0
startaczerr 11 października 2017 23:31
Witam Was wszystkich, którzy trafiliście na moją relację. Tym razem jest to relacja z samotnego wyjazdu do Meksyku.

Nie planowałam tego wyjazdu, bilety spadły na mnie jak dach po trzęsieniu ziemi, na ogarnięcie wszystkiego miałam 2 miesiące. Zobaczcie jak wyszło.

Ponieważ podczas podróży spisywałam swoje przemyślenia, robiłam notatki więc moja relacja będzie składała się z ich fragmentów, robionych tam, na gorąco, kiedy było źle, dobrze, kiedy było parno i gorąco, kiedy trzęsło ziemią, kiedy się bałam i kiedy byłam szczęśliwa.
Pozwolę sobie też wtrącić kilka zdań od siebie, kiedy już siedzę u siebie w Szczecinie, bezpieczna, sucha, ciepło ubrana a za oknem pada.
Poza Polską przebywałam od 30 sierpnia do 17 września. Leciałam z Berlina do Bergamo, potem z Mediolanu MXP do Toronto, z Toronto do Mexico City. Powrót był identyczny. Po Meksyku poruszałam się głównie autobusami, miałam dwa loty na trasie CDMX-Tuxtla Gutierrez i Cancun-CDMX.

Miłej lektury!


Mediolan Malpensa – Toronto Pearson

Ubrałam się jak typowy Janusz. Bo jak się wygląda jak Janusz to nikt Cię nie okradnie, bo z czego można okraść Janusza? W Mediolanie to świetnie działało - na Duomo nikt do mnie nie podchodził, żadni naganiacze gołębi, pakistańscy fotografowie, sprzedawcy parasolek z Bangladeszu, dosłownie nikt. Stoję w kolejce do check-in, już się odprawiłam ale potrzebuję wydrukować bilety. Do każdego w kolejce podchodzi pani która sprawdza paszporty, czy ty ze zdjęcia to ty, pyta czy wypełniło się eTA itp. Podchodzi do mnie, sprawdza czy ja to ja i zaczyna się: skąd lecę, dokąd, jak długo, gdzie będę spać, gdzie spałam, czy na własną rękę, po co lecę i dopiero na koniec pyta o eTA i przykleja mi dziwną naklejkę na paszport... Czy gdyby usłyszała że spałam na couch i lecę po koks dla moich colowspółpracowników byłabym bardziej wiarygodna i nie przykleiłaby mi tej naklejki??? ;-) Hmmm... Ostatecznie dostałam bilety, zmierzyli mi bagaż i czekam na odprawę. Żarty się skończyły. Ewidentnie.


Toronto Pearson – Mexico City Benito Juarez

Janusz jest zawsze w dresie i ma brudną czapkę, taką po robocie, zakurzoną od całodniowego kucia tynku ;-) ląduję w Toronto, skala większa niż w przypadku Ryanair'a więc wyjście z samolotu trwa i trwa. Wychodzę ostatnia, nie spieszy mi się. Jeszcze się oglądam czy wszystko wzięłam, słyszę od stewarda po włosku czy zabrałam wszystko? Więc mu odpowiadam że tutto, potem przechodzimy na hiszpański " todos los articulos" a na koniec słyszę pytanie: Polonia? Serio?!? Aż takim Januszem jestem? ;-) przechodzę przez lotnisko. Dochodzę do punktu gdzie albo chcę wyjść na miasto albo przejść na kolejny lot. Idę na kolejny lot. Trafiam do pomieszczenia gdzie są cztery boksy za każdym siedzi urzędnik. Patrzę, oceniam który wygląda w porządku. Zaprasza mnie do siebie najbardziej niemiły z wyglądu i wyrazu twarzy. Daję mu paszport, formularz, bilety.
- Dlaczego lecisz do Meksyku?
- Dlaczego nie?
- Co chcesz tam robić?
- Chcę zobaczyć ruiny.
- Azteckie? - składa dłonie w trójkąt - Piramidy i tym podobny staff?
- Tak. - odpowiadam
- Jak chciałaś zobaczyć piramidy to trzeba było do Egiptu lecieć a nie do Meksyku! - rzuca niemile - Są starsze i największe, niż te w Meksyku!
Myślę sobie że jeszcze kilka takich konkluzji i nie wbije mi tej pieczątki i każe kupić bilet do Egiptu.
Używam argumentu z głębi blond głowy:
- W Egipcie jest bardziej niebezpiecznie niż w Meksyku! - I zaczynam się śmiać.
Gościu wytrzeszcza oczy a na jego twarzy pojawia się powściągliwy uśmiech. Mi rozsypują się papiery z rezerwacjami, zbieram je. Patrzę na niego a on odkłada te moje papiery składa obie dłonie na kształt pistoletów i strzela z nich dookoła swojego boksu "They gonna kill you" mówi i się śmieje. Mówię mu że mam od tego ubezpieczenie i wybucham śmiechem, i przy okazji strzelam do niego z moich dłoni :-) na koniec wbija mi pieczątkę w paszport, ja mu mówię że do zobaczenia za dwa tygodnie, odchodzę ale po chwili wracam do niego bo to pokój bez klamek, nie wiem gdzie iść. A on udając totalną załamkę, łapie się za głowę, kręci nią i pokazuje małe drzwiczki za boksem ;-D


Mexico City

Ląduję o 1 w nocy, w Polsce jest już dawno po śniadaniu. Zdjęcie słabe bo telefonem, bo chmury. Bezkres świateł, światełek, po horyzont, nie kończy się. Siedzę przy oknie i odechciewa mi się spać. Widok na całe życie, 20 mln ludzi zapaliło po żarówce a ja nad tym frunę. Ląduję na pustym lotnisku, idę, idę. Dochodzę do pierwszego punktu, gdzie pytają mnie tylko jak się mam, odbierają dokumenty imigracyjne. Pani przybija mi pieczątkę i wita w Meksyku. Pytam czy to todos bo obok dziewczyna musi opowiadać historię życia urzędnikowi. Todos. Idę dalej. Tu trzeba odebrać bagaż i iść na kolejną odprawę celną. Hola, Como estas. Urzędnik pyta skąd jestem, każe mi wcisnąć przycisk, wyświetla się zielone, zabiera deklarację celną i wita w Meksyku. Mogłabym przemycić nawet bobra albo i pięć ;-) wychodzę na halę, wymieniam kasę na peso. Płacę za taksówkę do centrum. Taksówkarz to niski typowy Meksykanin, gadamy po hiszpańsku, skąd jestem, ile leciałam, kojarzy mój kraj, to miłe, śmieje się z mojej hiszpańszczyzny, mówi despacito. Przejazd przez miasto to kolejne niezapomniane widoki. Jest druga w nocy, spodziewałam się pustek albo zombiaków. Jest zdecydowanie inaczej niż w Europie, uliczne stragany z jedzeniem, panie w minispódniczkach, mnóstwo samochodów. Ci ludzie nie śpią.


CDMX noc.JPG



* W samolocie do Meksyku na pokładzie stewardesy rozdają formularze, które trzeba wypełnić. Są to dwa formularze, pierwszy zawiera dane osobowe, dane lotu, ile dni spędzisz w Meksyku. Drugi formularz to typowo celny papier – co wwozisz, ile itd. Najpierw jest pierwsza odprawa imigracyjna gdzie w moim przypadku polegała ona na powitaniu w Meksyku i wbiciu pieczątki w paszport, urzędniczka oddaje część wcześniej wypełnionego formularza i ten kawałek papieru jest bardzo ważny bo odbierają go w momencie gdy opuszczasz Meksyk. Druga odprawa to odprawa celna, gdy już odbierzesz bagaż z taśmy. Podchodzisz do stolika przed bramką wykrywającą metal. Tam też moja odprawa polegała na zerknięciu w paszport, powitaniu w Meksyku i wciśnięciu przycisku, w moim przypadku zapaliło się zielone więc urzędnik tylko wziął ode mnie formularz celny. To wszystko.
Na lotnisku jest sporo kantorów, pewnie czynnych całą dobę bo byłam tam o 2 w nocy. Tak samo kioski z autoryzowanymi taksówkami. Wcześniej byłam przerażona że wyląduję w nocy i wszystko będzie pozamykane a ja miałam tylko 20 dolarów w kieszeni. Ale bez obaw, oni nie śpią!


Museo Nacional de Antropologia

Nie wiem, nie wierzę jeszcze że tu jestem. Dzisiaj wyszłam na ulicę i od razu w paszczę lwa. Nie przepadam za komarami, muchami i tłumem. Chyba dlatego tu przyjechałam... Mieszkam zaraz przy głównym placu Zocalo. Olbrzymia przestrzeń jest zapełniona straganami bo jest Fiesta, taki trochę jarmark z lokalnymi produktami. Jest też sporo chińszczyzny, chyba trochę taka pajda chleba ze smalcem i ogórkiem. Dziki tłum jakiego nie widziałam. Ale to co przyjemne to muzyka, głosy ludzi, klaksony. Inny świat, zupełnie inne dźwięki. Miałam plan pojechać do muzeum antropologicznego. Czytałam że podobno najlepsze w Ameryce Łacińskiej. Trzeba dostać się do metra w takim tłumie. Metro to kolejne zjawisko. Inny świat, ludzi jak w mrowisku, wagony dłuższe niż niejedno polskie TLK. Z tym że u nas po wagonach chodzą z piwkiem jasnym, tutaj z krzyżówkami, wodoodpornymi słuchawkami, książeczkami o ptakach, wszystko za 20 peso. W metrze są strefy dla kobiet, dzieci i starszych ludzi - podobno chodzi o uniknięcie molestowania. Wbijałam się w pierwszy wagon za tymi wydzielonymi :-) jest taki tłok że nie sposób uniknąć dotyku, nie trzeba się niczego trzymać, trzyma cię tłum, nie ma mowy o zaliczeniu gleby. Metro żyje własnym życiem, przesiadką na inną linię to nie 5 minut, szłam jak przez lotnisko w Toronto, oznaczenia nie są europejskie, narzekałam na upał w metrze w Mediolanie, tutaj już się nie odzywam.
Muzeum, jedno z lepszych w jakich byłam. W jednym nowoczesnym budynku zebrali wszystkie kultury tego kraju. Mega szacunek. Toltekowie? Proszę bardzo, Aztekowie? Phi! Majowie, Olmekowie, Mexica, Zapotecowie i setki innych. Genialne. Naoglądałam się talerzy, kubków ale też totemów, fragmentów całych budowli, rzeźb, czego tam nie było! Taki przedsmak, bo jutro wypad za miasto na pierwsze ruiny :-)


DSC_0026.JPG




DSC_0041.JPG




* jeśli jesteście pasjonatami dawnych kultur to Museo Nacional de Antropologia jest idealnym miejscem. Spędziłam tam praktycznie cały dzień. Wejście to tylko 70 MXN i można płacić kartą. Jest tam wszystko co tylko odkopane zostało w tym kraju, praktycznie wszystkie kultury, zebrane niesamowite eksponaty. Poza tym jeśli planujecie potem zwiedzać różne ruiny po całym kraju, to też jest to miejsce które warto odwiedzić przed ruinami. I chyba jedyne miejsce gdzie można zobaczyć Chac Mool w całości z bliska, w Chichen Itza jest to niemożliwe.


Feria Internacional de las Culturas Amigas


Jedzenie. Bułki z podróży się skończyły ;-) ponieważ na Zocalo jest olbrzymia Fiesta z lokalnymi produktami poszłam tam upolować coś do jedzenia. Tlayuda de Oaxaca. Miałam nadzieję że nie będę potrzebowała po tym ayuda ;-) placek wysmarowany pastą z fasoli, wypełniony sałatą, pomidorami, awokado i mięsem z królika. Do tego dwie salsy, jedna ostrzejsza od drugiej. Było pysznie! W trakcie jedzenia uświadomiłam sobie że staram się unikać picia ich wody, piję tylko wodę z butelki, zęby myję w butelkowanej wodzie, pod prysznicem mam zaciśnięte usta. A tu? Po całym dniu w muzeum, po podróżowaniu metrem jem gołymi rękami coś co kobieta przygotowała również gołymi rękami na straganie... Było naprawdę dobre :-) Metro to też super miejsce żeby coś zjeść - to zagłębie jedzenia robionego w głębokim oleju. Zjadłam chyba z cztery porcje churros, coś ala nasze faworki ;-)
Śniadania to zawsze owoce, do tego tosty, jakieś lokalne zapiekanki, płatki, jogurt, cokolwiek sobie weźmiesz. No i znowu się przyłapałam na tym że zjadłam galaretkę, a galaretka to przecież z wody jest zrobiona, raczej nie butelkowanej ;-) zagryzłam tą galaretkę super ostrą salsą w nadziei że zabije to bakterie ;-) pali gębę aż miło.


Tlayuda de Oaxaca.JPG




Teotihuacan


To jest Manuel. Poznałam go w kolejce do autobusu do Teotihuacan. To ciekawy świata człowiek, który zanim założył własny biznes z szyciem kostiumów dla hoteli, pracował na statku wycieczkowym, pływał po Morzu Karaibskim aż po Nowy Jork. Po całodziennym zwiedzaniu piramid, Manuel koniecznie chciał żebym spróbowała lokalnej kuchni. Podeszliśmy do pobliskiej restauracji i zamówiliśmy Barbacoa i Mixiote. Na filmiku Manuel uczy jak jeść tacos:-) nasz ostatni autobus spod ruin odjechał więc właściciel restauracji zaproponował nam że nas podwiezie swoim olbrzymim pick-up'em na stację autobusową. W ten sposób przejechałam przez całe San Sebastian i odpowiadałam na pytania o Polskę, o to jak tu jest, jak mi się podoba, że mówię po hiszpańsku (byle jak ;-)) ale mówię. Myślę że to otwiera niektóre drzwi :-) Manuel jest z Cancun, za 4 godziny ma lot, na koniec naszej wycieczki w metrze między stacją La Raza a Guerrero daje mi talizman, jeśli powieszę go nad łóżkiem będzie strzegł moich snów...


DSC_0047.JPG




DSC_0113.JPG




DSC_0127.JPG




DSC_0138.JPG




DSC_0160.JPG




DSC_0213.JPG




Mixiote.JPG




Barbacoa.JPG




* jeśli jesteście w Mexico City to Teotihuacan jest punktem „must see”. Autobusy odjeżdżają ze stacji Norte, tam też kupiłam bilety tam i z powrotem płacąc kartą. Autobus podjeżdża pod ruiny ale trzeba kawałek jeszcze podejść. Z powrotem autobusy odjeżdżają tylko do jakiejś określonej godziny z tego samego miejsca. Z ruin wyszłam ok godziny 18 i autobus do stolicy na który miałam bilet odjeżdżał już z jakiegoś innego miejsca. Warto wziąć to pod uwagę, chociaż stało kilka taksówek więc o dotarcie do autobusu bym się nie martwiła niezależnie od pory. Same ruiny polecam, jedne z lepszych na jakich byłam, robią mega wrażenie. Ważne jest też to że Meksykanie w każdą niedzielę mają wstęp do muzeów, ruin itp. w całym kraju za darmo. Ja byłam w niedzielę, więc było tłoczno.


Tula de Allende

Tula. Kolejny punkt na mojej liście, gdzie koniecznie chciałam pojechać, zobaczyć. Pierwsze zaskoczenie to autobus, za 26 zł mam wygodne siedzenie, miejsca na nogi jest tyle że Polski Bus wcisnął by kolejne dwa siedzenia, dostęp do internetu który się nie zacina, klimatyzacja, film,muzyka, słuchawki, gniazdko elektryczne i butelka wody. Nie widziałam w Polsce takiego poziomu. Jadę 1,5 h z czego połowa czasu to autostrada ze stolicy, która się nie kończy - domki, fawele przyklejone do wulkanicznych wzgórz, jest tego mnóstwo. Dojeżdżam do Tuli, mam ze sobą wydruk z Google maps jak iść - 26 minut. Idę, idę, trochę się gubię ale docieram do rzeki i już widzę znak ->zona arqueologica. Myślę: extra. Idę pod górę ulicą, jadą samochody. Docieram do wejścia które od razu mi się nie podoba bo przypomina Czarnobyl. Szyby powybijane, walające się śmieci, brama zamknięta na kłódki. Pierwsze co pomyślałam to że dzisiaj poniedziałek i jest zamknięte... Patrzę na moją "mapę" - jest droga dojazdowa ale naokoło. Skoro już tu jestem.... Idę tą ulicą chyba z pół godziny, idę przez jakieś zagłębie samochodowe - cała masa warsztatów. Dochodzę do moich ruin i znów powybijane szyby, totalna pustka, na parkingu kilka samochodów. Czas się zatrzymał. Ale jest czynne :-) pytam dlaczego wejście dla pieszych jest zamknięte i otrzymuję odpowiedź w stylu "Bo jest zamknięte". W całej zonie może kilka osób. Cudownie. Cała piramida dla mnie!
Trzeba wrócić. Idę zgodnie z mapą ale stwierdzam że pójdę większą ulicą niż przedtem. No i morał jest taki że to co nazywa się dumnie Avenida del Norte niekoniecznie jest super obwodnicą miasta. Moja Avenida zrobiła się uliczką a potem ścieżką nad rzeką wśród faweli. Musielibyście zobaczyć miny Meksykanów na widok gringo! Zdecydowanie byli bardziej zaskoczeni niż ja! Nieogarniali! Podchodzę do kolejnej osobliwości - do wiszącego mostu nad rzeką... W drodze na dworzec autobusowy, zatrzymuję się przy dziewczynie która na chodniku sprzedaje jedzenie. Zatrzymałam się bo sprzedawała robaki, jakieś zasuszone muchy, placki jakby z robakami. Wybrałam coś co wyglądało najbardziej normalnie i nie przypominało robaków - tortitas de ejote. Poprosiłam nawet żeby mi zapisała nazwę tego smakołyku żeby w razie co w szpitalu wiedzieli na co mnie leczyć ;-) placki okazały się mega pyszne. Jeśli zrobiła je z robaków to mega szacun!


DSC_0245.JPG




DSC_0263.JPG




DSC_0292.JPG




DSC_0302.JPG




DSC_0387.JPG




* to miejsce od początku było na mojej liście. Podczas gdy inni jechali do Puebli ja wybrałam kierunek na Hidalgo. Miałam wydrukowaną mapę z gogle i od razu mówię że to wejście które jest najbliżej - jest zamknięte, działa tylko to gdzie jest dojazd samochodem. Pieszo z dworca to jakieś 50 min w jedną stronę. Nie jest to miejsce zbyt popularne. Spędziłam tam pół dnia i nie spotkałam żadnych turystów, tylko kilka rodzin z dziećmi. Poza kilkoma kramami na początku ścieżki nie ma tam nikogo kto by nagabywał na kupienie mini piramidy, Chaca Mool itp.


Mexico City

Dzisiaj. Ostatni dzień w Mexico City. Wrócę tu ale to będzie oznaczało koniec meksykańskiej przygody. Na fieście na Zocalo zabawna sytuacja: zamawiam jedzenie, Pani szykuje wszystkie składniki i mówi że ma tylko ostry sos. Odpowiadam żeby nie pękała ;-) więc ładuje mi to na sałatę, mięso, awokado. Stoję i jem. Myślę sobie że mnie oszukała bo centralnie nic nie czuję. Zatrzymuje się przy mnie młoda Meksykanka, patrzy jak jem, klepie mnie po ramieniu i mówi "szacun". Oczekiwałam że spocę się od tego ostrego sosu jak mysz, że usta będą czerwone, będzie piekło i ogólnie masakra. No nic. Wyrzucam talerzyk do śmieci, idę w stronę hostelu i na odcinku kilku metrów wypijam butelkę wody. Szatan, nie sos! Pali jak kwas siarkowy! Michał (Ty wiesz ;-)) radził jeść to co lokalni, żadne tam czisburgery, tylko wtedy się nie zatruję. Miał rację! Odpukać nic mi nie jest ale nie wiem czy wrócę z całym przełykiem ;-)
Jadąc na lotnisko metrem znalazłam się na stacji gdzie krzyżowały się 4 linie - jak to możliwe że w Warszawie mamy ledwo dwie nitki? Przecinają się wogóle? ;-)
Pierwszy raz widzę to lotnisko za dnia. Z daleka wygląda jak reaktor atomowy - olbrzymia betonowa bryła! Wszystko jest tu bezgranicznie wielkie.
Przyjemnie jest przeczytać wiadomość od brata "Nara buraku :-*" jedzie w góry na kolejny ultrabieg i każe mi przystopować z jedzeniem bo nie zmieszczę się w koszulkę, którą dla mnie wypoci!
Na koniec dostaję wiadomość od Manuela. Pyta co u mnie, jak mi mija podróż, pyta kiedy będę w Cancun to może uda się spotkać. Na koniec mejla przesyła kilka zdań po polsku. Myślę sobie że Google translator poszedł w ruch, ale potem otwieram załącznik... a tam rozmówki we wszystkich słowiańskich językach! Pozostałość po pracy na cruise shipie.


DSC_0011_2.JPG




DSC_0010_2.JPG




DSC_0938.JPG





Tuxtla Gutierrez

Tym razem będzie bez zdjęcia :-)
Byliście kiedyś w motylarni? Takim pomieszczeniu w zoo lub ogrodzie zoobotanicznym, gdzie w zamkniętym pomieszczeniu, specjalnie przystosowanym trzyma się egzotyczne motyle? Ja byłam w Poznaniu, i teraz mam deja vu. Wysiadam z samolotu, idę rękawem, wychodzę na klimatyzowany hall gdzie kobiety z firm taksówkarskich to istne harpie marketingu, rozszarpują się o każdego klienta, przy okazji rozszarpując jego samego. Kupuję bilet na taksówkę, wychodzę z budynku i czuję się jak w motylarni. Ja pitole!!! Jest tak parno i wilgotno że szok! Brakuje tylko żeby mnie obsiadły motyle. Przejmuje mnie taksówkowy boy, nadaje przez krótkofalówkę sygnał i po chwili podjeżdża nówka sztuka wóz. Jedziemy przez nicość bo lotnisko jest w szczerym polu. Ale tą ciemność rozrywa raz po raz błyskawica, jedna za drugą. Czuję się jakbym uczestniczyła w programie National Geographic "Łowcy burz". Petarda za petardą! Jak ten samolot wylądował się pytam?!? Dojeżdżamy do policyjnej blokady polegającej na zwężeniu drogi do jednego pasa, postawieniu progu zwalniającego i postawieniu policjantów. Ale nie takich, ładnie wystrojonych jak w stolicy, w lakierkach którzy gwizdając oznajmiają ci ze możesz przejść. Ci policjanci, w stanie Chiapas, są uzbrojeni po zęby, każdy trzyma olbrzymi karabin, jakby zaraz miała tędy przejechać prezydencka kolumna! Co za klimat!!
Jest północ. Idę spać. Wam mówię: Dzień dobry, miłej pracy!

* lot vivaAerobus mam o godz 20:00 z Mexico City i po dwóch godzinach jestem w Chiapas. Lot jest z tego samego gate co lot do Cancun i Villahermosa i wszystkie mniej więcej w tym samym czasie, więc jest mega tłok i trzeba pilnować się żeby nie przegapić swojej zony z wejściem do samolotu. Nikt nie zwracał uwagi czy mam jeden plecak czy dwa i jak wyglądają.


Tuxtla Gutierrez -> San Cristobal de las Casas

Pewnego razu Czuang Czou śniło się, że jest motylem, radosnym motylem, który latał swobodnie, nie wiedząc, że jest Czuang Czou. Nagle zbudził się i znów był rzeczywistym Czuang Czou. I teraz nie wiadomo, czy motyl był snem Czuang Czou, czy też Czuang Czou był snem motyla. <Podróże z Herodotem; R.Kapuściński>

Rzecz w tym, że tak na dobrą sprawę jedynym moim marzeniem było kiedyś osiągnąć nieosiągalne, to znaczy PRZEKROCZYĆ GRANICĘ. Nie chciałem niczego więcej. Tymczasem puszczona w ruch sekwencja wypadków zaniosła mnie aż tutaj, na daleki kraniec świata. <Podróże z Herodotem, R.Kapuściński>


* nie spędzam w Tuxtli zbyt wiele czasu, z samego rana wstaję i idę na dworzec ADO złapać autobus do San Cristobal. Jest to idealne miejsce wypadowe na kanion Sumidero, jadąc do San Cristobal przejeżdża się przez fragment tego kanionu. Fajne widoki!


San Cristobal de las Casas

Ląduję w jeszcze innym świecie. Mój pobyt w San Cristobal de las Casas zaczyna się od tego że na dworcu autobusowym podchodzi do mnie chłopiec, dziecko, może 6 letnie z wielką drewnianą skrzynią i pyta czy może mi wyczyścić buty za kasę. Są z nim dwaj koledzy może rok, dwa lata starsi, każdy z koszykiem z innymi pierdołami do sprzedaży. Zatyka mnie. Bo to jest coś z czym w Europie nigdy się nie spotkałam. Po pierwsze dziecko, po drugie nue chce kasy za nic, po trzecie mam różowe adidasy więc nie wiem jak chce je wyczyścić. Ratuje mnie Meksykanka która siedzi obok z rodziną i zaczyna wypytywać dzieciaki, co tu robią, gdzie są ich rodzice, czemu nie są w szkole. Odpowiedzi są mega proste, rodzice w pracy, oni też są w pracy. Daję im jakieś drobne a ci latają jak w amoku że dostali kasę. Nie wiem czy to było wychowawcze ale mnie ruszyło. W tym samym czasie piszę na messanger z Żanetą i dochodzimy do wniosku że w dzieciństwie jak byłam niegrzeczna to rodzice straszyli mnie że przyjdą Cyganie i mnie ukradną. Jeśli będę miała kiedyś dzieci i będą niegrzeczne będę je straszyć że je wyślę do Meksyku ;-) coś w stylu "jeśli nie zjesz marchewki w tej chwili to wyślę Cię do Meksyku!". Ja byłabym przerażona :-)
W ulewie docieram do hostelu, czekam do godz 16:00 aż deszcz ustał. Wychodzę na miasto, i od razu skrada ono moje serce! Jest niesamowity klimat, zupełnie inni ludzie. Nie mam planu, po prostu włóczę się bez sensu, wspinam się na punkt widokowy, docieram do targu z rękodziełem, trafiam do manufaktury z lokalną kawą - wybierasz jaką chcesz kawę, każda jest mielona jeśli chcesz, każda ma jakieś nuty zapachowe i smakowe (jak z winem), wszystkie z lokalnych plantacji. Co za zapach!
Ponieważ nie mam planu, jem po drodze wszystko co jest "z chodnika", najczęściej jest to w stylu 3 za 10. W ten sposób zjadam najlepsze mango na świecie, chipsy polane ostrym sosem i rurki z głębokiego oleju wypełnione jakąś słodka pianką.


DSC_0034_2.JPG



* jadąc z Tuxtli do San Cristobal przejeżdża się przez góry, przez kanion Sumidero, malownicze widoki, chmury, dżungla. Krajobraz robi wrażenie jeśli przyjechało się z miejskiej dżungli CDMX. San Cristobal de Las Casas to urocza miejscowość w górach. Starszy pan z którym siedziałam w samolocie do Tuxtli mówił że jest ładne ale zatłoczone turystami. I jest w tym prawda bo głównymi ulicami przechodzą tłumy ludzi. Na ulicach nie ma straganów z jedzeniem, są same restauracje, różne, z różnym jedzeniem.


San Cristobal de las Casas

Z każdego miejsca wysyłam kartki do rodziny i przyjaciół. Tu wysłać kartkę nie jest tak łatwo. W Mexico City znalazłam skrzynkę na listy w luksusowym hotelu, dzięki uprzejmości boya hotelowego udało mi się z niej skorzystać. W San Cristobal jest podobnie, żadnych skrzynek. Po kilku perypetiach znajduję w końcu budynek poczty, który wyróżnia się tylko małym szyldem "correo" nad wejściem. Wchodzę, ciemno, Wielka lada a za nią urzędniczka. Przed ladą...zwariowałam! Na ziemi klęczą trzy Indianki jakimiś torbami i z tych swoich toreb pakują do paczek fanty. Jedna jest już spakowana więc owija paczkę folią i taśmą, druga jeszcze przekłada jakieś pakunki do swojej paczki. Trzecia za to, widzę że ze swojej torby wyciąga kolbę kukurydzy. Ale nie zwykłą taką, tylko ugotowaną, jeszcze gorącą, bucha z niej para! Pyta urzędniczki czy może to wysłać. Urzędniczka bierze do ręki parującą kolbę, krzywi się ale mówi że ok ale żeby owinęła to w coś. Ucieszona Indianka owija parujące kolby kukurydzy i wrzuca do swojej paczki! Urzędniczka z kukurydzą w ręku pokazuje mi gdzie mam wrzucić kartkę, a na pytanie o znaczki, odpowiada że nie ma.
Zbierają się chmury, czuję trochę głód więc wchodzę do pierwszej lepszej knajpy. Zamawiam burrito, piwo i mezcal. Piwo smakuje jak jakieś rzemieślnicze w Polsce ,ma 4,1%. Jest z kukurydzy, z karmelem. Burrito najlepsze na świecie - z jajkiem, bekonem, dymką i mega ostrą salsą. Wypijam mezcal. Czym to smakuje? Nie znam smaku do porównania. Przegryza się to pomarańczą która z zewnątrz wygląda jak duża limonka, posypać ją trzeba przyprawami-ostrą papryką z solą. Sama pomarańcza z przyprawami smakuje wybornie!



DSC_0489.JPG




DSC_0507.JPG




DSC_0560.JPG




DSC_0557.JPG




Mezcal2.JPG




Burrito.JPG




* jestem w regionie który słynie z włókiennictwa. W hostelu dostaję również mapkę „województwa” z zaznaczonymi „gminami” i miejscowościami w których wyrabia się tkaniny, każde słynie z innego wzoru, innego kroju, innego haftu. To ciekawe bo chodzące po mieście Indianki można poznać skąd pochodzą właśnie po stroju, po wyhaftowanym wzorze na bluzce czy spódnicy. W San Cristobal jest również targ z rękodziełem, można się zgubić między alejkami, jest mnóstwo kolorowych tkanin, ubrań, sukienek, koszul. Natomiast jeśli tam nie traficie to nic straconego, po mieście chodzi cała masa Indianek obładowanych ubraniami które można kupić.


San Cristobal de las Casas

Jest godzina 00:24. Właśnie skończyło trząść ziemią. Masakra. Zrywasz się w nocy, wszystko się trzęsie, syreny wyją, wyłączają prąd. Stoję na ulicy z innymi z hostelu i czekamy aż przestanie wyć. Przed chwilą włączyli prąd więc wróciliśmy do hostelu, ale ledwo usiadłam znów włączyły się syreny. Wyszliśmy więc znowu na ulicę. Podobno trzęsienie było w Chiapas i na Jukatanie, podobno 8.1 w skali. Nic mi nie jest poza tym że dziwne uczucie.


DSC_0005_6.JPG




DSC_0010_7.JPG




* Syreny wyją całą noc, przestają tylko na minutę, dwie, nie wiadomo dlaczego. Czekamy na wstrząsy wtórne, które następują dopiero po 3 godzinach, ale trwa to krótko i nie jest tak silne. Mimo to całą noc spędzam na ulicy. Budzik mam nastawiony na 6 rano a o 5 rano dopiero kładę się spać, już nie zwracając uwagi na wyjące syreny.


San Cristobal de las Casas -> Palenque

A że żyć, żyłem, jak się dało czy musiało,to widocznie inaczej się nie dało, bo nikt przecież nie żyje, jak by chciał. A zresztą gdyby nawet się dało, jak by człowiek chciał, czy byłoby mu lepiej? Nigdy nie wiadomo, czy tak, jak człowiek by chciał, nie byłoby akurat gorzej. To może każdy ma nie tylko takie życie, jakie ma, ale i najlepsze, jakie mógłby mieć. <Kamień na kamieniu; W.Myśliwski>

Po całej nieprzespanej nocy życie tu dalej się toczy. Kupiłam bilet do Palenque. Miałam jechać przez góry, wąską drogą pełną zakrętów, przez Ocosingo, to krótsza droga tylko 5 godzin zakrętów. Wymiękłam, nie wiem jak ta droga wygląda, czy jest przejezdna, nie chcę ryzykować i oglądać lawin, utknąć. Wybrałam opcję 8 godzinną, autobus OCC jedzie naokoło gór, omija serpentyny i blokady dróg. Przez to muszę zmienić plany, zrezygnować albo z ruin Palenque albo Bonampak. Szkoda, ale chyba mam już dość wrażeń.

* plan był taki że o 6 rano łapię collectivo do Ocosingo i potem do Palenque. Po całej nocy na ulicy jestem tak wykończona że odpuszczam. Poza tym droga przez góry niewiadomo czy jest przejezdna, czy czasami nie uszkodziło jej trzęsienie ziemi, lawiny kamieni czy ziemi. Autobus OCC jedzie do Palenque 8 godzin więc ten dzień jest stracony, przez to muszę zrezygnować albo z Yaxchilan i Bonampak albo z ruin Palenque.


Palenque

Hello World.
Jest ciężko. Myję zęby i czuję że każdy ruch sprawia że moje ciało oblewa pot, nawet rozmowa sprawia że się pocisz. Kładę się do łóżka, wchodzę w mój ultracienki bawełniany śpiwór (słuchajcie jestem śpiochem, mogę zasnąć na piaskach Sahary w samo południe pod warunkiem że się czymś przykryję - wiem głupie). Jedyne na czym się koncentruję to żeby się nie ruszyć bo cała się spocę, ale przykrywam się po same uszy :-) Właściciel hostelu to śmieszny gość. Ewidentnie bawi go mój hiszpański. Wiem że potrafi po angielsku ale nie poddaję się. Mówię coś do niego a on patrzy się na mnie, śmieje się ale nie pomaga, czeka aż wypruję się do końca wtedy kiwa z aprobatą głową i odpowiada. Lubię go za to.
Rano budzę się i za oknem mam niesamowity widok na góry. Wychodzę z hostelu, idę na postój busów i od razu wpadam w łapska naganiaczy. Ruinas!!! Krzyczą jeden przez drugiego, zaklepują sobie który mnie przejmie. Cena jest jedna i ta sama - 4 zł. Wsiadam do busa, jestem jedyną złapaną osobą, myślę sobie że teraz będę czekać godzinę aż uzbiera komplet. Ale nie. Rusza od razu. Ruiny są oddalone o 9 km od miasta. Opłacało mu się odpalić busa dla jednej osoby. Po drodze udaje mu się zgarnąć jeszcze dwie.
Wysiadam przy wejściu do zony z ruinami. To też nie jest proste. Bo wysiadasz i zaraz przejmuje Cię gościu który jest licencjonowanym przewodnikiem, mówi że zaraz ci wszystko opowie co tu jest, gdzie bilety itp i sama zdecydujesz co chcesz robić. Faktycznie tak robi, idę za nim i słucham ale widzę że odciąga mnie od kasy biletowej i wejścia. Lądujemy kilkanaście metrów dalej przy jego stanowisku. I wtedy pokazuje mi ceny. 100 amerykańskich dolarów kosztuje wynajęcie go bez limitu czasu. Będzie do Ciebie mówił po angielsku. Masz wtedy czas na zdjęcia, siku, picie, zaprowadzi Cię wszędzie, wejdziesz na świątynie, do środka, do dżungli, usłyszysz małpy bo z zobaczeniem ich nie ma gwarancji. Mówię że to za drogo. Schodzi z ceny. Ale to wciąż 80 dolarów. Są tańsze wersje: opcja bez siku i zdjęć, opcja bieg po ruinach w 2,5h, opcja tylko hiszpańskojęzyczna. To lekcja asertywności. Odciągnął Cię od wejścia, schodzi z ceny, jest miły, pyta ile mogę dać, mówi że brak kasy to nie problem bo pojedzie ze mną do miasta, wypłacę z bankomatu i wtedy mu zapłacę. Jestem asertywna, odmawiam, sama zdecyduję na którą piramidę wejdę.
Od razu wchodzę do kontrolowanej dżungli. Kontrolowanej bo jest ścieżka, nie potrzebuję maczety. Magia! Wszędzie pochowane ruiny, schody, piramidy. Wchodzę na każdą. Wychodzę potem z dżungli i kolejne piramidy.
Jest mega gorąco i wilgotno. Po wejściu na kolejną piramidę czuję się jak topniejący lód. Kupujesz loda w wafelku, nie jesz go tylko trzymasz na słońcu. Czuję się jak taki lód. Albo jak ślimak z Ku Słońcu w Szczecinie :-)Historia ze ślimakiem z Ku Słońcu jest taka że totalnie go nie rozumiem. Codziennie chodzę tamtędy do pracy i chodnikiem przechodzą dziesiątki ślimaków. Nie rozumiem tylko dlaczego wychodzą z krzaków cmentarza gdzie mają cień i wilgoć wchodzą na ten chodnik i tu giną z wyczerpania, bo potrąci je rower czy pieszy. Giną w słońcu, parują i znikają, nic po nich nie zostaje bo ślimak to sama woda. Więc oprócz tego że czuję się jak topniejący lód w wafelku to też wiem jak czuje się ślimak z chodnika na Ku Słońcu. Czuję jak moje ciało topnieje, paruje, kurczy się jak owoc poddany suszeniu. Kandyzowana konkwistadorczyni :-D Jeny, jeden z moich przyjaciół napisał do mnie że jestem żeńską formą konkwistadora, ale nie doszliśmy do tego jak by brzmiała odmiana ;-)
Ale jest magicznie!



DSC_0003_8.JPG




DSC_0611.JPG




DSC_0724.JPG




DSC_0732.JPG




DSC_0864.JPG




DSC_0905.JPG




DSC_0919.JPG



* bus podwozi pod same wejście do ruin. Żeby tu się dostać trzeba dodatkowo zapłacić również za wstęp do parku narodowego – najpierw bus zatrzymuje się przy wjeździe do parku i płaci się ok 32 peso, potem już przy wejściu do ruin płacimy za bilet wstępu na ruiny.


Palenque

Cały dzień w ruinach. Wracam do centrum, jestem głodna jak wilk. Ale jak na złość nie ma wogóle jedzenia z chodnika. Wchodzę więc do pierwszej knajpy gdzie siedzi kilku lokalsów. Trafiam fajnie bo serwują tacos i quesedillas na sztuki, więc zamawiam różne. To co mnie super ucieszyło to że podali do tego 6 rodzajów salsy. Były zwykłe limonki, siekane pomidory z cebulką, siekana cebula z zieleniną, jakiś zielony i czerwony sos i to co mnie najbardziej zaskoczyło to siekany ananas z cebulką i limonką! Ze wszystkich sals tylko limonka nie była ostra, cała reszta ogień. Nawet ten ananas, myślałam że będzie słodkawy ale ostrością nie ustępował pozostałym. Dla mnie było to kulinarne niebo!
Idę na dworzec autobusowy. Mijam meksykańską dyskotekę. Meksykańska dyskoteka to plastikowy namiot. Zastanawiam się jak oni w środku wytrzymują, no ale... Muzykę z namiotu słychać już przecznicę wcześniej. Techno jakiego nie słyszałam nigdy wcześniej. A byłam kiedyś w Berlinie na Love Parade... :-) w drzwiach do namiotu Meksykanie tańczą. To nie ma nic wspólnego z Desperado, z gitarrą itp. Brakuje im tylko białych rękawiczek i gwizdków a i tak bez nich wymiatali by na Manieczkach ;-)
Przede mną cała noc w autobusie. Manuel wynalazł mi zajęcie na jutro: o 8 rano muszę złapać autobus który zabierze mnie na Ruta Puuc. Dzięki temu zobaczę nie tylko Uxmal który miałam w planach, ale również Kabah i Labna


Quesadillas & tacos.JPG




Salsa do quesadillas.JPG





Ruta Puuc

Dzień zaczynam od tego że mój nocny autobus do Meridy nie przyjeżdża wogóle. Robi się nerwowo bo na kolejny autobus muszę czekać dodatkowe 1,5 h i nie mam pewności czy zdążę na mój autobus na Ruta Puuc. Manuel wynalazł mi zajęcie na dzisiaj: Ruta Pucc. Autobus z Meridy startuje o 8 rano, zawozi Cię do trzech miejsc z ruinami w dżungli: Uxmal, Labna i Kabah. Chcę na to zdążyć bo przez trzęsienie ziemi straciłam jeden dzień i nie byłam w Bonampak.
Na dworcu w Meridzie ląduję o 7:45, zostawiam plecak w depozycie i jadę. Cały autobus to Meksykanie, poza mną, Hiszpanem z Barcelony, Czechem, Litwinką i Macedończykiem. Jest niedziela więc Meksykanie mają wszędzie wjazd za free dlatego tylu ich jedzie. Oprócz obiecanej Labny, Uxmal i Kabah kierowca zawozi nas też do Xlapak i Sayil. Wszystko ukryte w dżungli, bez samochodu nie do osiągnięcia. Jest to szybka randka z ruinami: zatrzymujemy się na parkingu, mamy 30-40 minut na to żeby zobaczyć i wrócić do autobusu. Mega! Dopiero teraz zobaczyłam jak w oryginale wyglądają piramidy, gdy nie są odpicowane pod turystów. Trochę to smutny obraz bo wiele ruin po prostu zarasta dżungla i nie ma za bardzo kasy żeby o to wszystko dbać i chuchać.
Mój autobus to wesoły autobus. To ludzie 50-60+. Śpiewają w autobusie, żartują, tańczą. Każdego pytają skąd jest i biją brawo! Polska robi furorę! Wogóle jak dowiadują się że spotkało mnie trzęsienie ziemi to pilnują mnie żebym się nie zgubiła, opiekują się mną.
Chodzę po tej dżungli, po ruinach jak po polskim lesie, szukam fajnych ujęć, chodzę po krzakach, spotykam wygrzewające się na słońcu iguany, jaszczurki kolorowe jak neony. Dopiero jak spotykam tarantulę dochodzi do mnie że kurna! nie chodzisz za grzybami dziewczyno!
Wieczorem robię spacer po Meridzie. Bardzo podoba mi się to miasto! Nie chodzi o zabytki, chodzi o klimat! Jest niedziela, mnóstwo ludzi na ulicach, niska fajna zabudowa, turystów za bardzo nie widzę. Ląduję na targu, siadam, zamawiam tamal, torta cochinita i panucho. Wszystko chcę spróbować, do tego litr watermelon. Dostaję dwie salsy, siekaną czerwoną cebulę do torta cochinita i mega ostrą salsę z siekanej cebuli i papryki habanero. Obsługujący mnie dzieciak śmieje się i poważnie ostrzega że to jest mega ostre. Tamal to ciasto kukurydziane przeplatane mięsem z kurczaka. W smaku mdłe jak mydło. Biorę super ostrą salsę do tego. Smak się poprawia, ale nie czuję żeby jakoś paliło to habanero. Zaczynam jeść torta cochinita - to jakby bagietka a w środku mięso wieprzowe z cebulą. Dorzucam salsę habanero. Zjadam panucho - to chupki placek a na nim znowu wieprzowina z siekanymi warzywami. Zdecydowanie wygrywa cochinita, potem panucho. Tamal ratuje tylko salsa. Wydaje mi się że jestem mega kozakiem ale naprawdę po pewnym czasie czuję że wszystko we mnie płonie. Wypijam litr watermelona w ciągu 7 minut i dalej nic nie pomaga. Dopiero po godzinie paszcza przestaje piec i nie ślinię się jak buldog.

Xlapac


DSC_0005.JPG




DSC_0006.JPG




Labna


DSC_0055.JPG




DSC_0067.JPG




DSC_0081.JPG




DSC_0084.JPG




Sayil


DSC_0118.JPG




DSC_0138.JPG




DSC_0146.JPG




DSC_0155.JPG




DSC_0158.JPG




Kabah



Dodaj Komentarz

Komentarze (3)

ps143 15 października 2017 20:51 Odpowiedz
Super! W Meksyku podobna trasa, którą planuję na przyszły miesiąc, dzięki za wskazówki.PS a metro (i kolejki) na gumowych kołach są bardzo popularne we Francji (sporo linii w Paryżu, Lyonie), ale też we Włoszech i Japonii - to taka ciekawostka ;)
startaczerr 17 października 2017 19:18 Odpowiedz
PS143 napisał:Super! W Meksyku podobna trasa, którą planuję na przyszły miesiąc, dzięki za wskazówki.PS a metro (i kolejki) na gumowych kołach są bardzo popularne we Francji (sporo linii w Paryżu, Lyonie), ale też we Włoszech i Japonii - to taka ciekawostka ;)Dziękuję :-)Akurat Francja jest białą plamą na mojej mapie europejskich podróży, jakoś nie mój klimat i kierunek, we Włoszech wydaje mi się że się przyglądałam ;-) Dzięki za sprostowanie :-)
kostek966 17 października 2017 19:31 Odpowiedz
@startaczerr, fajnie napisane, myślę, że mi też przyda się kilka uwag z tekstu, ale mam jeszcze pytania o taxi na lotnisku bo też późno przylatujemy, czy działa to na zasadzie pre paidu ?, i czy dworzec norte jest daleko od centrum ?,pozdrawiam