+1
palomino 22 maja 2018 19:48
POCZĄTEK - czyli po cholerę do USA w lutym :)
- - - -
Są takie wyjazdy, gdzie to cena lub promocja jest czynnikiem decydującym. Ma to swoją wartość zaskoczenia, zmiany otoczenia na takie, o którym człowiek sam by nie pomyślał.
To jednak nie był taki wyjazd :) Każdy (przynajmniej na fly4free) ma na pewno swoją bucket listę podróży wymarzonych, a dla mnie takim miejscem był od zawsze Yellowstone. Jednak, pomimo dwukrotnego wcześniejszego pobytu w Stanach, nie udało mi się do niego dotrzeć.
Dlaczego? Odpowiedź jest pewnie standardowa - było tyle do zobaczenia, że na dojazd i pobyt w Yellowstone, ktory leży praktycznie poza szlakiem nie starczało czasu.
Tym razem miało być inaczej. Plan ułożyłam na październikową podróż roku pańskiego 2017, porezerwowałam nawet część hoteli, samochod i … o ironio - okazało się, że nie ma szans dla mojego M na urlop w tym terminie (trzy tygodnie, niestety, to czasami wyzwanie). Za to luty to pierwszy termin kiedy mozemy oboje wziac urlop. Także urlop w lutym trzeba wziąć bo nastepny termin znow nie wiadomo kiedy.
Hm. Prawie depresja ;) już tak się nastawiłam ze pojedziemy do USA, zobaczę wreszcie to Yellowstone, że nie mogłam tego przeżyć. Przejrzałam gdzie tu sezon w lutym, Argentyna (też na bucket liscie), Kostaryka i Nikaragua (podobnie) - pozbierałam dane, byłam na kilku pokazach podróżniczych, prawie sie nawet zapisałam na hiszpański ;) ale ciągle z tyłu głowy miałam, że znów odkładam na nie wiadomo kiedy to, o czym już od dawna myślałam i planowałam.
Jak to mawiają, czasami po prostu trzeba przestać analizować a zacząć działać. Mój M tylko stwierdził - to jedźmy do USa to prosty kraj, odpoczniesz, bo nie bedziesz tyle się przygotowywać (sic!).
No i poszło.
Plan ogólny:
jako że ciężko nie zdawać sobie sprawy jak bardzo poza sezonem mieliśmy jechać przejrzawszy średnie i rzeczywiste historyczne temperatury w rejonie w ktory mielismy jechać stwierdziłam, że sensowny plan to tydzien na południu, tydzień pośrodku i tydzień /około/ w Yellowstone. Milaszczy wyszło sporo bo ok 3200 mil, ale - na trzy tygodnie - do przeżycia
Jako że główne atrakcje w rejonie mamy “zaliczone”, niektore dwukrotnie, chciałam żebysmy skupili sie na tym, czego jeszcze nie widzieliśmy albo tym, gdzie czulismy niedosyt.
W związku z czym zgrubny plan zwiedzania “na spokojnie” zapowiadał się następująco:
Death Valley->Sedona->Petrified Forest National Park->Mesa Verde NP->Arches, Canyonlands-> Hwy12->region Escalante->okolice Page i Kanab-> i na deser Yellowstone.
MAPA (w trzech częsciach bo google mnie olało) przedstawia sie nastepujaco:


0 mapa.jpg



0a mapa.jpg



0b mapa.jpg



Mało? Dużo? oceńcie sami :) Ja gdyby nie to, że celem był Yellowstone obciełabym jeszcze z 1000mil bez litości :)

Bilety:
początkowo najbardziej sensownym planem wydawało się kupienie biletów multicity do Vegas i wylot z powrotem do Salt Lake City. Chodzilo o to zeby w Yellowstwone być maksymalnie pod koniec lutego aby najmniej eksponować się na ryzyko syberyjskich mrozów.
Niestety ceny zarówno biletów w tym układzie jak i samochodu zabijały, w związku z czym zdecydowalismy sie na bardziej ekonomiczna wersję, czyli wylot i powrot do SLC. Bilety zakupilismy w cenie 2400 za osobę (Lufthansa + United) - znalezione przez Skyscanner a kupione przez GotoGate.
Później okazało się że być może dzieki temu znów mielismy szczęscie bo w południowych stanach nie zawsze mają opony do jazdy w zimie.
Zaraz po zakupie (jakies zaufanie do skyscannera sprawiło zaćmienie i brak wcześniejszego sprawdzenia) zorientowalam sie jak bardzo niepolecany jest GotoGate jako pośrednik. Ale numery e-ticketów przyszły, wszędzie rezerwacje widoczne, więc uznałam że nie powinni nam wyciąć żadnego numeru. Przy okazji sprawdzania GoToGate okazalo sie ze w United mozna od razu zabookowac sobie miejscówki ;) bo w Lufie dopiero przy odprawie. Uff, na razie ok.
Dla informacji: Kilka razy przychodziły mi zmiany tej rezerwacji, ale za kazdym razem na korzyść (tzn raczej optymalizowały czas podróży niz cokolwiek psuły).
Samochód:
Wybraliśmy ALAMO, głownie z uwagi na przejrzyste warunki rezerwacji, możliwość dodania ubezpieczeń. No i też SUV wychodził z ubezpieczeniem najtaniej -1500 USD za 3 tygodnie (wersja za mid size SUV ze wszystkimi ubezpieczeniami, road assistance, dodatkowym kierowca i wszystkim co sie dało ;)
Ubezpieczenie: wzielismy najwyższa opcja ubezpieczenia (wyszo ponad 1000 zl), kupione w PL. Na USA nie oszczędzamy na ubezpieczeniu bo lepiej zaplacic niz pozniej spłacać koszty samemu.

DZIEŃ 1 (10.02.2018) perypetie bagażowo przesiadkowe
- - - -
Lot mamy skonstruowany wg mnie sensownie, tzn wylatujemy ok 9.00 rano z Polski i dolatujemy wieczorem do USA (ta wersja jeśli od razu albo prawie od razu idziemy spac pozwala nam przetrwać bez jet laga co wcześniej praktykowaliśmy).
Pierwsze schody zaczynają się na lotnisku WAW.
Spakowaliśmy sie w jedna walizke zeby móc w kartonie nadać ewentualne zakupy na powrocie. Niestety nasza waga domowa chyba coś zastrajkowala bo mamy zamiast 23 kg az 26. A lot pełny (nie byla to ściema), wiec pan nas informuje ze musi restrykcyjnie trzymac sie limitow (to nic ze nadajemy tylko jeden bagaz zamiast dwoch). Co gorsza wazy nam tez podręczny. Moj M ma aż 11 kg :O to o 3 kg za duzo, ale tam same aparaty itp, nie bardzo jest z czego zdjąć. W koncu wyciagamy maly plecaczek z walizki, robimy przepakowanie na srodku lotniska, obiektywy idą po kieszeniach (;) no i pan na “check-inie” “zalicza” nam bagaż tłumaczac sie gęsto ze musi tak robić (a my zapewniamy go, że rozumiemy oddychajac z ulga ze bylismy ciut wczesniej zeby cała akcję przeprowadzic).
Skoro już możemy nadac bagaż tenże sam Pan informuje nas, ze nasze bagaze będą do odbioru i re-checkinu w .. Denver. Przypominam, że cieszyłam sie wczesniej z krotkich przesiadek :) jak widac czlowiek uczy sie caly czas. Okazuje się, że - ponieważ wcześniej nie przesiadaliśmy sie na terenie USA to nas taki zonk ominal. Ale nie tym razem. Zrezygnowana - bo myslałam ze to taki regularny ponowny check in - stwierdzam, ze Denver jest blisko SLC, najwyzej nas wysla nastepnym samolotem bo przesiasc sie nie damy rady (immigration i ponowny check-in w 2h? no way, w LA jak lądowalismy to chyba samo immigration zajelo nam ponad godzinę).
Ale lecimy. Lufthansa ok, przesiadka we Frankfurcie. Tam mamy chwile, a przed samym Gatem jest … ogrodek piwny, wiec siadamy na wurścika z piwkiem. Niesamowite jest to ze ceny byly naprawdę rozsądne a jedzonko dobre. Okęcie - uczyć się :)

0b1.jpg


Następnie wsiadamy znow w pełny ale tym razem większy samolot. Miejsca przy odprawie zajęłam po obu stronach korytarza, żeby móc chodzić i prostować kości. Lot trwał 10h więc przy kiblu rozwinęła sie regularna sala ćwiczeń, starsi, młodsi, bez roznicy. ;)
Podsłuchuję, że Niemcy - para siedząca obok mnie lecą do Denver na narty :O (jakby u siebie mieli złe warunki). Co lepsze po kilku godzinach robią cos czego nie widzialam chyba od czasow bliskich PRLowi - wyciągają kanapki i gotowane jajka i wcinają tę walowke :O. Dobrze, że kabanosów nie wzieli :D

0c.jpg


Jedzenie w Lufie i united moze nie powala, ale przynajmniej nie bolal mnie po nim brzuch jak po “posiłkach” w Aeroflocie :D
W Denver przy wysiadaniu z samolotu ustalamy ze bez strat czasowych biegusiem do immigration. Wszystko jest jasne dopóki nie natrafiamy na dwa korytarze. Ten górny dla tych z ESTA i e-paszportami - tam ida wszyscy. I zjazd na dół schodami oznaczony jako VISA - tam nie idzie nikt. Konsternacja, co robić. Ale nic to - jeszcze raz czytam nie chce byc inaczej, że VISA na dół to trzeba się zastosować. Na dole praktycznie nikogo, ale jednak dwie osoby w kolejce, w tym jeden Polak, uff jeszcze dopytuję Straż Graniczną ichniejszą i tak, to dobra kolejka. Po 5 min przechodze (dla informacji: ci z ESTA tez sie pojawili w tej kolejce calym tłumem ale musieli wcześniej elektronicznie wypełnić deklaracje i pobrac wydruk, elektroniczne kioski byly wlasnie na gorze. Czasami więc visa nie jest taka zla).
Jak sie jednak okazuje żadna korzyść nie wynika dla nas z wczesnego przejscia przez immigration - ponad godzinę czekamy na bagaże :( W tym czasie sprawdza nas tłuściutki piesek Beagle na okoliczność posiadania jedzenia i czego tam jeszcze.
Jak już zostaje pol godziny do zamknięcia bramki na lot do SLC godze sie z mysla ze dzis juz nigdzie nie polecimy.
I tu zaskoczenie. W końcu wychodzą bagaże, i my wychodzimy z hali - jeszcze nie do konca na zewnątrz tylko w korytarz a tam stoi mnostwo walizek i jest wydrukowana, przyklejona na scianie kartka “re-check in”, podchodzimy, obserwujemy chwile jak Pani lata miedzy walizkami i zczytuje kody kreskowe bagazy. Pytamy czy my tez tak samo mamy to zostawić. Pani na to że tak. Jak nas odpikuje to mowi nam ze mozemy iść do odprawy/security na lot do SLC. System dość dziwny, ale zostawiamy nasze bagaze w tym, jak nam sie wydaje, chaosie na środku korytarza i biegniemy do security na lot wewnętrzny, bo nie ma już naprawdę czasu. Bagaze najwyzej doślą ;).
szybko galopujemy przez lotnisko


0fa.jpg



tu schronienie dla mężczyzn, kobiety w razie tornada giną ;)

0d.jpg



Na samolot zdązamy. Okazuje sie, ze w Denver jest atak zimy. Do samolotu idziemy wiec … na piechote po śniegu :) Wchodzimy po tak oblodzonej kladce na schodki ze nawet moje sniegowce (w ktorych lecę bo ciezkie) odmawiaja przyczepności i musze sie podciagnac na barierce zeby dotrzec z tej śliskiej jak diabli platformy do części gdzie sa juz schody.

coś mało tego śniegu, ale ile zamieszania??

0e.jpg



Moj M pada i juz nie pamieta nawet startu. Ja widząc ich “przygotowanie” do zimy czekam bo mam irracjonalny stresik czy odlodza samolot. Jak nas jednak zaczynaja polewać płynem to zaczynam się dobrze bawić bo na myjni chyba zuzywaja mniej srodkow niż napakowali na nasz maly samolot. Po starcie odplywam.
Lądujemy po godzinie i z pewnym zdziwieniem zbieramy nasz bagaz z taśmy (jednak dotarl) i idziemy po samochod. Tak jak w rezerwacji - wszystko mamy wliczone. Do miliona dolarów. Pan na check-inie zapewnia nas że trudno osiągnąć ten limit. ;) My (szczerze) zapewniamy go ze nawet nie zamierzamy próbować. ;).
Jeszcze tylko nas kilkukrotnie poucza czego nam nie wolno:
1. wjazdu do Meksyku
2. jazdy offroad. I tutaj zastanawialiśmy sie później wielokrotnie, czy jazdę takimi drogami jak:
racetrack Playa
droga do peekaboo&spooky
droga do the wave
Droga do gooseneck
czy też np przejazd Monument Valley Loop, który już kiedys robiliśmy zaliczyliby do jazdy offroad skoro drogi tam są ale niekoniecznie super ;). Nie odważyliśmy sie jednak zapytac, może jednak ktoś wie? :)
Ponownie sprawdza sie u nas zasłyszana kiedyś zasada aby nie rezerwowac docelowego samochodu jaki bysmy chcieli tylko klasę niższy. Zamiast MID SUV dostajemy normalnego SUVa i to AWD. Dojeżdżamy do hotelu przy lotnisku SLC i efektownie padamy :).
tu nasz samochodzik:

0g.jpg



DZIEŃ 2 (11.02.2018) kiedy jedziemy w kierunku ognia
Rano budzimy się bez budzika o 5.00. Śniadanie pomijam milczeniem, sztuczne do granic możliwości. Nie jem nic. Ten dzień w zasadzie mamy przeznaczony żeby odbić na południe. Mróz w SLC siarczysty (ok -7 stopni naszych), ale - ku naszemu zdziwieniu - nikt nie jest ubrany tak jakby było zimno. Nieraz na stacji widzimy jak ludzie, w tym dzieci wyskakują z samochodów w bluzach, kilka razy widzieliśmy delikwentów w szortach i klapkach z gołymi nogami :O. Trochę szok. Później przekonujemy się że to chyba jakiś trend, i to nie tylko w okolicach SLC, bo to my, ubrani tak, żeby nie wytracać ciepla, byliśmy dziwolągami.

cieplo jest w zimie.jpg



Głodni po nieistniejacym sniadaniu zjezdzamy po drodze do wiekszej stacji, czy też rest area z jedzeniem.
Niestety jest tylko taco bell i subway. Wybieram cos wydaje sie bezpiecznego ale po jednym kęsie wybieram głodówkę.
Ktoś przybrał na wadze w USA? dla mnie to najlepszy kraj odchudzający ;)
Po kilku godzinach jazdy dojeżdżamy do Valley of Fire i zapominam o głodzie bo Park jest piękny - na pewno wart zwiedzenia. Idziemy na kilka szlaków żeby obejrzeć fantastyczne formacje skalne z jakich środkowe Stany słyną. Tym piękniejsze że słońce daje już ładne światło. Z mniej dobrych wiadomości okazuje się ze State Parki nie są objęte programem Annual Pass więc płacimy 10 USD za wstep.


1a.jpg



1b.jpg



1c.jpg



1d.jpg



Po serii zachwytów zbieramy się i już po ciemku dojeżdżamy do Las Vegas. Wybrałam tam możliwie tani hotel, który niestety odradzam,(chodzi o Circus). Poprzednio jak bylismy w LV hotele nawet te starsze byly bardziej na poziomie, tutaj źle trafiamy ale to hotel na jedna noc, wiec nie szukamy nic innego. Uczulam jednak że w przypadku tego hotelu lepszy byłby jakikolwiek motel. ;)
Ponieważ bylismy juz w LV poprzednio odpuszczamy wieczorem atrakcje Stripa tylko jedziemy na zakupy do outletów (trzeba zaczac gromadzic rzeczy na drugi bagaż).

DZIEŃ 3-4 (12-13.02.2018) Piekło (trochę) oswojone
(Death Valley)
Rano budzę się, jeśli nie chora, to mocno przeziębiona. Niestety przyzwyczajenie z PL ze budynki trzymaja cieplo było bardzo zwodnicze. Budynki tutaj sa z czegoś na kształt płyt pilsniowych nieogrzewane, bardzo szybko wytrącają cieplo. Nie mają też centralnego ogrzewania. Trzeba bylo cala noc grzać klimatyzatorem, a ponieważ tego nie zrobiliśmy zrobila sie lodowka (amplituda temperatur na pustyni, normalka).
Po krótkich odwiedzinach w aptece i wybraniu z całej ściany leków na przeziębienie tych najtanszych (wszystkie maja ten sam sklad) oraz zjedzeniu dużego śniadania w knajpie (oczywiście omlet i wafle) jedziemy do Death Valley, w której już raz byliśmy ale w lecie.
Zafascynował nas jednak na tyle ten marsjanski krajobraz że postanowiliśmy odwiedzic to miejsce ponownie, i dać sobie chwilę więcej czasu, skoro jestemy w tutejszym sezonie (jakkolwiek dziwnie to brzmi), czyli zimą.
Sniadanko:

2a.jpg


często spotykany na południu, o dziwo kempingi pełne :)

2b.jpg


dojeżdzamy do....

2ba.jpg


i prosto w stronę przygody:

2bb.jpg



Ktoś widział biegaczy i rowerzystów w Death Valley w lecie? Ja nie doświadczyłam. Kto był w tym okresie, ten doświadczył na własnej skórze, że ciężko nawet na dłuższa chwilę wytrwać poza samochodem. Oczywiście przeżycie DV w lecie też jest warte wycieczki - takie ekstremalne temperatury to niezapomniane doświadczenie :)
W sezonie jednak można obserwować rozkwit wszelkich aktywności. Odbywaja sie prelekcje, obserwacje gwiazd i hikingi z Rangersami. Ludzie biegają, jeżdżą na rowerach, biwakują itp.
Program rangersów

2c.jpg



W Death Valley na spokojnie pojechaliśmy do większości znanych punktów w tym na Badwater pochodzić już daleko polami solnymi, a nie tylko 100 metrów fotka i ucieczka do samochodu :D

2ca.jpg



2d.jpg



2e.jpg



Pojechalismy na pole golfowe

2f.jpg



przeszlismy się po małym kanionie

2bc.jpg



temperatura była bowiem bardzo przyjemna:

2g.jpg



Doświadczyliśmy zachodu słońca a później siedzieliśmy sobie i oglądaliśmy drogę mleczną nad Mesquite Sand Dunes (można przejść sie wydmami bez ryzyka ugotowania sobie stop żywcem).

3i.jpg



3j.jpg



Jedynym utrudnieniem bylo jak w kompletnych ciemnościach (jeśli planuje się obserwować zachod słońca), ktore mialy zapasc oznaczyć drogę do samochodu. Każdy z tym problemem radzil sobie na swój sposób

3k.jpg



Na następny dzień, ponieważ mieliśmy 4WD i caly dzien do zagospodarowania w Death Valley to początkowo planowaliśmy wycieczkę do Racetrack playa. Każdy kto jednak jeździł po stanach wie ile ta sie kilometrów robi, wiec jak zestawiliśmy konieczność jechania dodatkowo ok 6h samochodem (3 w jedna 3 w druga) z możliwością rozprostowania kości i hikingu po Death Valley to wygrał Golden Canyon i hiking z tej strony do Zabriskie Point :)
tu dobra rozdzielczosc:


2018-05-22 19_29_35-Golden Canyon, Gower Gulch and Badlands Route Map.jpg


a tutaj pokolorowane po amerykansu łopatologicznie oznaczone ilosci godzin na szlaku ;)


mapa Golden Canyon 1.jpg



Hiking w zimie nie jest jakiś szczególnie wytężający dla zdrowej osoby. Jako ze bylam mega przeziębiona nie szło mi sie łatwo (w zasadzie chodzilo o oddychanie), wiec trase zrobilismy w 3 i pol godziny z przerwami (dla chorego) i przerwami na zdjęcia no i przerwa na podziwianie ciszy. Pierwsza częsc trasy (zaczynając od lewej) jest z podejściem pod pagórki, nabiera sie wysokosci zeby od drugiej strony podziwiać Zabriskie Point, przy Zabriskie Point schodzi się na dół i wraca się szerokim korytem rzeki (ta część jest juz bardzo łatwa). Tylko na tym odcinku spotykaliśmy innych ludzi :) głownie starszych Amerykanów.
Widoki ze szlaku:
na poczatek Cathedral

3c.jpg



3d.jpg





3e.jpg



3g.jpg


szlak idzie gora

3h.jpg



3ha.jpg


Golden Canyon w pelnej krasie

3hb.jpg


a wraca się korytem rzeki

3he.jpg



3hf.jpg




Planowałam także zwiedzić Scotty’s Castle, którego z uwagi na konieczność szybkiego przejazdu w strone stacji benzynowej też nie odwiedziliśmy poprzednim razem. Ale nie dane nam było i tym razem. Otóż - dla zainteresowanych - Scotty’s Castle jest teraz caly czas zamkniety z uwagi na zniszczenia po flash floodach (o czym informuje gazetka parkowa). Ponowne uruchomienie planowane jest na ...2019 rok.
Nocowaliśmy w Beatty, kilkanaście mil od wjazdu do parku. Musze powiedzieć ze z perspektywy czasu zalatwilabym nocleg w samym parku w Stovepipe Village. SV wbrew pozorom jest znacznie lepiej zaopatrzone, no i nie traci sie czasu i benzyny na dojazdy. Beatty to wg mojej oceny umierająca miescina praktycznie bez żadnego zaplecza.
W zakresie cen w Beatty i mentalności miasteczka chcialbym wspomniec tylko, ze głodna warzyw zamowilam pomidora do śniadania (sniadanie standardowo omlet albo kielbaski). Pomidor kosztował 4 USD netto, musiala miec ciekawa mine jak juz sie zorientowałam ze to nie żart, pomidor jako side dish wyglądał tak:

3a.jpg



Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło - przy okazji zwiedzamy miasteczo Ghost Town Ryholite, ktore jest połozone tuż obok Beatty. I spotykamy pielgrzymkę osiołków.
Najpierw znak

3ka.jpg


pozniej zaraz spotykamy wycieczke

3kb.jpg



3l.jpg



3m.jpg


i w koncu dojezdzamy do Ghost Town

2h.jpg



2j.jpg



2k.jpg

DZIEŃ 5 (14.02.2018) z wizytą u wujka Hoovera
(walentynkowy obiad i Hoover Dam)
dzień wydaje się mało intensywny, ale zamiast przejechać tylko przez tamę Hoovera planujemy jej zwiedzanie (na poprzednim wyjeździe zwiedzaliśmy Glen Dam teraz przyszła pora na zaporę Hoovera).
Z Beatty jedziemy więc do Boulder City (ponad 2h jazdy). Po drodze parę foteczek na "starych smieciach w LV"

5a.jpg




Przed wjazdem na tamę chcemy zjeść walentynkowy (czytaj jadalny) obiad w polecanej przez Tripadvisor meksykańskiej knajpie. Faktycznie dobrze wygląda, a zważywszy że to jedna z niewielu knajp w mieście, wiec ulga ze przynajmniej tutaj dobrze karmią (stoliki obok wyglądają naprawdę zachęcająco).
Zamawiam tyle ze Pani (Amerykanka !) zwraca mi uwage ze tu sa naprawdę duze porcje. Nie wie, ile czasu chodziłam głodna, jedząc tylko tyle by przeżyć ;) Zjadamy wszystko, nawet nie ma czego brać na wynos.
Knajpę polecam:


5b.jpg




Dodaj Komentarz

Komentarze (14)

sko1czek 22 maja 2018 20:49 Odpowiedz
Śliczne zdjęcia, dawaj dalej z relacją, bo czekam na Yellowstone. Byłem w maju i leżało jeszcze sporo śniegu no to sobie trochę wyobrażam, co się działo w lutym...
jerry90 25 maja 2018 12:35 Odpowiedz
Fajna relacja i zdjęcia, czekam na więcej:)Co do samochodów z filmu Cars to nie do końca tylko fantazja. Cały film - szczególnie pierwsza część - jest mocno inspirowany mitem drogi 66. Nawet wiele postaci (aut) jest wzorowanych na autentycznych osobach związanych z Route 66, prowadzących wzdłuż drogi lokalne biznesy, muzea itp.
palomino 25 maja 2018 22:40 Odpowiedz
Jerry90 napisał:Fajna relacja i zdjęcia, czekam na więcej:)Co do samochodów z filmu Cars to nie do końca tylko fantazja. Cały film - szczególnie pierwsza część - jest mocno inspirowany mitem drogi 66. Nawet wiele postaci (aut) jest wzorowanych na autentycznych osobach związanych z Route 66, prowadzących wzdłuż drogi lokalne biznesy, muzea itp.Dziękuję :)Za ułańską fantazję uznaję to, ze zamiast dać ludziom mozliwosc aby mogli doszukiwac się w pierwowzorach kreskówkowych postaci to te postacie miałam przed sobą bo przerobiono pierwowzory zeby przypominały postacie z kreskówki. Obłęd :)A to, że Route 66 byla faktycznie inspiracją to wiem, przygotowałam się w koncu do wyjazdu :D@sko1czek dzięki :) staram się dobrnąć do konca ale niestey wolno to idzie przez względy techniczne. ale staram sie to dopiąć jak najszybciej
bonifacy 1 czerwca 2018 07:46 Odpowiedz
Fantastyczna relacja, gratuluje. Tylko żal, że chyba przechodzi trochę bez echa, ale to chyba dlatego, że odwaliłaś naprawdę kawał dobrej roboty i się ludzie ogromu tekstu do przeczytanie boją :)
sranda 1 czerwca 2018 09:06 Odpowiedz
Tekstu wcale nie ma tak dużo (osobiście żałuję), a zbyt dużo zdjęć, niestety. ;)Ja osobiście wolę inne proporcje tekstu do zdjęć i więcej informacji praktycznych, ciekawostek, przygód itp. ;) Same zdjęcia to można zobaczyć w wielu miejscach w sieci i większość jest podobnych.
palomino 1 czerwca 2018 22:44 Odpowiedz
@bonifacy dziękuję bardzo. Faktycznie żeby to wszystko do kupy pozbierać to trochę się schodzi. :) Ale i tak jestem podbudowana, że jednak ktoś dotrwał do końca :D @sranda również dziekuje, to że chcialabyś wiecej tekstu to oznacza że nie przynudzałam zbytnio co zawsze jest moja obawa ;) bo niestety prawda jest taka jak pisze Bonifacy, tzn w dzisiejszych czasach raczej przerzucamy się na pismo obrazkowe ;) A co do zdjęc że sa takie same wszedzie to wele razy się na to "nadziałam", ze napaliłam się na zrobienie jakiejś konkretnej fotki i okazywało sie to mało wykonalne. Z tego tytulu zdjecia z google traktuje z duza rezerwa. Ale jak pewnie wiesz - nie dogodzis wszystkim :D
zuzanna-89 4 czerwca 2018 21:46 Odpowiedz
Mi też się podobało - i relacja i zdjęcia :) Super, że jednak udało wam się dotrzeć do Yellowstone. Ja jeszcze w tej części USA nie byłam i teraz to już w ogóle bardzo chcę się tam wybrać, może jednak nie w lutym (aczkolwiek wasza wyprawa też miała swój urok :).
palomino 5 czerwca 2018 07:28 Odpowiedz
@zuzanna_89 ja też się bardzo cieszę :) tylko my wiemy jakiej naprawde determinacji wymagal dojazd tam w tych warunkach. Ale było warto :D Szczerze mowiąc mimo ze nie przepadam za tzw sportami zimowymi to Yellowstone urzeka w tym czasie ciszą i spokojem. Tak więc chcialabym tam wrócić, pomieszkać w parku i pojezdzic na biegowkach "offroad" :)Jest pewnie wiele okresów kiedy warto jechac i zobaczyć Park, jednakże wszyscy "tubylcy' przestrzegają przed okresem letnim charakteryzującym sie najazdem turystów - "summer's hell" to jedne z łagodniejszych określeń :)
eskie 5 czerwca 2018 08:37 Odpowiedz
Świetna relacja, dziękuję.Chciałem jechać do USA tylko z dwóch powodów, zobaczyć Yellowstone i Nowy York. Dzięki Waszej relacji Yellowstone zjechał sporo w dół na mojej liście "do zobaczenia". Jeszcze raz podkreślam, że Twoja relacja była świetna, obiektywna, rzeczowa i okraszona ciekawymi zdjęciami. Dzięki niej wiem, że są fajniejsze miejsca do odwiedzenia niż Yellowstone :)
sko1czek 5 czerwca 2018 09:08 Odpowiedz
Doskonała relacja: fantastyczne zdjęcia, wartki, ciekawy i nieprzegadany tekst. Zaimponowała mi wasza determinacja. Super!@eskietutaj masz opis Yellowstone zimowego, niech Cię nie zniechęca. Wjeżdżałem do Yellowstone w maju, tuż po otwarciu sezonu - było przepięknie i jeszcze niezbyt tłoczno. Po zwiedzeniu kilku miejsc w Stanach moje 2 ulubione, najciekawsze to właśnie NYC i Yellowstone. No może bym jeszcze dodał SF, na 3-cim.
palomino 6 czerwca 2018 01:36 Odpowiedz
@eskie - to ciekawe co piszesz bo ja po obejrzeniu zdjęc przed wyjazdem (z tzw google) też miałam ogromne obawy ze Yellowstone nie "dorośnie" do moich oczekiwan. A oczekiwania nie byly małe :) Nie jest to park wielkiego WOW i zupełnej odmiany od tego co widziales (typu np kaniony szczelinowe, czy tez rejony typu dead horse point). Nie jest spektakularny, Takie krajobrazy i roslinnosc jak w Yellowstone potencjalnie zobaczysz w mniejszej skali i u nas. Denerwujace sa tez czasami ograniczenia bezpieczenstwa odnośnie goracych zrodel, niedzwiedzi i czego tam jeszcze. ALE park wciąga. I ja wrociłabym tam szczegolnie zimą, wjechalabym od połnocy, zdobylabym ten upragniony self guided permit, pojezdzilabym na nartach biegowych, wybrałabym się zobaczyć wreszcie wilki. A zimy delikatnie mowiac nie lubie ;)Co do NYC to dla mnie jest ciekawa metropolia ale jak to powiedzial jeden z Amerykanów na jakims zadupiu - "nowy york to nie Ameryka" i ja sie z nim zgadzam :) Za to w SF bylam 2x i wrocilabym nastepne 2 i wiecej :DTak czy inaczej jeśli sie zdecydujesz na wyjazd do US to zanim skonczysz jeden wyjazd to bedziesz planowal nastepny. To praktycznie pewne ;)I dziękuję Tobie i @sko1czek za miłe słowa odnośnie relacji :)
jerzy5 14 czerwca 2018 02:14 Odpowiedz
Fascynująca podróż i relacja, mega zdjęcia, dziękuję, ciekawe czy ja zdołam tam dotrzeć kiedyś, potwornie zazdroszczę pozytywnie
mikus 19 czerwca 2018 10:19 Odpowiedz
@palomino pamiętam jak pytałaś o Yellowstone zimą. Zastanawiałem się wtedy : "Po co tam jechać zimą, skoro jest drogo i ciężko się dostać". Nie, to nie może się udać". Tymczasem swoją relacją otworzyliście oczy niedowiarkom takim ja jak ! :D Świetna relacja, niesamowite zdjęcia, podziwiam Wasz upór i determinacje. Widząc te same miejsca wiosną stwierdzam, że to dwa różne parki. Obie pory roku mają swój niepowtarzalny urok. Bardzo podobała mi się ta relacja, zasłużone zwycięstwo w konkursie na najlepszą relacje miesiąca !
channel 15 sierpnia 2018 21:52 Odpowiedz
Super relacja! Przeczytałam jednym tchem. Gratuluję determinacji. Osobiście boję się jeździć po śniegu, więc tym bardziej podziwiam. Świetne fotki :)