0
ziemekb 31 stycznia 2018 01:36
Po prawie pięciu latach zachłannego czytania forum i F4F, po zrealizowaniu kilku fantastycznych, w dużym stopniu inspirowanych znalezionymi tu informacjami podróży, postanowiłem i ja podzielić się naszymi wspólnymi rodzinnymi doświadczeniami z ostatniej z nich.
Proszę, potraktujcie tę relację jako formę podziękowania za to, czego dzięki Wam w czasie tej i wcześniejszych podróży mogliśmy doświadczyć. Chęć jej opublikowania wynika właśnie stąd, że w tej podróży, jak chyba nigdy dotąd pomogły nam informacje znalezione tu na forum i na kilku wartościowych blogach podróżniczych.
Proszę też, by wybaczono mi ewentualne wpadki i skrytykowano w razie potrzeby 8-). Jeśli będzie trzeba, to na pytania też odpowiem.

Pomysł na Jordanię powstał błyskawicznie. Podróżowanie w składzie dwa plus trzy (a te trzy to 14 i 11 latka oraz 8 latek) wymusza dostosowanie mniej więcej terminu wyjazdu do tych wolnych od szkoły. Po tym, jak z powodu zbyt długiego zastanawiania się uciekły nam różne tam dostępne w dolnośląskim terminie ferii Tajwany, Filipiny i Omany, a ciepełka wciąż się chciało, postanowiliśmy w trybie pilnym zarezerwować przeloty Wizzairem z Katowic do Ovdy i uznaliśmy, że dalej jakoś to będzie.

Tym bardziej, że myśli o Jordanii krążyły po naszych głowach jeszcze od czasów studenckich, niestety dość dawnych, ale jakoś tak nie nadarzyła się szczególna okazja. Pobieżna analiza dostępnych relacji z podróży i ultrakorzystna cena biletów do Ovdy (a być może i spożycie nadmiernej ilości wina i wywołany tym hurraoptymizm) prowadziły tym razem wprost do decyzji - Jordania.

Planując trasę i zbierając informacje skorzystaliśmy z bezcennych informacji z forum - zwłaszcza pomocne okazały się te łopatologicznie przedstawiające procedurę przekraczania granicy izraelsko - jordańskiej na przejściu Wadi Araba, transportu z lotniska Ovda, kwestii wizowych w Jordanii. Źródłem szczególnie istotnym był jednak też blog http://www.wapniakiwdrodze.pl/ , którego autorzy są zresztą na forum obecni, znacznie bardziej wartościowy od większości przewodników po Jordanii dostępnych w formie drukowanej.

Poniżej przedstawię trasę, jaką przemierzyliśmy, w kolejnych postach zaś opiszę nasze wrażenia i garść informacji praktycznych zwłaszcza tych, które niekoniecznie wcześniej dostrzegłem i dorzucę kilka z kilku tysięcy przywiezionych z wyjazdu fotek. Podsumowanie zaś - również cenowe - znajdzie się na końcu. Podróż nie okazała się ostatecznie niskobudżetowa, w końcu prawie wszystko x5 (lub co najmniej x3), pewnie też popełniliśmy parę błędów, ale bezwzględnie warto być w Jordanii. Jest tam spokojnie (póki co) i przyjaźnie. Na wyjazd z dzieciakami kierunek to doskonały.

Zaplanowana trasa obejmowała po przylocie w piątek do Ovdy nocleg w Eilacie, potem w sobotę przekroczenie granicy i dzień w Akabie, przejazd do Ammanu i cztery noce tamże - w tym zwiedzanie Ammanu i wypad do Dżerasz. Później Madaba na trzy dni i wypady stamtąd autem wynajętym już po wyjeździe z Ammanu (by uniknąć kłopotów z poruszaniem się nim po bądź co bądź dużym i nieco chaotycznym mieście) w kierunku wschodnim i północnym, przejazd wybrzeżem Morza Martwego, dwa dni w rezerwacie Dana, trzy dni w Petrze, dwa dni w Wadi Rum, przejazd i zwrot auta w Akabie. W efekcie kompromisu plan objął także dwudniowy plażing i snorkelling w Eilacie.

W zasadzie wszystko to udało się zrealizować. Fatalna pogoda spowodowała jedynie, że Wadi Rum posmakowaliśmy tylko przez kilka godzin i już wiemy, że choćby tam wrócić kiedyś będzie trzeba. Nocleg na pustyni zastąpiliśmy dodatkowym noclegiem w Akabie i zwiększyliśmy wymiar byczenia się na plaży oraz zachwycania się rafami Morza Czerwonego.

W sumie w Izraelu i Jordanii byliśmy od 12 do 29 stycznia 2018, więc informacje będą zupełnie świeże.

Pozdrawiam wszystkich i nieśmiało zapraszam do czytania kolejnych części relacji, które pojawią się w następnych dniach.
ZiemekW Wadi Rum jako takim nic specjalnego się nie zadziało. Chcieliśmy koniecznie je zobaczyć i zostawiliśmy to sobie na koniec, bojąc się, że jeśli zaczniemy od Wadi Rum, to już nic się nam więcej tak nie spodoba.
Pogoda jednak poprzedniego dnia dała nam strasznie w kość, zmokliśmy i zmarzliśmy niemiłosiernie na szlaku z Petry do Małej Petry, a na noc zapowiadano już wcześniej mróz i śnieg w wyżej położonych rejonach, w Wadi Rum zaś deszcz i wiatr i niewiele wyższe temperatury kolejnej nocy. Ponieważ nocleg w namiocie w dzikim miejscu nie jest dla nas atrakcją samą w sobie, a perspektywa oglądania gwiazd zapowiadała się mizernie, to założyliśmy, że dokonamy pobieżnego rekonesansu, a do Wadi Rum może jeszcze kiedyś wrócimy z własnym namiotem na dłuższą wędrówkę.
Okazało się to słuszną decyzją, o czym w dalszej części relacji. Przy wystarczającej determinacji można dużo zobaczyć na piechotę bez wynajmowania jeepa.
Dziś wieczorem pierwsza część konkretów i zdjęć, które się właśnie przystosowują do publikacji.Dni 1-3. Wrocław - Pyrzowice - Ovda - Eilat - Akaba - Amman
Wyprawa zaplanowana, rezerwacje prawie dopięte: noclegi załatwione za pośrednictwem znanego portalu z nadzieją na liczne cashbacki 40/80, 40/200 itp. JordanPassy kupione.
Egged 282 z Ovdy do Eilatu i z powrotem niby zarezerwowany (nauczony tym, co piszą mądrzejsi na forum drukuję kolejne screeny, bo na maila oczywiście nic nie przychodzi). Auto po krótkiej wymianie maili z lokalną wypożyczalnią Montecarlo (polecaną na TA) zarezerwowane.
W Pyrzowicach lekki przypał z security (losowo wybierają małych chłopców do obcierania wacikiem na ślady materiałów wybuchowych, nasz syn przyjął z olimpijskim spokojem odgonienie mamy i sióstr, ale inni już niekoniecznie, poziom uprzejmości i empatii obsługi kontroli bezpieczeństwa zero). Boarding sprawny i wylatujemy o czasie.
Załoga landryny w stu procentach polska, wśród pasażerów przegląd charakterów od zaprawionych w bojach podróżników sypiących na prawo i lewo wiedzą z forum F4F po przerażone wczasowiczki.
W Ovdzie lądujemy jakieś pół godziny przed planowanym czasem. Wbrew powszechnym opiniom wszystko bardzo sprawnie, profesjonalnie, uprzejmie i z uśmiechem. Pytania ograniczone do minimum (wiemy, że przy wylocie może być gorzej). Nikt nie zabiera nam kabanosów i czekolady i nikt o nie nie pyta. Dobrze - wszak zbliża się szabat, cóż byśmy jedli gdy sklepy zamknięte na głucho ;) .
Do karuzeli bagażowej docieramy w momencie, gdy nasze plecaki wyjeżdżają. Eilatomat działa, gada z nami po angielsku i drukuje nam bilety. Tak trochę głupio, że tylko w jedną stronę, choć z karty zeszło po 43 NIS na głowę. Pan przy kontuarku chętny do pomocy, lecz problemu nie rozumie i nie wie, jak rozwiązać. Towarzyszący mu drugi przedstawia się "Me, the driver" i mówi, że don't worry, ale z taką sytuacją też się nie spotkał. Póki co dobrze, że mamy bilet do Eilatu.
Nie wiedząc, jak wiele czasu nam zejdzie odpuściliśmy przejście jeszcze tego wieczoru przez granicę. Można było ryzykować. Autobus 282 ma planowo odjechać o 18.20. O 17.45 już raczej nie ma nikogo w terminalu. W sumie mimo pozytywnych ogólnie wrażeń z Ovdy rozmach lotniska jednak budzi nasze rozbawienie: przyloty, namiot prawy, odloty, namiot lewy. "Me, the driver" przychodzi po sprawdzeniu, czy nikt chętny w środku nie został. Wszyscy wsiadają i jadą na siedząco, ruszamy chwilę przed 18-tą; na CBS w Eilacie jesteśmy przed 19-tą.
Nasze miejsce noclegowe to Motel Tsabar. Trzy minuty z dworca. Nocleg bez wydarzeń. Wygodny, choć drogi. 140 USD/5 osób, dwupokojowy apartament, kuchenka mikrofalowa. Odnotowałem, że bezpłatnie drukować można karty pokładowe.
Trzeba tu zaznaczyć, że nasze odczucia co do tego i kolejnych noclegów nie są miarodajne dla wszystkich, bo dla nas optymalne są te miejsca, gdzie da się zakwaterować w jednym pokoju albo dwóch tuż obok siebie pięć osób - to ogranicza spektrum poszukiwań.
W motelu spotykamy parę sympatycznych Polaków, którzy szybciej wyszli z autobusu. Wykonujemy czarnorynkową transakcję walutową, to znaczy za cztery złote sprzedajemy im dolara i dorzucamy w gratisie papierosa, bo ich karta nie chce współpracować, a dolara im zabrakło, by uprzejmy pan recepcjonista przyjął od nich zapłatę w tej walucie. Jest to w naszym interesie - też chcemy zapłacić dolarami i będzie nam mógł w dolarach wydać, ale musi je mieć. Okazuje się, że zapłata w USD jest korzystna, zważywszy kwotę, jaką widzimy na rachunku podaną w NIS.
Warto wiedzieć o istnieniu automatów wymieniających pieniądze w kilkunastu walutach (ale nie złotówkach) na NIS, jeden z nich jest przy ulicy prowadzącej w dół od dworca autobusowego w stronę lotniska i plaży. Kurs nie tak znowu bandycki, po przeliczeniach wyszło rzędu 1,05 PLN za 1 NIS. Jest początek szabatu, więc nikt poza maszyną nie zechce i tak z nami gadać. W Pyrzowicach superoferta opiewała na 1,29 PLN.
Kilka takich automatów jest też na promenadzie nadmorskiej.

Pozyskujemy nieco "szakali" na taksówkę nazajutrz do granicy oraz na piwo, do źródła którego jakieś 50 metrów od automatu niezawodnie prowadzi nas widok grupy miejscowych koneserów. Testuję takie za 5 NIS/ 0,5l. Jeśli założyć, że dzielą się na dobre, bardzo dobre i wyśmienite, to było na pewno dobre.

Nazajutrz wita nas słonko. Kolegialnie decydujemy, że olewamy system i granicę atakujemy z buta. Włączam moją ulubioną czeską nawigację, która niezawodnie proponuje drogę przez chaszcze, a nie jakiś tam proste rozwiązania szosą. Idziemy do płotu lotniska, chodnikiem do końca lotniska i odbijamy w prawo w kierunku miejscowych salin. W pewnym momencie nasza Czeszka przestaje jakoś mieć inwencję, a my znajdujemy się w krzakach, lub raczej w trzcinach.
Dorota fotografuje sól. Będzie w razie czego co pokazać, żeby nie było, że nad Morze Martwe nie dotarliśmy - kto się tam połapie.
Po krótkiej przeprawie przez błoto (niewątpliwie niekoniecznej) okazuje się, że należało 200 m wcześniej przejść przez krzaki i odnaleźć zadbaną alejkę. Jesteśmy na terenie Eilat Bird Sanctuary. Wyłazimy prosto na altankę do birdwatchingu. Choć jesteśmy w tym raczej słabi, rozpoznajemy flamingi i warzęchy. Teren jest ładnie utrzymany. Rezygnujemy jednak z powodu niewystarczającej znajomości hebrajskiego z udziału w otwartym wykładzie, który właśnie się tam odbywa.
Kierujemy się w stronę odległej o kilkaset metrów stamtąd granicy. Po izraelskiej stronie wszystko sprawnie i szybko. Opłata wyjazdowa kartą kantoru Alior - za 5 osób 510 NIS. W pasie ziemi niczyjej uwagę naszą zwraca sad drzewek granatów. Dzieciaki początkowo mylnie interpretują komunikat "patrzcie, ile granatów leży na ziemi" - kwestia atmosfery miejsca.
Po stronie jordańskiej sporo biurokracji, ale okraszonej szerokimi uśmiechami obsługującej nas pani i panów.
Nie ułatwia sytuacji to, że JordanPassy kupiliśmy dla trojga z nas - tych, co już ukończyli 12 lat niedawno albo nieco dawniej. Dla dzieci do 12 roku życia (u nas to dwie sztuki, Iga i Mikołaj) nie ma to sensu, bowiem wstępy do objętych passem atrakcji są dla nich darmowe. Wiąże się to jednak z koniecznością wizyty w jednym więcej okienku i wypełnienia "manifestu" dla nich, który koniecznie trzeba zachować do przekraczania granicy z powrotem.
Wyposażeni w karty wjazdowe (bez problemu Jordańczycy wydają je i po samodzielnym wypełnieniu przez nas stemplują nie pozostawiając śladu w paszportach) udajemy się na negocjacje z bossem mafii taksówkowej.
Wcześniej spotykamy sympatycznego jordańskiego przewodnika mówiącego po polsku. Studiował w Serbii i czeka na serbską grupę, która gdzieś zaginęła w boju po izraelskiej stronie. Nie ma niestety widoku na zabranie się z nimi, bo pozostają zaginięci, a negocjacje z managerem od taksówek przebiegają tak sobie. Trudno nam polemizować z argumentem, że kierowca może wziąć tylko 4, a nie 5 osób, a jak już tak się narazi, by nam pomóc, to kurs kosztuje 15 JOD. Mówimy bossowi, że to nie fair, ale wsiadamy. W końcu naoszczędzaliśmy sobie maszerując przez solniska w Eilacie.
Welcome to Jordan!
W Akabie zatrzymujemy się w Aqaba View Hotel. 33 JOD za pokój rodzinny z pięcioma łóżkami. Atmosfera miejsca mocno lokalna, nieco duszna, lecz czujemy się bezpiecznie. Niespecjalnie często, tak się wyczuwa, miewają tu tak egzotyczne zestawy jak my. W sumie nawet się starają.
Jest czysto, pan właściciel wpada sam z siebie po kilku godzinach na pomysł, że może przyniesie nam ręczniki i papier toaletowy. Przypominamy dzieciom, że azjatyckie hotele niezależnie od kraju zawsze mogą oznaczać nieznane dotąd problemy hydrauliczne - w istocie, woda w łazience płynie zewsząd, tylko nie ze słuchawki prysznica.
Nasz resort położony jest tuż przy plaży i ma swą wydzieloną część z plastikowymi krzesełkami.
Na plażing udajemy się tuż przed zachodem słońca, wcześniej jednak poszukujemy w oparciu o wskazówki z Lonely Planet biura/stacji autobusowej Jett. Jest przy hotelu Movenpick, nieopodal wielkiego ronda. Według LP jest jeszcze drugie biuro niedaleko Double Tree by Hilton, którego jednak próżno szukać. Kupujemy bilety na autobus do Ammanu na następny dzień. 8 JOD za dorosłych, młodsze dzieci po 6 JOD.
Dzieciaki żądają kąpieli i twardo kąpią się w ciuchach nieudolnie naśladując żeńską młodzież miejscową. Wokół pełno łódek, zapach benzyny i spalin, ale i tak jest pięknie.
Dajemy drugą szansę LP i idziemy jeść do Syrian Palace (polecany również na forum). Jedzenie dobre i obficie, nie bardzo tanio - za pięć porcji bez oszczędzania płacimy 19 JOD. Jemy kebab "aleppo style", kebab "indian style", shawarmowy zestaw, rybę z ryżem której nazwy nie pomnę oraz pyszne "meat pancakes" - według mnie, jak tureckie lahmacuny.
Zachęceni trafnością przewodnikowych sugestii udajemy się na poszukiwanie supermarketu, w którym można byłoby przeczytać, jakie są ceny najróżniejszych produktów tam, gdzie się te ceny wystawia. LP sugeruje najlepszy w mieście supermarket przy Petra Street. Jest i owszem, asortyment wszak ma zgoła specyficzny. Gorzała w wielkiej obfitości, wino, piwo, woda i... ozdoby świąteczne, bombki oraz sztuczne choinki. Najpewniej tłum turystów zaatakował to miejsce po wymienieniu w popularnym przewodniku i dotąd nie uzupełnili jeszcze zapasów. Fakt istnienia Carrefoura uświadamiamy sobie poniewczasie, już po wyjeździe z Akaby. Niemniej po przeanalizowaniu oferty nabywamy 0,7 l jeżynówki (jagodzianki?), która w założeniu ma służyć wielodniowej degustacji. Za jedyne 4 JOD.
Zaskakująco jednak się składa, że wieczorem jej ilość zmniejsza się w zastraszającym tempie. Ostatecznie znika, gdyż jest zbyt dobra.
O poranku budzi nas pukanie do drzwi. Zaspany chłopak oddelegowany do podania nam śniadania chce się upewnić o 8 rano, że na pewno o 8.30 będziemy chcieli je zjeść, choć dokładnie taką godzinę poprzedniego dnia ustaliliśmy z właścicielem. Mam ochotę go udusić albo wlać w niego ciurkiem co najmniej z pół litra jeżynówki. Dla dobra rodziny jednak potwierdzam - tak, chcemy śniadanie. I herbatę. Tak, na pewno herbatę. Dużo!
Chłopak wraca spać zaraz po podaniu nam śniadania. Twardo idziemy plażować, a gdy już mamy dość, wory na plecy, spacer po mieście, piekarnia, słodkości.
Nasze wrażenia z Akaby są specyficzne. Wydaje się, jakby ktoś na typowo arabski chaos nałożył pozornie luksusową, choć trochę tandetną maskę, taką drugą warstwę - otoczkę kurortu. Taki troszkę piaskowo - kiczowaty obrazek.
W autobusie objawia się lekki brak wyobraźni pani kasjerki - mamy pięć kolejnych miejsc, czyli super. Jedno z nich tuż przy przedniej szybie górnego pokładu. Zawsze o tym marzyłem. Szkoda, że pozostałe na dole. Jakoś udaje się opanować sytuacje, dokonuję zaboru miejsca sąsiedniego i dzieci mogą tam rotować wpatrując się w szybę. Ja na wszelki wypadek nie za dokładnie patrzę. Jeszcze bym uznał, że pomysł, by usiąść za parę dni za kierownicą w takich realiach jest kiepski...
W autobusie spotykamy rodaków, jak się później okaże, też wrocławian - Szczepana i Martę z małą Polą. Będzie nam dane się jeszcze spotkać później w Wadi Musa i dłużej pogadać. 5 godzin podróży nie należy do najbardziej fascynujących ani komfortowych, po 19.00 docieramy do Ammanu, gdzie rzeczywistość pogodowa okazuje się brutalna. Wieje jak cholera, a w ramach kary za odrzucenie oferty przejazdu taksówką z Abdali do downtown najprawdopodobniej to mafia taksówkowa zsyła na nas ulewę. Leziemy dobre 3 kilometry, ale za to prosto i ciągle w dół. Na dodatek da się iść i da się przejść przez ulicę - jak miło!
Mokrzuteńcy docieramy do hotelu Arab Tower. Miłym zaskoczeniem okazuje się istnienie i działanie centralnego ogrzewania w postaci gorących kaloryferów w naszym apartamencie. Czyściutko, wygodnie, wysoki poziom (tj. szóste piętro ;) ), dwa pokoje, dwie łazienki. Zwyczajowe problemy hydrauliczne ograniczają się do powodzi znienacka w jednym z pokoi. Śledztwo dotąd nie pozwoliło ustalić, czy przyczyną było nadmierne zaangażowanie nastolatki w kąpiel, czy też umieszczenie odpływu w najwyższym punkcie podłogi. Ten hotel mimo drobiazgów wszakże polecamy bardzo.
Z okien mamy przecudny widok. Z lewej cytadela, z prawej teatr. Wprawdzie ulicami płyną potoki głębokie do kostek, ale piekielnie głodni i zdesperowani znajdujemy dziurę w ścianie z shawarmami tuż obok meczetu Husaini. Kolejka w deszczu pozwala sądzić, że karmią nieźle i tak też jest. 65 piastrów za sporego sandwicha to więcej niż dobrze, nic nam więcej nie trzeba.
Z nadzieją na słonko w dniach kolejnych, zasypiamy, ciekawi tego najbrzydszego według niektórych miasta Bliskiego Wschodu.

Relacji ciąg dalszy będzie, lecz później, zważywszy na porę...
Z uwagi na początkowe problemy techniczne w porę dostrzeżone przez czujnych czytelników, ślady po niewyświetlających się zdjęciach stąd usunąłem, a zdjęcia do tekstu są w kolejnym moim poście.Jak widać, łatwiej podróżować, niż to opisać. :oops: Dziękuję, littleboy1989.
Wybaczcie żółtodziobowi nieudolność. Chyba już wiem (mam nadzieję), jaki błąd popełniłem.
Jeszcze raz fotki z poprzedniego postu i mam nadzieję, że widoczne nie tylko dla mnie:
Image

Ścieżka przez saliny - Eilat's Bird Sanctuary


Image

Po prostu sól

Image

Nierówna walka z językiem angielskim

Image

Prywatna plaża resortu ;) Aqaba View

Image

Miejscowa młodzież żeńska w kąpieli

Image

Zabójca w kolorze bordo za jedyne 4 JOD


Image

Breakfast, my friend!

Image

Jak cała Akaba - trochę kicz, ale sympatycznyDni 4 - 6. Amman i Dżerasz.

Poniedziałkowy poranek i słońce wpada do naszej sypialni. Śniadania na przeszklonym tarasie z panoramicznym widokiem - już za samo to można polubić nasz hotel.
Image

Prosto, obficie i smacznie: hummus, oliwki, ser, omijamy tylko z daleka dziwną mieszaninę zimnych ziemniaków z natką pietruszki.
Image

No i gwóźdź programu, czyli smażony na zamówienie omlet z cebulką, papryką i pomidorami. Alternatywnie równie dobre naleśniki z czekoladą. Niebo w gębie.

Image

Zaskakuje nas, że obsługą śniadania zajmuje się dwoje młodych Niemców. Parę dni później spotykamy chłopaka w Danie i wtedy jest okazja do rozmowy - dowiemy się, że przyjechał na miesiąc do Jordanii w ramach wolontariatu, za pośrednictwem portalu http://www.workaway.info. Jest z tego bardzo zadowolony, nie tylko z darmowego noclegu i śniadania, ale zwłaszcza ze spotkań z ludźmi. Świetnie to rozumiemy, choć sami nigdy tej możliwości nie wykorzystaliśmy. Ale spotkania, też takie jak to, są esencją podróży. Jesteśmy od ponad dziesięciu lat couchsurferami, gościliśmy setki ludzi z całego świata. Podróżując sami rzadziej z tego korzystamy, bo nie tak łatwo znaleźć hosta dla pięcioosobowej rodziny, zwłaszcza celując w konkretne miejsce, choć oczywiście się da. Plan na Jordanię couchsurfingu jednak nie zakładał.
Ruszamy na cytadelę, schodami z hotelu. Amman jest miastem schodów, niezmierzenie długich, nieraz wiodących przez wiele poziomów wśród drzwi do małych domków, nieraz kolorowych, czasem szaroburych i zaplutych.

Schody, schody, schody....
Image
..schody,

Image

jak na filmie z Hollywood...

Image

i niezupełnie jak z Hollywood

Image

są i schodki, też malownicze

I tak by można dziesiątkami, ale w końcu nie jest to relacja z podróży po schodach.
To tylko jeszcze w kwestii schodów: wszędobylskie koty ich pilnują.

Image

Na cytadeli wszędzie stoi mnóstwo wody po wczorajszej ulewie, ale wiatr rozgania chmury.

Image

W mojej świadomości Amman zawsze składał się z tysięcy pudełek zapałek, takich szarych z dawnych czasów, jakie robiono w Bystrzycy czy Czechowicach. Nie inaczej to wygląda na żywo z góry.

Image

Przeciętnie 48 zapałek

Ale są też miejsca bardziej optymistyczne i jaśniejsze, a w oddali widać coś, co aspiruje do miana drapaczy chmur.

Image

Dobór zdjęć rzecz jasna jest tendencyjny - nie zamierzam dowodzić, że Amman to miasto, które uwiedzie każdego swym pięknem.
Niespiesznie oglądamy oldschoolowe muzeum na cytadeli, obchodzimy ją wokół. Nie ma prawie nikogo - Jordania cierpi na stagnację ruchu turystycznego, a już zwłaszcza o tej porze roku. Tym bardziej, że tegoroczny styczeń okaże się jeszcze później najzimniejszym od kilkunastu lat. Spotykamy między innymi taką łapkę dużego człowieka

Image

potem kierujemy się do teatru

Image

Wejście na koronę teatru strome, nie dla tych z lękiem przestrzeni.

Image

Dzieciakom podobają się dwa małe muzea przy teatrze, jedno z tradycyjnymi strojami, drugie przedstawiające scenki rodzajowe (z udziałem średnio udanych manekinów) w rodzaju dojenia, czyszczenia kotłów, ostrzenia noży. Oglądamy jeszcze Nimfeum, ale to już naprawdę najlepiej widać z naszego okna. Tuż przy nim odkrywamy inną dziurę w ścianie - jadłodajnię, tym razem z pysznymi falafelami. Pierwszy, ale nie ostatni raz duże zdziwienie sprzedawcy budzi żądanie pięciu kanapek. Khamsa?!!! Miejscowi wprawdzie biorą nawet po kilkanaście, ale takie blade twarze?

Plątanina uliczek suku z owocami, warzywami i przyprawami. Wchodzimy!

Image

wejście na suk

To będzie jedno z naszych ulubionych miejsc. Nawet jeśli w arabskim mieście nie ma kompletnie nic ciekawego, bazar jest zawsze fascynujący. W niektórych miejscach wystawione ceny. Szybka kalkulacja prowadzi do wniosku, że niestety biorąc pod uwagę cenę bagażu rejestrowanego i ryzyko konfiskaty na granicy oraz procesów gnilnych zakup pełnego plecaka bakłażanów po złotówce za kilo może okazać się nieopłacalny. Ale bym jadł 8-).
Zapach przypraw. Szkoda, że nie wymyślono sposobu na utrwalenie i publikację zapachów, ale może to jest wystarczający powód, żeby tam być, nie tylko oglądać zdjęcia?

Image

Image

Od czasu do czasu w różnych miejscach słyszymy "Welcome to Jordan". Ani tam, ani przy sklepikach z pamiątkami na naszej ulicy, ani gdziekolwiek indziej nie spotyka nas żadna nachalność, o nieprzychylności czy agresji nie wspominając.

Na rogu jednej z uliczek pan smaży na głębokim tłuszczu paluchy, które nam kojarzą się z hiszpańskimi churros.

Image

Zastanawiamy się, czy dotarły tu z Hiszpanii, czy może tam przywieźli je Maurowie w ramach wkładu w dziedzictwo kulinarne. Pyszne są tak czy owak.
Sławna Rainbow Street, na którą się wspinamy, rozczarowuje. W zasadzie dochodzimy do końca i dziwimy się, że to już - nie dostrzegając tego, co miałoby ją czynić miejscem kultowym.
Powoli przyswajamy ten Amman. Nie robi na nas takiego wrażenia, jak choćby ulubiony Stambuł, może dlatego ulubiony, że był celem naszej pierwszej prawdziwej podróży przez duże P.
Amman jest wielki, ale nie czujemy się w nim jak w objęciach miasta - potwora, jak prawie dwadzieścia lat temu odbieraliśmy Kair.
Jest miastem młodym, w wieku Gdyni, choć zbudowanym w miejscu, gdzie kiedyś znajdowała się antyczna Filadelfia. Nie znajdziemy w nim mediny, będącej starym sercem nowoczesnego organizmu miejskiego, jak w miastach Maroka czy Tunezji.
Jest jednak też niespójny. Tak, jakby na dobrze, nowocześnie rozplanowane dwudziestowieczne miasto nałożono warstwę chaosu, nieuporządkowanych prowizorycznych domków ocierających się niekiedy o slumsy, umieszczonych dowolnie, bez koncepcji. Tak chyba było w istocie.
Jedną z pozycji, które czytaliśmy przed wyjazdem, by lepiej zrozumieć Jordanię, była autobiografia Lisy Najeeb Halaby - ostatniej żony zmarłego w 1999 roku Króla Hussaina - Królowej Noor. Ta Amerykanka arabskiego pochodzenia jest z wykształcenia architektką i urbanistką. Wyjaśnia w swej książce, że taka sytuacja wynika w dużej mierze z niekontrolowanego napływu uchodźców z terytoriów palestyńskich utraconych przez Jordanię po wojnie sześciodniowej 1967 roku. Hussain zdecydował wówczas zezwolić na ich osiedlenie się między innymi na tych terenach, które dotąd objęte były zakazem zabudowy - między innymi w samym centrum Ammanu, w rejonie cytadeli i teatru. W ogóle polecamy tę książkę. Czytana z odpowiednią rezerwą pozwala wiele zrozumieć nie tylko w kwestiach związanych z samą Jordanią, ale uzyskać szerszą perspektywę na niuanse bliskowschodniej polityki.

Plan na wtorek obejmuje Dżerasz. Warto wiedzieć, że część muzeów w Ammanie we wtorki jest nieczynna, dlatego wybieramy ten dzień na wypad za miasto, podobno prosty do zrealizowania transportem publicznym. Busy do Dżerasz jeżdżą z północnego dworca autobusowego Tabarbour. Łapiemy taksówkę pod hotelem. Kierowca nie mówi w zasadzie po angielsku, ale kierunek rozumie i nie pytany włącza taksometr.Nie ma wątpliwości, że jego autem w piątkę możemy jechać i nic nie dopłacamy za to. Cena za kurs z downtown do Tabarbour wychodzi więcej niż przystępna - 2,25 JOD, prosto pod właściwego busa.
Po drodze na dworzec dostrzegamy pasące się stadko wielbłądów i wiele stadek kóz. Dorota zauważa, że królowa w swej autobiografii ubolewa nad zmniejszeniem się powierzchni pastwisk w Ammanie i malejącymi szansami na spotkanie pasterza w tradycyjnym stroju. Cóż, mimo upływu kolejnych kilkunastu lat chyba jednak nie wszystko stracone.
Niestety panowie od busów do Dżerasz orzekają, że ten prawie pełny naszej piątki już nie pomieści. Manewry z odpalaniem i gaszeniem, przejeżdżaniem w przód, tył, przestawianiem busów i naganianie pasażerów trwają ponad godzinę. Szukając pozytywów tej sytuacji dostrzegamy, że sąsiadujące z nami stanowisko obsadzone jest przez autobus do Irbid, ale taki 48 - miejscowy, duży. Ci to dopiero sobie postoją.
Gdy bus już rusza, w poszukiwaniu straconego czasu kierowca usiłuje z niego wycisnąć więcej, niż wskazówka licznika jest w stanie pokazać i jazda trwa niecałe pół godziny. To w sumie dobrze, bo już wątpimy, czy uda się obejrzeć ruiny bez pośpiechu i załapać na jakiś powrót publicznym transportem.
W busie rozmawiamy z sympatycznym mieszkańcem Dżerasz siedzącym obok. Instruuje nas, że mamy zapłacić po 85 piastrów i tak też nas kasuje pan zbierający opłatę. Wskazówki LP co do rzekomej lokalizacji dworca minibusów są wątpliwe albo ich nie rozumiemy, lecz kierowca zatrzymuje się przy ruinach. Nasz nowy znajomy twierdzi, że bez kłopotu złapiemy tu bus do Ammanu, w co wątpimy, skoro ruszają pełne, a w tamtą stronę taki prawie pełny nie chciał nas zabrać. Ale miejsce oznaczone jako bus stop faktycznie istnieje. Ruiny Gerazy są malownicze i dokładnie takie, jak sobie je wyobrażaliśmy. Rozmach i przestrzeń, choć położone w środku miasteczka.

Image

Spotkaliśmy się z opinią, że stopień ich oryginalności czy raczej zakres współczesnej odbudowy budzi wątpliwości co do tego, czy powinny się znaleźć na liście UNESCO. Nam się podoba, zwłaszcza, że tego dnia pogoda nas rozpieszcza. Jest słonecznie, taki nasz maj. Jest też mnóstwo miejsca i czasu na własną kontemplację, a tłumów turystów nie ma zupełnie. Jeden autokar na parkingu, sporo miejscowych. Również stadko kóz z pasterzem. Muzykanci wykorzystujący walory akustyczne południowego teatru. Dyżurny pan za pomocą klucza demonstruje ruszającą się kolumnę - oglądamy pokaz z oddali, gdyż zaprzyjaźnia się akurat z innymi turystami.
Duże wrażenie robią na nas mozaiki pozostałe z bizantyjskich kościołów, zwłaszcza zaś fakt, że poza tą najlepiej zachowaną i najcenniejszą nijak nie są zabezpieczone.

Image

Stopień zainteresowania uczestników naszej wycieczki jest zróżnicowany: ja w takich miejscach zwykle robię się szybko senny i nie inaczej jest z tym razem, Dorota szaleje z aparatem i ogląda każdy kamyczek.
Dzieciakom się chyba też w miarę podoba, choć klasyczne "po co myśmy tu przyjechali" Mikołaja i "ruiny jak ruiny" nastolatki Olgi też się pojawia po pewnym czasie.
Generalnie, w starożytnej Gerazie postawiono na kolumny:

Image

choć niekoniecznie zawsze na linie proste

Image

Image

Jednym słowem podsumowując - warto. Podobno to najlepiej zachowane ruiny rzymskie w tej części świata po tym, jak fanatycy zniszczyli Palmyrę.

O dziwo, powrót nie nastręcza jakichkolwiek trudności. Czas operacyjny na znalezienie busa 90 sekund - machamy i zatrzymuje się taki całkiem pusty. Trochę obawiamy się, czy nie wpłynie to na cenę, ale po drodze trochę ludzi się dosiada. Gdy wpadamy w korek na przedmieściach Ammanu, kierowca zatrzymuje się, łapie innego busa i mówi że on już jedzie do domu, ale na Tabarbour zawiozą nas tamci. Daje im jednego z czterech pobranych od nas dinarów i mówi, że już nie mamy nic płacić. Załoga kolejnego busa jest zupełnie nieanglojęzyczna, ale traktuje nas z atencją.
W pewnym momencie jednak sami orientujemy się, że kierunek jazdy zupełnie nie odpowiada naszym wyobrażeniom. Na szczęście rozbieżność jest na naszą korzyść. Tuż przed zachodem słońca wysiadamy w dzielnicy Shmeisani i znów prosto ulicą Khaled ben Walid zmierzamy jakieś 3 kilometry do hotelu. Oszczędność na taksówce zaprzepaszczona zostaje niezwłocznie, gdy widzimy pana wytwarzającego nasz ulubiony "sok z kija" - czyli z trzciny cukrowej.
Ja i Dorota poznaliśmy ten napitek w Egipcie lata temu, dzieciaki w Malezji, ale wszystkich nieodmiennie fascynuje, jak z takich badyli wytwarza się takie pyszności. Delektujemy się po drodze do hotelu. Dobrze, że takie małe radości doceniają też dzieciaki. Jest nam jeszcze lepiej, gdy na samym końcu naszej ulicy natrafiamy na skupisko sklepów ze słodyczami wszelkiej maści. Pan z bazaru dzisiaj nie smaży churros, ale alternatywy są kuszące:

Image

Wybieramy apetycznie wyglądające pierożki

Image

uprzednio upewniwszy się, że miejscowi za obfite zakupy płacą prawie wyłącznie monetami; rozmiar wydanej nam reszty z dinara pozytywnie nas zaskakuje, a pan dorzuca jeszcze całkiem sporo małych pączków z syropem daktylowym w środku, takich:

Image

Ostatni dzień w Ammanie. "Truskawką na torcie", jakby to powiedział pewien ekspert piłkarski, ma być niedawno otwarte nowoczesne Jordan Museum. Trzeba za nie zapłacić ekstra 5 JOD od osoby (młodzi znów nie płacą).
Plan jest dobry, bo po wyjściu na ulicę otacza nas mżawka, która moczy wszystkich w czasie przejścia do muzeum. Łażenie po ulicach nie byłoby przyjemne.
Truskawka okazuje się mocno nadgryziona, żeby nie powiedzieć nadgniła. Szkoda, że nikt przy wejściu nie informuje nas, że znaczna część stałej ekspozycji jest nieczynna, dostępne są w zasadzie trzy sale na dole, całe piętro zajmuje zaś odrębnie płatna wystawa obrazująca dokonania nauki islamskiej, jeśli dobrze rozumiemy. Tego niestety nie doczytaliśmy w ostatnich opiniach i relacjach z muzeum.
Ok - tak naprawdę poszliśmy tam, bo Dorota bardzo chciała zobaczyć słynne zwoje z Qumran i tego akurat nie zamknęli. Są też posągi z Ain Ghazal i w zasadzie tyle z historii i archeologii.
Można za to wpisać w komputer swoje imię i przeczytać jego transkrypcję w alfabecie arabskim, nabatejskim i greckim oraz dmuchnąć w wiatraczki imitujące elektrownię wiatrową by sprawdzić, ile pomieszczeń w makiecie budynku uda się nam oświetlić.
Żałujemy wyboru kierunku wycieczki pierwszy i ostatni raz w czasie pobytu w Jordanii. Zniechęceni do muzeów odpuszczamy Royal Automobiles Museum, znacząco oddalone od centrum. Kolejne godziny poświęcamy na snucie się po nieznanych dotąd zakątkach, z dobrym skutkiem. W zamian za muzeum mobilizuję Mikołaja do wypatrywania i fotografowania ciekawych sztuk na ulicy. W ciągu kilku kolejnych godzin nasz niespełna ośmiolatek upoluje na przykład wiekowego Chryslera New Yorkera:

Image

Nowojorczyk w Filadelfii

uroczą parkę Mercedesów W 115 i W123 pod sklepem z orientalnymi giftami:

Image

Oriental gifts :D

oraz kilka japońskich wehikułów sprzed lat 40-tu i więcej; na przykład Mitsu:

Image

i jeszcze taki pojazd spod znaku gwiazdy, bez której nie ma jazdy

Image

Jeździłbym 8-)

W ogóle lubimy w takich miastach wałęsać się bez bliżej określonego celu, zatrzymywać się na skwerkach, obserwować ludzi. Bardzo ładnie jest na przykład na Jabal Al Lweibdeh, w okolicy Paris Square.
Na placu Abdali, gdzie kiedyś był dworzec autobusowy, napotykamy naraz Trzech Króli. W sumie styczeń...

Pojedynczy Król pojawia się wszędzie:

Image

Każdy szanujący się biznes wyposażony jest w portretowe zdjęcie Króla, ale że tak na ulicy trzech naraz? Voila!

Image

Kawa! Z wrażenia przypominamy sobie, że przecież mieliśmy pójść na kawę. Pijemy ją uparzoną z wykorzystaniem gorącego piasku.

Image

Jest zimno, więc kawa jako ogrzewanie dla rąk też się przydaje...

Wieczorem kolejną szansę dostają przewodnikowe rekomendacje i odwiedzamy restaurację Cairo, blisko meczetu Hussaini i suku. Miejsce swojskie i pełne ludzi miejscowych, co pozwala sądzić, że wpis w Lonely Planet go nie zniszczył. Przypuszczenie okazuje się słuszne. Karmią pysznie i tanio. Zapraszają nas do sali dla rodzin (jak to zwykle, umieszczonej na samej górze). Menu w języku angielskim nie zawiera cen, ale ustalamy, że zupa kosztuje dinara, a więc poziom cen jest racjonalny. Obsługujący nas kelner woła kolegę, który objaśnia mi zawartość każdej z kuwet zawierających gotowe dania. Jemy zupki, kebab,

Image

nadziewane bakłażany i kabaczki

Image
oraz bliżej nieokreślone danie z duszonych bakłażanów.
Wszystko pyszne, a cena bez wątpienia nie turystyczna - za obiad do syta dla naszej piątki płacimy 10 JOD. Bardzo polecam.

Nie umiem dokładnie i jednoznacznie podsumować naszych wrażeń z Ammanu.
Myślę z jednej strony, że ten ostatni dzień moglibyśmy spokojnie odpuścić na rzecz dowolnego z miejsc, gdzie później będziemy chcieli zostać dłużej. Amman jednak bezwzględnie warto zobaczyć. Może ktoś, kto widział już "zbyt wiele" nie zachwyci się nim. Dla nas jednak te trzy dni były kolejnym dobrym etapem uczenia się tego fascynującego kraju. Stanowczo odrzucam pogląd, że do Ammanu jechać nie warto.
Następnego ranka skierujemy się do Madaby, gdzie zamierzamy nocować trzy dni traktując ją jako bazę do samochodowych wycieczek, a także obejrzeć słynną mozaikową mapę i inne mniej sławne mozaiki.
Ciąg dalszy nastąpi.Dzień 7 - 8 Madaba i pustynne zamki

Po co się jedzie do Madaby? Miasteczko teoretycznie nie odróżnia się od innych, ale są tam piękne mozaiki.
Zasadniczym celem wycieczek jest kościół Św. Jerzego, a także kilka innych zabytków z okresu bizantyjskiego. W prawosławnym kościele Św. Jerzego znajduje się mozaikowa mapa z VI w, przedstawiająca kartograficzne wyobrażenie najbliższego jej twórcom fragmentu świata i przede wszystkim to oglądają pojawiające się w Madabie wycieczki.
Atutem Madaby jest jej lokalizacja. Jeśli ktoś przylatuje na lotnisko Queen Alia, jest ono położone bliżej Madaby, niż centrum Ammanu i autem dużo łatwiej tam dojechać, nie trzeba pchać się przez wielkomiejskie korki. Taksówka z lotniska/na lotnisko 15 JOD (wiem, bo sprawdzałem ile powinno kosztować przywiezienie do Madaby auta).
O ile Ryanair uruchomi połączenie do Ammanu, to Madaba będzie fajnym miejscem na rozpoczęcie przygody z Jordanią.

Do Madaby łatwo teoretycznie dotrzeć z Ammanu publicznym transportem. Oczywiście, najpierw trzeba wiedzieć jakim i skąd. W Ammanie to zagadnienie nie jest wcale oczywistym. Miasto ma dwie główne stacje autobusowe - północną Tabarbour i południową Wihdat. Ale różne źródła podają, że do Madaby jechać trzeba ze stacji bardziej lokalnych, a takie są co najmniej jeszcze dwie: Raghadan i Al Muhajereen. Na dodatek Raghadan są dwie różne, bo ta opisana w przewodnikach, obok teatru, de facto nie istnieje, a jedynie odjeżdża stamtąd jakiś turystyczny autobus jeżdżący po Ammanie. Minibusy przeniesiono gdzieś dwa kilometry dalej i też się to Raghadan nazywa.
Co robić, droga redakcjo? Trzeba było odrobić dokładnie lekcje i przeczytać, jak @Pabloo ładnie opisał wszystko, o tutaj. A my nie, bo tego akurat nie znaleźli, ale miejscowi przecież pomogą.
Recepcjonista w hotelu pisze nam po arabsku na karteczce nazwę dla taksówkarza i mówi, żeby jechać na Muhajereen, bo to najbliżej, a autobusy do Madaby jeżdżą z każdego z dworców. Moja wymowa nie działa, karteczka działa, pan włącza taksometr i jedziemy ze 3 kilometry za całego dinara. W pewnym momencie taksiarz staje i macha ręką w stronę dwóch stojących po drugiej stronie ulicy busów - że to niby tu? Idziemy. Welcome! Dead Sea, Dead Sea! Madaba?! No Madaba bus my friend, Dead Sea only! :?
Pokazują, że mamy iść w prosto i w prawo, ale tam zero widoków na autobus. Dwóch chłopaków próbuje nam pomóc, ale ich angielski jest tak samo dobry jak nasz arabski. Pokazują nam wysepkę, gdzie stoją dwie żółte taksówki i dwie serwisowe. Żadna z service - taxi do Madaby nie jedzie. Brak widoków na anglojęzyczne wsparcie, na żółtą taksówkę szkoda kasy. Nie wiemy, co właściwie miałoby się wydarzyć, ale gdy tak dumamy, sytuacja rozwiązuje się sama. W pewnym momencie podjeżdża minibus, a kierowca ewidentnie macha w naszą stronę. Przy czym wcześniej przejechało ich kilka/kilkanaście i żaden się nie zatrzymał, a na tego akurat nie machaliśmy. Madaba? Yes, Madaba, welcome! Skąd on w środku miasta wiedział, że jedziemy akurat tam? Skąd miejscowi ludzie wiedzą, że nie oznaczony w żaden sposób minibus jedzie/nie jedzie w ich kierunku i należy na niego machać albo nie? Jak dla nas, zagadka nierozwiązywalna, ale jakoś to działa.
W każdym razie sam przejazd do Madaby jest już sprawny i tani - 65 piastrów od osoby. Żeby nie iść zbyt daleko, warto wysiąść na skrzyżowaniu przed wjazdem do centrum, gdzie bus skręca w lewo. Stamtąd około 500 metrów do kościoła św. Jerzego.
Po drodze napotykamy wielką choinkę. Sztuczna z drutów i plastikowych gałązek, ale jest.
Image

Nasz hotel Moab Land ma idealną lokalizację - dokładnie naprzeciwko kościoła.

Image

Przychodzimy w południe, ale pokoje na nas czekają. Nie ma rodzinnych, mamy zarezerwowane dwie najtańsze dwójki. Przemiły właściciel i manager hotelu imieniem Hani poleca recepcjoniście zmienić w tej samej cenie jeden z przygotowanych dla nas pokoi na droższy, ale położony drzwi w drzwi z drugim, bo obawia się, by dzieci nie czuły się nieswojo. Zachęca nas do zwiedzenia wszystkich ciekawych miejsc w miasteczku, daje nam przygotowaną przez siebie mapkę zawierającą kompendium wiedzy o Madabie, wypytuje życzliwie o nasze plany, tłumaczy co, gdzie i za ile.
Marszczy się jednak bardzo, gdy słyszy, że nazajutrz mamy odebrać samochód i pyta, czy nam go przywiozą i z jakiej firmy. Montecarlo? To świetnie. Właściciel jest "majfrendem" Haniego i Hani zaraz do niego zadzwoni, bo jutro... Nie, jutro w ogóle będzie strasznie, nie dość że piątek, to jeszcze będzie deszcz. Nie możecie jutro, auto musi przyjechać dziś.
Protestuję, ale Hani nic sobie z tego nie robi i tłumaczy mi uparcie, że auto trzeba przywieźć dziś, bo jutro jest piątek i będzie deszcz. Mimo mojego sprzeciwu po kilku minutach Hani ustala z majfrendem, że auto przyjedzie za trzy godziny, a my nie będziemy za to nic musieli dopłacać, bo pracownik wypożyczalni woli je przywieźć dzisiaj niż w piątek. No i ten deszcz, broń Boże nie w deszcz.
W ogóle wszyscy w mieście i w jordańskim biznesie turystycznym są chyba Haniego majfrendami. Z wyjątkiem załogi hotelu w Ammanie, gdzie spaliśmy. Hani łapie się za głowę, słysząc o naszych kłopotach ze znalezieniem autobusu i mówi, że trzeba było spytać miejscowych. A my niby co zrobiliśmy? Podobno wcale nie spytaliśmy miejscowych, bo Arab Tower to kiepski hotel, który prowadzą Egipcjanie ;) Jordańczyk by wiedział. Może dlatego krytykuje, że prowadzi też konkurencyjny hotel w Ammanie... Jeśli wierzyć jego słowom, to do Madaby należy jechać z Wihdat albo Tabarbour, a autobus który nas zabrał, jedzie z Tabarbour przez całe miasto i zbiera chętnych po drodze. Miejsce, skąd nas zgarnął, było czysto przypadkowe.
Operacja auto mi się nie podoba, bo mieliśmy zwiedzać Madabę, a nie zajmować się autem. Hani twierdzi jednak, że dwie godziny w zupełności na to wystarczą. Okazuje się, że w zasadzie ma rację. Madaba jest mocno kompaktowym miasteczkiem.
Dość turystycznie, choć tylko na dwóch - trzech ulicach.

Image

Z założenia, bo turystów prawie nie ma. W kolejnych dniach spotkamy kilka pielgrzymek pod wodzą prawosławnych i nieprawosławnych księży i kilkanaścioro backpackerów, głównie w naszym hotelu.
Kościół z mapą oglądamy sami, siedzimy tam całkiem długo, sam fakt stworzenia takiej mapy w VI wieku jest fascynujący.

Image

Obok mapy leży... zwinięty dywan. Rozwijają go w czasie nabożeństw odbywających się kilka razy w tygodniu, by przykryć mapę - na nabożeństwa wstęp rzecz jasna jest wolny. Nie wiem, czy dywan zabezpiecza mapę, czy kasę, ale ta nie jest duża - 1 JOD/os.

Inne mozaikowe miejsca w mieście także bardzo ładne: kościoły Apostołów i Męczenników, spalony pałac, park archeologiczny i kolejne oldschoolowe muzeum, wszystko już w ramach JordanPass. Tak np. było w parku archeologicznym:

Image

Takich i podobnych zdjęć mozaik mamy z Madaby kilkadziesiąt. Dla koneserów na pewno godne polecenia. Bez spinania się, w ciągu dwóch i pół godziny obchodzimy wszystko i nie mamy odczucia pośpiechu. Z pewnością trzeba tam pojechać, choć przy innej koncepcji wyjazdu można też, jak się wie skąd, dotrzeć tam z Ammanu na jeden dzień i spokojnie wszystko obejrzeć, a przy okazji wybrać się na górę Nebo (jeżdżą service taxi).
O umówionej godzinie przyjeżdża Abdullah, pracownik wypożyczalni i moja wiedza motoryzacyjna poszerza się o fakt istnienia modelu Chevrolet Cobalt LTZ. Nie znając tego auta wcześniej mam pewne wątpliwości, czy to aby na pewno jest upgrade, bądź choćby odpowiednik Hyundaia Accenta, ale gabaryt mniej więcej się zgadza, automat jest, pięć miejsc jest, więc się nie wykłócam.
Zwłaszcza, że pierwszy raz w życiu (a parę razy auta wypożyczałem) widzę, by ktoś tak rzetelnie opisał wszelkie możliwe rysy, odpryski, dziary, wgniecenia i co tylko możliwe na wypożyczanym aucie. Nikt go nie prosił, w zasadzie już miał to zrobione, jak się spotkaliśmy. Auto choć prawie nowe (2017, 25 kkm przebiegu), jest dość mocno pokiereszowane, w efekcie czego standardowy rysunek pokrywa się kreskami na każdym elemencie.
Pasuje mi to - nawet jak zrobimy jakieś dodatkowe, to bez różnicy, bo w zasadzie całe auto nadaje się do lakierowania już teraz. Płacimy kartą, przy czym nie ma kłopotu z zapłatą za auto walutową debetówką, a kaucję 100 JOD blokują na kredytowej (tego wymagają). Abdullah prosi nas tylko, by autem dziś nie jeździć zbyt dużo, bo w umowie jest wynajem od jutra, a policja może się tego czepiać w kontekście ubezpieczenia. Odstawiam auto na płatny 2 JOD parking 200 m dalej i w ten sposób zaliczam debiut za kierownicą na bliskowschodnich drogach.
Wieczorem okazyjnie nabywam obywatelstwo Brazylii. Przecież mieliśmy kupić lokalnego SIM-a, żeby jakiś internet był jak się nawigacje pogubią i żeby było z czego dzwonić do wypożyczalni itp. Wchodzimy do biura jednej z sieci (tam gdzie wygląda że będą mówić po angielsku) i ustalamy co nam jest potrzebne, a raczej, co jest najtańsze. Potrzebny jest do tego paszport, operacja trwa 5 minut, chłopaki od razu pomagają mi w aktywacji numeru, internetu itd. Po wyjściu stwierdzam, że przepisanie nazwiska i imion do umowy, którą trzeba podpisać jakoś im poszło, ale już z listy państw wybrali mi Brasil. W razie czego skandale międzynarodowe wywołam na konto Brazylii, to mi też pasuje. SIM z pakietem 5000 minut do sieci (UMNIAH), 750 minut do innych jordańskich sieci i 6 GB internetu - 9,5 JOD, z czego 5 chyba za aktywację i reszta za ten pakiet. Po miesiącu trzeba doładować, bo zdechnie.
Późnym wieczorem zaczynam rozumieć, co w sprawie auta i prognozy miał na myśli Hani. Rozpętuje się bardzo konkretna burza, wichura zgina palmy rosnące przy kościele i rzuca krzesełkami po tarasie hotelu, po czym zaczyna lać i to nader intensywnie. Zasypiamy w środku pogodowej apokalipsy.
Co więcej, kolejnego dnia sytuacja się nie bardzo zmienia. Śniadanie jemy długo, bo może się pogoda poprawi. Jest równie dobre, co w Arab Tower, nie ma wprawdzie omletu i naleśników, lecz są za to pyszne domowe dżemy i zatar, który można dorzucić np. do jogurtu oraz jeszcze ciepłe falafele i równie ciepły chleb. W pobliżu jest zresztą piekarnia, gdzie jest on wyjątkowo dobry i niedrogi, 25 piastrów za kilogram.
Po śniadaniu wychodzimy na ulicę i tu jest już głęboki problem. To co wydawało się nam z okien hotelu tylko ulewą, na żywo okazuje się być małą klęską. Ulicą płynie już nie potok, jak to było w czasie deszczu w Ammanie, ale rzeka, równo z krawężnikami i niespecjalnie da się przejść do auta. Gdy w końcu się to udaje i próbujemy wyjechać, okazuje się, że wszędzie jest podobnie.
Dziękuję w duchu Haniemu, że w tych warunkach nie muszę oglądać i odbierać wypożyczanego auta...
Nie zrobili nam upgrade'u do amfibii :roll: :?:
Gdyby mi GM zapłaciło, to bym napisał, że tym autem wprost płynie się po drodze i za wiele nawet bym nie nakłamał, ale nie chcą, bo nie pytałem. Czyli przyjmijmy, że na duże kałuże i tak do głębokości krawężnika na miejskie rzeczki się nada, nic nie urwałem. Poza miastem już jest lepiej, bo woda ma gdzie odpływać.
Piątek jest dobrym dniem na taki debiut na arabskich drogach, ruch jest bardzo niewielki. Prawie nie ma ciężarówek, jedzie się nieźle, gdyby jeszcze wichura nie usiłowała nas zdmuchnąć z drogi, byłoby super. Okazuje się, że auto jest zaskakująco duże wewnątrz i ma wydajne ogrzewanie. Oznakowania dróg póki co bez zarzutu i dwualfabetowe.
Jedziemy oglądać "pustynne zamki". Pogoda ma swoje plusy - nigdy w życiu nie widziałem pustyni po ulewie.
Mniejsze i większe wadi są wypełnione brązową, rwącą wodą.
Image


Dodaj Komentarz

Komentarze (9)

108588 31 stycznia 2018 08:25 Odpowiedz
czekamy na dalszą część relacji. proszę o krótkie info co się zadziało w Wadi Rum, że musieliście zmienić plany? lecimy za 3 tygodnie i nie ukrywam, że Wadi Rum to chyba numer jeden naszych planów oraz zabookowane 2 noclegi :)
ziemekb 31 stycznia 2018 09:37 Odpowiedz
W Wadi Rum jako takim nic specjalnego się nie zadziało. Chcieliśmy koniecznie je zobaczyć i zostawiliśmy to sobie na koniec, bojąc się, że jeśli zaczniemy od Wadi Rum, to już nic się nam więcej tak nie spodoba. Pogoda jednak poprzedniego dnia dała nam strasznie w kość, zmokliśmy i zmarzliśmy niemiłosiernie na szlaku z Petry do Małej Petry, a na noc zapowiadano już wcześniej mróz i śnieg w wyżej położonych rejonach, w Wadi Rum zaś deszcz i wiatr i niewiele wyższe temperatury kolejnej nocy. Ponieważ nocleg w namiocie w dzikim miejscu nie jest dla nas atrakcją samą w sobie, a perspektywa oglądania gwiazd zapowiadała się mizernie, to założyliśmy, że dokonamy pobieżnego rekonesansu, a do Wadi Rum może jeszcze kiedyś wrócimy z własnym namiotem na dłuższą wędrówkę. Okazało się to słuszną decyzją, o czym w dalszej części relacji. Przy wystarczającej determinacji można dużo zobaczyć na piechotę bez wynajmowania jeepa. Dziś wieczorem pierwsza część konkretów i zdjęć, które się właśnie przystosowują do publikacji.
108588 31 stycznia 2018 15:28 Odpowiedz
czekamy na całą relację
littleboy1989 1 lutego 2018 07:33 Odpowiedz
czy tylko ja nie widzę zdjęć ?
arcco 1 lutego 2018 11:07 Odpowiedz
Teraz zdjęcia widoczne. Czekam na dalszą część relacji.
just7 5 lutego 2018 20:01 Odpowiedz
Witam. Czekamy na ciąg dalszy :).
108588 6 lutego 2018 10:45 Odpowiedz
wyjazd za 3 tygodnie - trasa taka sama - czekam z niecierpliwością na dalszą część relacji :) fajnie napisana, inne podejście do tematu! gratuluję Panie Redaktorze :)
ziemekb 6 lutego 2018 11:22 Odpowiedz
Do redaktora czegokolwiek, to mi i mojemu stylowi niestety daleko :oops: . Niemniej dziękuję za wsparcie. Ja po prostu staram się przedstawiać jakieś tam urywki, coś co zapadło w pamięć i rzeczy niekoniecznie oczywiste, nie pierwszoplanowe bo o oczywistych piszą przewodniki, choć nie zawsze skutecznie. Poza tym jeśli ewentualnie komuś się podoba, to zasługę proszę przypisać Autorce zdjęć. Moje są tak naprawdę komentarze do nich. Pozdrawiam i zapraszam do czytania dalszej części relacji, gdy się opublikuje.Ziemek
108588 7 lutego 2018 09:15 Odpowiedz
kolejna część relacji - udana jak poprzednie! w Madabie nocleg wybrany z booking oczywiście w tym samym hotelu - więc z pewnością potwierdzę obecność malunku córki :)oczywiście z niecierpliwością czekamy na cd! :)