0
puhacz 6 stycznia 2018 15:20
[Będzie to słów kilka o Brunei i najbliższej, malezyjskiej, okolicy]

Słowo "Brunei" wpadło mi kiedyś przez ucho prosto do mózgu, zakotwiczyło na dobre i co jakiś czas powracało, jak jakaś natrętna myśl. Prawie niczego nie wiedziałem wcześniej o tym kraju, no może tylko tyle, że Sułtan ma dużo pieniędzy i sporą ilość klasyków w garażu. Pomimo braku choćby podstawowej wiedzy zawsze mnie tam jakoś niezdrowo ciągnęło. W pierwszej połowie 2017 roku zakupiłem bilety do Manili w promocji Cebu, usiadłem z mapą i kajetem, zacząłem planować dalsze ruchy no i mój wzrok padł na lotnisko BWN. No to może wreszcie tam?

Z opinią, że Brunei jest puste i nudne spotkałem się wielokrotnie, zarówno przed wizytą tamże jak i w jej trakcie. Ostatecznie, co nie jest chyba zbyt popularne wśród podróżników, ten mały dziwny kraj spodobał mi się na tyle, że dwa miesiące od pierwszej wizyty, sam nie wiem do końca czym kierowany, powróciłem do Bandar Seri Begawan, stolicy Brunei. No dobra, właściwie wiem dlaczego wróciłem ale też nie wszystko się nadaje na forum ;) Składając wszystkie pobyty do kupy spędziłem tam ponad dwa tygodnie. Co nieco zobaczyłem ale przede wszystkim zapoznałem się mieszkańcami tego na pierwszy rzut oka przyjemnego do życia kraju, który jak się po głębszym zapoznaniu okazało, ma taż i swoje ciemne strony.

Atrakcje stolicy

W Bandar Seri Begawan jest kilka miejsc, które odwiedzić warto. Inna sprawa, że nie ma tutaj zbyt wielu atrakcji turystycznych - dwa dni na stolicę spokojnie wystarczą a gdyby zacząć zwiedzanie wczesnym rankiem to szybki obieżyświat odhaczy wszystkie 'must see' z przewodnika w ciągu jednego dnia. To z czego najbardziej słynie Brunei (poza ropą, kasą, rodziną królewską i szwagrem sułtana, który nazwał swój jacht Cycki) to z całą pewnością wioska na wodzie, miejsce pierwszej lokacji stolicy jak i całego kraju. Podobno jest to największa wioska na wodzie na świecie.


01.JPG



02.JPG



Po wiosce spaceruje się wprost przemiło choć niekiedy przyjemność zależna jest od temperatury. Ta zwykle kręci się koło 26-28’C, nie ma więc tragedii. We wrześniu spotkałem się tam jednak z falą upałów i na termometrze było sporo ponad trzydzieści kresek, przez co zwiedzając Water Village nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że w tym kraju nie ma żadnych ludzi. Nie ma tu cienia przesady (w ogóle o kawałek cienia nie było łatwo). W ciągu dnia, podczas naprawdę długiej przechadzki, nie spotkałem ani jednej osoby. Dwie małpy, jeden kot i kilka śmigających od brzegu do brzegu moto-taxi. Niczego i nikogo ponadto. Dopiero w listopadzie przekonać się mogłem, że tu naprawdę żyją ludzie.


03.JPG



Wioska jest w dużym stopniu samowystarczalna. Znajdzie się tu i szkoła, i meczet, straż pożarna, wytwórca motorówek a nawet kilka umiarkowanie dobrze zaopatrzonych sklepików. Znajdzie się też ogromna ilość śmieci. Plastik poruszający się z gracją po falach dobija do jednej z niewielu wysypek gdzieś w środku wioski i tam pozostaje. Na jak długo tego nie wiem, ale nie wyglądało na to, by komukolwiek poza mną ten widok jakoś szczególnie przeszkadzał. Brnąc dalej w tematy mniej dla oka przyjemne uważnemu obserwatorowi nie umknie fakt, że duża część domów nie jest jeszcze podłączona do systemu kanalizacji. Choć ludzi poruszających się na zawieszonych w powietrzu chodnikach nie widać, to co jakiś czas tu i ówdzie widać i słychać spadające prosto do rzeki fekalia.


04.JPG



05.JPG



06.JPG



07.JPG


(Powyżej: śmieci, straż pożarna na wodzie, mikro stocznia i meczet. Na wodzie, a jakże)

Atrakcją samą w sobie jest podróż do wioski. Ropa w Brunei jest tania toteż silniki moto-taxi to prawdziwe potwory. Łódka na odcinku brzeg – wioska nie rozwijają może jakiejś zawrotnej prędkości za to podczas wycieczki w górę rzeki, na nosacze i krokodyle, okazuje się że są to jednostki naprawdę szybkie. W tym miejscu powinno pojawić się kilka zapierających dech w piersiach zdjęć nosaczy i krokodyli niestety podróżuję ze starym aparatem, który nie jest w stanie robić satysfakcjonujących zdjęć na odległość. Nawet z tymi z bliska nie najlepiej sobie radzi ;) Inną niespodziewaną atrakcją we wiosce może być spotkanie małpy. Tak wiem, nie jest to nic szczególnego, warto jednak pamiętać, że wioskowe chodniki zbudowane są kilka metrów nad wodą, mają góra 1.5 m szerokości, i obie strony (i małpa i człowiek) są nieco skonfudowane koniecznością wyminięcia się na tej niewielkiej przestrzeni.


08.JPG



Jakby na moment zapomnieć o śmieciach i 'zrzutach' lądujących w rzece (czego prawdę mówiąc nie dostrzega się wcale tak często) to wioska na wodzie jest rzeczą naprawdę miłą dla oka. Można tu też ponoć dostać szmuglowane z Indonezji fajki ale o problemach palących i pijących w Brunei będzie jeszcze w tej relacji nieco później.

.Najbardziej popularnym miejscem uwiecznianym na widokówkach z Brunei Darussalam jest meczet Sułtana Omara Ali Saifuddina. Bryła meczetu wzorowana jest na Taj Mahal a jego złote kopuły rzeczywiście przyciągają wzrok. Meczet oglądany od strony południowo-zachodniej stoi nad brzegiem wody co dodaje mu jeszcze większego uroku. Wewnątrz, jak to w meczetach zwykle bywa, urządzony jest dość skromnie ale i tak warto rzucić tam okiem. Choćby z tego prozaicznego powodu, że można chwilę odsapnąć od upału w miłym, klimatyzowanym otoczeniu.


DSCF7635.JPG



DSCF7637.JPG



Część przeznaczona dla niemuzułmanów jest niewielka (kilka metrów kwadratowych) i dostępna jest jedynie w określonych godzinach, czyli poza tymi, które przeznaczone są na modlitwę. Piątkowe preyer times są traktowane w Brunei bardzo poważnie. Przedsiębiorstwa państwowe tego dnia nie pracują w ogóle (w zamian za to pracują w soboty) natomiast przedsiębiorstwa prywatne dają swoim pracownikom dwie godziny wolnego na modlitwę w ciągu dnia. Nie cieszy to szczególnie pracowników innych wyznań – z racji przerwy siedzą w piątku w robocie o dwie godziny dłużej, bowiem przerwa dotyczy wszystkich.


DSCF7650.JPG



Nie jest to ani najstarszy ani największy meczet w Brunei ale jest zdecydowanie najbardziej widowiskowy. Dodatkowo od jesieni 2017 r. można go oglądać w otoczeniu imponującego Ecoparku. Jak wiele w rzeczy w tym kraju zrobiony jest z pewnym rozmachem. Choć nie zajmuje jakiejś niewyobrażalnej powierzchni to swoje i tak kosztował – sprowadzono i zasadzono tutaj drzewa z Madagaskaru. Miejscowi mówią, że każde z nich kosztowało 1 milion dolarów Brunei (~2,5 mln złotych). Tej informacji nie weryfikowałem w żaden sposób ale nawet gdyby kosztowały połowę tego, to aż żal patrzeć na jedno z tych drzew, któremu w klimacie Borneo nie bardzo odpowiadało i uschło.


IMG_20171118_151038.jpg



Meczet wraz najbliższą okolicą (Ecoparkiem, Centrum Handlowym Hua Ho i wybrzeżem) stanowi też świetne miejsce do spacerów po zmroku - praktycznie wszystkie budynki, chodniki i pomniki są oświetlone. Dodatkowej przyjemności przechadzce nadaje fakt, że w Bandar Seri Begawan można zgubić się choćby w najciemniejszej ulicy po zmroku a mimo tego dalej można stawiać dolary przeciwko orzechom, że żadne niebezpieczeństwo tam nie grozi.


DSCF7660.JPG



IMG_20171118_200712.jpg



Kolejną lecz nieco mniej oczywistą atrakcją są imponujące zachody słońca na które co wieczór zjeżdżają się miejscowi do luksusowego hotelu Empire. Naprawdę to robią i to wielokrotnie w ciągu roku; jest to dla nich jakaś alternatywa dla niemal zupełnego braku rozrywek w kraju. Przyznać muszę, że gdy usłyszałem propozycję wspólnego wypadu na zachód słońca, to ostatnie na co miałem ochotę, to w tym uczestniczyć. Musiałem jednak zwrócić honor – była to naprawdę urzekająca i miła dla oka chwila. Nawet zdjęcia robione telefonem nie wyszły bardzo haniebnie.


IMG_20171119_181118.jpg



.[Obiecany malezyjski przerywnik]

Brunei może być także niezłą bazą wypadową do Malezji Wschodniej, w szczególności stanów Sabah i Serawak. Wielu podróżników traktuje Brunei tranzytowo podczas pokonywania popularnej trasy trawersującej północ Borneo. Zwykle jest to droga z Kuching do Kota Kinabalu lub odwrotnie. W pobliżu wschodniej granicy Brunei leży wspomniane Kota Kinabalu, do którego zwykle zmierzają miłośnicy górskich wędrówek. To właśnie tam można zdobyć najwyższy szczyt Malezji - Mt. Kinabalu. Po krótkim zastanowieniu wybrałem się jednak na zachód od Brunei, czyli do Miri oraz nieodległego Parku Narodowego Mulu.

Miri

Cóż ciekawego jest w Miri? Zapyta ktoś, kto kiedyś był w tej leżącej na ropie mieścinie. Otóż rzeczywiście - z naszego punktu widzenia nie ma tam zupełnie nic ciekawego. Natomiast dla znudzonych codziennością w sennym Brunei, Miri jest bardzo interesujące. Są imprezy, można kupić alkohol i fajki, ogólnie się wyluzować bez obaw czy to co się aktualnie robi jest halal, czy raczej nie bardzo. Będąc pierwszy raz w Brunei, nie dłużej niż godzinę po wylądowaniu, moi gospodarze zapytali mnie: jedziesz z nami jutro do Malezji? Choć ta propozycja odbiegała nieco od moich planów to mimo wszystko dałem się namówić na imprezowy wypad z jedną nocką. Jak się dowiedziałem, wielu Brunejczyków decyduje się na takie cotygodniowe imprezowe wypady (przez co przejście graniczne w weekendy jest atrakcją dla wybitnie cierpliwych). Nie żałuję że dałem się namówić; mieszkańcy Brunei są tam jak spuszczeni ze smyczy ale właściwie nie bardzo jest się czemu dziwić.

(Podobno przyjechała jakaś znana DJ z Kuala Lumpur. Nie wiem, nie znam się)

IMG_20170923_231000.jpg



Park Narodowy Gunung Mulu

Choć noc w Miri jest miłym doświadczeniem to jednak dużo ciekawszym i godnym polecenia miejscem jest znajdujący się nieopodal Park Narodowy Mulu, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Niemalże pusty ATR-72 pokonuje odległość z Miri do Mulu w około 20 minut a w czasie lotu załoga pokładowa linii MASwings częstuje orzeszkami i sokiem w kartoniku. Widoki za oknem są naprawdę miłe dla oka - jest to krótki lot, z wybrzeża w głąb Borneo, przez co niemal w całości odbywa się nad dżunglą a w dodatku z uwagi na krótki czas trwania ATR mknie po niebie na bardzo niskim pułapie. Bilet w obie strony nie jest bardzo drogi i kosztuje około 85 zł w jedną stronę.


IMG_20171114_175031.jpg



Interesujących rzeczy w Mulu jest na kopy ale dwa najmocniejsze punkty parku to jaskinie i awifauna. Prawie trzysta gatunków ptaków w tym ponad 20 endemitów Borneo - to musi robić wrażenie. Ze stworzeń latających jeszcze większe wrażenie mogą zrobić nietoperze. Najchętniej oglądanym w parku spektaklem natury jest tak zwany Bat Exodus. I rzeczywiście jest to prawdziwy eksodus, masowa migracja, jak na zawołanie codziennie około godz. 17:00, nietoperze w liczbie od 2 do 3 mln (milionów!!!) opuszczają jaskinię Deer Cave i udają się na kolację. Dokładna liczba nietoperzy nie jest znana ale według różnych szacunków waha się właśnie między 2 a 3 miliony (w tej tylko, jednej jaskini). Wspomnianą jaskinię można zwiedzać i jest to wspaniała okazja aby na żywo zobaczyć jak wyglądają góry usypane z guano. Uwaga: śmierdzi. Spektakl ów jest przy okazji odpowiedzią na pytanie, dlaczego pomimo tego, że znajdujemy się w środku dżungli, dookoła nas nie ma prawie żadnych komarów.

O eksodusie krótki filmik (nie mojego autorstwa) który znalazłem na YouTube:
https://www.youtube.com/watch?v=g8TYuBac7d8


DSCF8407.JPG



Park oferuje ponadto szeroką gamę innych atrakcji. Wśród nich jest kilka interesujących ścieżek dydaktycznych choć niektóre z nich można przejść wyłącznie z przewodnikiem. Jedną z takich jest nocny spacer po dżungli w okolicy kwatery głównej parku. To niesamowite ile zwierząt można zobaczyć po zmroku – wystarczy wiedzieć gdzie patrzeć. Brakowało mi trochę tego, co zazwyczaj robi największe wrażenie czyli ssaków, zwłaszcza dużych ale wiszące nad głową węże i uciekające ze ścieżki skorpiony także pozostawiają w pamięci taką przechadzkę.


IMG_20171114_201258.jpg



IMG_20171114_201709.jpg



IMG_20171115_075057.jpg



Nie ma co ukrywać, że to co ściąga do Mulu największe ilości odwiedzających to jaskinie. Znajdzie się na przykład taka, której korytarze liczą ponad 200 km długości (Clearwater Cave). O takiej w której mieszka prawie 3 miliony nietoperzy już wspomniałem. Kilka innych jaskiń jest natomiast znanych z uwagi na rzadkie formacje, które wytworzyć mogą się wyłącznie w takim klimacie jak na Borneo czyli bardzo deszczowym. Są i takie, które wyglądają podejrzanie znajomo…


IMG_20171115_162131.jpg



… i takie, w których można poczuć dreszczyk emocji. Oprócz jaskiń pokazowych (Show Caves) dostępnych dla wszystkich i pełniących funkcje edukacyjne, na terenie parku spotkać możemy także i te jaskinie, które czekają na żądnych przygód śmiałków (m.in. jaskinie Racer Cave i Clearwater Connection). W praktyce okazuje się, że adventure caving (taka amatorska speleologia) to właściwie nic strasznego ale brak lęku wysokości i klaustrofobii na pewno ułatwia przejście trasy. Obiektywnie – momentami bywa niebezpiecznie, zwłaszcza na sekcjach linowych liczących kilka metrów wysokości, gdzie jedynym zabezpieczeniem jest siła naszych rąk oplatających nieco wilgotną linę asekuracyjną. Żeby pokonać trasę wystarczy przeciętna kondycja fizyczna i odrobinka odwagi. Pomimo wiszących nad głowami węży i raźno hasających po ziemi ogromnych pająków naprawdę warto tego spróbować.


DSCF8453.JPG



DSCF8470.JPG



Lot powrotny z Mulu do Miri znów trwał około 20 minut, znów serwowano orzeszki i soczek, znów można było podziwiać z okien dżunglę i meandrującą gdzieś w dole rzekę. Na żyletki zdążyłem na ostatni tego dnia autobus z Miri do Bandar Seri Begawan i późnym wieczorem byłem ponownie w Brunei żeby jeszcze lepiej poznawać ten dziwny mały kraj.

.Atrakcji w stolicy cd.

W Brunei Darussalam wszystkie muzea zwiedzamy na koszt Sułtana. Narodowe muzeum morskie, Royal Regalia, Historii Brunei, Muzeum Technologii i inne – wszystkie za darmoszkę. Jest tylko jeden kłopot. Do niektórych muzeów nie wolno wchodzić z telefonami ani aparatami fotograficznymi toteż trudno o pamiątkę w postaci zdjęcia. Co więcej, niektóre obiekty, m.in. Royal Regalia, dostępne są dla zwiedzających wyłącznie na boso. Ja akurat lubię ten zwyczaj ale wiem, że nie wszystkim jest to w smak. Zwłaszcza że posadzki są kamiennie a klima chodzi oczywiście na maksa.

Zdecydowanie najciekawszym muzeum jest Royal Regalia, czyli muzeum w którym zgromadzono prezenty podarowane Sułtanowi przez głowy państw, światowe i krajowe organizacje, stowarzyszenia, fundacje i wszystkich innych, którzy z tego czy innego powodu chcieli lub musieli się głowie państwa podlizać. Jeden upominek szczególnie przykuł moją uwagę. Gdy go ujrzałem powiedziałem do siebie: Wy Rosjanie to jednak macie poczucie humoru! W gablocie przede mną widniał kryształowy kontur Półwyspu Krymskiego ozdobiony pięknie rosyjską flagą. Był to niedawno podarowany prezent od prezydenta Putina.


Meczet.jpg



Poza całkiem interesującymi i darmowymi muzeami w stolicy można również zawiesić oko na innym imponującym meczecie (foto powyżej) o łatwej do zapamiętania nazwie Jame' Asr Hassanil Bolkiah. Jest to największy meczet w kraju i podobnie jak ten położony w pobliżu Ecoparku dostępny jest dla niemuzułmanów wyłącznie w określone dni, w określonych godzinach.

W Bandar Seri Begawan można także łatwo poczuć, jak to jest być w lesie deszczowym. Znajdziemy tu kilka rozległych parków z całkiem pokaźną siecią znakowanych ścieżek. Niby jest się w stolicy kraju a jednak pokonanie niektórych z tras zajmuje wiele godzin co przy uwzględnieniu temperatury i wilgotności powietrza stanowi niemały wysiłek. Na przykład jedna z tras nazywa się fourteen hills i rzeczywiście – w czasie wędrówki zdobywa się czternaście wierzchołków. Idąc w ciszy na szlaku można napotkać wiele gatunków zwierząt w tym między innymi warany. Doprawdy nie miałem wcześniej pojęcia, że ten gad jest tak ogromny.


Trek2.jpg



IMG_20171113_123517.jpg



Trek.jpg



IMG_20170925_125137.jpg



Nie ma cienia przesady w stwierdzeniu, że Brunei jest strasznie puste, zwłaszcza w upalne dni. Wielokrotnie można odnieść wrażenie, że jest się jedynym turystą w promieniu wielu kilometrów. Oczywiście nie jest to prawda ale często się zdarza, że główne atrakcje zwiedza się zupełnie samotnie. Nie spotkałem nikogo przy wodospadzie (foto nieco poniżej) w Parku Tasek Lama ani podczas długiego spaceru po wiosce na wodzie. A jest to przecież niemalże serce miasta. Dobrze klimat Brunei oddaje zdjęcie lotniskowego terminala. Przynajmniej nie trzeba polować na miejsce do siedzenia…


IMG_20170929_213110.jpg



Wieczorami stolica potrafi jednak odżyć co udowadniają tak zwane food court’y i nocne markety. Nagle się okazuje, że chyba wszyscy mieszkańcy miasta zgromadzili się w jednym miejscu na wyżerkę. Warto zapuścić się po zmroku w te miejsca: jedzenia jest dużo a sprzedawcy karmią dobrze i tanio. Prawie wszystko kosztuje jednego dolara Brunei (~2.6 zł) a na odważnych czekają m.in. duriany. Mniam?


Food.jpg



Ciemniejsza strona Brunei

To że w Brunei jest sennie i spokojnie może być zarówno i plusem i minusem – zależy kto co lubi. Mieszkańcy są oczywiście przywykli do tego, że nie pójdą na karaoke ze znajomymi ani nie wytańczą się na parkiecie dyskoteki. Ci którzy mają imprezową naturę uciekają na weekendy do Malezji. Podobnie z używkami. Ban na alkohol i papierosy można oceniać i dobrze i źle. Dobrze, bo bez wątpienia używki są szkodliwe dla zdrowia. Źle gdyż każde ograniczenie narzucane przez władzę oceniam negatywnie. Dobrze jest, rzecz jasna według mnie, gdy ludzie mają wybór.


Fajki.jpg



W Brunei z Sułtanem się jednak nie dyskutuje. Gdy uznał, że papierosy mu nie w smak, od razu procedowano zakaz sprzedaży. Dokładnie tak: w Brunei nie można legalnie kupić papierosów. Oczywiście kto ma silną potrzebę ten znajdzie źródło. Jakby co ja tego nie mówiłem ale w restauracji naprzeciwko KFC można dostać pod stołem (dosłownie) indonezyjskie fajki z przemytu. Podobnie na środku water village stoi szara, samotna i wyglądająca na opuszczoną chałupa – kto chce na pewno ją rozpozna ;) Podobnie jest z alkoholem choć tego nie radziłbym kupować ‘na lewo’. Nie dość, że jest zakazany przez prawo, to w dodatku nie jest halal. W odróżnieniu od papierosów, alkohol można jednak przywieźć przekraczając granicę Brunei. W niewielkich ilościach ale można.

Sanny charakter kraju i walka z używkami to jest i tak zupełnie nic w porównaniu do problemu bezpaństwowców. Wśród poznanych przeze mnie osób było zupełnie powszechne, że oni sami lub ktoś z rodziny nie posiadał żadnego obywatelstwa. Historie były do siebie podobne: dziadkowie imigrowali do Brunei a kolejne pokolenia nie decydowały się na przejście na islam zamykając sobie tym samym drogę do obywatelstwa. W Brunei obywatelami kraju mogą być tylko muzułmanie lub niemuzułmanie wywodzący się z rodzimych plemion. Tych drugich jak się łatwo domyśleć nie ma wielu ale nawet wówczas gdy taka osoba wyznająca plemienne wierzenia poślubia niemuzułmanina, to przekazuje obywatelstwo wyłącznie dziecku urodzonemu z tego małżeństwa. Małżonek obywatelstwa i tak nie otrzyma.

Artykuł o problemie dla dociekliwych:
Will I ever get a citizenship?

Istnieje jednak możliwość uzyskania obywatelstwa pozwalająca uniknąć zmiany wyznania choć w praktyce nikt z niej nie korzysta. Jest to pewnego rodzaju egzamin, rzecz jasna słono płatny, dostępny dla urodzonych w Brunei, podczas którego należy się wykazać m.in. wiedzą nt. wszystkich miłościwie panujących w historii kraju. Aby unaocznić poziom trudności tego egzaminu zapoznajmy się z pełnym nazwiskiem urzędującej głowy państwa:

Sultan Haji Hassanal Bolkiah Mu'izzaddin Waddaulah ibni Al-Marhum Sultan Haji Omar Ali Saifuddien Sa'adul Khairi Waddien Sultan and Yang Di-Pertuan of Brunei Darussalam

Łatwizna, prawda? Wystarczy zapamiętać 29 nazwisk. Jest tam jeszcze co nieco o historii Brunei ale nawet zdanie śpiewająco egzaminu to dopiero połowa problemu. Jeszcze wysoka komisja musi uznać, że jesteśmy godni obywatelstwa. Rzecz bardzo uznaniowa, gwarancji żadnych. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że status bezpaństwowca stwarza spore problemy, kiedy chce się podróżować. Owszem, władze Brunei wydają pewien certyfikat, bardzo przypominający paszport, nie zmienia to jednak faktu, że bezpaństwowiec potrzebuje wizy do każdego (każdego!) kraju świata. Właściwie nie, nie potrzebuje wizy do Izraela ponieważ z certyfikatem Brunei tam mu pojechać nie wolno.

W Brunei można natomiast zarejestrować kościół innego wyznania choć istnieją tu spore obostrzenia co do ilości świątyń i zazwyczaj zgodę wydaje się na jedną danego wyznania. Na cały kraj. Wspólnoty poszczególnych wyznań nie mogą więc zarejestrować tylu kościołów ilu by chcieli. I tym sposobem, na wpół przypadkowo, miałem możliwość uczestniczyć w nielegalnie zorganizowanej mszy protestanckiej, w domu pastora gdzieś na obrzeżach miasta. Przemiłe doświadczenie choć zarazem nieco przykro było patrzeć na ludzi, którzy muszą praktykować swoją wiarę gdzieś cichcem, w konspiracji.


Wodospad.jpg



Podsumowanie

Rozgadałem się na koniec nie powiem ale zafascynował mnie jakoś dziwnie ten kraj. Choć relację zakończyłem opisaniem negatywnych zjawisk to jednak wizytę w Brunei oceniam zdecydowanie na plus. Dzień, może dwa w stolicy spokojnie wystarczą by zobaczyć to co najważniejsze. Jeżeli jednak ma się możliwość wejść w interakcję z mieszkańcami Brunei, wtedy i po miesiącu może być mało. Wielu Brunejczyków łaknie kontaktu ze światem zewnętrznym bo najzwyczajniej w świecie brakuje im rozrywek na miejscu. Można się z nimi bardzo łatwo zaprzyjaźnić, są to serdeczni ludzie o wielkich sercach i urzekli mnie na tyle, że po dwóch miesiącach od pierwszej wizyty powróciłem bez zastanowienia zobaczyć ich raz jeszcze. I pewnie jeszcze kiedyś się skuszę na ponowną wizytę, czas pokaże.

p.

(Na marginesie: tak, to nie mit. Obywatele Brunei dostają od państwa za darmo ziemię i dom. Wystarczy złożyć wniosek. Obecny czas oczekiwania na przydział wynosi ok. 6 – 7 lat. Tylko o obywatelstwo jakoś tak niełatwo).

Dodaj Komentarz

Komentarze (3)

cccc 6 stycznia 2018 15:38 Odpowiedz
Fajnie sie zapowiada. :DPozdr.
cccc 10 stycznia 2018 22:24 Odpowiedz
puhacz napisał:MiriCóż ciekawego jest w Miri? Zapyta ktoś, kto kiedyś był w tej leżącej na ropie mieścinie. Otóż rzeczywiście - z naszego punktu widzenia nie ma tam zupełnie nic ciekawego. Moim skromnym zdaniem to Miri wyglada b. ciekawie i wybierzemy sie tam kiedy z kolega @HandSome. :D De facto fajnie opisujesz. Pozdr.
puhacz 10 stycznia 2018 22:34 Odpowiedz
Quote:Moim skromnym zdaniem to Miri wyglada b. ciekawie i wybierzemy sie tam kiedy z kolega @HandSome. :D De facto fajnie opisujesz. Pozdr.Dzięki!! Mam plan tam być w tym roku raz jeszcze - dam znać kiedy, może uda się zgrać. Warto :)p.