+1
radionx 6 lutego 2018 21:44
-- 06 Lut 2018 21:44 --

Po zachęcającym odbiorze mojej pierwszej relacji (Kolumbia - złota kawa bez hiszpańskiego) czas zasiąść do następnej. Tym razem dużo bardziej oklepany Wietnam, a relacja pisana na spokojnie, bo pół roku od wyjazdu minęło jak z bicza strzelił.


a.JPG



Polowanie na wyjazd rozpoczęło się w styczniu 2017 wraz z promocją Qatar Airways. Po przejrzeniu cen i kierunków stwierdziłem – wracamy do Azji i za (moim zdaniem) całkiem przyzwoite 1829 zł zakupiłem na maj bilet open jaw Warszawa – Hanoi, Ho Chi Minh City – Warszawa. Zostało mi jeszcze 4 miesiące czasu do wyjazdu, więc wróciłem do lektury przewodnika i planowania trasy. Sam nie wiem, czy to przybywające lata na moim koncie, czy też odległy termin wyjazdu spowodowały, że po raz pierwszy ustawiłem trasę na sztywno, rezerwując już z kraju wszystkie hotele przez booking oraz 2 przeloty wewnętrzne liniami VietJet. A może to po prostu wygoda? Szczególnie jak przypomnę sobie ile czasu schodziło na szukanie noclegu z buta w Sri Lance (nie raz zdarzało się, że polecany hotel „wujka” czy „kuzyna” standard lub lokalizację miał nie do przyjęcia).

W końcu nadchodzi długo wyczekiwany 6 maja i lecę, oczywiście z przesiadką w Doha.


1.jpg



W Hanoi ląduję w niedzielę po 16:00, wymieniam ze 20$ na wietnamskie dongi (VND) i ruszam szukać swojej taksówki z hotelu. Wiem, że może i nie przystoi, ale hotel zaproponował transport za 18$ i już nie chciało mi się kombinować dla tych kilku USD oszczędności. Ląduję w Hanoi Chic Hotel w samym sercu Old Qarter na 4 najbliższe noce (po 27$ za nocleg ze śniadaniem). Nie ma co czekać. Krótki prysznic i w miasto, tym bardziej, że do jeziora Hoan Kiem mam może ze 200 metrów. Niby blisko, ale jest haczyk. Trzeba dwukrotnie przejść przez ulicę. I w tym miejscu potwierdzają się wcześniej wyczytane z blogów i przewodnika informacje. Takie przejście może być rzeczywiście wyzwaniem, bo ruch jest ogromny, a przepisy nie obowiązują żadne. Nie na darmo jednak trochę przed wyjazdem szperałem. Podczepiam się pod innych pieszych, a następnie w ich rytmie, choć z duszą na ramieniu, jakoś przedostaję się na drugą stronę.


2.jpg



Nad Hoan Kiem jak w ulu. Okazało się, że w niedzielę ulice dookoła jeziora są zamknięte dla ruchu kołowego i okupowane są nie tylko przez turystów, ale też tłumy miejscowych wraz z rodzinami. Wbijam do pierwszej z brzegu knajpy i biorę spring rollsy. Już po pierwszym kęsie wracają wspomnienia z Azji i żałuję, że nie wziąłem wegetariańskich. Mięso sprawia wrażenie szatkowanego razem z budą. Taaak, wiem, że u nich nic się nie marnuje. Z zimnym piwem wchodzi jednak lepiej i chwilę później mogę ruszyć na rundę dookoła jeziora. Jest bajecznie, kolorowo i ciepło (szczury biegające po brzegu mnie specjalnie nie ruszają – taki klimat). O 22-giej miejscowi i uliczne stragany znikają. Pewnie przez wczesną pobudkę na poranne ćwiczenia – tylko raz doświadczyłem tego widoku w drodze na lotnisko, bo to wybitnie nie moje godziny funkcjonowania.


3.jpg



4.jpg



-- 06 Lut 2018 21:52 --

Następnego dnia mam plan, żeby oblecieć i zobaczyć jak najwięcej. Co prawda na chwilę utykam w drzwiach, bo wyjście na zewnątrz z klimatyzowanego wnętrza jest szokiem, ale zaraz się mobilizuję. Temperatura odczuwalna ponad 40 stopni, wilgotność 100%, zapachy gotowanych zupek Pho, naprawianych skuterów, stosów opon w warsztatach i spalin powodują, że człowiek nie tylko czuje, ale też widzi czym oddycha. Duża część miejscowych, szczególnie na skuterach jest w maskach, ale nie ma się co rozczulać. W końcu przybyłem z bijących smogowe rekordy polskich miast. Na pierwszy ogień idzie katedra St Joseph wzorowana na Notre-Dame. Ok, ale oryginał robi lepsze wrażenie.


5.JPG



Dalej trafiam do byłego więzienia dla kobiet. W planie go nie miałem, ale samo się tak napatoczyło. To Francuzi osadzali tam miejscową ludność zanim nastał dobry wujek Ho. Przewodnik raczy nas opowieściami o ucieczkach wąskimi kanałami ściekowymi.


6.JPG



7.JPG



8.JPG



Następnie jeden z głównych punktów programu – Świątynia Literatury. Choć tak naprawdę to żadna świątynia tylko dawny uniwersytet. I tak na włóczeniu się od świątyni do pagody na jednej nóżce miło mija czas. Okazuje się tylko, że nie stanę oko w oko z wujkiem Ho, bo mauzoleum jest zamknięte i ostro pilnowane przez wojsko (nawet zbliżyć się nie dają poza wymalowane linie). Zresztą okolice pagody na jednej nóżce to jakieś tereny strategiczne. Wojska więcej niż zazwyczaj i wszędzie zakaz fotografowania. Chowam nawet aparat do plecaka, żeby nie podpaść.


9.JPG



10.JPG



11.JPG



12.JPG



Za to w jakimś parku spotykam bliskiego znajomego (młodsi już mogą nawet nie wiedzieć kto zacz).


13.JPG



Jeszcze krótki wypad nad jezioro Ho Tay, rzut oka na pagodę Tran Quoc i dzień kończę włóczęgą po Old Quarter. Przy okazji zawijam do polecanego przez Tripadvisora biura Vietnam Awesome Travel i zaklepuję na następne dni wycieczki do zatoki Ha Long i jaskiń Tam Coc. W przypadku Ha Long daję się ostatecznie skusić na wersję luxury. Mieli już zapisaną na nią rodzinę z Singapuru i to była ich ostatnia szansa, żeby jeszcze kogoś złapać. Dało mi to pewne szanse negocjacyjne i ze 135$ za obie wycieczki (100 + 35) zszedłem do 105$.


14.JPG



15.JPG



16.JPG



17.JPG



Hotel w Hanoi naprawdę jest bardzo przyzwoity, a jak się okazało następnego dnia nie ma co za bardzo przesadzać z oszczędzaniem. Spotkałem rodaków, którzy trafili do Hanoi z konkursu na blogu kulinarnym i mieszkali przy tej samej ulicy, więc posiedzieliśmy trochę na krawężniku z Bia Saigon w ręce. Ich hostel był całe 7$ tańszy za noc, ale warunki były tragiczne, wszystko się sypało, a robactwo wynosiło materace na plecach ;) Za to w moim hotelu recepcjonista lubi ćwiczyć angielski. Wieczorami godzinami przesiadujemy na progu hotelu i opowiada mi o Wietnamie, jego historii, życiu codziennym. Trenuje, bo ma zostać w przyszłości przewodnikiem – jest obecnie gdzieś w połowie robienia papierów. Okazuje się, że przeciętny zarobek w kraju to około 150$ na miesiąc, a on w hotelu w Hanoi zarabia jakieś 2x tyle. Niemniej bardzo ciepło opowiada o Wujku Ho – sam nie do końca wiem, czy aż tak bardzo go kochają (przynajmniej na północy), czy nawet do obcych wolą nie mówić o nim źle.

-- 06 Lut 2018 21:57 --

Następnego dnia rano przyjeżdża po mnie wypasiony bus do Ha Long. 6 foteli lotniczych w skórze, pełen wypas, szał ciał i uprzęży. Nie tylko polecimy autostradą, skracając podróż o godzinę, ale i nie będzie żadnych przystanków na „zakupy”, co nawet jest zaznaczone wśród plusów w ofercie. Docieramy i przewodnik załatwia formalności, a my zabijamy czas przy teatrze lalek na wodzie. W końcu pakujemy się do łodzi. Dwupoziomowa łódka, na którą spokojnie weszłoby z kilkadziesiąt osób jest do dyspozycji naszej 4ki (3-osobowa rodzina z Singapuru i ja). Obiad jest wypas, aż nie wiadomo za które danie się łapać i nawet napoje w cenie :D A potem zaczyna się powolne pływanie po zatoce, częściowo z innymi łodziami, częściowo poza utartym szlakiem. Przejazd autostradą i brak zakupów daje jakieś ekstra 2 godziny czasu na pływanie, a miejsca na łodzi tyle, że nie wiadomo które wybrać. Ostatecznie zwyciężają leżaki na górnym pokładzie. Zatoka choć warta zobaczenia, to chyba jednak przereklamowana. Widoki ładne, ale czystość i kolor wody nie oszałamia. Tajskie wyspy robiły jednak większe wrażenie. Przystanek na kajaki (w cenie), potem zwiedzanie dwóch jaskiń i zaczynamy drogę powrotną.


18 (2).jpg



18a.JPG



19.JPG



20 (2).jpg



21 (2).jpg



Wyjazd do Tam Coc już w wersji standard. Tym razem większy autobus, a duża część podróżnych to miejscowi. Po drodze zwiedzanie Hoa Lu – najstarszej stolicy Wietnamu, a później główny punkt programu, czyli wyprawa łódką przez jaskinie Tam Coc. Same jaskinie może nie powalają, ale widoki pomiędzy nimi już tak. Oglądane z poziomu łódki leniwie płynącej w rytm pracy nóg wioślarza robią ogromne wrażenie (tak – pracy nóg, bo wiosła są napędzane nogami; co wcale nie jest takie głupie, bo nogi są silniejsze od rąk). Według mnie widoki są ciekawsze niż w zatoce Ha Long. Łódkę dzielę z Włochem mieszkającym w Amsterdamie. On pokonuje dokładnie tą sama trasę, co ja mam w planie, tylko w odwrotnym kierunku z południa na północ. Widać wybrałem same standardowe miejsca zwiedzania  Po łódkach jest zaplanowana wycieczka na rowerach. Stalowe rumaki są jednak dość zdezelowane, a mój rozlatuje się po kilku metrach. Wracam wymienić go na inny, ale w tym czasie grupa już odjeżdża. Staram się ją dogonić w towarzystwie skrzypienia i zgrzytów, jakie wydaje mój jednoślad. Nie udaje mi się i gubię drogę, błądząc po jakichś wiejskich drogach. Dodatkowo upał zabija, więc poddaję się i wracam do pary węgiersko-brytyjskiej, która od razu zrezygnowała z rowerów. Popijając zimne piwko w cieniu wymieniamy się wspomnieniami z innych wypraw. Okazuje się, że ich sława podróżnicza już obiła się o moje uszy. To ta para, co o niej wspominają na lankijskim wzgórzu Sigiriya, pokąsana przez setki os w trakcie wyjścia. Podróże to nie tylko ich pasja, ale i sposób na życie. Obecnie mieszkają w Australii, a wcześniej 7 lat w Indiach.


23.JPG



24.JPG



25.JPG



26.JPG



27.jpg



28.jpg



-- 06 Lut 2018 22:23 --

Postanowiłem oszczędzić czas i energię na zwiedzanie, rezygnując z długich, nocnych przejazdów autobusami. Z Hanoi lecę od razu do Hue. Bilet liniami VietJet kosztował 25$ z bagażem rejestrowanym. Linie nie grzeszą punktualnością i sam lot jest przesunięty o dobre parę godzin. Ucieka mi jeden z zaplanowanych dni zwiedzania w Hue i muszę coś skreślić z listy. Pada na My Son. W Hue jest już prawie wieczór, więc w grę wchodzi tylko krótka przebieżka po mieście i trzeba wracać do hotelu. Mój Hong Thien 1 Hotel za 17$ ze śniadaniem za dobę ma nawet mały, sympatyczny basen na tyłach  Miałem zwiedzać Hue i okolice skuterkiem, ale ostatecznie właściciel hotelu namawia mnie na wycieczkę zorganizowaną. Tym bardziej, ze cena (12$ z obiadem w cenie – jak się okazało całkiem przyzwoitym) zachęca. Już w autobusie, gdzie poza mną jest jeszcze 3-ka obcokrajowców a reszta to miejscowi, okazuje się, że opłata nie obejmuje wstępów i trzeba wysupłać jeszcze jakieś 0,5 mln dongów. Przy tej cenie wycieczki trudno, żeby były wliczone, ale przy zwiedzaniu samemu też bym ich nie uniknął. Za te 12$ mam więc transport, przewodnika i jedzenie, co jest chyba ofertą całkiem przyzwoitą. Początek wycieczki wzdłuż rzeki perfumowej i obejmuje zwiedzanie 3 wybranych grobowców cesarskich. Niestety nie pamiętam, które to były, ale może ktoś sobie rozpozna po zdjęciach. Na pewno były warte odwiedzenia. Szczególnie ten z wpływami europejskimi, gdzie ze zdobieniami poszli na bogato.


29.JPG



30.JPG



31.JPG



Potem obiad i przejazd do cesarskiego miasta. Cytadela i pierwsza część za murami z przewodnikiem, a samo zakazane miasto już we własnym zakresie. Wrażenia ambiwalentne. To co zostało jest całkiem fajne, ale widać, ze dużo nie ocalało i puste przestrzenie z resztkami ruin trochę psują efekt. Nie wszędzie też dało się wejść, bo remonty w toku. Na koniec jeszcze przejazd do pagody Thien Mu i powrót łodzią po rzece perfumowej. Zeszło aż do wieczora, ale to był całkiem udany dzień.


32.jpg



32a.JPG



33 (2).JPG



34.JPG



35.JPG



36.JPG



37.jpg



Następnego dnia muszę przeskoczyć do Hoi An. Pierwotnie miało być autobusem, ale jeszcze w kraju ten plan uległ modyfikacji. Kumpel zapytał mnie, czy widziałem odcinek Top Gear z Wietnamu. No nie widziałem, ale jak już zobaczyłem, to byłem pewien, że ten odcinek muszę pokonać na dwóch kołach. Właściciel hotelu ma oczywiście znajomego, co takie imprezy organizuje. Po sprawdzeniu, że „znajomy” jest w top 4 Tripadvisora, zgadzam się na niego. Okazuje się, że organizuje on takie przejazdy, ale głównie na pasażera z miejscowym kierowcą. W Azji zwycięża na ogół zasada „naś kliiijent, naś pań”, więc nie ma problemu z modyfikacją oferty. To ja sam mam dylemat, bo co prawda prawko na moto mam już prawie ćwierć wieku, ale od czasu jego zrobienia siedziałem ze dwa razy na skuterze na wakacyjnych wypadach, a wietnamski ruch drogowy trochę straszy. Azjatycka oferta jest super elastyczna  Rano dostanę na próbę i skuter i motocykl 250, pojeżdżę sobie po mieście i mogę wybrać, co chcę, a jak mi będzie słabo szło, to dostanę i kierowcę. Co wybiorę - bez różnicy, cena ta sama 45$. Jak wezmę kierowcę, to on zabierze i bagaż, a potem wróci na maszynie do Hue. Jak pojadę sam bagaż przerzuci inne biuro, a motor wrzucą w drodze powrotnej na pakę. Nie tylko ofert tego typu jest tam jak „mrówków”, ale jak widać i współpraca kwitnie. Nawet jak ja mam inną ofertę, to zrobię mix z kolegą i będzie dobrze. Pod tym względem Azja jest fantastyczna do podróżowania, które jest tam prostsze niż gdzie indziej. Jeżeli ktoś jest leniwy, lub boi się, że w organizacji wyjazdów nie ma wprawy, to nie ma sprawy. Wszędzie i wszystko ci załatwią, co chcesz i jak chcesz, bylebyś zapłacił.

Nad rankiem dosiadam skutera (jak na wietnamskie warunki całkiem duży – 125 cm3 pojemności). Zakładam tzw. orzeszka, objeżdżam kawałek miasta w maksymalnym napięciu i wracam cały i żywy pod hotel. Całkiem wesoło nie jest – ruch z lekka przeraża, ale staje na decyzji, że jadę sam, ale na skuterze w automacie, motoru nawet nie będę próbował. Dojeżdża reszta grupy. 11 motocykli 250 cm3 z miejscowymi kierowcami, turystą na pasażera i przytroczonym bagażem i ja. Jedyny self driver, na skuterze i na lekko. Mój bagaż podróżuje oddzielnie nie tylko dla wygody, ale i dla mojego bezpieczeństwa, żeby mi było łatwiej manewrować. Grupa zresztą będzie się po drodze rozpraszać i spotykać jedynie na przystankach z jednym wyjątkiem. Dwa motocykle z grupy zostają przydzielone do mnie. Będą mnie pilotować i pilnować cały czas. Jeden z przodu, a drugi za mną. My jako jedni pokonamy całą drogę razem. To się nazywa dbanie o klienta. Może dlatego, że płatność jest na końcu, a nie z góry :D

Po szczęśliwym wyjechaniu z miasta czas na drogę przez góry. Niestety zaczyna kropić deszcz, a ja zaczynam się modlić, żeby się nie wyłożyć na kolejnym mokrym zakręcie. Trochę słyszałem o „wietnamskim tatuażu” noszonym przez turystów po spotkaniu z asfaltem. No cóż, standardowy strój motocyklowy to, poza orzeszkiem, krótkie spodnie i T-shirt. Jakaś siła wyższa mnie wysłuchała i po kilkunastu minutach deszcz ustaje, a droga szybko wysycha. Serpentyny są coraz piękniejsze, a mi wychodzi kolejny problem. Nie jestem w stanie zmieścić się w zakrętach w tempie moich opiekunów. Po kilu zwiadach pobocza, lub przeciwnego pasa ruchu wypracowuję własną taktykę. Skuter ma całkiem niezłego kopa, więc maksymalnie hamuję przed zakrętami, powoli się przez nie przetaczam, a potem rura na prostej i doganiam resztę. Tak już nam zejdzie droga przez góry. Oni statecznie, spokojnie, w miarę jednostajnie, a ja na pchłę, skokami. Ale i tak jesteśmy najszybsi na trasie i wyprzedzamy nie tylko ciężarówki i autobusy, ale i wszystkie inne samochody. Na dwóch kołach jest wyraźnie szybciej. Po drodze zwiedzamy Elephant Springs i Marble Mountains. Też piękne, ale najpiękniejsza jest sama jazda. Przez góry, na przełęcz, potem w dół z widokiem na morze i wzdłuż wybrzeża. Widoki bajeczne. Frajda z jazdy niesamowita. Ten przejazd to mój numer 1 z wietnamskiej wyprawy. Było tak super, że pierwsze co zrobiłem po powrocie do Polski, to kupiłem sobie motocykl :)


38.jpg



39.JPG



40.JPG



W Hoi An wybrałem Sunshine Hotel. Tutaj wyszło drożej, bo po 31$ za noc, ale brałem też większy pokój, z tarasem itp. Hotel dalej od centrum, ale bardzo fajny, duży basen, a poza śniadaniami w cenie także wypożyczenie roweru na ile się chce. Jak się okazało rower, to chyba najlepszy sposób na zwiedzanie Hoi An. Tym bardziej, że samo centrum jest zamknięte dla pojazdów silnikowych. Hoi An jest przepiękne. Moim zdaniem najładniejsze miejsce na całej mojej wietnamskiej trasie. Urokliwe uliczki, zabytkowe budynki, most japoński, świątynie. A dodatkowo mamy swój wkład w istnienie tej perełki. Niejaki Kazimierz Kwiatkowski, archeolog prowadzący prace w My Son, uratował centrum Hoi An przed wyburzeniem i zastąpieniem blokowiskami. Został nawet uhonorowany pomnikiem w samym centrum. Największe wrażenie Hoi An robi wieczorem po zachodzie słońca, oświetlone tysiącami lampionów. Przy rzece stoją też świetlne instalacje artystyczne. Udało też mi się spróbować tego jednodniowego, świeżo robionego piwa wietnamskiego. Smakowo nie powala. Jego głównym plusem jest cena, bo kosztuje mniej niż 1000 dongów za kufel w knajpce.


41.JPG



42.JPG



43.JPG



44.JPG



45.jpg



46.jpg



47.jpg



Po dwóch noclegach czas na opuszczenie Hoi An. Pobudka wcześnie rano, bo wylot z Da Nang mam przed 8:00. O piątej wyruszam z hotelu i jadąc wzdłuż wybrzeża mam jedyną okazję podziwiać ćwiczących z rana Wietnamczyków. Mają zdrowie i samozaparcie. Ja bym się tak wcześnie nie zrywał. I to nie tylko ćwiczenia, bo plaże po drodze też już prawie pełne kąpiących i opalających się. A nie ma jeszcze 6:00. Tym razem lot VietJet bez opóźnień. Za 40$ lecę do Ho Chi Minh razem z bagażem rejestrowanym. Na razie nie będę siedział w Sajgonie, tylko jadę do centrum i szukam autobusu do Mui Ne. Pomimo, że to około 200 km, autobus jest sypialny, a przejazd trwa pod 5-6h. Na szczęście nie jestem wysoki, bo osoba o większych gabarytach będzie miała duże problemy wcisnąć się w te kieszenie do leżakowania.



Dodaj Komentarz

Komentarze (2)

radionx 7 lutego 2018 21:55 Odpowiedz
Przepraszam za błąd. Poprawione. Usunąłem wszystkie zdjęcia i wstawiłem jeszcze raz bez duplikowania nazw.Teraz już naprawdę KONIEC :D
trav-diver 22 marca 2018 21:18 Odpowiedz
Fajny trip ;-)