodzieżą ewidentnie zglobalizowaną.

- Tylko cicho, bo będzie lipa jak milicja przytnie.

- I co wtedy?

- W sumie nic. Dajesz w łapę i po sprawie, ale szkoda nerwów.

Schodzimy z dachu w pyle kamienic i cieniu przysypiających nad nami gołębi, po deskach drewnianych, które skrzeczą jak w agonii, ale jakimś cudem się nie załamują pod stopami, choć pewnie by chciały. Sasza i Sasza czują się mocno zobowiązani, żeby pokazać mi Mińsk z jak najlepszej strony, dlatego nie brakuje anegdotek o tym i tamtym, choć w sumie jedyne, co pamiętam, to jakiś trójkąt w centrum czegoś i to, że z końcem wina oboje zaczęli puszczać z komórek zakazane hymny, kołysząc guzikiem głośności proporcjonalnie do oddalenia najbliższych mundurowych.

Mam do zabicia, tak na oko, godzinę, może dwie przy dobrym wietrze, dlatego oferuję mym kompanom jakiś procent, na mój koszt, gest wdzięczności jakich mało, ale oboje kiwają głową, że nie, bo bez dowodu ciężko. Dowód to nie przeszkoda, myślę, ale widać, że władza trzyma krótko smycz, dlatego wolę nie bawić się w Che Guevarę na obcym gruncie, bo nie wiem, na ile ten grunt ma skłonność do zapaści. A skoro tak, to chyba nic tu po mnie. Nie to że z żalem, broń Boże, aż taki do picia nie jestem, zwyczajnie czuję, że wyczerpałem limit i nie ma sensu psami szczuć po kocich łbach, czy jakoś tak. Żegnam się niechlujnie z Saszami, cmok cmok, i ruszam dalej, w moje strony, które sam nawet nie wiem, czym są i gdzie wskazują. Ale idę, to najważniejsze, bo stać można całe życie, tak samo jak iść zresztą, ale jak idziesz, to przynajmniej krajobraz ci się zmienia, więc korzystam.

Zapadam się na dół do metra, trochę z nudów, a trochę z potrzeby przemieszczenia się gdzieś za pośrednictwem czegoś innego niż ja sam. Skąd we mnie ta potrzeby wyzysku – nie wiem. Może to ten ich tytoń gorzki wzbudził we mnie demona kolonializmu i chcę nagle na plecach innych pałace wznosić. Ale chyba przesadzam. To tylko metro. Skromne, dwie linie na krzyż, dosłownie, bo tak się trochę przecinają, jak znak boży po trzech piwach. Podjadę kilka stacji, wysiądę normalnie, na Pervomayskaya, nóżka za nóżką, wyleję się na powierzchnię jak plama po kefirze, i ot cały dramat. Tak też się dzieje. W tej części miasta nie bije już tak po duszy monumentalizm budynków, i może lepiej, bo się zaczynałem jakiś taki kruchy czuć, głos traciłem, a tak to przynajmniej widzę, że brzydko i karmię ego. Ludzi garstka, ale przynajmniej przestało padać, więc niech już wyjdą wszyscy ze swoich szarych bloków i mnie zabawią swoim szarym życiem, bo mi smutno. Rzadkością jest jechać gdzieś i nie chcieć po cichu cyrku, bo w sumie im więcej cyrku, tym więcej frajdy jak się jest przelotem. Ale potem zaczynasz myśleć, analizujesz, i nie dochodzisz w sumie do żadnego wniosku, bo oto widzisz magnes na lodówkę i dają trzeci gratis. Także ten. Może gdybym miał w domu trzy lodówki, a tak to niezbyt. Rodzicom przecież nie dam, bo po co ma się mama czy tata gapić w Mińsk za każdym razem jak wyciąga masło. Ciężko musi być uprawiać braterstwo w kraju, w którym trzy za dwa w kiosku albo złote łuki na głównej alei.

Wchodzę do baru na Marksa, żeby się rozgrzać, i umysł rozgrzać, ewentualnie odciągnąć od macek trzy-za-dwa, które aż dotąd za mną doszły. Wskazuję na lokalny produkt chichoczący zza szyby butelki i barman wie co robić, i sam też chichocze. Polewa mi strzał jak ze strzelby jakiejś i do tego mówi, że gratis, bo tak go naszło, od tego chichotania chyba. Skoro naszło, to lej drugi, bo i tak mam w ręku banknot i chcę rozbić. Leje go więc, ten drugi, tak samo, jak do dubeltówki, a ja łykam te jego czary-mary i wychodzę z siebie, ale bardziej z goryczy niż z uniesienia. No nic. Nawet jak się potknie dziś w Bolszoju Orr czy Ora, nie zobaczę, albo i zobaczę, ale zrozumiem, bo sam się do tego czasu parę razy potknę. Do tego biorę dwa kufle piwa, ciemny lager i jasny pilsner (coś w ten deseń, o piwie wiem mało), trochę na siłę, żeby wepchnąć kolor w moje życie puste, choćby miał przez te kufle się przeciskać jak w kreskówkach Looney Tunes. Świecę sobie śmiesznie w czerwonych lampach baru, a i barman zagaduje po angielsku w ramach wymiany międzykulturowej, jaką sam sobie narzucił, bo ze mną niczego nie uzgadniano. Zresztą nie wiem. W pewnym momencie nawet podnosi do góry kciuk i czeka na potwierdzenie „New York?”, a ja nie mam serca, żeby mu odmówić, więc kłamię, i nawet dodaję, że Manhattan, i że c’est la vie. I niby jest okay, język obcy na języku, ale jakoś mi angielski zbrzydł po latach, odkąd zdałem sobie sprawę, że w tym ich drzewie germańskim to się mówi tak trochę blokami, schematami, zamiast jak Rzymianie kiedyś płodzić prozę w wolnym duchu. Ale niech będzie, nice. W życiu trzeba czasem pójść na kompromis, zaadaptować się, i zaadoptować kogoś, nawet jak ten ktoś to ja sam jak nikt nie patrzy.

Z takim też nastawieniem wtapiam się w chłodny wieczór i uśmiecham do starszej pani niosącej zakupy opatulone w siatki z logo supermarketu Sosiedzi, na które składają się dwa uśmiechnięte ludziki złączone przesadnie prostokątnymi dłońmi. Uśmiecham się też do starszego pana w czapce zimowej marki Adidas, który mój uśmiech odwzajemnia syknięciem węża biblijnego, i do matki z dzieckiem w wózku, której oczy krzyczą lateks, a może coś innego. Może seks, i miłość wielka i bezgraniczna, albo że trzeba lubić, co się ma, bo życie to nie koncert ślepych życzeń. I miałaby rację. W sumie jedno drugiego nie wyklucza. Przejdę się kawałek tą ulicą, która kiedyś była schronem dla dusz wolnych i artystów (jeśli by wierzyć Saszom), a dziś jest takim sobie niczym (nadal ich słowa), i zobaczę, dokąd mnie zabierze, choć pewnie, jak znam siebie (słabo bo słabo), będzie to donikąd, ale za to wszystko co po drodze, moje, więc coś za coś.

Nie wiem, jakie siły, lub jakich sił brak lub nadmiar, każe mi godzinę później stać i dopalać pod Bolszojem ostatniego dunhilla, oparty, jak to mam w zwyczaju, o rzeczy wielkiej wagi i altury, patrząc przed siebie na białą kopułę, która w śniegu musi wyglądać jak carski jacht zacumowany w syberyjskiej tundrze z rozmachem tak wielkim jak bezsensem. I tak sobie siedzę dalej i palę dalej, i patrzę też dalej, w sensie dalej nadal i dalej wzrokiem, wciąż oparty, choć chyba mniej odważnie, bo jakoś straciłem wenę, a i kunia brak po szerszym rozeznaniu. A jeśli tak, to niech już mnie może weźmie i wypluje niebem ta Belavia, ze swoją Bela-Colą i bela-kanapką z majonezem, bo tkwić tu dalej, w tym mieście dziwnym, chyba nie wypada na przekór sobie i wszystkim innym, których nie znam, a poznać mogłem. Uznaję też, z ciężkim sercem, że pomimo najszczerszych i najbardziej wyrafinowanych chęci z mojej strony, by pchać ten wóz pod sam Belveder, na kółkach z dymu puszczanych z dymem w zimny wiatr znad mińskich oper daleko się nie zajedzie, choć zawsze miło jest się trochę połudzić.

Dodaj Komentarz

Komentarze (1)

krystoferson112 7 października 2017 22:04 Odpowiedz
zmień dilera....