+1
katewisienka 1 lutego 2018 22:21
Miesiąc przed wyjazdem z zapartym tchem śledziliśmy fotorelację z kamer w Bansku. Zabukowaliśmy tygodniowy pobyt z myślą o stokach słynnego bułgarskiego ośrodka narciarskiego w Pirynie. Póki co każdy dosypany centymetr następnego dnia zlizywała odwilż. Szarobure miasteczko nie zachęcało. A przecież fama niosła, że kilkumetrowa warstwa śniegu jest tu czymś oczywistym! Że alpejskie warunki są normą i spokojnie można porzucić każde stoki dla tras i bałkańskiej atmosfery Banska.



Krótko przed wyjazdem coś drgnęło: szczyty przyprószyło pudrem, temperatura spadła. Decyzja: jedziemy. Z noclegiem w Novym Sadzie. Petrovardinską twierdzę zaliczyliśmy wcześniej, teraz przegoniliśmy się po starówce, a potem odnaleźliśmy ulubioną knajpkę z pljeskawicą z piwem Jelen.



Rankiem ruszyliśmy w drogę, by na wieczór dotrzeć do Banska. Tam czekali znajomi, Lucek z Krysią, pół - Rumun z pół - Bułgarką. Krysia z miejsca została naszą przewodniczką po bułgarskim menu i za jej namową w ciągu kolejnych dni na stole lądował jagnięcy czomlek, kapama, kavarma czy kjufte. Kuchnia z gór Bułgarii podbiła nasze serca, choć wegetarianie nie mieliby tu lekko. Dziesiątki mehan, muzyka na żywo, ludzie kochający jedzenie. Nasze klimaty!





Kolejne dni podporządkowaliśmy wariactwom na stoku. Bansko to 65 km tras, najdłuższy zjazd liczy 16 km. Trasy obsługuje gondolka i kanapy, więc dla „parapeciarzy” - ideał. W ogóle każdy znajdzie tu coś dla siebie, bez względu na stopień opanowania techniki suwania się na deskach. To wszystko na wysokości ponad 2000 m z bajeczną scenerią ośnieżonych szczytów Pirynu, z Banskiem u stóp i w rytmie bałkańskiej muzyki! Warte każdej drogi.





Stara, zabytkowa część Banska pełna jest klimatycznych uliczek, a w nich 100 - letnie knajpki, restauracje, bary. Wzdłuż ulicy ciągną sklepy z baklavą, butiki, enoteki, wypożyczalnie. Wieczorami przy stołach (poza bułgarskim) słychać głównie angielski i rosyjski. Knajpy nabite na full. Ceny niższe niż nad morzem.





Po 4 dniach jazdy zrobiliśmy przerwę. Na południe od Banska leży Melnik, słynący z produkcji wina. Skusiliśmy się, bo każdy wie, że u nas wina się nie zakręca. W IX wieku melnickie wino było ponoć tak gęste, że dawało nabierać do fartucha. Dziś jest raczej cienkie i nie zachwyca, ale miasteczko już tak.



Położone wśród piaskowcowych skał, pełne architektonicznych perełek, oddaje klimat tej Bułgarii, którą cenię i lubię. Spacer po opustoszałym Melniku zakończyliśmy baklavą.





Kawałek dalej leży Monastyr Rożeński, a jego odwiedzenie zleciła nam Krysia. I dobrze, bo klasztor jest cudny. Ciemny, pachnący kadzidłem, wilgocią, z metafizyczną aurą i migotaniem świec.





Freski pościerane przez czas, słońce i deszcz zachwycają autentycznością... w odróżnieniu od Rylskiego, który odwiedziliśmy następnie. Rylski robi wrażenie rozmiarem i lokalizacją. Symbol oporu przeciw okupacji tureckiej przypomina bardziej warownię niż miejsce dumania. Wnętrze zdobi gigantyczny ikonostas, ale freski przypominają komiks. Krysia mówiła, że jakiś czas temu odnowiono malowidła i chyba forsy na farbę było za dużo.





Jadąc z klasztoru mija się wieś Stob. Wieś nie byle jaką, bo z piramidami. Chodzi o skalne formacje z piaskowca, które wyżłobione przez śniegi i deszcz utworzyły stożkowate wzgórza. To stobskie piramidy. Podejście wydeptaną za wsią ścieżką zajmuje 45 min. Na miejscu zamarliśmy jak swaci z legendy. Pięknie. Nie wiedziałam, że wnętrze Bułgarii ma tyle atrakcji.





Kiedy spenetrowaliśmy okolicę i wyeksploatowaliśmy stoki, nastał powrót. Na osłodę czekał nas wieczór Belgradzie, a potem kilkaset kilometrów autostrady. Na drugi dzień byliśmy w domu. Z zapasami wina, przypraw i przetworów.
Ktoś zapyta, czy mimo nie-idealnych narciarsko warunków warto było gnać 1500 km? Proste! Dla mnie Bułgaria w wersji "snow" bije opcję "sea" na głowę.
A ponoć tuż po naszym wyjeździe sypnęło śniegiem i zrobiło się alpejsko.

Dodaj Komentarz