+3
pestycyda 19 października 2017 23:55
"Tak, to prawda" - powiedział starszy mężczyzna, zaciągając się papierosem. - "Chyba nie ma teraz w Kambodży rodziny, która nie straciłaby przynajmniej jednego krewnego podczas rządów Pol Pota. To były straszne czasy..."- zamyślił się i popatrzył gdzieś w dal. - "Pamiętamy o ofiarach i szanujemy ich pamięć. Ale co więcej możemy zrobić? Jakieś publiczne roztrząsanie, kłótnie i samosądy nie prowadzą do niczego dobrego. Ci, którzy zginęli, nie mieli wyboru. Ci, co zostali, wybór mają. Możemy z niego skorzystać i korzystamy. Wybieramy życie. Chcemy żyć, po prostu. Normalnie, bez powracania do złego, bez nienawiści..."

Image

Zawsze chciałam pojechać do Kambodży. Zawsze myślałam, że tego nie zrobię. Byłam pewna, że, ze swoją krwawą historią, to kraj, którego nie udźwignie dziewczyna kategorycznie odmawiająca wyjazdu do Oświęcimia ze strachu. Owszem, to nie jedyny kraj tak ciężko doświadczony. Jednak najbardziej przerażał mnie fakt, że ludobójstwo odbywało się stosunkowo niedawno i na taką skalę. I przyjmowało tak okrutne formy...

Czas pobytu : 01.08.2017 - 15.08.2017
Cena biletu : 2 300 zł, Emirates, Warszawa - Dubaj, Dubaj - Phnom Penh
Waluta : riel kambodżański (KHR) 2 zł = ok. 2200 KHR i dolar amerykański (jaki przelicznik - wiadomo, w zależności od kursu :)
Uczestnicy : standardowo - kolega Marcin i ja.
Plan podróży : standardowo :D zarezerwowany pierwszy nocleg w Phnom Penh, a potem się zobaczy.

Właściwie, to do końca nie jestem pewna, jak to się stało, że kupiliśmy te bilety :) Pojawiły się na fly4free, a że zbliżał się już okres, w którym koniecznie trzeba już było wybrać jakiś kierunek na wakacje, zaczęliśmy przeglądać zdjęcia z Kambodży na sieci. Tak zupełnie niezobowiązująco :D I nagle, siup, już byliśmy właścicielami biletów :D Jakoś tak mimochodem :)

Wylot zaplanowany był na wtorek, 1 sierpnia. W poniedziałek wieczorem, gdy przeglądaliśmy ostatnie rzeczy przed wyjazdem, sprawdziliśmy jeszcze bilety, tak na wszelki wypadek. Były w porządku. Chwila...Dlaczego na bilecie jest wylot 1 sierpnia, środa....? A powrót 16, czwartek....? I w żadnym miejscu nie ma wpisanego roku??? To był moment, w którym, blada jak ściana, uznałam, że tym numerem przebiliśmy już samych siebie :D Wszystko wskazywało na to, że w tym roku nigdzie nie pojedziemy, natomiast wyjątkowo szybko mamy zaplanowane wakacje 2018 (bo właśnie w 2018 1 sierpnia wypada w środę .... :D Kolega Marcin uwierzył dopiero wtedy, gdy pokazałam mu daty w kalendarzu :D Zaczął sprawdzać rezerwacje, ale w żadnym miejscu nie było ...roku wylotu. W końcu, po długich poszukiwaniach, znalazł gdzieś 2017. Nie byliśmy jednak do końca przekonani, bo wszędzie jak byk stało, że lecimy pierwszego, w środę, a my, owszem, wybieraliśmy się na lotnisko pierwszego, ale we wtorek... :D
Droga do Warszawy upłynęła nam więc na wzajemnym zachwalaniu wszystkich wakacyjnych atrakcji, które Warszawa może zaproponować urlopowiczom :) Przez dwa tygodnie :D Szczerze? Jechaliśmy z duszą na ramieniu...

Do tej pory nie wiem, skąd wziął się ten błąd na rezerwacjach. Ale uczciwie mówiąc, gdy tylko przeszliśmy szczęśliwie przez odprawę, przestaliśmy sobie zawracać tym głowę. W końcu trzeba było zachować energię na rozwiązywanie przyszłych problemów (naprawdę, już straciłam nadzieję, że kiedyś uda się nam zrealizować wszystko dokładnie tak, jak zaplanowaliśmy. O kurczę, przecież nie jesteśmy dobrzy w planowaniu. Może to jest powód? :D

Sama podróż była wyjątkowo długa. Czekała nas noc na lotnisku w Dubaju, a to nie nastrajało optymistycznie - nie zamierzaliśmy wychodzić do miasta (zrobiliśmy sobie taką wycieczkę będąc tu ostatnim razem. Niestety, lista głupot, które wtedy poczyniliśmy, zdecydowanie wpłynęła na podjęcie męskiej decyzji : NIE. Żadnego Dubaju nocą :D Plan więc był taki - jedzenie, leżanka i jakoś damy radę. Pierwsze kroki po wylądowaniu skierowaliśmy więc do biura Emirates, w celu odebrania bonów na posiłek (który zawsze przysługuje przy dłuższej przesiadce). Okazało się jednak, że Emirates wycofało bony, więc pierwsza część naszego chytrego planu legła w gruzach (później okazało się również, że Emirates, przynajmniej w Dubaju, wprowadziło nową politykę obsługi klientów, która polega na tym, że grzecznie odpowiada się na pytania i tyle. Jeśli o coś nie zapytasz, to nie licz, że się dowiesz. Czyli, na wszelki wypadek, warto pytać o wszystko, co przyjdzie Wam do głowy - a nuż traficie :D Dowiedzieliśmy się o tym podczas powrotu, gdy spotkany przez nas Polak pochwalił się, że przy tak długiej przesiadce Emirates gwarantują nocleg w hotelu, do którego zawożą i przywożą. I on z tego skorzystał. A my po prostu NIE ZAPYTALIŚMY :D Życie...)
Na szczęście leżanek było pod dostatkiem i jakoś dotrwaliśmy do rana.
Podczas lotu do Kambodży wydarzyło się coś, co zupełnie mnie zaskoczyło. Nasz samolot miał godzinny postój w Birmie (nie, o wyjściu na papierosa możecie zapomnieć. Próbowałam :D Chodzi mi o coś zupełnie innego - Birma stoi na liście naszych marzeń podróżniczych baaardzo wysoko. Tylko jakoś do tej pory nie mogliśmy trafić na żadne bilety w atrakcyjnej cenie i odpowiednim terminie. A tu nagle, stoimy sobie spokojnie na birmańskiej ziemi i połowa naszych współpasażerów po prostu wysiada. Powiem tak - naprawdę bardzo poważnie rozważaliśmy opuszczenie samolotu. Nie mam zielonego pojęcia z jakimi poważnymi konsekwencjami by się to dla nas wiązało, wiem natomiast, z jakimi błahymi konsekwencjami wiązałoby się to dla mnie :D Musiałabym zwiedzać Birmę w jednych majtkach, za to zaopatrzona w kabanosy, pumpernikiel i inne dobra. A moja bielizna leżałaby sobie wtedy spokojnie na lotnisku w Kambodży. Przyznajcie, że to argument z gatunku ostatecznych :)

Tak więc, przeczekaliśmy newralgiczny moment (chociaż z trudem :D i spokojnie dolecieliśmy do Phnom Penh. Pierwsze wrażenie? Dziwnie. Tego nie da się inaczej określić. Znając, na tyle, na ile może znać historię Kambodży Europejczyk, widok miejscowych w mundurach, wzbudził we mnie jakiś atawistyczny lęk. Mundur, brak uśmiechu i epatująca wokół atmosfera "jamamracjonizmu" spowodowała, że tych pierwszych chwil nie wspominam..hmm..wyjątkowo miło. Na zawiązanie nitki przyjaźni nie wpłynął też fakt, że pan obsługujący któreś ze stanowisk, zniecierpliwiony moim ociąganiem w przyłożeniu dłoni do skanera, po prostu uderzył mnie w rękę. Wcale nie lekko i wcale nie na żarty. Pamiętam czasy, kiedy i u nas panował taki klimat na granicach. Pamiętam, ale teraz jestem przyzwyczajona do czegoś zupełnie innego...Dziwne, trudne wrażenie...
Kolejny etap to zdobycie wizy. Kolejne dziwne doświadczenie. Długa, nieoszklona lada, za którą tłoczą się urzędnicy. Na początku lady podajesz swój paszport i wniosek o wizę, następnie przechodzisz przez całą długość lady, aż do jej końca. Tam, w tłumie innych podróżnych, obserwujesz ze zdziwieniem, jak umundurowany mężczyzna podnosi po kolei paszporty otwarte na stronie ze zdjęciem i (chyba) pyta, czy to twój. Po rozpoznaniu własności może uda ci się przepchnąć przez tłum i odebrać paszport. Jeśli nie, paszport ląduje na olbrzymiej kupce innych dokumentów i właściwie nie wiem, co dalej :/ Ja zdążyłam, natomiast kolega Marcin w tym momencie był w toalecie. Gdy dopchałam się sama do lady, spróbowałam wytłumaczyć panu, że jestem tu z kolegą. Pan wzruszył ramionami, rzucił w moją stronę kupkę paszportów, z których mogłam wybrać właściwy. Mogłam wybrać jakikolwiek :/ Mogłabym też wybrać więcej (tak myślę), pod warunkiem uiszczenia odpowiedniej ilości opłat za wizę :/ Wiza turystyczna kosztuje 30 dolarów, zwykła - 35. Odbierając paszporty podałam panu banknot 100-dolarowy, zabrałam resztę i odeszłam na bok, żeby poczekać na Marcina. Gdy wrócił i otworzyłam dłoń z banknotami, okazało się, że trzymam tam tylko 30, nie 40 dolarów. Świetny początek podróży, zaiste :/ Najpierw mnie pobili, potem okradli :D Trudno - stwierdziłam - trzeba brać życie za bary i choć to dla mnie trudne, upomnieć się o swoje. Podeszłam ponownie do lady i bez słowa pokazałam panu banknoty. Pan spojrzał na mnie totalnie beznamiętnie, zabrał 30 dolarów (tu stwierdziłam, że to już jest naprawdę szczyt frajerstwa z mojej strony :D i po chwili oddał 40 dolarów. I to wszystko zupełnie bez słowa...Dokładnie wtedy przeleciała mi przez głowę myśl : to nie będzie łatwa podróż...

I wreszcie mogliśmy opuścić lotnisko.

Image

Mamy taki zwyczaj/tradycję, że zawsze po przylocie stajemy pod lotniskiem. Odpalamy papierosy, próbujemy "wyczuć" kraj, wsłuchujemy się w gwar, napawamy pierwszą chwilą w nowym miejscu. Uwielbiam te momenty. Uwielbiam zapach Azji. Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie ma w sobie coś tajemniczego i znajomego zarazem. Zapach Azji mnie uspokaja. Pomyślałam wtedy "No cóż, masz dwa wyjścia. Masz wybór. Albo doświadczenie z lotniska będzie rzutować na cały twój pobyt w Kambodży i spowoduje, że spędzisz go zła, wszędzie doszukując się oszustwa i naciągactwa. To jedna droga. Druga jest taka, że będziesz wszystko przyjmować takim, jakie jest. Nie stygmatyzując i nie używając schematów. Oczywiście zło to zło, ale ono nie wyklucza istnienia dobra. To twoje wakacje i od ciebie zależy, jak je spędzisz. To twój wybór..."

C.D.N.W Phnom Penh ulice oznaczone są numerami. Czasem jest tak, że kolejny numer znajduje się w pobliżu wcześniejszego (dokładnie tak, jak w ciągu liczbowym), a czasem wręcz przeciwnie :) Gdy wsiadaliśmy do tuk-tuka (7 USD), a pan twierdząco kiwał głową "tak, jedziemy na ulicę 178", marzyliśmy już tylko o chwili, w której wreszcie położymy się w łóżku. Niestety. Godzinę później również o niej marzyliśmy, tylko z dużo mniejszą wiarą, że w ogóle to łóżko znajdziemy :D Pan kluczył po mieście, wyciągał mapy, pytał kolegów z innych tuk tuków...i ciągle nie mogliśmy znaleźć ulicy 178. Co jakiś czas zatrzymywał pojazd pod jakimś hostelem i z nadzieją w oczach pytał "To tu?" Niestety, nie byliśmy w stanie mu pomóc. Rezerwacja noclegu przez booking.com wiąże się z tym, że raczej dokładnie ogląda się zdjęcia pokoju, natomiast fasady budynku trochę ignoruje :D Żal nam było pana (biorąc pod uwagę ile kilometrów przejechaliśmy po mieście, już dawno chyba przejeździliśmy te 7 dolarów) i w końcu (wspomagani przez Google Map) uznaliśmy, że nasz hostel musi znajdować się "gdzieś tu" i dla dobra wszystkich może lepiej dojdziemy do niego na piechotę. Pan był trochę zażenowany, ale wytłumaczyliśmy mu, że wiemy, co robimy :D Jednak gdy przeszliśmy jakiś niecały kilometr, pan ponownie do nas podjechał i uradowany poinformował, że zasięgnął porady i teraz już na pewno wie, gdzie to jest, więc nas podwiezie, ale to zupełnie w innym kierunku. Wróciliśmy więc z panem i po kolejnych kilkunastu minutach wreszcie stanęliśmy pod naszym hostelem. Byliśmy panu dozgonnie wdzięczni (oszczędził nam nocnego błąkania się po ulicach stolicy i nie chciał za to nawet żadnej dopłaty). Właściwie aż rozpływaliśmy się z wdzięczności, do momentu w którym kolejnego dnia zorientowaliśmy się, że miejsce, z którego nas ponownie zabrał, znajdowało się w odległości ... 100 metrów od hostelu :D Dokładnie tyle by było, gdybyśmy dalej poszli na piechotę. Pan natomiast, ze względu na ruch jednokierunkowy, musiał objechać chyba kolejne pół miasta :) Chociaż z drugiej strony, to tym lepiej o nim świadczy. Dodatkowo zaliczyliśmy wycieczkę "Nocne światła Phnom Penh". I nawet obejrzeliśmy Pałac Królewski. Z zewnątrz :D

Image

W hostelu byliśmy więc już po 24.00. A zdjęcie fasady zrobiliśmy z samego rana na wszelki wypadek. Nigdy nie wiadomo, kiedy się może przydać :)
Przez booking.com zarezerwowaliśmy dwie noce (30 USD za całość). Hostel miał dodatkową zaletę - sklepik na parterze, czynny chyba przez całą dobę. Mrożona herbata - 0,8 USD (oj, bardzo poprawiła nam nastrój. Mimo nocy i pory deszczowej, temperatura była ciężka do zniesienia). Dodatkowo moja prywatna temperatura po chwili podniosła się jeszcze bardziej (ale to już z radości :) - 2 paczki L&M - 1,7 USD. Raj :D

Image

Pokój też był niesamowity. Ogromny, z klimatyzacją i wielkim, rzeźbionym łożem. I teraz zagadka, która samą mnie wprowadza w duże zaskoczenie :D Ha, która część łóżka jest moja? (nie, nie zmieniłam się aż tak bardzo :D po prostu ogromne połacie podłogi dawały mi zupełnie inne możliwości lokowania bagażu, niż na łóżku :)

Kolejnego dnia zaplanowaliśmy wizytę w Muzeum Ludobójstwa i na Polach Śmierci, a ponieważ nasz hostel znajdował się w niewielkiej odległości od muzeum, wybraliśmy się tam na piechotę.

Image

W Kambodży funkcjonują dwa rodzaje walut. Można płacić zarówno dolarami, jak i kambodżańskimi rielami. Kantor nie jest więc potrzebny, dodatkowo resztę w sklepach najczęściej otrzymuje się w rielach.

Image

Szliśmy powoli, wlokąc nogę za nogą. Powody były dwa - upał i duchota doskwierały naprawdę mocno (znacie to uczucie, prawda? Najgorszy pierwszy dzień - dwa, dopóki organizm nie przyzwyczai się do innego klimatu). Drugi powód był natury psychicznej. Bardzo chciałam zobaczyć miejsca pamięci związane z ludobójstwem, jednak równocześnie obawiałam się tego bardzo mocno. Ustaliliśmy więc, że zwiedzimy je za jednym zamachem i pójdziemy tam od razu, jak najszybciej. Tylko nogi...jakoś tak nie chciały słuchać...

Image

Podróżowanie z kolegą Marcinem jest bardzo inspirujące. Otóż, ma on pewną cechę, która mnie wkurz...tfu, którą bardzo cenię :D Trzeba przyznać, że przed wyruszeniem zawsze najpierw patrzy w Google Maps (ale raz! Tylko jeden! :/ :D , a później za punkt honoru przyjmuje dotarcie do wybranego miejsca kierując się wyłącznie "nosem". Nie można nawet przy nim wtedy wymówić tego wstrętnego słowa "mapa", że już nie wspomnę o dopytaniu się kogoś o drogę. Jednak, dziwne (:/ ), zawsze docieramy do celu. Dodatkowo zazwyczaj nasza droga prowadzi przez nieuczęszczane uliczki i zupełnie nieturystyczne miejsca. Często trafiają się prawdziwe perełki, o których każdy porządny przewodnik (na szczęście :D milczy. Ma to też jednak pewien minus - nie mogę zupełnie czerpać znanej wszystkim kobietom przyjemności i satysfakcji z wypowiadania zdania w stylu : "A nie mówiłam...?", "A mogłeś zapytać..." :D

Image

Image

Wejście do świątyni, która zupełnie turystyczna nie była. Jednak uśmiechnięty mnich, widząc nasze wahanie, gestem zaprosił do środka.

Image

Weszliśmy chyba zaraz po posiłku dla ubogich. Na rozstawionych pośrodku stoliczkach leżały talerze i kubki, a pani zbierająca naczynia dmuchała dymem papierosowym prawie w twarz Buddy...Życie...

Image
Niezmiennie zachwycają mnie warianty posiłków znanych na całym świecie, ale w wydaniu regionalnym :)

Image
Przemierzaliśmy większe i mniejsze uliczki, obserwowaliśmy codzienne życie mieszkańców i coraz bardziej zbliżaliśmy się do celu.

Image

Image

Muzeum Ludobójstwa Tuol Sleng. Dawna szkoła średnia zamieniona w więzienie bezpieczeństwa S-21 przez Czerwonych Khmerów. Bilet wstępu - 5 USD.

Image
Wybaczcie, za wiele tu napisać nie mogę. Nie potrafię. Każdy ma inny sposób odczuwania i zdaję sobie sprawę, że nie na wszystkich to miejsce wywiera wrażenie. Co do mnie...rozpadłam się na małe kawałki.

Image
Na terenie muzeum znajduje się kilka bloków, w których można zobaczyć cele, sale przesłuchań, wystawę malarską dotyczącą tematu...

Image
Sale są właściwie puste. Na środku najczęściej tylko łóżko, natomiast na ścianie wisi po jednym zdjęciu z "przesłuchań".

Image

Image

Image

Image

W jednej z sal wyeksponowane są pamiątki i szczątki ofiar.
Image

Image
Okno w pokoju "przesłuchań". Światło przebijające przez niedomknięte okiennice było jedynym i zazwyczaj ostatnim kontaktem podejrzanego ze światem.

Image
Plansze przybliżające historię tego miejsca, tego kraju. Tu młodzi Czerwoni Khmerzy, przyszłość narodu...

W paru salach wyeksponowano też zdjęcia "podejrzanych". Do zrobienia tych fotografii służyło odpowiednie krzesełko, do którego przywiązywano fotografowanych. Ręce związane z tyłu, potylica podtrzymana stalową podpórką...
Image

Image
Jedna z tortur - człowieka zawieszonego do góry nogami podtapiano w kadzi pełnej nieczystości.

Image
Jedyni aktualni mieszkańcy S-21 i jedyni, których obserwacja dała mi siłę, żeby przejść do kolejnego budynku.

Image
Cele. W środku zabetonowany łańcuch do którego byli przykuwani po powrocie z przesłuchań. W celi miejsca tyle, ile się akurat trafiło - prawie każda z tych wymurowanych na szybko komórek jest innej, ale małej, wielkości.

Image

Image

W jednym z budynków znajduje się wyciszona, klimatyzowana sala medytacji. W środku słychać muzykę medytacyjną, a zwiedzający są zachęcani do odpoczynku w tym miejscu i pomodlenia się do swojego boga w intencji ofiar.

Image

Image
Przed budynkami można spotkać byłego więźnia S-21, jednego z pięciu, którzy przeżyli. Promuje swoją napisaną w języku angielskim książkę. Można też z nim porozmawiać. Ja nie mogłam.

Image
Po wyjściu z muzeum musieliśmy odpocząć chwilę. Najbliższy bar, jakiś makaron, piwo, nieistotne. W sumie 6,5 USD. Pod wejściem na teren muzeum czekają kierowcy tuk tuków i proponują wycieczkę na Pola Śmierci. Nie da się tam dojść na piechotę, bo są położone za miastem. Jednak lepszym wyborem jest przejście paru przecznic i tam poszukanie kierowcy. Ceny przy samym muzeum są dużo wyższe. Nasz pan za swoje usługi wziął 15 USD (dojazd tam i z powrotem + oczekiwanie na miejscu), początkowa cena wynosiła 10 USD w jedną stronę.

Image
Na Pola Śmierci najlepiej podjechać tuk tukiem. Na ulicach często są korki, a tuk tuk jest dużo bardziej mobilny. Poza tym, może dojechać bocznymi, piaszczystymi dróżkami, w które większe samochody się nie pchają.

Image

Image
Pod samym wejściem na teren Pól Śmierci....

Image
Pola Śmierci. Miejsce masowych mordów i prowizorycznego pochówku ofiar reżimu Czerwonych Khmerów. Liczbę ofiar ocenia się na ok. 2,3 milionów...Cena biletu - 6 USD. Do każdego biletu dołączony jest obowiązkowy audioprzewodnik. To bardzo dobry pomysł, bo nawet gdy ktoś nie chce go używać, to raczej nie ma gdzie schować, więc w końcu i tak ubiera słuchawki na uszy. Dzięki temu na terenie Pól Śmierci panuje pełna szacunku cisza.

Image

Prawie w każdym miejscu Pól Śmierci znajdują się masowe groby. Po terenie chodzi się po drewnianych mostkach, a tabliczki proszą o patrzenie pod nogi, żeby nie deptać po ludzkich szczątkach. Dużo zostało wydobytych z ziemi, jednak, zwłaszcza podczas pory deszczowej, woda wymywa na powierzchnię coraz to nowe fragmenty kości. W wielu miejscach, tam, gdzie pogrzebane zostały ofiary, ziemia, podmyta deszczem, po prostu się zapada. Na całym terenie, właściwie co kawałek, spaceruje się między zapadlinami...

Image

Image

Znalezione szczątki są wyeksponowane w szklanych sześcianach.
Image

Image
Czasami, gdy ktoś znajdzie fragmenty kości, z szacunkiem kładzie je na ekspozycji. Nic więcej się nie da zrobić...

Image

Na samym końcu zwiedzania wchodzi się do stupy, która powstała dla upamiętnienia pamięci ofiar reżimu. Cała jest wypełniona czaszkami i kośćmi ofiar. Czaszki mają oznaczenia, w zależności od powodu śmierci. Zaduszenie drutem, uderzenie tępym narzędziem...

Ciężka i trudna wędrówka przez krwawą historię Kambodży. Jeżeli mogę tak określić, to owszem "cieszę się", że tam byłam, że mogłam złożyć szacunek ofiarom. Mieszkańcy Kambodży, jak mówią, wybierają życie, bez nienawiści, lęku. Nie chcą wracać do przeszłości, rozdrapywać ran. Jednak nie da się całkowicie odciąć od takiej tragedii. Przez cały pobyt w tym kraju widziałam może trzy osoby w okularach. Wprawdzie jakieś salony optyczne zaczynają się pojawiać, dosyć nieśmiało, jednak nie mają zbyt wielu klientów. Wszak Pol Pot rozpoczął swoje rządy od pozbycia się inteligencji, której atrybutem są okulary...

C.D.N.@becek, tak, właśnie o tym piszę. Żadnego rozliczenia nie było. Wtedy wyboru nie mieli, teraz, według słów mieszkańców, mają. I ich wybór jest taki - nie chcą rozdrapywania ran. Wolą żyć "normalnie". Trudno z tym dyskutować. Dla mnie trochę nie do pojęcia jest fakt, że Pol Pot i inni zbrodniarze nie ponieśli kary. A z drugiej strony nienawiść nakręca nienawiść, więc może jest w tym jakaś mądrość? Sama nie wiem. Trudno odnosić się do decyzji innych, nie będąc nimi.Jednak to dalej jakiś wybór....Pytasz o pierwszy akapit relacji? To fragment mojej rozmowy przy piwie z mieszkańcem Kambodży. Dlatego tak widzę tę sytuację. Natomiast sama idea wyboru jest zbieżna z moją prywatną teorią na temat podróżowania, więc tak mi się to poskladalo w całość. Stąd tytuł.
P.S. Wiesz, o czym teraz pomyślałam? O delegacji ze Szwecji...I, cholera, możesz mieć rację.......... Image

Szybki powrót do hostelu (przesadziłam :/ o ile dojazd do miasta poszedł faktycznie szybko, tak przeprawa przez zatłoczone ulice stolicy trwała dość długo. Korki. Nasz kierowca próbował kluczyć pomiędzy tysiącami aut, skuterów i dziwnych, wyglądających jak zlepek wszystkich możliwych elementów, pojazdów, ale i tak w końcu lądowaliśmy wewnątrz morza środków transportu czekających na światłach. Co nie było do końca takie złe, bo umożliwiało obserwację życia toczącego się wokół (głównie właśnie w owych pojazdach :) Prześliczna, na oko czteroletnia dziewczynka, zareklamowała nam np. nieświadomie jeden (chyba) z lokalnych przysmaków. Stojąc w bocznej przyczepie skutera, wyciągała jakieś kąski długim patyczkiem z trzymanej w rączce torebki. Następnie wyrzucała coś za siebie i oblizywała się z zadowoleniem. Temat zgłębiliśmy na kolejnych światłach :) Prawie wypadając z naszego tuk-tuka (ale po prostu MUSIELIŚMY wiedzieć :D podejrzeliśmy, że w torebce znajdują się małe muszelki, z których dziewczynka patyczkiem wygrzebuje malutkie ślimacze ciałka, a puste muszelki wyrzuca po prostu za siebie. Patrząc na zadowoloną buzię dziecka, momentalnie nabrałam apetytu na ten smakołyk, patrząc na zawartość torebki - momentalnie mi przeszedł :D

Image

Na kolację postanowiliśmy więc wybrać się w miejsce, które serwuje bardziej akceptowalne dla mnie pożywienie :D

Image
Pokaz robienia makaronu. Rozciągając ciasto między dłońmi, kucharz z kulki wyczarowywał długie, makaronowe paski. Nie mam pojęcia, jak można to zrobić. Wiem jedno - szybko :D Na tyle szybko, że nie udało się momentu rozdzielania ciasta uchwycić na fotografii :D

Image
Efekt - bardzo smaczny :) 2,5 USD.

Gdy syci i szczęśliwi (puszka - 1 USD :D usiedliśmy pod naszym hostelem, nadszedł moment, kiedy musieliśmy się zastanowić nad tym, co dalej zrobić z naszym życiem :D Początkowo planowaliśmy kolejnego dnia wyjechać do Angkor, ale poznany dzień wcześniej Irlandczyk (i, jak się okazało, ogromny miłośnik Kambodży) zdecydowanie nam to odradzał. "W Kambodży jest tyle pięknych, niedocenianych miejsc" - przekonywał. - "Jeśli zdążycie podczas tego wyjazdu, to Angkor możecie odwiedzić na sam koniec. Jeśli nie - no cóż, najłatwiej dostać się właśnie do Angkor na jakimś kolejnym wyjeździe. Spróbujcie najpierw innych terenów. Może się okazać, że tak wam zasmakują, że będziecie woleli tam zostać". Uznaliśmy, że może mieć rację (świadczył o tym fakt, że mieliśmy parę cech wspólnych - tak, jak i my, włóczył się wszędzie bez ładu i składu. I lubił piwo - co zdecydowanie wskazuje na "bratnią duszę" :D
W recepcji naszego hostelu kupiliśmy więc bilety do Kampot na kolejny dzień (9 USD). W cenie był dowóz na dworzec autobusowy, więc miła pani poinformowała nas, że mamy stać gotowi pod hostelem ok. 6.45-7.00 (odjazd autobusu o 7.30).

Karnie nastawiliśmy więc budzik na 6.00 (jedź na wakacje - mówili. Odpoczniesz- - mówili :D uznając, że tyle czasu wystarczy nam, żeby się do końca zebrać. Jednak mottem moich wyjazdów (wyjazdów? Chyba nawet całego życia :/ :D powinno być : "zawsze bądź przygotowana na wszystko", bo gdy rano głowa opadała mi dosłownie na umywalkę podczas mycia zębów, od drzwi wejściowych dobiegło głośne łomotanie. Po uchyleniu drzwi, stanęłam twarzą w twarz ze zdenerwowanym panem z recepcji, który głośno i dosadnie poprosił, abyśmy natychmiast zeszli na dół, bo wszyscy już na nas czekają i za chwilę spóźnimy się na autobus. Szybki rzut oka na zegarek - 6.10 (?), na pokój - połowa rzeczy leży jeszcze w różnych kątach (:/) Ale że co, Polak nie potrafi? :D 6.25, w pełnym rynsztunku zeszliśmy na dół. Faktycznie, nasz pick-up już czekał. Trochę głupio nam się zrobiło, gdy zobaczyliśmy, że w środku czeka na nas też paru innych turystów. Gdy zaczęliśmy się im nieporadnie tłumaczyć, że chyba coś źle zrozumieliśmy, siedzący w środku mężczyzna machnął tylko ręką - spokojnie, ja miałem być pod moim hostelem o 6.30, a z łóżka wyciągnęli mnie już po 5.00 :D Trochę nas to uspokoiło, a gdy podjechaliśmy pod kolejny hotel - nawet mocno :D Najpierw musieliśmy tylko uspokoić niemieckie małżeństwo, które czekając w hallu od umówionej 6.00 zdążyło wypić już parę kaw (i możliwe, że to ich tak bardzo pobudziło :D Trzeba przyznać, że z tą logistyką to panom z agencji trochę nie wyszło, ale za to byli naprawdę mili :)

Image

W Kambodży istnieje paru przewoźników autobusowych i każdy z nich ma osobne dworce. Nam trafił się akurat przewoźnik "168" i na takim właśnie dworcu się znaleźliśmy. Każdy z turystów z naszego pick-upa odjeżdżał w innym kierunku (przy okazji wydał się powód porannego zamieszania - małżeństwo z Niemiec wyjeżdżało o autobusem o 7.00, stąd taki pośpiech) (zastanawia mnie tylko jedno - skoro ok. 22.00, gdy kupowaliśmy nasze bilety, jeszcze nikt o nich nie wiedział, bo przecież podano by nam - chyba - wtedy inną godzinę zbiórki, to o której oni zamawiali swoje? O 2.00 ? :/

Image

Autobusów jest dużo i w różnych kierunkach (niestety, przy okazji dowiedzieliśmy się też, ile kosztuje bilet do Kampot zakupiony w kasie. 7 USD. Czyli po 2 dolary zapłaciliśmy za zwiedzanie różnych parkingów hotelowych i traumatyczną pobudkę. Ale, z drugiej strony, zaoszczędziliśmy dużo na kawie - nie wiem, ile musielibyśmy jej wypić, żeby podnieść sobie ciśnienie aż tak wysoko, więc w sumie się opłacało :D


Dodaj Komentarz

Komentarze (23)

julk1 20 października 2017 02:53 Odpowiedz
Zapowiada się dobrze. Zobaczymy co dalej z relacją :)
becek 20 października 2017 18:49 Odpowiedz
hmm, tam nie bylo zadnego rozliczenia, w niektorych wioskach ofiary mieszkaja po sasiedzku z katamiczesc kraju dalej w rekach Khmerówniektórzy zbrodniarze to dziś bardzo bogaci ludzie mający międzynarodowe kontrakty np. na drewnodziwny kraj i dziwni ludziePol Pat nigdy nie poniósł kary(nie liczac symbolicznej)
pestycyda 20 października 2017 19:06 Odpowiedz
@becek, tak, właśnie o tym piszę. Żadnego rozliczenia nie było. Wtedy wyboru nie mieli, teraz, według słów mieszkańców, mają. I ich wybór jest taki - nie chcą rozdrapywania ran. Wolą żyć "normalnie". Trudno z tym dyskutować. Dla mnie trochę nie do pojęcia jest fakt, że Pol Pot i inni zbrodniarze nie ponieśli kary. A z drugiej strony nienawiść nakręca nienawiść, więc może jest w tym jakaś mądrość? Sama nie wiem. Trudno odnosić się do decyzji innych, nie będąc nimi.
becek 20 października 2017 19:25 Odpowiedz
nie nie chcą tylko nie mogąbo to by oznaczało kolejna wojnę domowączerwoni maja swoje wojsko
pestycyda 20 października 2017 19:30 Odpowiedz
Jednak to dalej jakiś wybór....
namteh 20 października 2017 22:18 Odpowiedz
@pestycydaTo o wyborze to Twoja teoria czy gdzieś zasłyszana/wyczytana?
pestycyda 20 października 2017 23:02 Odpowiedz
Pytasz o pierwszy akapit relacji? To fragment mojej rozmowy przy piwie z mieszkańcem Kambodży. Dlatego tak widzę tę sytuację. Natomiast sama idea wyboru jest zbieżna z moją prywatną teorią na temat podróżowania, więc tak mi się to poskladalo w całość. Stąd tytuł.P.S. Wiesz, o czym teraz pomyślałam? O delegacji ze Szwecji...I, cholera, możesz mieć rację..........
gadekk 20 października 2017 23:56 Odpowiedz
@pestycyda Twoje relacje to jest poziom wyżej reszty! Czekam na dalszą część.
bozenak 23 października 2017 18:46 Odpowiedz
Znalazłam relację ;) ;) Coś tak za mną chodziło, że dawno Cię nie czytałam i znalazłam :lol: ;) 8-)
kumkwat-kwiat 29 października 2017 00:08 Odpowiedz
@pestycyda @becekGwoli ścisłości, nie można w 100% napisać, że nikt nie został rozliczony z reżimu czerwonych khmerów. Choćby Kang Kek Iew (aka Duch) został ostatecznie skazany w 2012 roku na dożywocie. Oczywiście jest to wyjątek potwierdzający regułę ale jednakowoż wyrok zapadł. Niestety były to raczej pojedyncze przypadki, a choćby poniższy dokument z 2002 roku (polecam obejrzenie) pokazuje, że część osób nie za bardzo okazuje skruchę i bez oporów przyznaje się do udziału w tej zbrodni:https://www.youtube.com/watch?v=47LmpFxM36AJako ciekawostkę można dodać, że w skład trybunału osądzające te zbrodnie wchodziła polska sędzia Agnieszka Klonowiecka-Milart. Pikanterii w całej sytuacji dodaje to, że po upadku reżimu w 1979 roku Czerwoni Khmerzy jeszcze przez kilka lat byli uznawani przez ONZ jako jedyni przedstawiciele Kambodży, a jeden z ich głównych przywódców (Khieu Samphan) jeszcze w 1998 roku beztrosko z pratyzantki przeszedł na stronę ówczesnego rządu. Z pewnością nie była to sytuacja sprzyjające do rozliczeń.Z zupełnie innej strony, w pawilonie "A" Tuol Sleng, wyraźnie zaznaczone jest aby nie robić zdjęć w celach na parterze. Przykro jest patrzeć jak ludzie nie są w stanie tego respektować i na dodatek wrzucają do sieci, zdjęcia skatowanych więźniów. Co do Pól Śmierci mam bardzo mieszane uczucia odnośnie "wychodzących z ziemi" kości i resztek ubrań. Rozmawiałem z wieloma osobami i znaczna ich cześć jest zdania, że po tylu latach i tak szerokich badaniach tego miejsca nic już z ziemi tej wielkości nie powinno wychodzić. Są to zatem najpewniej specjalnie pozostawione szczątki, aby zrobić wrażenie na zwiedzających. Mnie osobiście to zniesmaczyło, bo samo miejsce jest wystarczająco depresyjne i takie sztuczki nie są już tu potrzebne.
julk1 29 października 2017 01:43 Odpowiedz
pestycyda, fajna relacja. W sumie piszesz o zwykłych ludziach i zwykłych miejscach. Ale przez to relacja jest... niezwykła. W dodatku są piękne fotki. Az się chce podążać Waszymi drogami. Tylko drogo wychodzą hotele i posiłki :lol:
bozenak 4 listopada 2017 19:51 Odpowiedz
-- 04 Lis 2017 19:51 -- :lol: :lol: :lol: -- 04 Lis 2017 19:51 -- :lol: :lol: :lol:
ambush 5 listopada 2017 20:22 Odpowiedz
@pestycyda dzięki za miłe słowo - fajnie, że przydały Ci się moje informacje praktyczne. Niech nie zabrzmi to jak reklama :D ale gdyby ktoś poszukiwał info praktycznych zachęcam do swojej relacji - może też komuś się przydadzą, bo trochę tego tam spisałem: https://www.fly4free.pl/forum/angkor-wat-perla-kambodzy,216,101222A ja dorzucę jeszcze swoje 2 słowa do wcześniejszej rozmowy o więzieniu Tuol Sleng (S21). Sporo sam o tym myślałem, rozumiem obie strony. Z jednej strony ciężko sobie wyobrazić jak można mieszkać w pobliżu kogoś kto przyczynił się do zabójstwa twoich bliskich, jak można nie chcieć zemsty? No jak? I tutaj właśnie jest jeden z najbardziej mentalnych momentów w moim życiu. Rozmawiałem z kilkoma osobami pracującymi w więzieniu. W tym z jedną osobą, którą tam bardzo łatwo spotkać - czyli jedną z kilku osób która przeżyła pobyt w więzieniu. Jest on tam często i sprzedaje swoje książki. Tak czy inaczej jak ktoś z nim rozmawiał wie, że to nie byle handlara, która chce opchnąć Ci książkę. Widać, że człowiek przeżył swoje. I on, i wspomniane kilka innych osób mówiły w podobnym tonie: Ktoś musi przerwać nienawiść, ktoś musi przerwać zemstę i akt śmierć za śmierć. Jeśli ktoś tego nie zrobi to wojna, zabijanie i śmierć nigdy się nie skończą. Ich to bardzo boli, ale wolą poświęcić wolę swojej zemsty dla dobra ogółu. Bo ktoś musi przerwać łańcuch nienawiści. Żadnego rozliczenia nie było, to fakt. Opieszałość sądów, kontakty sprawców to spowodowały. Przez długi czas rzeczywiście byli sprawcy masakr mieli swoje wojsko i nikt nie chciał kolejnej wojny. Ale nienawiść rodzi nienawiść. Z tego powodu woleli ich olać i zostawić na tym swoim luksusowym wygnaniu. Ofiary miały dość nienawiści i brak woli zemsty. Dlatego woleli przyjąć ten stan zamiast kolejnej wojny, która pewnie doprowadziłą by do śmierci sprawców. Zamieść temat pod dywan w tym wypadku powinna być zrozumiana. Aha i jedna ważna uwaga: Tu to czytałem, a to często powielany błąd. Khmerzy to ludność zamieszkująca Kambodżę (aktualnie sporo ponad 90%). Nie ma to nic wspólnego z Czerwonymi Khmerami, bo ta nazwa określa ruch polityczny. Khmerzy byli i ofiarami i oprawcami. Dla uproszczenia jakby rusz polityczny powodujący wojnę domową w Polsce nazywał się Czerwoni Polacy. Khmer to nazwa ogólna rdzennego mieszkańca Kambodży. Tak jak np. Ormianin w Armenii.
pestycyda 6 listopada 2017 01:08 Odpowiedz
@ambush, dziękuję. Idealnie ubrałeś w słowa to, co myślę. To naprawdę nie jest łatwy temat...Dobrze, ma być szczerze, więc będzie. Do tej pory niezbyt chciałam się angażować w dyskusję na temat ludobójstwa. Przede wszystkim dlatego, że ten kraj to nie tylko Pola Śmierci czy Muzeum... To jest relacja z pobytu w Kambodży, kraju, który ma mnóstwo do zaoferowania. Piękne miejsca, historia, cudowni ludzie... Nie chciałam, żeby wątek został zdominowany tym jedynym tematem. Ważnym i strasznym, owszem, nie można go przemilczeć, ale nie jest tak, że Kambodża = tylko i wyłącznie terror Pol Pota. Relacje nigdy nie są obiektywne. Możesz się nie wiem, jak starać, ale i tak dany kraj postrzegasz przez pryzmat własnej wiedzy/doświadczeń/rozmów z miejscowymi/albo (to już moja własna teoria) - trochę z własnego wyboru (ja zazwyczaj decyduję się, owszem, pewnie z egoizmu, nie brać bardzo do siebie prób oszustw czy niemiłych sytuacji. Uważam, że źli ludzie są wszędzie i robię, co mogę, żeby to nie rzutowało na moją ocenę danego miejsca. Bo w przeciwnej sytuacji najbardziej stratna będę właśnie ja - niepotrzebne mi nerwy i złość na wakacjach). Nawet wybór określonych zdjęć do relacji obiektywny nie jest - konkretne obrazy rzutują na sposób widzenia kraju przez ludzi, którzy tam jeszcze nie byli...W przypadku tak trudnego tematu jak ludobójstwo, starałam się nie przekazywać tego, co myślę, a skoncentrować się wyłącznie na tym, czego dowiedziałam się od miejscowych osób. Owszem, może się tu rodzić podejrzenie, że obraz, który otrzymałam, nie jest w 100% zgodny z prawdą (tak, jak w przypadku szwedzkiej delegacji za czasów Pol Pota), ale nie mam innego.... Oprócz tego, mam tylko to, co myślę, coś, co jest zupełnie i całkowicie subiektywne. A myślę (choć trudno tu się wypowiedzieć, bo nie jestem na miejscu Khmerów i, mam nadzieję, nigdy nie będę), że gdybym była w takiej sytuacji, tu i teraz, i miałabym do wyboru - zemsta i rozliczenie albo przyszłość moich dzieci, którym mam szansę dać wykształcenie i przygotować je do życia bez nienawiści, bez mrugnięcia oka wybrałabym to drugie. Właśnie dlatego, żeby nie nakręcać zła.Kolejna sprawa - @kumkwat_kwiat, nie mogę z Tobą polemizować w kwestii zdjęć w Tuol Sleng. Możliwe, że były tam tabliczki z zakazami. Ja po prostu ich nie widziałam - owszem, mogło to wynikać z faktu, że wizyta w tym miejscu była dla mnie bardzo emocjonalna i strasznie trudna. Mogłam nie zwrócić na nie uwagi. Jeśli były, to faktycznie, złamanie przez nas zakazu nie było fair. I tak, zrobiło mi się głupio. Natomiast, w oderwaniu od zakazu, zupełnie prywatnie uważam, że nie pokazywanie takich obrazów, niestety nie spowoduje, że ta tragedia zniknie....I jeszcze jedno pytanie @ambush. Masz całkowitą rację, co do używania słowa "Khmer". Jednak nie zauważyłam, żeby w tym wątku zostało użyte niezgodnie ze znaczeniem. Coś przeoczyłam?Prawie coming out :)Miłej nocy.
ambush 6 listopada 2017 09:07 Odpowiedz
@pestycyda tutaj lekkie sprostowanie, bo faktycznie nie napisałem precyzyjnie - w Twojej relacji nie było żadnego błędu związanego z Khmer. Ten błąd zauważyłem tutaj w 1 czy 2 w komentarzach ludzi komentujących i to do nich był ten tekst :)
namteh 13 listopada 2017 14:00 Odpowiedz
@pestycydaA wiesz coś może o przeszłości tej pływającej wioski? Z czego żyli 50 lat temu? Czy ta wioska istniała 50 lat temu?Strasznie dziwne miejsce... Z jednej strony kasują 20$ za wjazd (co jest pewnie kupą kasy) a z drugiej "łapią za serca" zeszytami dla dzieci... Albo te kobiety kręcą albo są bardzo wykorzystywane.
pestycyda 13 listopada 2017 18:01 Odpowiedz
@namteH , mam wrażenie, że cała wioska jest wykorzystywana. Bardziej wyobrażałam sobie, że podjedziemy na przystań, znajdziemy jakąś łódź i zapłacimy sternikowi. On nas zawiezie do wioski, a tam się zapłaci np. nie wiem, komuś w rodzaju sołtysa, coś takiego (że już nie wspomnę, że w swojej naiwności myślałam, że pieniądze pójdą na rozwój wioski :/ Myślałam, że to będzie bardziej coś w stylu "datku na rozwój") Tu podjeżdżasz pod normalne kasy, kupujesz bilet od osób w mundurach (nie mam pojęcia jakich - może to po prostu uniformy stylizowane na militarne) i własny transport podwozi Cię na wał, gdzie stoi mnóstwo łodzi. Dziwna sytuacja.Wioska, wg. Lom Lama, bo jedyną wiedzę mam od niego (nikt inny nie mówił po angielsku, z wyjątkiem pań z pływających sklepów, ale one miały konkretny zasób zdań "handlowych"), raczej nie istniała 50 lat temu. Została zbudowana przez Kambodżan, którzy odłączyli się od innej pływającej wioski (w której mieszkali z Wietnamczykami. Podobno Wietnamczycy nie byli zbyt przyjaźnie nastawieni - ani do innych mieszkańców, ani do turystów, którzy co jakiś czas próbowali się im szlajać po terenie). Mam wrażenie, że odkąd powstała, żyje trochę z turystów (a raczej z tego, co ewentualnie zostawią bezpośrednio w wiosce - wycieczki na łodzi z kobietami, jakieś restauracyjki itp.), trochę z rybołówstwa. Być może niektórzy mieszkańcy zarabiają jakieś pieniądze na podwożeniu turystów łodziami z wału do wioski, choć nie sądzę, żeby to były ich własne łodzie, więc to raczej na pewno są grosze...Pytałam Lom Lama, czy mieszkańców nie denerwuje fakt, że ciągle ktoś obcy się im po wiosce plącze. Odpowiedział, że się z tego cieszą, bo zawsze jest szansa, że ktoś coś od nich kupi. Trudno powiedzieć, jaka jest prawda. Ale poważnie interesuje mnie kto na tym zarabia i dlaczego ci ludzie się na to zgodzili (pewnie jest jakieś prawdopodobieństwo, że dostają część pieniędzy z biletów, ale szczerze? Nie sądzę. A 20 USD to w Kambodży naprawdę duża stawka).
margita 14 listopada 2017 12:12 Odpowiedz
Byłam w Kambodży mniej więcej w tym samym czasie. Wycieczkę do pływającej wioski kupiłam w Siem Rap w biurze za 16 USD od osoby. Był to zachód słońca nad jeziorem, zabrali nas z hotelu, przejazd do przystani, łódka, zwiedzanie świątyni, wioska, restauracja i kobiety na łodziach, podziwianie zachodu słońca ( i ta sama dziewczyna sprzedając z łodzi w różowej bluzce) i powrót. Dodatkowo nic nie płaciliśmy i nie słyszałam o 20 USD za wejście do wioski. Nasz przewodnik był fantastyczny i bardzo szczerze i dużo opowiadał. W wiosce jest prąd, maja tv i życie jest trochę na pokaz dla turystów. Byliśmy w szkole i ze smutkiem muszę stwierdzić, że wszędzie po ziemi walały się porozrzucane zeszyty, ołówki i długopisy. Dzieciaki chcą już czegoś innego, tego mają dosyć. W Kambodży wcale tanio nie jest, wszędzie płaci się w dolarach, dla nas to niekorzystny przelicznik. W Siem Rap jedzenie jest drogie, jedynie ciuchy da się wytargować po 1 USD i hotele są tanie w dobrym standardzie.
maginiak 3 grudnia 2017 02:00 Odpowiedz
Quote:Wychodzi na to, że jest gorzej, niż myślałam - skoro Ty za całą wycieczkę w agencji zapłaciłaś 16 USD (z dojazdem na przystań, łodzią, przewodnikiem itp), to chyba znaczy, no właściwie nie wiem, co znaczy :/ :D Chyba tylko tyle, że przepłaciliśmy straszliwie, bo w naszych 20 USD mieliśmy jedynie łódź :/ :D Ale w takim razie jestem już pewna, że wioska nic z tych pieniędzy nie dostaje, a bilety w kasie sprzedaje hmm...agencja wynajmu łódek (?) :/@pestycyda Może Cię pocieszę...Byliśmy w Kampong Phluk wczoraj i zapłaciliśmy za łódź po 25 $ od osoby :/ :D (aż musiałam zacytować Twój awatar z tego wszystkiego ;))Cena zależy podobno od ilości osób, większe grupy płacą po 15 $. My byliśmy we trójkę z dzieckiem i Młody niby nic nie płacił ale tylko niby. Kupowaliśmy wycieczkę w hotelu i mam wrażenie, że istnieje jakiś układ między hotelami, kasjerami i sternikami... W każdym razie jestem niemal pewna, że ludzie z wioski nie dostają z tej kasy nic. Żeby tego było mało, sternik po zakończeniu wycieczki zażądał dodatkowych pieniędzy dla siebie. Odmówiliśmy.Za przejażdżkę po zalanym lesie z kobietą z wioski zapłaciliśmy dodatkowo 10$. Kobieta, która prowadziła sprzedaż zeszytów i napojów na łodzi była niestety dość natarczywa, wzięliśmy dwa napoje i mango, ona nalegała byśmy kupili coś dodatkowo dla Pani, która nas wiozła i za wszystko policzyła nam 16$. Kiedy powiedziałam, że to za dużo, tłumaczyła że koszty dowiezienia tych towarów do wioski są bardzo wysokie i że to przecież dla wnuków tej Pani a ja sama mam dziecko i powinnam rozumieć. Ale jakoś mnie nie przekonała. Ostatecznie wymieniła paczkę ciastek na mniejszą i bardzo stanowczo nalegała bym zapłaciła 11$, co w końcu zrobiłam bo cóż było robić.Pani która nas wiozła, jeszcze podczas przejażdżki dałam dodatkowe pieniądze i chociaż tego jestem pewna, że mogła zachować je dla siebie. Generalnie po wizycie w pływającej wiosce nie mogę się za bardzo otrząsnąć i pół nocy mi się to wszystko śniło. Tym bardziej, że jedyny moment, który mógł być naprawdę miły i relaksujący - czyli wypłynięcie na jezioro podczas zachodu słońca - zakończył się po minucie. Moje dziecko oświadczyło że chce kupę :/
pestycyda 3 grudnia 2017 16:24 Odpowiedz
@maginiak, wiem. Po pobycie tam miałam podobne uczucia, jak Ty. I już olać te 20 USD, bardziej chodzi o to, kto i dlaczego to dostaje. W wiosce z jednej strony duża bieda (sama widziałaś), z drugiej - kobiety na łodziach sprzedające produkty, co, moim zdaniem, świadczy o próbie zdobycia pieniędzy za wszelką cenę. Z braku innych możliwości właśnie (chyba, że muszą je komuś oddawać????) Mnie chyba najbardziej zasmuciły "zachęcające" do zakupu teksty - zawsze te same, wymawiane głosem robota, według tego samego schematu. Tak, jakby ktoś je przeszkolił, kładąc nacisk na najbardziej łapiące za serce elementy. A gdy odpowiesz cokolwiek innego, coś, co nie mieści się w "standardowej" rozmowie - patrzące na ciebie bez zrozumienia i powracające do znanych sobie zdań. Strasznie to smutne...Natomiast po :maginiak napisał: Do tego jedyny moment, który mógł być naprawdę miły i relaksujący - czyli wypłynięcie na jezioro Tonle Sap podczas zachodu słońca - zakończył się po minucie. Moje dziecko oświadczyło że chce kupę :/Przepraszam, ale muszę wstawić przynajmniej cztery moje avatary :DUdanego dalszego pobytu w Kambodży!!! :)
marta76 20 grudnia 2017 18:21 Odpowiedz
Pestycyda, długo się zastanawiałam, czy napisać, ale...Rozważ, proszę, usunięcie z tego wątku dwóch zdjęć - zdjęcia fotografii skatowanego więźnia (z celi w Tuol Sleng)...I - inny kaliber, ale mimo wszystko - zdjęcia z targu z rozczłonkowanymi, pobitymi na śmierć psami. Zawartość tych zdjęć jest drastyczna.Napisałaś, że niepublikowanie takich zdjęć niczego nie zmieni - ja uważam nieco inaczej, publikacja takich zdjęć wywołuje - a przynajmniej może wywołać bardzo silną reakcję, szok, wstrząs u odbiorców. Dlatego ich publikacja powinna być poprzedzona ostrzeżeniem.Zwykle tak silnym przekazem operuje się świadomie, chcąc uzyskać określoną reakcję, sprowokować... no właśnie, co?... dyskusję, dążenie do zmiany? Tu nie ma przecież mowy o żadnej możliwości zmiany. U Europejczyka możesz spowodować co najwyżej potworną frustrację.Pozdrawiam,
pabloo 20 grudnia 2017 19:18 Odpowiedz
No bez przesady, mnie dreszcze niedobrze na widok krokodyli, bardzo proszę o niezamieszczanie na forum zdjęć krokodylków. Zdjęcie ze sklepu mięsnego drastyczne? Czas wyjść z domu i zobaczyć, że świat tak wygląda. Relacja na tym forum ma to do siebie, że ma możliwie najlepiej pokazać odwiedzane miejsce, a chyba taka właśnie jest Kambodża, czy się to komuś podoba czy nie.A na zdjęciu ze skatowanym człowiekiem przecież prawie nic nie widać.
pestycyda 25 grudnia 2017 16:04 Odpowiedz
W jednych relacjach piszą człowiekowi, żeby dodać zdjęcia, bo zniknęły, w innych - żeby usunąć. No nie dogodzisz ;)@Marta76 - nie jest to łatwy temat i na pewno nie na rozmowę przez sieć, gdzie słowa czasem umykają i bardzo brakuje kontaktu niewerbalnego. Przykro mi, że zdjęcia spowodowały u Ciebie frustrację. Nie jestem z tego dumna i nie taki był cel ich zamieszczenia. Dla mnie to też nie były łatwe momenty, a emocje tkwią we mnie do dziś. Jadąc do Kambodży mniej więcej wiedziałam, czego się mogę spodziewać, jednak "spodziewać się" a "zetknąć z" to dwie różne rzeczy. Uważam, że jednym z celów relacji jest, jak powiedział @Pabloo, przygotowanie potencjalnych odwiedzających do tego, aby wiedzieli z czym mogą się zetknąć. A Kambodża pod względem elementów spoza naszego kręgu kulturowego jest bardzo rozbudowana...Psy. Zdjęcie nie różni się od zdjęć martwych ryb na targu, kur czy świń. Różni się natomiast sposobem "uboju" - i to jest według mnie drastyczne. Niestety, niewiele osób o tym wie i stąd sytuacje, w których Europejczyk jedzie gdzieś do Azji, chce przeżyć/spróbować czegoś "egzotycznego" i zamawia psa. Na talerzu dostaje kawałek ładnie wyglądającego mięsa i poczucie "jestem twardy, zrobiłem to". Nie wie natomiast/nie ma świadomości/nie interesuje się, że w pewien sposób nakręca cały ten krwawy biznes. Czasami jedno zdjęcie z opisem potrafi zmienić myślenie paru osób. I jak najszczerzej życzę tego właśnie temu zdjęciu.Tuol Sleng. Miejsce straszne. Nie potrafię znaleźć słów, żeby to opisać. Chyba zresztą większość osób odwiedzających tak ma - to przeżywa się "do wewnątrz", o tym się nie da rozmawiać. Pozostaje wyjście - przemówić obrazami. Takich zdjęć wisi tam bardzo dużo i każdy odwiedzający ogląda je w milczeniu. Są niestety częścią i historią tego miejsca. I nie da się zamknąć oczu i udawać, że to się nie zdarzyło, choć tak pewnie byłoby dla psychiki najwygodniej.......Pokazywanie takich obrazów jest ważne - żeby pamiętać, żeby wiedzieć, do czego pewne działania mogą doprowadzić..... @Marta76 , cóż mogę Ci więcej napisać? Cieszę się, że powiedziałaś o swoich emocjach, choć pewnie dla Ciebie też to nie było łatwe. Piszę teraz relację z Nepalu - zapraszam. Zaręczam Ci, że tam nie ma żadnych zdjęć, które mogłyby być emocjonalnie ciężkie. Pozdrawiam.