+3
ginger83 30 marca 2018 10:47


Portugalia nigdy nie była wysoko na liście miejsc, które MUSZĘ odwiedzić. Może dlatego, że to taki koniec Europy, kawałek lądu wrysowany w wielką Hiszpanię i za bardzo nie rzuca się w oczy...
Och, jakże błędne było moje myślenie! ;-)
Dzięki promocji Wizzaira i karcie kredytowej, na której uzbierało się trochę środków do wykorzystania na bilety, zarezerwowałam Lizbonę na jeden z weekendów marca. Miało być kolorowo, słonecznie i wiosennie (bo w Polsce zima na całego), tymczasem przez większość czasu padało, bądź lało, bądź mżyło ;-) Z pozostałego czasu - gdzie jednak udało się złapać trochę portugalskiego słońca - będzie ta relacja ;-)
Mimo, że prognozy nie były łaskawe, my - uzbrojeni w poczucie humoru i sporą dawkę pozytywnej energii wyruszyliśmy tam, gdzie kończy się Europa.



W Lizbonie wylądowaliśmy koło 22.00 a do centrum dojechaliśmy metrem. Po wyjściu z terminala, po prawej stronie jest wejście do metra, tam też znajdują się automaty z biletami. My wybraliśmy kartę viagem w opcji: nieograniczone przejazdy metrem, autobusami, tramwajami i windami przez 24h za 6,30euro + 0,50euro za kartę. Kartę można doładowywać jeszcze w kilku innych wariantach i jest to chyba najlepsze rozwiązanie, bo oprócz tego, że można korzystać z komunikacji w obrębie miasta, to po doładowaniu odpowiednią kwotą można pojechać pociągiem do Sintry, Cascais a nawet dalej, na Cabo da Roca.
Nocleg mieliśmy w samym sercu Lizbony, w dzielnicy Alfama. Jak dla mnie - lokalizacja rewelacyjna, tak więc jak wcześniej wspomniałam z lotniska pojechaliśmy metrem do stacji Baixa-Chiado, a potem słynnym żółtym tramwajem nr 28 na Miradouro Portas dos Sol. Stamtąd schodkami w dół jakieś 80m... i już dzierżyliśmy w dłoniach kieliszki z portugalskim winem, przygotowanym przez naszą gospodynię ;-)
Następny dzień rozpoczął się poranną, delikatną mżawką, która co jakiś czas przemieniała się w konkretną ulewę. Mimo to, muszę przyznać, że przespacerowaliśmy pod parasolem pół miasta.
Zaczęliśmy od Alfamy - to tu bije prawdziwe serce Lizbony. To najstarsza część miasta z ciasnymi zaułkami, splątanymi uliczkami i praniem wiszącym nad głowami. Uroczo i z klimatem.







Lizbona to miasto leżące na 7 wzgórzach, podobnie jak Rzym, więc zwiedzanie jej piechotą to ciągłe wspinanie się do góry lub schodzenie w dół lub... korzystanie z miejskich wind, co stanowi atrakcję samą w sobie, a przejażdżka taką windą to frajda zarówno dla małych jak i dużych.
Windy miejskie są 4: Elevador da Gloria, Elevador do Lavra, Elevador da Bica i Elevador de Santa Justa i tylko ta ostatnia wygląda jak prawdziwa winda ;-)
Pozostałe to małe wagoniki sunące po szynach, które bardzo ułatwiają i przyspieszają pokonywanie wzniesień.



Jednorazowy bilet kupiony u motorniczego to koszt 3,70 euro natomiast z kartą viagem to tylko 1,45. Santa Justa jest ciut droższa bo na samej górze jest taras widokowy, na który wjazd jest extra płatny: 1,50euro.


Widok z najwyższego piętra windy


jw.

Tarasy widokowe (tzw. miradouro) to odrębny temat. Jest ich sporo, rozsiane są po całym mieście i oferują za darmo piękne widoki na czerwone dachy Lizbony i rzekę Tag. Przy jednym z nich, Miradouro dos Portas do Sol mieliśmy szczęście mieszkać



Pierwszy dzień upłynął nam na nieśpiesznym szwędaniu się po mieście, mianowicie: po wyjściu z zakamarków Alfamy, kierując się ciągle w dół w stronę rzeki dotarliśmy do Muzeum Fado, potem w prawo wzdłuż Rua Cais de Santarem dotarliśmy na Praca do Comercio, plac, na którym wznosiła się dziś już nieistniejąca siedziba królów Portugalii i magazyn złota. Obecnie na samym środku stoi konny posąg króla Jana I otoczony budynkami, w których znajdują się restauracje i urzędy. Od północnej strony nad placem króluje majestatyczny łuk triumfalny Rua Augusta.



Po przekroczeniu go od razu znajdujemy w dzielnicy Baixa - najbardziej charakterystycznej z dzielnic - ma kształt prostokąta z symetrycznie rozlokowanymi ulicami.
Przed przyjazdem odrobiłam lekcje historii i doczytałam, że 1 listopada 1755r. Lizbonę dotknęło potężne trzęsienie ziemi. Wstyd się przyznać, że nie miałam o tym pojęcia, ale trzęsienie było tak silne, że praktycznie całe miasto zostało zniszczone. Co ciekawe, jedynie Alfama się uchowała. Po trzęsieniu nadeszła fala tsunami o wysokości prawie 20 metrów, która zatopiła część Lizbony. Na dokładkę, żeby jeszcze było mało, to tysiące świec palących się w domach i kościołach wywołało pożar na wzgórzach miasta, którego nie zdołano ugasić przez kolejne 6 dni.
Nawiązując do tych wydarzeń, to właśnie Baixa ucierpiała najbardziej i zdecydowano się ją zbudować od nowa.
My zdecydowaliśmy się kontynuować nasz spacer skręcając w ulicę Rua da Conceicao i wzdłuż torów, podążając trasą słynnego tramwaju nr 28, udać się w kierunku katedry Se i dalej do zamku św. Jerzego.


Katedra Se

Na zamek nie wchodziliśmy bo coraz bardziej zaczynało padać i żeby to przeczekać poszliśmy na ciepłą zupę do jednej kafejek pod zamkiem.
A potem znowu chodząc do Baixa podreptaliśmy pod słynną windę Santa Justa.



Jest to nie lada atrakcja dla turystów i nawet w taki deszczowy i ponury dzień swoje trzeba było odstać żeby do niej wejść. Kolejka na jakieś 20 minut stania a i tak ze względu na pogodę górny taras był zamknięty.
Wyjechaliśmy na "wyższe piętro Lizbony", to już dzielnica Chiado i plac Largo do Carmo, który podobno najpiękniej wygląda w maju i czerwcu, kiedy otaczające go drzewa - jakarandy - kwitną na fioletowo.



Przy placu znajduje się dawny klasztor karmelitów i kościół, który również uległ zniszczeniu na skutek trzęsienia ziemi.



W jednej z uliczek odchodzących od placu znaleźliśmy restaurację, która nie zrujnowała nas finansowo, a wypchała nasze żołądki pysznym dorszem i owocami morza.
A w temacie kuchni... koniecznie trzeba spróbować osławionego tu dorsza tzw. bacalhau, na którego podobno jest 365 przepisów (tyle ile dni w roku) oraz grillowane sardynki (mmmm pychotka) i świeżutkie owoce morza. Z dań mięsnych próbowałam tradycyjnego steka w jakimś ostrym (podobno specjalnym, portugalskim) sosie. Takie dania zazwyczaj podają z jajkiem sadzonym i frytkami, z niewielka ilością ryżu. Miłym akcentem było przyniesienie po posiłku tradycyjnego portugalskiego likieru ginjinha, robionego z wiśni. Dobry, bo swojski :-)



Ze słodkości to oczywiście słynne pasteis de nata - babeczki budyniowe posypane cynamonem i cukrem. Dobre... ale ileż można...? :-)



Wracając do zwiedzania... spod placu Largo do Carmo blisko już do dzielnicy Bairro Alto i słynnego punktu widokowego Miradouro de Sao Pedro de Alcantara



Składa się z dwóch tarasów: górnego i dolnego. Niestety, jak to bywa poza sezonem, nie wszystko jest dostępne dla turystów i tym razem ten dolny taras był zamknięty. Obok tarasu widokowego jest przestanek Elevador da Gloria, którą można zjechać na dół, na Praca dos Restauradores, na środku którego wznosi się 33 metrowy obelisk. Ma on przypominać o wyzwoleniu Portugalii po 60-letniej okupacji hiszpańskiej w 1640r.



Stąd już blisko do dworca kolejowego Rossio, z którego można pojechać m.in. do Sintry



oraz do jednego z najważniejszych placów Lizbony o tej samej nazwie: plac Rossio.





Był on kiedyś miejscem egzekucji, sądów, walk byków itp., a obecnie jest popularnym punktem spotkań lizbończyków i turystów.



Obowiązkowym punktem do zrealizowania podczas wyjazdu był wieczór z fado. Fado to muzyka odzwierciedlająca stan ducha... samo słowo wyraża smutek i tęsknotę. W każdy wieczór w Alfamie słychać z wielu lokali i restauracji rozbrzmiewające dźwięki fado. My też pierwszego dnia udaliśmy się posłuchać tej muzyki na żywo. Nie płaci się wstęp ale trzeba coś zamówić. Tak więc przy portugalskich przystawkach i dużej ilości wina wczuwałam się w portugalski klimat z fado w tle. Przeżycie bardzo duchowe, wręcz mistyczne, polecam każdemu. Będąc w Lizbonie nie można pominąć fado.

Drugiego dnia pojechaliśmy do Belem. Najpierw metrem do stacji Cais do Sodre a potem tramwajem nr 15. Belem słynie z produkcji tych słynnych ciasteczek budyniowych pasteis de Belem. To tutaj 150 lat temu zaczęto je wypiekać a ich popularność niezmiennie trwa do dziś. Ponoć w cukierni mieszczącej się tuż przy Klasztorze Hieronimitów są najlepsze. Nie sprawdzałam, ale sądząc po długości kolejki do wejścia do cukierni, musi to być prawda.
Belem to w końcu miejsce niezwykle ważne dla historii kraju. To stąd w roku 1497 Vasco da Gama wyruszył w kierunku Indii w poszukiwaniu nowych szlaków handlowych.
My wysiadamy na przystanku przy Klasztorze Hieronimitów



i kierujemy się w stronę pomnika Odkrywców.



Ogromny monument współtworzą 32 figury portugalskich bohaterów z Henrykiem Żeglarzem na czele. Wyrzeźbiony jest tam też Vasco da Gama i Ferdynand Magellan.



Z tego miejsca idealnie widać most 25 Kwietnia nad rzeką Tag, który jest prawie identyczny jak Golden Gate w San Francisco. I rzeczywiście, obie konstrukcje zostały zbudowane przez tą samą firmę i są na tyle elastyczne, że mogą przetrwać nawet najsilniejsze trzęsienie ziemi.
Spod pomnika Odkrywców, idąc wzdłuż nabrzeża, kierujemy się w stronę słynnej wieży Belem



Po drodze napotykamy pomnik samolotu z płozami. Upamiętnia on szalony wyczyn dwóch portugalskich pilotów, którzy w 1922r. z tego właśnie miejsca wyruszyli do Rio de Janeiro.



Natomiast sama wieża to prawdziwa perełka Lizbony. Zbudowano ją w czasach wielkich odkryć geograficznych i przez te wszystkie lata pełniła wiele funkcji. Początkowo miała bronić ujścia rzeki do oceanu, samego miasta i klasztoru przed atakami z zewnątrz. I co ciekawe, stała wtedy na samym środku rzeki. Ale po tragicznym trzęsieniu ziemi rzeka zmieniła swoje koryto, dlatego wieża znajduje się teraz przy jej prawym brzegu. Później służyła jeszcze jako latarnia morska a za czasów okupacji hiszpańskiej zamieniona została na koszary i więzienie. To w niej był więziony przez 2 miesiące Józef Bem. Od roku 1983 jest wpisana na listę UNESCO i ogłoszona jednym z siedmiu Cudów Portugalii.



Ostatni dzień to była istna walka z czasem i pogodą. W związku z tym, że musieliśmy opuścić mieszkanie, a co za tym idzie zabrać ze sobą walizki, trzeba było znaleźć im jakąś przechowalnię. Dla zainteresowanych, przechowalnie bagażu są m.in. na stacji metra Rossio, a koszt zostawienia dwóch walizek na 12h to 6 euro.
Nasz plan na ostatni dzień to Sintra i przylądek Cabo da Roca. Z dworca Rossio pojechaliśmy do Sintry, gdzie jedyne co nam się udało zrobić to przeczekać ulewę. Chciałam zwiedzić Pałac Pena i zamek Maurów ale widziałam tylko ciężkie, czarne chmury i padający z nich nieustannie deszcz.


Sintra


Sintra


Sintra

Pokonani przez pogodę siedzieliśmy na przystanku zastanawiając się, czy czasem nie wrócić do Lizbony, gdy akurat podjechał autobus, który zmierzał na Cabo da Roca. Szybka decyzja, wyciągnięcie z portfela 4,30 euro na bilet i po 40 minutach stanęliśmy na przylądku, najbardziej na zachód wysuniętym skrawku Europy.





Dalej to już tylko Ameryka ;-)



Następnie złapaliśmy autobus powrotny do Sintry i od razu pociąg do Lizbony. A tam, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wyszło słońce!. Ostatnie kilka godzin snuliśmy się leniwie w okolicach Baixy i Bairro Alto, przysiadając co jakiś czas na espresso i pasteis de nata.








Słynne płytki azulejos na budynkach Lizbony

Portugalio! Nie rozpieszczałaś nas pogodą ale zachwyciłaś tym, co masz do zaoferowania:
- magicznym klimatem miasta
- możliwością zgubienia się i odnajdywania w plątaninie wąskich uliczek Alfamy
- żółtym tramwajem przecinającym znienacka drogę
- dźwiękami fado dobiegającymi zewsząd co wieczór
- widokami i pysznym jedzeniem.
Przekonałaś mnie tak bardzo, że od teraz jesteś bardzo wysoko na liście moich ulubionych miejsc. :-)

Dodaj Komentarz

Komentarze (3)

krystoferson112 3 kwietnia 2018 19:28 Odpowiedz
Fajna praktyczna relacja z jeszcze fajniejszego kraju.
pinezkiz3city 5 kwietnia 2018 08:26 Odpowiedz
Bardzo dobry tekst, lecimy tam za 2 tygodnie!
ginger83 5 kwietnia 2018 10:31 Odpowiedz
pinezkiz3cityBardzo dobry tekst, lecimy tam za 2 tygodnie!
Dziękuje :-) życzę cudownej pogody i koniecznie pojedźcie do Sintry do pałacu Pena. Mnie się nie udało, ale może next time... ;-)