0
Barbara Rogórz 6 lutego 2018 19:56

Różnica między ludźmi, którzy realizują swoje marzenia a całą resztą świata nie polega na zasobności portfela. Chodzi o to, że jedni przez całe życie śnią o przygodach a inni, a inni pewnego dnia podnoszą wzrok znad książki, wstają z fotela i wyruszają na spotkanie swoich marzeń. - Wojciech Cejrowski


Nasza wyprawa na Filipiny odbyła się całkiem spontanicznie. Decyzja zapadła szybko, wszystko działo się zaledwie w ciągu dwóch tygodni. Co prawda wstępny plan został stworzony jakieś pół roku temu i tak sobie leżał w folderze "The bucket challenge" ... aż, aż do momentu, gdy padła decyzja LECIMY!

Zarezerwowaliśmy loty do Manili na 17 stycznia 2018! Yuhu! Loty z Air China za 925e za 2 osoby z Frankfurtu nad Menem.
17.01.
5.30 pobudka, śniadanie, i odwiezienie Fiesty do hotelu dla psów. To było straszne przeżycie, pierwszy raz ja tam zostawialiśmy i byliśmy pełni obaw, czy aby na pewno będzie wszystko w porządku. Jak się okazało to my bardziej tęskniliśmy niż ona, a jej warunki noclegowe były o wiele lepsze niż nasze.
Po powrocie do domu szybkie dopakowanie się i ruszyliśmy na dworzec PKP na pociąg do Frankfurtu. Zimno było, ale chyba emocje nas rozgrzewały. My z bagażami podręcznymi max. 7kg., a na sobie spodnie, bluza, czapka +2 pary skarpet-w końcu jest zima :-) W pociągu super sprawą było WiFi, wiec czas nam dość szybko minął, trochę na rozmowie, trochę na facebooku :p Byliśmy tez pod wrażeniem, że niemieckie IC jechało ponad 200km/h.

Dotarliśmy na lotnisko i czekamy na nasz lot do Pekinu. Mój zawsze dobrze zorganizowany maż, który zawsze dba o to, aby być wszędzie na czas etc., jest zawsze odpowiedzialny za sprawy organizacyjne. Długie oczekiwania na lotniskach przed odlotem są u nas całkiem normalne. Wylecieliśmy planowo o 19.15. Samolot okazał się o wiele lepszy od UIA. Więcej miejsca na nogi, rozrywka na pokładzie, (co prawda filmy po chińsku lub angielsku) jedzenie cóż – samolotowe.
18.01 o 11.45 Jesteśmy w Pekinie. No cóż, dobrze, ze sobie ściągnęłam wcześniej aplikacje VPN i mogłam dzięki temu swobodnie korzystać z internetu. Bez neta na lotnisku byłoby strasznie nuuudno. Czekaliśmy 7 godzin. Trochę pogadaliśmy, trochę pospaliśmy, trochę posiedzieliśmy na necie. O 18.55 wylecieliśmy do Manili. O 23.40 dotarliśmy.

19.01
Nie mieliśmy w planach zwiedzać miasta wiec poczekaliśmy na busa na inny terminal (terminal nr 3, okropnie mały, nie było gdzie usiąść, siedzieliśmy na ziemi obok miejsca do ładowania telefonów) i o 4.10 wylecieliśmy do Cebu. W Cebu zaraz po wylądowaniu pojechaliśmy na dworzec polnocny, aby złapać bus do Maya. Nie było to trudne, ponieważ na miejscu było pełno busów i pełno naciągaczy. Dogadujemy się, że tylko cos zjemy (umieraliśmy z głodu) i ruszamy z nimi do Maya za 200peso od osoby. Zobaczyliśmy "restauracje" a raczej słynne filipińskie gary i zamówiliśmy porcje makaronu z warzywami. Po pobycie w Tajlandii byłam pewna, że jedzenie będzie dobre.... w końcu Azja myslalam... Okazało się, że po tym, jak wzięłam kęs do ust od razu miałam odruch wymiotny! To było najgorsza rzecz w smaku, jaka kiedykolwiek miałam w ustach. Kupiliśmy sobie po słodkiej bułce i 5 litrów wody i ruszyliśmy busem do Maya. Trochę się gnietliśmy, było niewygodnie, ale na szczęście klima działała. W polowie drogi zauważyłam, ze koleś obok mnie ma w wiklinowym koszyku koguta. Jak się okazało jechał z nim na walki kogutów. Dotarliśmy do Maya jakoś kolo południa. Na miejscu w porcie kupiliśmy bilety na Malapascua. 100peso za osobę + 40peso za dopłyniecie do lodzi. Cwani Filipińczycy wsadzają Cię do malej lodki i płyniesz tak kilka minut, po czym przesiadasz się na większą łódź. Za taką podwózkę płaci się 20 peso. A że taki myk robią na początku i na końcu podróży to mają na tym 40 peso zysku. Nie było odpływu, żeby to było konieczne...taki mają biznes :-)
Po dopłynięciu na Malapascua zaczepia nas lokalas i pyta się czy mamy nocleg. Pokazujemy mu rezerwacje z booking.com, a on proponuje, że nas zaprowadzi do hotelu. Dzięki Bogu, bo sami pewnie byśmy trochę pobłądzili. Idziemy wiec za nim, zmęczeni, niewyspani i ledwo kontaktujemy, ale no co w końcu dotarliśmy do raju! Po drodze wypytujemy o wycieczkę na Kalamanggan. To był nasz cel nr 1 i zarazem punkt z listy the bucket chalange: Spędzić noc na bezludnej wyspie. Brzmi bajkowo :-)
Docieramy do hotelu. Romantic Gasthouse. Na recepcji obsługuje nas chyba lady boy. Pan czy to Pani, nie mamy pojęcia, marzymy tylko o tym by wziąć prysznic i odpocząć. Pokój okazuje się spoko. Łóżko wygodne, duże 2-osobowe +łazienka. Wszystko czyste. Zostawiamy bagaże i idziemy w stronę plaży, żeby cos w końcu zjeść. Trafiamy na fajną restauracje Mabuhay. Zamawiamy Cordon bleu i rzucamy sie na niego tak jakbysmy z tydzien nic nie jedli. Wracając rezerwujemy na jutro rejs na Kalamanggan u naszego poznanego kolegi. Dogadujemy się z opcją pobytu one night. Bierzemy prysznic i idziemy spać.

20.01
Pobudka około 7 i idziemy na śniadanie. Dostajemy jajecznice chyba z 1 jajka + 3kromki tostowe. Nie zbyt dobre w smaku, ale trzeba się zapchać. Kupiliśmy 20 bułek i wodę. Ruszamy na bezludną wyspę. Z nami płynie jeszcze kilka osób. Łącznie z 10. Za taką wycieczkę płacimy 800peso + 500peso za wstęp na wyspę za osobę. Opcja zostania na noc to dodatkowe 750peso na osobę + 300peso za namiot.
Docierając na miejsce widzimy z oddali piękną plażę jak z widokówki. Piękny piasek, krystalicznie czystą wodę....to jest to! Nasz Raj! Jesteśmy na miejscu! Robimy mnóstwo zdjęć, zwiedzamy ta małą wysepkę. Na wyspę przypływa dużo osób. Każda wycieczka ma swoich przewodników, którzy przygotowują lunch w postaci grilla. Nasz lunch to kurczak, wieprzowina, ryba + ryz i sos sojowy. Można jeść do woli. O 14.30 zaczynają odpływać Ci, co przypłynęli tutaj tylko na 1 dzień. O 16 zostają tylko ci, którzy będą tu nocować. Ogarnia nas szczęście poprzeplatane ze strachem. Mamy nadzieje, że ktoś jeszcze zostaje, że nie będziemy tutaj sami... ale na szczęście widzimy jeszcze 2 namioty + osoby, które zajmują się ta wyspa. Zapada fajna cisza i można się relaksować pięknym widokiem i dzikimi odgłosami natury. Korzystamy z tej błogiej chwili. Biegniemy w stronę cypelka wyspy i kapiemy się nago. Super przeżycie... :D Korzystamy z tej pięknej scenerii. Plażujemy, kapiemy się, relaksujemy. Na wyspie jest 1 mały sklepik, a raczej stół z kilkoma artykułami. Kupujemy sobie piwko i siedzimy w domku przy plaży i cieszymy się chwila! Chwilo, trwaj! Robi sie ciemno. Bierzemy dwa leżaki i kładziemy się i patrzymy w gwiazdy. Na wyspie nie ma prądu, nie ma wody słodkiej. Idąc do WC, czy do namiotu podświetlamy sobie drogę latarka. Na wyspie są może 2 lub 3 lampy ładowane energia słoneczną. Zmęczeni kładziemy się spać. Leżymy w namiocie na piasku i jest strasznie niewygodnie. Przykryliśmy się płaszczem przeciwdeszczowym. Ja zasypiam bez problemu, budzę się jednak co chwile, bo albo twardo i niewygodnie, albo wydaje sie ze cos po mnie chodzi. Najstraszniej zrobiło się późno w nocy, gdy był przypływ i fale uderzały strasznie głośno raz z 1 raz z 2 strony wyspy. Ja powiedzmy 40%nocy przespałam, ale mój Damian jako odpowiedzialny i rozważny facet martwił się biedak cala noc o nasze bezpieczeństwo i podobno nie zmrużył oka. No dopiero kolo 5 nad ranem :-) Noc była okropna..., ale to doświadczenie zostaje nam na całe życie. Moje marzenie zostało zrealizowane! Ta okropna noc rekompensuje poranny wschód słońca i ten piękny widok z samego rana. Jest cicho, pięknie, świeżo i znów wracają nam dobre humory. Przyznam się, że oboje mieliśmy obawy, czy ktoś po nas przypłynie. Niby dogadaliśmy się z ekipą z wczorajszej lodki, ale zła pogoda lub brak chętnych turystów mogłoby nam pokrzyżować plany. Wycieczki z Malapascua na Kalamanggan nie odbywają się codziennie...ale na szczęście o 10 podpływa lodka. Meldujemy się, że będziemy z nimi wracać o 14. Wszystko było zgodnie z planem. Po powrocie na Malapascua idziemy na obfity obiad, a potem na obfitą kolacje.


22.01 do 24.01
Spędzamy czas na Malapacsue. Wybieramy na relaks koniec plaży. Jest tam przyjemnie i cicho. Nie ma lodek przy brzegu i woda jest czysta. Żeby sobie urozmaicić czas poszliśmy zwiedzić wyspę. Po drodze mijaliśmy typowe filipińskie domy z blach i płyt drewnianych. Wyspa jest zaśmiecona, ale z drugiej strony nie dziwi mnie to. Tam często występują huragany, jeżeli mieliby po każdym wszystko odbudowywać i porządkować to byłaby to syzyfowa praca. Na wyspie jest szkoła podstawowa. Dzieci chodzą do szkoły, a po lekcjach kilka z nich chodzi i próbuję sprzedać naszyjniki i bransoletki. Zaczepiają nas, mówią wierszyk, w którym informują nas, że zbierają na odbudowę szkoły. Są zbyt nachalne, co powoduje, że wiele turystów nawet na nich nie reaguje. Kiedy chciałam kupić bransoletkę od chłopczyka to jego koleżanka powiedziała mi, że muszę tez kupić coś od niej, że nie mogę kupić tylko od jej kolegi. To było według mnie zbyt nachalne i nieprzyjemne. Na Malapascua nie ma jeszcze super rozwiniętej turystyki, ludzie mieszkają w szałasach, co drugi dom cos sprzedaje. Ludzie siedzą przed domami/sklepami i rozmawiają, bawią się i spędzają wspólnie czas. Nie zauważyłam, żeby ktoś z nich miał telefon i korzystał z neta. Tam jest naprawdę dziko i wspaniale było moc to zobaczyć. Ci ludzie mają tak niewiele, a są szczęśliwsi od bogatych europejczyków... Nie szukają sobie problemów, nie planują, żyją tu i teraz.

Odnośnie do naszego lokum, to w 2 wieczór znaleźliśmy w łazience współlokatora – karalucha. Jak się okazało była szpara i mógł on ze swoimi znajomymi spokojnie tam przesiadywać. Jednego zabiliśmy, a drugiemu udało się uciec. Przed wejściem do łazienki odhaczaliśmy nasz rytuał, który towarzyszył nam w Tajlandii: światło, pukanie, halo-halo, otwieranie drzwi, pukanie do kibla (tak na wszelki wypadek) i dopiero można było się rozgościć.
25.01
Wracamy rano do Maya i czekamy na busa do Cebu. Busy w sumie już stoją, a my czekamy na więcej pasażerów. Nie odjeżdżają, dopóki się nie uzbiera skład... Zabieramy się w 10 osób. Po drodze kierowca zbiera jeszcze kilka i jak się potem okazało jechaliśmy w 25 osób w 15osobowym busie. Na początku wkurzeni że płacimy kasę za takie warunki, ale już potem zaczęliśmy się śmiać z tego, co nas spotkało. Ciasno, niewygodnie, ale na szczęście klima działała i było czym oddychać. Z Cebu udajemy się na przystań promowa. Kierunek Tubigon. Kupujemy bilety za 250peso klasa ekonomiczna. Jakie z nas debile. Zamiast dopłacić 100peso i brać biznes to nie... bo my chcemy mieć przygodę i mamy. Płyniemy a chyba z godzinę już nawet nie wiem ile. Jest ciasno, bagaże mamy na kolanach. Siedzimy w rzędach jak w autobusie po 3 osoby. Nagle czuć straszy smród i powoli zaczyna nam brakować tlenu.... Marzymy tylko o tym, by jak najszybciej dopłynąć do celu. Jesteśmy w Tubigon. Głodni i spragnieni widzimy McDonalda i od razu ruszamy w tym kierunku. Łapią nas po drodze naciągacze i pytają dokąd jedziemy. Mówimy, że do Carmen, prywatnie 700peso... okazuje się, że jedzie teraz bus do Cramen, a potem nie będzie już transportu. Żeby nie płacić potem za prywatny trycykl rezygnujemy z McDonalda i jedziemy busem 80peso za osobę. Kierowca dowozi nas pod sam adres i dajemy mu za to napiwek, bo to wcale nie było jego obowiązkiem. Na miejscu udajemy się do pobliskiego supermarketu i piekarni. Znowu kupujemy ich słodkie bułeczki i wracamy do hotelu. Ogarniamy trycykla na następny dzień. Mamy w planie widzieć wschód słońca na Czekoladowych Wzgórzach. Za 1500peso mamy kierowcę, który zawiezie nas na Panglao do kolejnego hotelu zatrzymując się na Czekoladowych Wzgórzach i w Sanktuarium Tarsierów.

26.01

O 5.40 wyjeżdżamy na Chocolate Hills. Wspinamy się 200 schodów na szczyt. Niestety jak na złość pochmurnie i ze wschodu lipa. Brzydki widok. Porobiliśmy zdjęcia i to wszystko. Nie zachwyciło nas to tak polecane przez wielu miejsce. Koszt to 50peso za osobę. Jedziemy dalej, na Trasiery. Miejsce to otwierane jest od 8.00 wiec idziemy do pobliskiej restauracji na sniadanie.... oferta jest tak uboga..., że zamawiamy na śniadanie frytki :-) O 8 udajemy się do środka, aby zobaczyć słynne filipińskie zwierzątka. Mamy to szczęście, że jesteśmy sami + pracownicy. Oprowadzają nas i pokazują dokładnie gdzie się pochowały Na koniec miły pan z obsługi robi nam pamiątkowe zdjęcia.

Po wizycie w sanktuarium Trasierow jedziemy już na Panglao do naszego hostelu Adriana´s Place. Docieramy na miejsce przed południem. Zostawiamy bagaże w recepcji, ponieważ nasz domek, nie jest jeszcze gotowy. Idziemy na plażę Dumaluan Beach. Okazuje sie ze dzienny wstep na te paze kosztuje 50peso za 2 osoby. Płacimy z nadzieją, że warto, ale okazuje sie że jednak nie warto... plaza jest przepiękna, ale w większości zajęta przez prywatne resorty i jest zakaz wstępu. Można się położyć na plaży, ale nie pod palmą, tylko tuż przy brzegu. Ogarnęliśmy jednak dość tania i dobra restauracje. W kolejne dni na kolacje udaliśmy się wejściem dla gości hotelowych...omijając tym samym płatność za wstęp na plażę, ale z tej plaży też nie korzystaliśmy.


27.01
Wczoraj zarezerwowaliśmy rejs na oglądanie delfinów i snorkowanie + Balicasag i Virgin Island. Pełni nadziei jedziemy wynajętym przez firmę autem na Alona Beach skąd mamy wypływać. Nasze wypłynięcie się opóźnia. Czekamy i czekamy... powoli zaczynamy się frustrować. Wypływamy chyba jako ostatni i już nam się humory pogorszyły. Wiedziałam, że oglądanie delfinów możliwe jest tylko wczesnym rankiem. Nasz kapitan okazał się chamem i tak naprawdę widzieliśmy delfiny może z 5 minut, po czym od razu popłynął na wyspę Balicasad. Zniesmaczona i zła wiedziałam, że mam już zj**any dzień! Damian poszedł z grupa ludzi z lodzi posnorkować, a ja zostałam przy plaży. Zgłosiłam się tylko na pływanie z żółwiem morskim. Świat wodny bardziej zachwyca Damiana niż mnie. Mnie on raczej przeraza. Po około godzinie dołączyłam na łódkę i razem z inną para wypłynęliśmy w morze, aby spotkać żółwia morskiego. Nasz przewodnik wykazał się naprawdę dużym zaangażowaniem. Założył maskę, płetwy owinął się lina z lodki i wskoczył do wody w poszukiwaniu żółwia. Za nim wskoczyliśmy i my. Jak się okazało niestety byłam najwolniejsza i najbardziej spanikowana. Patrząc w dol i nie widząc dna zaczął mnie paraliżować strach... Pływałam w kamizelce co jeszcze bardziej mnie spowalniało i byłam sporo za lodka.... Gdy się w końcu ogarnęłam i chwyciłam za jakaś część od lodki usłyszałam, że mam wskakiwać na nią i jak będzie żółw to mi powiedzą i będę mogła wskoczyć. I tak nasz przewodnik nie dość że ciągnął łódkę, to jeszcze mnie na niej... masakra:-( Mam kolejny cel na przyszłość...poprawić się w pływaniu i opanować sztukę utrzymywania na wodzie. Niestety nie udało nam się zobaczyć żółwia morskiego. Na koniec wyprawy poplynelismy na Virgin Island, gdzie wypiłam świeżą wodę z kokosa i poprawiłam sobie humor :-)
Wracając na Alona Beach myślałam o delfinach i wiedziałam, że nie mogę odpuścić. To jest przecież mój cel! Zobaczyć delfiny w naturalnym środowisku. Po powrocie udaliśmy się z pretensjami do punktu, gdzie wysyłają na te wycieczki. Zamówiliśmy na kolejny dzień łódkę za 1000peso. Prywatnie tylko dla nas i tylko na delfiny. Ustaliliśmy, że mamy wypływać nie później niż 6.15. Z nadzieja, że jutro będzie lepszy dzień udaliśmy się do hostelu.

28.01
Z samego rana czekamy na odbiór z hotelu. Nie spodziewaliśmy się, że przyjedzie odebrać nas pan na skuterze! Boże czy my mamy tym jechać? Po wypadku Damiana w Tajlandii miałam mieszane uczucia, ale raz się żyje. Wsiadamy. We 3 jedziemy na Alona Beach na kolejną przygodę. Ładujemy się na łódkę i wypływamy punktualnie. Mamy podobno jedna z lepszych lodek z dwoma silnikami. Czyli nasze negocjacje się opłacały. Nasz kapitan wraz z synem starają się wypatrzeć gdzie są delfiny. Udaje się. Mamy je! Są obok nas w zasięgu wzroku, płyniemy równo z nimi. To uczucie, kiedy spełnia się swoje największe marzenia jest nie do opisania. Wzruszyłam się! Myślałam, tylko żeby się nie popłakać, bo przecież ze łzami nie będę miała tak super widoku! Delfiny 2minuty pływały 2 minuty się chowały i tak chyba z godzinę się przekomarzalismy z nimi. Dzięki temu, że mieliśmy prywatną łódkę i wypłynęliśmy wcześnie mieliśmy naprawdę super wrażenia!

To było jedno z piękniejszych przeżyć w moim życiu! Z super humorkiem wrodziliśmy na Alona Beach. Byliśmy bardzo szczęśliwi. Udaliśmy się na śniadanie. Ogarnęliśmy tania restauracje ze smacznym jedzeniem, do której chodziliśmy przez resztę dni.
29.01.30.01
To był relaks na Alona Beach. Co mogę powiedzieć, to tylko to, że ta plaza jest przereklamowana Jak dla mnie za dużo turystów! Za dużo tych wszystkich ofert, naganiaczy itp. Co chwile słyszeliśmy: Hopping Island, Balicasad tommorow albo massage.... To było męczące... My jednak wolimy dzikie plaże, dzikie miejsca, tam, gdzie można poznać prawdziwe oblicze danego miejsca.


31.01
Wracamy! Lecimy z Taglibaran do Manili. W Manili na lotnisku śpimy i na następny dzień o 6.20 wylatujemy do Pekinu, a potem po 3 godzinach czekania z Pekinu do Frankfurtu. Droga powrotna zawsze jest trudniejsza...zawsze się dłuży i jest bardzo mecząca!

Czego mnie nauczył ten wyjazd: Przede wszystkim tego, że marzenia są po to, aby je spełniać!

Dodaj Komentarz

Komentarze (2)

beata-jankowska 6 lutego 2018 21:21 Odpowiedz
wyspa nazywa się Balicasag :-)
barbara-rogorz 6 lutego 2018 21:28 Odpowiedz
Dziękuję :-)