+1
igore 3 lutego 2018 17:56
K. kilka dni przed moim wyjazdem:

- To gdzie Ty właściwie lecisz?
- Z Krakowa do Warszawy, z Warszawy do Kijowa, z Kijowa do Dubaju, z Dubaju do Manili, z Manili do Hong Kongu, z Hong Kongu promem do Makau, z Makau do Johor Bahru, później autobusem do Malakki, z Malakki do Kuala Lumpur, z Kuala Lumpur do Singapuru, z Singapuru do Londynu i z Londynu do Krakowa.
- Wszystko w 11 dni? To teraz już wiem, dlaczego lecisz sam.


Podróż zainspirowana tanimi biletami UIA i promocją Cebu Pacific, miała być na początku RTW. Jakieś dwa miesiące przed pierwszym lotem, zmieniłem jednak zdanie, dochodząc do wniosku, że dwutygodniowy RTW to za dużo na moją d..ę. Zastanawiałem się, czy zostać tydzień na jednej z filipińskich wysp, czy zwiedzić kilka azjatyckich metropolii. Wybrałem tę drugą opcję.
Jak zwykle w moim przypadku, nie było mowy o dokładnym planowaniu. Co ma być, to będzie.

Tuż po pracy, w piątkowy wieczór udałem się na krakowskie lotnisko. W drodze na przystanek autobusowy, uświadomiłem sobie że nie dokonałem odprawy na lot. Nieźle się zaczyna, pomyślałem.
W stolicy trafiłem w sam środek imprezy grupy warszawskiej F4F, co przyprawiło mnie o brak snu i ból głowy następnego dnia.
Dobrze, że przezornie poprosiłem recepcjonistę o budzenie, gdyż pewnie przespałbym lot do Kijowa. Podwójne espresso w saloniku trochę postawiło mnie na nogi. Lot do Kijowa minął szybko. Tam, kolejna wizyta w saloniku i dzięki uprzejmości obsługi nie zaspałem na kolejny lot.

Lotnisko w Dubaju przywitało mnie przyjemną temperaturą i tłumem ludzi, którzy próbowali się z niego wydostać. Zapaliłem papierosa, żeby zebrać myśli. Uber życzył sobie 70 AED, taksówkarz mówi, że pojedzie za 120. Nieźle. Byłem zmęczony i jak najszybciej chciałem się dostać do hotelu. W końcu pojechałem taksowką za 40 AED. Hotel znajdował się w Deirze. O czwartej w nocy w recepcji kilku mężczyzn, którzy wyglądali, jakby nigdy się stamtąd nie ruszali. W pokoju do dyspozycji mam 5 łożek ale chyba w żadnym nie zmieniono pościeli po poprzednich gościach. Cóż, nie będę wybrzydzał.

Śpię kilka godzin i rozpoczynam zwiedzanie. Zaczynam od okolicy, starej dzielnicy miasta. Odwiedzam souki, gdzie wyjątkowo nachalni sprzedawcy próbują mi wcisnąć chińskie badziewie. Chwila nieuwagi i juz stałem przed lustrem z arafatką na głowie i wyciągałem portfel. O nie, big boss nie da się tak łatwo namówić . Przepłynąłem na drugą stronę Creek, gdzie w podobnych soukach, podobni sprzedawcy, wciskali mi te same produkty. To nie jest Bliski Wschód, który mnie interesuje. Nie ma tu ciekawości obcego a jedynie chęć zarobku. Wszystko jest wymuszone, nachalne, sztuczne.


DSC00678.jpg



DSC00683.jpg



DSC00686.jpg



DSC00687.jpg



DSC00690.jpg



DSC00691.jpg



DSC00697.jpg



DSC00700.jpg



Szukam najbliższej stacji metra, by pojechać do Dubai Mall. Nie przepadam za centrami handlowymi ale to chciałem zobaczyć. W metrze tłoczno i śmierdzi. Jest to drugi najdłuższy, w pełni zautomatyzowany system metra na świecie. Kilkukrotnie zatrzymujemy się z powodu problemów technicznych. Dodatkowo mój bilet jest jakiś felerny i nie działa, gdy chcę wyjść ze stacji. Miasto coraz mniej mi się podoba. Dubai Mall to przepych, drogie sklepy, ogromne akwarium, lodowisko, stok narciarski. Wszystko, czego możecie się spodziewać w centrum handlowym. Wychodzę na zewnątrz, by zobaczyć z bliska to, po co tak naprawdę tu przyjechałem. Burj Khalifa – najwyższy budynek na świecie. Z braku czasu, nie rozważałem wjazdu na górę ale przyznam, że nawet z dołu robi wrażenie. Pokręciłem się trochę po okolicy i załapałem się jako persona non grata na dziesiątki selfie.

Jadę dalej, do Dubai Marina. Jest coraz chłodniej, ulice pustoszeją a sylwetki wieżowców odbijają się w wodzie. Wszystko lśni, błyszczy ale jest takie nieautentyczne, nie na miejscu. Zrobiło się naprawdę zimno, więc postanawiam jechać na lotnisko. Lot do Manili już za kilka godzin.

Czy Dubaj mnie rozczarował? Nie, właśnie tego się spodziewałem. Wiem, że byłem krótko i że miasto ma pewnie swoich zwolenników. Możliwe, że jeszcze kiedyś go odwiedzę, przy okazji jakiejś przesiadki. Nikt mnie jednak nie zmusi, żeby tam jechać na wakacje. Wolałbym je spędzić u mamy na wsi.


DSC00705.jpg



DSC00707.jpg



DSC00711.jpg



DSC00721.jpg



DSC00725.jpg



DSC00728.jpg

Hong Kong, część I.

Do Manili wyleciałem zgodnie z rozkładem. Cieszyło mnie to, gdyż na przesiadkę do Hong Kongu miałem 3.5h i brak planu awaryjnego w przypadku opóźnienia. Pewnie zostałbym na jeden dzień w Manili. Trudno wypełnić samoloty Cebu Pacific na tej trasie, dlatego też udostępniłem siedzącej obok mnie rosyjskiej parze dodatkowe miejsce, sam zajmując trzy inne w pobliżu. Na moje gabaryty to i tak niewiele. Nie byłem pewien, czy na lotnisku w stolicy Filipin można palić, wyszedłem więc na zewnątrz. Potem szybki check- in, security i wizyta w dość ubogim saloniku. Co ciekawe, jeszcze tydzień przed wyjazdem, nie mogąc znaleźć swojej rezerwacji na ten lot, wymieniłem kilka niepotrzebnych maili z supportem AirAsia, gdyż ubzdurało mi się, że lecę właśnie z nimi. Oczywiście nie mogli mi pomóc, gdyż mój lot był ponownie z Cebu Pacific. Cóż, muszę się lepiej organizować.

Hong Kong przywitał mnie zachodzącym słońcem i przyjemną temperaturą. Sprawdziłem, jak najlepiej dojechać do „hotelu” i po godzinie byłem w Tsim Tsa Tsui. Połowa sukcesu, teraz muszę odszukać Just as Inn, przybytek w którym przyjdzie mi spać najbliższe trzy noce. Byłem pod właściwym budynkiem, pogubiłem się w gąszczu możliwości (różne wejścia, windy, korytarze) i dopiero po poł godziny byłem na miejscu. Mój pokój okazał sie klitką o powierzchni 7m2 ale z oknem. Karaluchy były na tyle miłe, że nie wchodziły do salonu i bawiły się grzecznie w łazience, w której z trudem sam się mieściłem. W Hong Kongu sporo rzeczy dzieje się wertykalnie. Just as Inn zajmował powierzchnię mojego mieszkania i znajdowało się w nim 5 albo 6 pokojów. Pozostałą część piętra zajmowały mieszkania, salon masażu etc. Wsiadam do windy i jadę na dół. Przez przypadek wysiadłem na szóstym piętrze i myśląc, ze to parter szukam wyjścia. Jest jakaś restauracja, pytam kelnera, czy mogę przez nią wyjść na zewnątrz. Chłopie, to jest 6-te piętro, odpowiada ze stoickim spokojem. Witamy w Hong Kongu! Tu Twój krawiec będzie urzędował na 7-ym piętrze, lekerz na 5-ym, szewc na 4-ym, a telefon naprawisz na 8-ym. Wszystko w jednym budynku, w którym będą się jeszcze mieścić dziesiątki podobnych przybytków. Wieczór spędziłem na jedzeniu, łażeniu bez sensu i przypatrywaniu się miastu z Victoria Harbour.


DSC00755.jpg



DSC00757.jpg



Nie chciałem marnować czasu, więc na śniadanie była kanapka i kawa z 7/11. Plan na dzisiejszy dzień zakładał The Peak i niespieszne wałęsanie się po mieście. Przepłynałem promem na głowną wyspę, by autobusem wjechać na najwyższy punkt miasta. Widoczność była marna, na górze sporo turystów i odpustowa atmosfera. Nie chciałem wracać autobusem, wybrałem więc jedną z dróg, która doprowadziła mnie do centum. Nie chę Was zanudzac moją konkretną trasą i tym co widziałem . Pewnie i tak miałbym problem z właściwym jej odwzorowaniem. Parki i ulice Central, Wan Chai i Causeway Bay, jazda słynnym tramwajem, mniej i bardziej wąskie uliczki, targi i zatrzymywanie się przy stoiskach z ulicznym jedzeniem, by spróbowac lokalnych potraw. Czułem się jak Bill Murray w jednym z moich ulubionych fimów – Lost in Translation. Dwa razy większy i dziesięć razy wolniejszy od mieszkańców, zagubiony w wielkim mieście.


DSC00769.jpg



DSC00772.jpg



DSC00777.jpg



DSC00785.jpg



DSC00790.jpg



DSC00793.jpg



DSC00798.jpg



DSC00807.jpg



DSC00813.jpg



Wieczór spędziłem w Mong Koku, wałęsając sie gdzieś miedzy Night Market i Ladies Market, namawiany przez pracownice licznych salonów masażu, na wejście akurat do nich. Przed wciągnięciem siłą do jednego z nich uratował mnie John, mój nowy kolega. Mieszka w Hong Kongu od dziecka i zaprosił mnie na piwo, do znajdującego się w pobliżu sklepu. Pogadaliśmy, zapytałem gdzie mogę zobaczyć ten prawdziwy Hong Kong. Po krótkim zastanowieniu odpowiedział: jedź do Sam Shui Po. Musiałem wyjątkowo źle wyglądać, gdyż namawiał mnie głownie na wizyty w sklepach z używaną odzieżą, wielokrotnie powtarzając, że ceny sa niskie. Sugerował również zakup pralki lub telewizora – podobno wyjatkowo okazyjnie można je tam nabyć. Cóż, miałbym pewnie problem z zabraniem ich do mojego podręcznego bagażu. Po pożegnaniu z Johnem, kontynuowałem swoją jet-lagową wałęsaninę, którą zakończyłem satayem z ośmiornicy, piwem i kontemplowaniem nocnego życia miasta.
Aaaa - i targowałem się też trochę.
Pakuję sie zazwyczaj szybko i zawsze o czymś zapominam. Tym razem nie wziąłem ze sobą małego plecaka. Postanowiłem więc nabyć takowy, nie wydając więcej niż 40 PLN. Upatrzyłem sobie jeden w miarę kompaktowy, bez wizerunku Hello Kitty czy innej Myszki Miki. Na Night Market Pan chciał za niego 240 HKD. It is Hong Kong dollar mister, not the American one. Poszedłem na Ladies Market, moze tu znajdę taniej. Był. Pytam pani sprzedającej:

- Ile kosztuje ten plecak?
- 190 HKD.
- Mogę dać 80 HKD, odpowiadam nieśmiało.
- Ok.

Następnego dnia, mogłem go kupić w Sam Shui Po za 50 HKD, bez targowania.


DSC00816.jpg



DSC00818.jpg



DSC00819.jpg



DSC00820.jpg



DSC00821.jpg



DSC00822.jpg



DSC00823.jpg



DSC00827.jpg



DSC00855.jpg



DSC00858.jpg



DSC00864.jpg



DSC00868.jpg



DSC00870.jpg



IMG_20180123_230122.jpg

Hong Kong część II.

Zgodnie z sugestią Johna wybrałem sie do Sham Shui Po. Tuż po wyjściu z metra, wiedziałem że mi się spodoba. Było inaczej – spokojniej i właściwie bez turystów. Chodziłem nieśpiesznie po okolicy i robiłem zdjęcia. Tu rzeczywiście nie było blasku i blichtru centralnego Hong Kongu. Tu niemal każdy coś przewoził, przenosił, transportował a przygotowania do typowego popołudnia rozpoczęły się na dobre. Popołudnia, w którym spotykały się popyt i podaż a każdy chciał zarobić parę dolarów. W Sham Shui Po próżno było szukać znamion finansowej wielkości miasta. Widziałem ludzi, szukających jedzenia w koszach na śmieci, częstowałem bezdomnych papierosami, zaglądałem w brudne i zaśmiecone wąskie uliczki. Dzielnica słynie ze sprzedaży używanej elektroniki, szwarcu, mydła i powidła. Możliwe, że w gąszczu przeróznych rzeczy wystawionych na sprzedaż, znawcy znaleźliby cos wartościowego. Tu po raz kolejny poczułem, jak dobrze jest nie mieć planu, nie gonić za atrakcjami a po prostu wtopić się w lokalny koloryt.


DSC00873.jpg



DSC00877.jpg



DSC00881.jpg



DSC00885.jpg



DSC00886.jpg



DSC00887.jpg



DSC00889.jpg



DSC00892.jpg



DSC00895.jpg



DSC00896.jpg




Dodaj Komentarz

Komentarze (19)

lavarsovienne 6 lutego 2018 23:22 Odpowiedz
igore napisał:Zostawmy sprawy pomiędzy Hong Kongiem i Chinami i wybierzmy się na wyścigi konne. Tu okazało się, że brak planowania może mieć też inne, bardziej smutne oblicze. Spodziewałem się, że jadąc do Happy Valley będę świadkiem wyścigów na żywo, dane mi je było jednak oglądać jedynie z telebimu. Raczej brak rozeznania w temacie. W końcu przecież udałeś się tam, gdzie sobie zaplanowałeś. ;-)
greg1291 7 lutego 2018 01:03 Odpowiedz
Jakoś tak strasznie pesymistycznie zaczyna się ta relacja. Konkluzja smuta czy Polska, czy ZEA, czy Hong Kong wszędzie de facto tak samo.Blichtr na pokaz i dążenie małych by za wszelką ceną zarobić. Niestety udzieliło mi się nastrój autora ;)
igore 7 lutego 2018 08:32 Odpowiedz
@greg1291 Nie jest aż tak pesymistycznie. Jedzenie było smaczne. ;)
pabien 7 lutego 2018 08:37 Odpowiedz
No ja nie wiem. W Hong Kongu to wypada siąść wieczorem gdzieś gdzie widać ruch horyzontalny i wertykalny i obserwować. Wyjątkowe wrażenia gwarantowane.
ewaolivka 7 lutego 2018 09:00 Odpowiedz
Zdjęcia oddające nastrój-klasa!. Jak zawsze, zresztą :)
firley7 7 lutego 2018 11:25 Odpowiedz
Obiecujący tytuł relacji.Super :)
don-bartoss 8 lutego 2018 21:46 Odpowiedz
Podoba mi się ta relacja, a ta część chyba najbardziej. Rozwijasz się literacko i nabierasz odwagi w gospodarowaniu słowem. Brawo.Zdjęcia też jakieś lepsze - nowy sprzęt?
igore 8 lutego 2018 22:00 Odpowiedz
@Don_Bartoss Dziękuję za sarkazm miłe słowo. Ja się już nie rozwijam. Kiedyś byłem rozwinięty, ale nie pisałem relacji. Sprzęt ten sam, tylko światło lepsze. ;)
don-bartoss 8 lutego 2018 22:08 Odpowiedz
To nie sarkazm. Na to przyjdzie czas w innych wątkach :)"Nie miałem szczęścia na wyścigach konnych, nie miałem szczęścia w kasynie, pewnie mam szczęście w miłości." - po prostu widać, że nie na kolanie napisane.
pabien 8 lutego 2018 22:12 Odpowiedz
Może Ty @Don_Bartoss wrociłbyś do pisania - masz pewne zaległości.
don-bartoss 8 lutego 2018 22:21 Odpowiedz
@pabien, to jest bardzo delikatny temat, a nie powinniśmy bałaganić autorowi w jego wątku z relacją, ale zapewniam, że zrobię tak byś był chociaż w miarę zadowolony.
garmond 9 lutego 2018 09:11 Odpowiedz
@igore Jaką temperaturę masz tam aktualnie?
igore 9 lutego 2018 09:38 Odpowiedz
@Garmond Wróciłem już z podróży. Miałem zamiar pisac live, ale odpuściłem. W Hong Kongu i Makau było przyjemne 20 stopni, w Malezji i Singapurze dla mnie zdecydowanie za ciepło i za wilgotno.
cccc 9 lutego 2018 21:51 Odpowiedz
@igore, ciekawa relacja, piszesz akurat o miejscach ktore odwiedzilem niedawno, zreszta nie po raz pierwszy, miedzy innymi spedzalem Sylwestra i NR w HK i Macau. :) Fajne zdjecia, a na jednym wdzialem jackfruit, jeden z moich ulubionych owocow.HK to jedna z moich ulubionych destynacji i napewno wyglada inaczej, jak jest sloneczna pogoda i nie ma smogu.Mysle, ze nie bez powodu nazywany jest stolica smogu.Mialem szczescie, chcialem polatac helicopterem nad HK i byla akurat fantastyczna pogoda. :D igore napisał:Z terminalu w Makau do hotelu miałem ok. 3 km. Wiedziałem, że w okolice mogę pewnie podjechac jednym z darmowych busów, podstawionych przez kasyna, postanowiłem się jednak przejść. Trasa nie dostarczyła mi jednak wrażeń. Mysle, ze warto podjechac busem do hotelu, podstawionym przez kasyna, ale czasami trzeba troche poczekac.Pozdr.
firley7 16 lutego 2018 22:13 Odpowiedz
Dla mnie nie było Za dużo, za szybko... jak informował tytuł. Było niezwykle interesująco.Intrygujące zdjęcia, barwny język, szybkie tempo podróży, to elementy, których połączenie zaowocowało świetną relacją.Dziękuję :)
igore 17 lutego 2018 12:18 Odpowiedz
Podsumowują koszty. Za bilety lotnicze zapłaciłem ok. 1300 PLN, autobusowe 80-90 PLN. Na przejazdy Uberem wydałem pewnie ok. 80PLN. W Hong Kongu miałem kartę Octopus, która znacznie ułatwia korzystanie z transportu publicznego w mieście. Komunikacja miejska w róznych miejscach kosztowała pewnie kolejne 80 PLN. Spałem w przeróżnych hotelach, głównie z promocji lub za punkty, więc nie będę pisał o kosztach, gdyż nie będą miarodajne. Ze swojej strony polecam Double Tree Malakka, za 5k punktów HH. Jedzenie, jak to w Azji, tanio i smacznie. Żywiłem się głównie tam, gdzie jedli mieszkańcy i wszędzie śmiano się z moich umiejętności jedzenia pałeczkami.Raczej nikomu nie polecam zwiedzania w takim tempie. Doskwierał mi jetlag, azjatyckie miasta przytłaczały swoim ogromem, wszechobecnym pośpiechem i hałasem. Po powrocie do Polski miałem ochotę przez jakiś czas pomieszkać w chatce w lesie. Mimo wszystko nie żaluję. Gdybym miał wrócić tylko do jednego miejsca, spośród tych, które odwiedziłem podczas tej podróży- wybrałbym Hong Kong.
norwich1987 14 marca 2018 10:39 Odpowiedz
"Dubai Mall to przepych, drogie sklepy, ogromne akwarium, lodowisko, stok narciarski. "Ps. Stok narciarski znajduję się nie w Dubai Mall, ale w Mall of the Emirates.Ps. 2. Fajne zdjęcia.
igore 14 marca 2018 21:36 Odpowiedz
@norwich1987 Pewnie dlatego nie mogłem tego stoku znaleźć. ;)
norwich1987 15 marca 2018 10:48 Odpowiedz
igore napisał:@norwich1987 Pewnie dlatego nie mogłem tego stoku znaleźć. ;)Ja się teraz mądrze, bo jak byłem w Dubaju przez 16 h to też szukałem tego stoku w Dubai Mall ;) Dopiero w Polsce wyczytałem, że jest w innym miejscu, ale w naprawdę wielu miejscach jest napisane, że stok jest w Dubai Mall :D