0
startowiec55 21 czerwca 2018 14:52
Witam wszystkich podróżników! ;)

Jest to moja pierwsza relacja. Nie chcę Was zanudzić zbyt długim tekstem, choć do napisania jest naprawdę wiele. Może fotki nie będą tak wspaniałe, jak w innych relacjach, ale postaram się opisać te kwestie, które najczęściej są poruszane i zastanawiające dla osób, obierających ten kierunek. Podam też wiele cen, gdyż nie ukrywając, brały one duży udział w planowaniu naszej eskapady.

Otóż pomysł wyjazdu do Tajlandii narodził się kilka lat wcześniej. Było to marzenie zarówno moje, jak i mojej dziewczyny Moniki.
Do tej pory podróżowaliśmy z biurami - Alanya, Zakynthos, Marsa Alam + kilka europejskich miast na wypady kilkudniowe.
Choć nie jesteśmy typami "wygodnisiów", co mieszkają w dobrych hotelach i piją drinki z palemką w restauracji przy plaży, to jednak Tajlandia wydawała nam się nierealna, przede wszystkim ze względów finansowych, jak również logistycznych.

Latem 2017 postanowiliśmy, że szukamy biletów do Bangkoku. Szło nam mozolnie, ceny powyżej 2000 zł za osobę, nie były akceptowalne.

"Truskawka na torcie", czyli historia zakupu biletów, którą znajomi opowiadają przy każdej możliwej okazji :lol:
Dziewczyna w lipcu broniła się na studiach i za punkt honoru obrałem sobie, że zrobię jej niespodziankę i w "nagrodę" kupię te upragnione bilety. Szukałem, szukałem i ... nic. Ale jak to ?! Przecież ludzie piszą, że znajdują poniżej 2 tysi :shock:. Lipiec zbliża się nieubłaganie, a ja dalej w kropce.
No i najlepsze, uwaga uwaga: tydzień przed wspomnianym egzaminem dziewczyny, siedzimy przed komputerem w wolny dzień, przeglądamy zdjęcia, czytamy relacje i tak dalej, a cały wieczór Monika wydaje mi się jakaś smutna, przygnębiona. Chcąc Ją pocieszyć mówię: "Nie bądź smutna, mam dla Ciebie niespodziankę, dam Ci, jak tylko zdasz egzamin". Nie wiem czemu tak wypaliłem (?), często tak niestety mam. :? Oczywiście dopytywanie się, zgadywanie co to może być i branie mnie pod włos. Oczywiście jako "miękka faja" uległem i padło:
Monika: "coś związanego z Tajlandią?"
Ja: "tak..."
M: "no proszę, powiedz. Teraz to już w ogóle nie skupię się na nauce"
J: "kupiłem bilety, chciałem zrobić Ci niespodziankę, dam Ci, jak się obronisz, za tydzień"
M: "nie wierzę, powiedz, że to nie sen, pokaż potwierdzenie..."

No i to mnie zabiło. POKAŻ POTWIERDZENIE :? Serio?! Tego nie przemyślałem :roll: :lol:
Choć był moment poprawy nastroju, euforii, rzucenia się w ramiona, to jednak po chwili musiałem wymyśleć coś z tym nieszczęsnym potwierdzeniem...
No i koniec "tajskiego snu". W końcu musiałem: "Monia, nie kupiłem jeszcze, ale jestem pewny, że kupię w tym tygodniu.."
Kurde, źle to obmyśliłem. Płacz, wkurzenie, obrażenie... Po co mi to było ?! Chciałem tylko poprawić Jej humor. Oczywiście wiadro pomyj dostałem, że po co Jej robię nadzieję, po co tak w ogóle mówię i tak dalej...
Chciałem dobrze, wyszło jak zawsze :lol: Klasyka...

No nic, teraz nawet bez promki, muszę je kupić, oczyścić choć trochę moje dobre imię.
No i stało się! Dwa dni później kupiłem. Bezpośrednio ze strony Qatar Airways za bagatela 1910 zł/os.
I tak bez tragedii. :D
Dopiero po kilku godzinach doszło to do mnie. Kurde, KUPIŁEM ! MARZENIE SIĘ SPEŁNI! :o :D
Co prawda chudszy o prawie 4 klocki, ale szczęście aż mnie rozrywało.

Dzień egzaminu, bilety, bukiet kwiatów i ruszam na Uczelnię. Wręczam, płacz (tym razem ze szczęścia) i ponowne rzucenie się w moje ramiona. Ach, ja to potrafię robić NIESPODZIANKI! :roll: :lol: :mrgreen:

Dzwonimy do znajomych (nie byli jeszcze nigdy w życiu za granicą):
My: "Siemanko, co robicie w lutym? dostaniecie urlop? Kupiliśmy bilety do Tajlandii, na dwa tygodnie, lecicie z nami?"
Znajomi: " Że gdzie?! Na ile?! Przecież my najdalej byliśmy w Sopocie - 3 godziny drogi autem z Warszawy. Ile tam się leci?"
M: "18 godzin :D "
Z: "Ileeee ?! Kurła, ile kanapek trzeba wiąć..."
M: "Lecimy Qatarem, jedzenie na pokładzie, w cenie biletu"
Z: "No dobra, lecimy!"

No i po kilku godzinach też kupili bilety. Spotkaliśmy się w czwórkę wieczorem, tego samego dnia. Wszyscy już mieliśmy potwierdzenie na mailu, ale dalej nie dowierzaliśmy. Kurde, może wydaje się teraz śmieszny, jesteście zażenowani, ale... dla nas to naprawdę była WIELKA sprawa ! Siedzieliśmy przez dobrych kilkanaście minut w ciszy, każdy przeglądał wygooglowane fotki z Tajlandii na swoich telefonach, a dopiero kilka chwil później zaczęliśmy rozmawiać. Urlopy, pieniądze, hotele, gdzie i jak... Pytań nie było końca. Daliśmy sobie czas, żeby ochłonąć. Logistykę wziąłem na siebie. Uwielbiam szukać połączeń, hoteli, rozwiązań, itd. :twisted:

W końcu wyszło tak, że ja z Moniką się wszystkim zajmiemy, a znajomi mają się o nic nie martwić. Oczywiście zapytaliśmy, co chcieliby robić, co zobaczyć i tak dalej, to jednak w odpowiedzi usłyszeliśmy, że zdają się na nas i się dostosują. Dobra! Pasuje!

Nocnych rozmów nie było końca. Którą wyspę wybrać? Tak, wyspę, bo marzy nam się trochę rajskości, a tym samym mniej komerchy.
"Tajlandia przereklamowana!", "Tłumy ludzi!", "Już nie tak tanio, jak kiedyś" - trochę nas to przerażało, ale takie informacje staraliśmy się potwierdzać u wielu źródeł i opinii.

Zrobiliśmy sobie listę, takiego naszego "must see" i wyszło, że zobaczyć chcemy:
- słynną Maya Bay, na której to kręcili "Niebiańską plażę" z DiCaprio.
- sanktuarium słoni, gdzie nie będziemy jeździć na nich i ich je zamęczać, a nakarmimy, wykąpiemy i poznamy ich naturalne środowisko, takie, w którym są szczęśliwe i dobrze traktowane.
- małpy! Tak, jesteśmy animalsami gdyby ktoś pytał. Naturalne środowisko, gdzie żyją zwierzątka to jest to, co kochamy.
- Koh Nang Yuan, słynna wysepka, z której widzieliśmy przepiękne fotki.
- Bangkok, świątynie, mnisi i Khao San

Takich "obowiązkowych" punktów było oczywiście jeszcze więcej, ale zeszliśmy na ziemię, że wszystkiego przecież nie zobaczymy przez dwa tygodnie, więc drogą selekcji wyszło nam tak. Oczywiście tajska kultura i słynny Street Food z PadThaiem w roli głównej! :P

Po researchu wyszło na to, że najlepsze/ najlepiej oceniane Sanktuarium Słoni jest na północy Tajlandii, a mianowicie Chiang Mai. Jednak podróż tam jest dość długa, dlatego też poszukaliśmy alternatywy i padło na Phuket - Elephant Jungle Sancuary (4.5/5, wg Tripadvisor), tam od razu Maya Bay, Koh Phi Phi i Monkey Hills (wzgórze małp).

Wszystko zaczęło się klarować, powoli nasz Plan Podróży nabierał kształtów. Tak więc stwierdziliśmy, że od razu po wylądowaniu w Bangkoku przenosimy się na wyspy, a na koniec 2-3 dni przeznaczamy na Stolicę.

Wyszło więc tak:
Warszawa -> Bangkok -> Phuket (5 nocy)-> Koh Phangan (3 noce)-> Koh Tao (3 noce)-> Bangkok (2 noce)->Warszawa.


W międzyczasie zabukowaliśmy przez internet kilka transferów:
* Lot z Bangkoku na Phuket - LionAir, 75 zł/os
* Transfer łączony, bus + prom z Phuket na Koh Phangan ( 100 zł/os)
* Lot z Suratthani do Bangkoku - AirAsia, 70 zł/os



Zamówiliśmy też noclegi. W większości korzystaliśmy z Bookingu i Agody.
Nocleg na Phuket - 35 zł/os/doba
Nocleg na Koh Phangan - 30 zł/os/doba
Nocleg na Koh Tao - 55 zł/os/doba
Nocleg w Bangkoku - 25 zł/os/doba

Wcześniej napisaliśmy maila do wspominanego Elephant Jungle Sanctuary i zarezerwowaliśmy odwiedziny w Sanktuarium w opcji "Morning Visit". Tam po minimalnej, lecz nie nachalnej negocjacji wytargowaliśmy cenę 2000 THB/os, tj. około 210 zł (normalny bilet to koszt 2500 THB.)

Wszystkie te koszty rozłożyły nam się na przełom kilku miesięcy, także wielce nie odczuliśmy tego faktu.
Pozostałe wydatki to koszty życia na miejscu i jedynie transportu z Koh Phangan na Koh Tao, który chcieliśmy ogarnąć już na miejscu.

Pozostało nam wyczekiwać do końca roku, później już z górki...

p.s. mam ogromną nadzieję, że nie przysypiacie i dalsze części relacji chętnie przeczytacie :) WYLOT !

3 luty 2018, Warszawa Chopina.
Wylot o godzinie 17:30.
Airbus A330-200 już czeka...
Image

Szerokie i wygodne fotele. System rozrywki na wysokim poziomie, niczego nam nie brakuje. W sumie to miał być dla nas TYLKO środek lokomocji, ale czujemy się naprawdę wyśmienicie. :D
No i to co widziałem w amerykańskich filmach, w końcu miało przełożenie na realne życie - Monitor, a na nim pokazana trasa lotu na żywo - ŁAŁ ! :o :D
Jarałem się jak dziecko, co rusz przełączając opcje w monitorze, który każdy miał przed swoim nosem. Wysokość i prędkość lotu, położenie, informacje o krajach nad którymi przelatujemy, muzyka, filmy i gry...
Image

Jako, że w podróży mam problem z zaśnięciem, a po wylądowaniu chcę być na siłach, to zamawiam whiskey z colą, dzięki któremu mam nadzieję, że zasnę. Nic z tego. Ekscytacja samolotem i podróżą nie daje mi nawet myśleć o śnie.
Po dwóch godzinkach wjeżdża posiłek, który wybraliśmy już podczas internetowej odprawy.
Wybredni nie jesteśmy, a przy tym niewiele wymagający. Kurczak z ryżem w curry, do tego sałatka z ciecierzycy, sałatka z owoców i jakieś pierdoły. Całkiem smaczne, do zjedzenia.
Image


01:00 w nocy lądujemy w Doha. Godzina na przesiadkę.
Lotnisko robi wrażenie. Duże, czyste i znakomicie oznakowane.
Image

02:20 ruszamy dalej...
Za oknem takie widoki !
Image

Podczas drugiego odcinka lotu również dostajemy posiłek, który wybieramy już na pokładzie, z podanej nam karty dań.
Wybraliśmy zatem opcję śniadaniową, w której to dostaliśmy świeże bułeczki, dżemy, jogurty i owoce. Smaczne i pożywne śniadanie.

12:30 lokalnego czasu, lądujemy w BANGKOKU (BKK).
Lotnisko ogroooomne. Chyba z 15 minut idziemy do wyjścia. Wcześniej swoje odstać trzeba w kolejce do odprawy wizowej. Tam wypełniamy papiery i przechodzimy bramki. Mimo wcześniejszych uprzedzeń, że na lotnisku trzeba odstać godzinę - półtorej żeby się wydostać, w naszym przypadku było to około 25-30 minut ze wszystkim.

Zanim jednak poczujemy zapach tajskiego powietrza, to chcemy pozałatwiać karty do telefonów i wymienić kasę.
Tak więc za 500 THB (52 zł) kupujemy karty firmy dTac, które były nam polecane i faktycznie egzamin zdały na 5!
Następnie udajemy się do również polecanego kantoru (SuperRich, pomarańczowy, na poziomie -1).
Pierwsze zakupy w sklepie i ruszamy do wyjścia.
Image
Image


Po wyjściu z lotniska towarzyszy nam ogromna ekscytacja, jak również strzał dusznego, śmierdzącego powietrza.
Jesteśmy w Tajlandii !!! :D

Tego samego dnia o 17:45 ruszamy samolotem linii LionAir na Phuket.
Start mamy z drugiego lotniska w Bangkoku (DMK).
Jako, że niespecjalnie się spieszymy, nie zamawiamy taxi. Szukamy przystanku Shuttle Busa, który za okazaniem ważnego biletu na wylot z drugiego lotniska, zabiera nas za darmo.
Busy te mają odjazdy co około 30 minut, więc bezproblemowo się pakujemy i ruszamy w 50 minutową przejażdżkę.
Po drodze mijamy ogroooomne korki i setki skuterów. Zmęczenie daje się powoli we znaki, więc za wiele nie rozmawiamy, tylko podziwiamy to, co za oknem.
Lotnisko Don Muang malutkie, tak więc szybka odprawa i czekamy na ostatni już tego dnia, 45 minutowy lot na Phuket.

Na Phuket jesteśmy przed 19:00. Plecaki na plecy i szukamy transportu.
Mnóstwo nagabywaczy wita nas od samego przekroczenia progu lotniska. Jednak zgodnie ze swoimi założeniami odchodzimy dwie uliczki dalej. Akurat czas na spokojne złapanie oddechu i dotlenienia płuc :twisted:
Praktycznie z każdym pokonanym przez nas metrem cena transportu skutecznie maleje.
Od proponowanej nam przy lotnisku ceny 900-1200 THB, aż po 600 THB na którą się decydujemy, jakieś 100 metrów od lotniska.
Przemiły starszy Taj pakuje nasze plecaki do bagażnika, odpala klimę i ruszamy.
Jedzie tak, że dziewczyny z tyłu zielone z przerażenia :mrgreen: ja z kumplem wniebowzięty, a kierowca przyspiesza i bardziej szaleje, jakby wprost proporcjonalnie do naszego strachu.

Po godzinie jazdy meldujemy się w hotelu Benjamin Resort, tuż przy plaży Kamala. Meldujemy się, rzucamy plecaki i ruszamy na główną ulicę w poszukiwaniu jedzenia.
Zapachy z pobliskich knajp i garkuchni zaostrzają jeszcze nasz apetyt.
Jako, że jesteśmy padnięci po podróży decydujemy się na pierwszą lepszą restaurację.
Zamawiamy 4 PadThaie, piwka i koktajl ze świeżego mango.
Mmmm, niebo w gębie, palce lizać :D
Image
Image
Image

W takiej atmosferze, rozkoszując się klimatem i jedzeniem siedzimy do późnych godzin wieczornych i idziemy odespać dłuuuugą podróż...Phuket - dzień pierwszy (05.02.)

Mocne zderzenie z egzotyką! :shock: :D

Często jak czytaliśmy Wasze relacje, to przecieraliśmy oczy ze zdumienia, jakie historie Was spotykały. Zastanawialiśmy się, czy macie wyjątkowego pecha, czy to "podkoloryzowane" historie. Przecież przyjechaliśmy tu mocno przygotowani i jak dotąd każdy element podróży przebiegł bez najmniejszego problemu...

Budziki nastawione na 09:00...
Co by jednak odespać trudy podróży i naładować baterie na pierwszy, słoneczny i długi dzień.

Śpiąc, poczułem mocne szarpnięcie za barki i wystrzeliłem z łóżka jak z procy. Monika szarpie mnie i krzyczy, żebym wstawał!
Patrzę na zegarek... 05:15. Co się dzieje? O co chodzi? Ktoś z impetem uderza w drzwi od naszego pokoju. Kurła, terroryści? Atak jakiś? Chcą nas okrasć?! Przerażenie ogromne. :shock: Otwieramy drzwi, wychodzimy na korytarz, tam już stoi równie zszokowana para naszych znajomych, lecz oprócz nich nikogo więcej nie ma.
Nagle słyszymy przerażająco głośne: "pomocy! błagam, pomóżcie mi ! ". Po schodach zbiega roztrzęsiona, zapłakana kobieta, Polka. I znowu: "błagam, pomóżcie!". Bez chwili zastanowienia biegniemy za nią, piętro wyżej. Po drodze próbuje opowiedzieć nam o co chodzi, lecz jest tak zdenerwowana, że ciężko ją zrozumieć. Jedyne co do nas dotarło, to fakt, że coś nie tak dzieje się z jej mężem. Wchodzimy do ich pokoju, a tam facet leży na łóżku, wpół nagi, odwodniony, cały w wymiocinach. Widok przerażający. Nie ma z nim żadnego, najmniejszego kontaktu. Kobieta się minimalnie opanowuje i stara się nam przekazać niezbędne informacje. Jej mąż cały poprzedni dzień miał duże problemy żołądkowe, które nasiliły się w nocy. Okazało się, że cała rodzina nie zna nawet słowa po angielsku (sic!). Żadnego... Ale w tej chwili nie było czasu na dopytywanie się. Schodzimy do recepcji, dzwonią po karetkę, która jak dowiadujemy się po chwili... nie dotrze! Pracownicy hotelu mówią, że zorganizują tuktuka, który zawiezie do szpitala. W międzyczasie dalej próbujemy pomóc, gdyż kobieta nie wie nawet w jakiej firmie są ubezpieczeni. Nic, zupełnie nic. Wyciąga dokumenty, dzwonimy do ubezpieczyciela, który wskazuje szpital, do którego mogą się udać. Znosimy jej męża na dół. Stoi tuktuk! Układamy człowieka na "pace" i ruszają...

Dobrą następną godzinę siedzimy w czwórkę i dyskutujemy. W ogóle nie mamy na uwadze tego, że jesteśmy rozbici po zaledwie 5cio godzinnym śnie. Adrenalina dała nam mocnego kopniaka. Nasuwało się mnóstwo pytań:
- Jak to się stało, że rodzina z małym dzieckiem (tak, była tam jeszcze 7 letnia dziewczynka) jedzie do tak odległego kraju bez najmniejszych podstaw języka?
- Jak to się stało, że człowiek cały dzień (!) ma duże problemy gastryczne i nic z tym nie robi? Bez najmniejszej pomocy, bez nawodnienia leży po prostu w pokoju?
- Jak to się stało, że ludzie Ci nie mieli pojęcia gdzie są ubezpieczeni, jaki jest numer do ubezpieczyciela i do kogo zgłosić się w razie takiej kryzysowej sytuacji?

Absolutnie nikogo nie oceniam, absolutnie! Po prostu nad tymi pytaniami się długo zastanawialiśmy i całą sytuacją byliśmy bardzo przejęci. Pomimo ogromnych podziękowań nie doczekaliśmy się Państwa w naszym pokoju (mimo zapewnień i naszych próśb) z informacjami, jak zdrowie rodaka. Sami chodziliśmy do ich pokoju, żeby się dopytywać. Na szczęście kroplówka i kilkugodzinny pobyt w szpitalu postawił człowieka na nogi, ale zapewne była to dla nich wielka nauczka i ogromne doświadczenie. Niech to zatem będzie nauczka także dla innych, żeby choćby podstawowe zwroty czy numery emergency znać. Warto też mieć ze sobą podstawowe lekarstwa, tym bardziej w kraju, gdzie jest inna flora bakteryjna.

To na tyle.
Wybija 7 rano i wita nas piękny, słoneczny poranek, w oddalonej niespełna 8 500 kilometrów Tajlandii.
20 metrów od naszego hotelu jest 7/11 (seven eleven, nasza "żabka"). Przyjmujemy kawkę z automatu (18 THB) i tosty (22 THB/2 szt), które towarzyszą nam również podczas kolejnych dni. Tosty są w opakowaniach, w lodówce, a następnie wsadzane przez pracownika sklepu do opiekacza i serwowane na ciepło. Super sprawa!
Image
Image

Tak oto szybkim krokiem ruszamy w stronę plaży.
Długa, piaszczysta, bardzo czysta plaża. Tajskie łódki, przyozdobione kolorowymi wstążkami przycumowane przy brzegu. Widok nieco psuje ilość kolorowych leżaków, ale w tym dniu marzy nam się rozłożyć, wejść do wody i wyczilować. :D
Image

Image

Image

Image

Woda zupa, żar się leje z nieba, a my rozkoszujemy się błogim lenistwem.
Ten dzień zaplanowaliśmy jako "zapoznawczy".
Delektujemy się świeżo ściętym kokosem (4THB/szt) O tak, zdecydowanie tego nam było trzeba! :D
Image

Po kilku godzinach ruszamy wolnym krokiem znaleźć jakąś przyzwoitą kuchnię. Głodni bardzo nie jesteśmy, dlatego też szukamy miejsca, w którym zauważymy wielu lokalsów. No i strzał w 10 ! Jedzenie pyszne, ceny niskie, uśmiechnięci Tajowie i Tajki wokół.
Jadaliśmy w tym "lokalu" jeszcze przynajmniej z 5 razy.
Za 4 dania, 2 zupy i colę dla wszystkich osób zapłaciliśmy łącznie 350 thb (około 9 zł/os)
Image

Image

Image

Po obfitym obiedzie włóczymy się po okolicy.
Mnóstwo sklepów ze świeżymi owocami. Garkuchnie z kurczakami, owocami morza, naleśnikami z nutellą czy stoiska z robionymi na miejscu koktajlami z owoców. Jednym słowem - dużo się dzieje! Wracamy na plażę, złapać trochę kolorków.
Po drodze dziewczyny utwierdzają nas w przekonaniu, że na suveniry każda pora jest dobra i "buszują" po stoiskach z różnego rodzaju duperelami.
Będąc już przy plaży, pierwszy raz słyszymy słynne "taaaaj masaaaaż" i w dobrych nastrojach szukamy dobrego miejsca na wypoczynek.
Image
Image

Wieczorkiem jemy pyyyszne naleśniki ze straganu.
Nutella + banan + mango - nasze ulubione połączenie (50 thb), choć konfiguracji było baaardzo dużo.
Naleśniki prosto z patelni, chrupiące - palce lizać.
Na dokładkę tajskie lody (80 THB), które są robione z naturalnych składników i rolowane na naszych oczach. Sposób ich przyrządzania robi wrażenie.
Podane w łódeczce, z dowolnym dodatkiem. Porcje były tak gigantyczne, że w kolejnych dniach rozkładamy sobie je na dwie osoby.
Image

Ostatnie zakupy w 7/11, zgrzewka wody, trochę mocniejszych trunków i wybieramy się posiedzieć na plaży, na spokojnie.
Nasza lodówka wygląda tak:
Image

Więc czas ją nieco opróżnić...

Image-- 22 Cze 2018 01:51 --

Oho, jednak muszę "ściaśniać" relację, żeby nie było 15 osobnych postów.

Dzień drugi (06.02.)

Słonie i Jet Lag


Jak już wcześniej wspomniałem, przez internet zabookowaliśmy wejściówki do Elephant Jungle Sanctuary.
Wybraliśmy opcję Morning Visit, więc zbiórka pod hotelem była w przedziale 6:30-7:30.
Znowu średnio wyspani...
Jet Lag? coś tam słyszeliśmy, ale totalnie zbagatelizowaliśmy. Przynajmniej odczuliśmy to na własnej skórze.
Wszyscy jak jeden mąż, wstaliśmy na takim kacu, jak co najmniej po weselu u wujka Romka w Wólce Kosowskiej. :shock:
Już myśleliśmy, że dopadło nas jakieś zatrucie, bo wc okupowane było na przemian.
Jednak pożywne śniadanie, mocna kawa, dobre izotoniki i można ruszać ! :D

Bus pojawił się bez żadnego opóźnienia, a droga na spotkanie z wymarzonymi słoniami wyglądała tak:
Image

Po 45 minutach jazdy meldujemy się u celu.
Dojeżdżają kolejne busy, więc w grupie około 20 osób zaczynamy spotkanie z założycielami Sanktuarium i wolontariuszami, którzy opowiadają nam o tym wyjątkowo pięknym miejscu i opisują każdego jego mieszkańca.

Wszyscy już pod stołem przebierają nogami, żeby spotkać się z milusińskimi.
Są! Wytaczają się z "dżungli" coraz to większe okazy :shock: :D
Wolontariusze zabierają nas do pomieszczenia, w którym przygotowują specjalne jedzenie dla słoni.
Każdy dostaje po koszu owoców (banany, arbuzy) i ruszamy na pierwsze, bliskie spotkanie - karmienie. :D
Image

Image

Image

Image

Po karmieniu czas na trochę fotek i zabawy z małym, półrocznym słonikiem :D

Image

A no i z tej ekscytacji i my zrobiliśmy się głodni. Szwedzki stół, czas na lunch:
na talerzu napaćkane wszystkiego po trochu: pad thai, sajgonki, kurczak w curry. :lol:

Image

Zregenerowani i w pełni sił idziemy do pobliskiego "Bagienka" na kąpiel błotną.
Wolontariusze bardzo uczulają nas, żeby zwrócić uwagę na bezpieczeństwo, gdyż te kilkutonowe zwierzątka z radości przewracają się na bok, do wody i mogą najzwyczajniej w świecie na kogoś upaść...

Z taplania się w błocie niestety nie mam fotek, gdyż brać tam telefon to nie byłby najmądrzejszy pomysł. (będzie na filmiku, na koniec relacji)
Słonie przeszczęśliwe, unoszą trąby do góry i leją nas wodą. :D
Na koniec idziemy razem z nimi pod "prysznic" gdzie opłukujemy je z pozostałości błota po tym ekskluzywnym peelingu.

Image

Reasumując: to było NIE-SA-MO-WI-TE doznanie, móc obcować z tak wielkimi zwierzętami, karmić je i kąpać.
Najpiękniejsze było to, że słonie były wolne, a nie ogrodzone siatką jak w ZOO.
Ten dzień na długo zapadnie w naszej pamięci, jako jeden z piękniejszych. :)

O 14:00 jesteśmy w hotelu. Prysznic, obiad tam gdzie wczoraj i ruszamy wypożyczyć skutery. :D
Cena za jeden to 200 thb za dobę. W zastaw zostawić mamy paszport albo 1000 thb. Wybieramy drugą opcję.
Sympatyczny Taj, ale uczuleni przez innych podróżników na ich "naciągactwo" robimy fotki każdego szczegółu, co by później nie próbowali "Wcisnąć" nam jakiejś obcierki.
Ostatecznie wypożyczamy dwa skutery, każdy o pojemności 125 ccm, tankujemy i ruszamy zwiedzić okolicę.
Image
Image

Obieramy ster na północ i zatrzymujemy się przy coraz to piękniejszych plażach i widokach.
Image

Image

Image


Dzień trzeci (07.02.)

Monkey Hill !

W końcu odespaliśmy! Pobudka o godzinie 08:30, kawa i rozkminianie mapy.
Za cel obraliśmy sobie dziś Wzgórze Małp, które nie jest zbyt popularne wśród turystów, jednak podczas przygotowań trafiliśmy na ciekawostkę o tym miejscu i chcieliśmy zobaczyć.
Szybkie śniadanko w 7/11 (tosty i croasanty z serem i szynką, prosto z opiekacza :D ), pakowanie i zbieramy się do jazdy.

Nawigacja pokazuje 25 kilometrów do celu, a jednocześnie 1,2h - 1,5h jazdy. "Niemożliwe! " niemalże jednocześnie krzyknęliśmy i z wielkim uśmiechem ruszyliśmy w drogę.
Na ulicach SAJGON!. Ruch lewostronny, milion skuterów, wszyscy trąbią, a grupa 14 latków jedzie do szkoły w 6 na jednym skuterze :shock: :lol:

Wyjeżdżamy z miasteczka na jakąś "drogę szybkiego ruchu" 8-) :P i jest spokojniej.
Widoki... zapierające dech w piersiach. Lasy palmowe, okazałe świątynie...
Image

Godzina 10:30, 32 stopnie w cieniu, to na tych skuterkach zaczyna nam też przypiekać.
Ręce momentalnie czerwone, więc przerwa na smarowanie filtrami.
Kurde, nie dziwie się, że mało osób tu przyjeżdża - totalne zadupie! Ale zielone, piękne to zadupie.
Jedziemy i jedziemy, już godzina minęła a do celu jeszcze 7 km. Niby mało, ale przez godzinę przejechaliśmy ich 18. Hmmm..

W końcu nawigacja pokazuje 1,5 kilometra, więc rozglądamy się za bananami.
Pierwszy lepszy stragan i kupujemy chyba z 8 kilogramów :lol:
Bodajże 10 thb za kilogram, a Pani była tak szczęśliwa, że tyle kupiliśmy, że ładowała nam jeszcze więcej.
Tak więc torby upchane po brzegi, kufry skuterów też.

Uff, jesteśmy. Znak "Leave your car/motorbike here! Only walk!"
Patrzymy, kąt nachylenia drogi przed nami to jakieś 30-40 stopni, ale dobra, damy radę!
I tak uradowani ruszamy pod górę, obładowani po uszy bananami...

Idziemy 5 minut, idziemy 10 minut. Nic. Czy to na pewno tutaj?! Wokoło żadnej żywej duszy, same lasy i pośrodku droga.
Ale za to powietrze jakie czyste! Po 15 minutach męczarni spotykamy schodzące osoby, więc pada klasyczne "daleko jeszcze?" - "Kilometr, niedaleko"
Ileee? :shock: Niedaleko? Ten to ma humorek dzisiaj - pomyśleliśmy.
No ale dobra, tyle za nami, to damy radę i ten kilometr.

Gdzieś tak w połowie drogi mija nas skuter...
Nosz kuźwa! Płacz przez łzy - okazało się, że 300 metrów przed szczytem góry jest malutka knajpa, do której wolno wjechać i tam zostawić skuter.
No ale znak był?! Był! Daliśmy ciała... :lol:

Kolejnym metrom towarzyszą przeróżne, dzikie odgłosy padające z pobliskiego lasu.
Mijamy tabliczki, żeby uważać na małpy i ich nie dokarmiać. Dobra, już blisko, więc ostatkiem sił przyspieszamy kroku.
Dotarliśmy! Na przywitanie wybiegły nam pierwsze małpki, nieśmiało zaglądając nam do plecaków.
Image

Image

W końcu na ulicy zrobiło się ich naprawdę dużo, a na niektóre, w szczególności te większe musieliśmy nieco uważać.
Małpy skakały po banany, biegały po gałęziach, uwieszały się nam na plecach...
Kolejne niesamowite doświadczenie i bliskie spotkanie z dziką stroną Tajlandii. :D

Image

Image

Powrót mija znacznie szybciej.
Łapiemy obiad w stałej miejscówce i ruszamy na sąsiednią plażę, odpocząć i nieco posnurkować.
Surin Beach:

Image

Image

Image

Wieczorem próbujemy na opcję "last minute" wykupić wycieczkę na słynną MayBay.
Odwiedzamy kilka lokalnych biur i w końcu "krakowskim targiem" negocjujemy okładkową cenę z 2500 thb na 800 thb/os
Wyjazd jutro rano...

-- 22 Cze 2018 02:34 --

Dzień czwarty (08.02.)

Maya Bay !

Telefony i kamerka naładowane, pakujemy maski, rurki i ruszamy na Maya Bay!!!

7 rano zbiórka pod hotelem, to już u nas standard.
Busem jedziemy lekko ponad godzinę do przystani, na której to wsiadamy w szybką łódź i ruszamy w 40 minutowy rejs po Morzu Andamańskim.

Image

W ramach programu tej zorganizowanej wycieczki odwiedzamy też Monkey Island. Na wyspie jedna małpa, a wokół niej tłum napalonych turystów. My, po wczorajszej eskapadzie tylko uśmiechamy się pod nosem i olewamy tą "atrakcję". Następnie zatrzymujemy się w miejscu, w którym można posnurkować. Skaczemy z łodzi do błękitnej wody i podziwiamy kolorowy, podwodny świat.
Po krótkim snorkelingu udajemy się na lunch u wybrzeża Koh Phi Phi.
Image

No i główny punkt programu - ruszamy na Maya Bay.
Niespełna 10 minutowa przeprawa i wpływamy na wolnych obrotach do słynnej zatoki...
Image


Dodaj Komentarz

Komentarze (17)

maginiak 21 czerwca 2018 16:47 Odpowiedz
Urocze :)
bozenak 22 czerwca 2018 20:26 Odpowiedz
:D Bardzo fajna relacja -bez nadęcia i prawdziwa. Czekam na resztę. 8-)
mixer4all 25 czerwca 2018 16:10 Odpowiedz
Super relacja! Bede w Kamali w lipcu, czy mozesz podac namiary na ta knajpke? ;)
bepi 26 czerwca 2018 12:50 Odpowiedz
Świetna relacja, ! Fajnie się czytało i oglądało znajome kąty.. byłam tam w 2010 , 2012 i 2017 r. pozdrawiam
margita 27 czerwca 2018 10:02 Odpowiedz
Kilka słów wyjaśnienia odnośnie słoni... ciesze się, że na nich nie jeździłeś, ale one nie lubią kontaktu z człowiekiem, szorowania i mycia - są do tego zmuszane w "sanktuariach". Lepiej szukać bardziej "naturalnych" form kontaktu... Szkoda, że zamieniłeś cudowne tajskie jedzenie na kotlet i burgera, jest tyle potraw i smaków, które warto poznać.
startowiec55 27 czerwca 2018 13:34 Odpowiedz
@Margita - słonie w Tajlandii to mocno kontrowersyjny temat. Uwierz mi, nam też serce pęka, jak ludzie na nich jeżdżą.Czy w takich sanktuariach są szczęśliwe? Hmm, sam nie wiem. Takie się wydawały być. Ponoć to właśnie takie sanktuaria ratują słonie, które są traktowane jako atrakcja turystyczna, bite i zmuszane do wożenia turystów.Dlaczego twierdzisz, że nie lubią kontaktu z człowiekiem? Jakoś uargumentujesz?Tak czy inaczej, takie właśnie Sanktuarium wydawało nam się być najlepszym z możliwych miejsc, w których możemy bezpośrednio obcować z tymi pięknymi zwierzętami.W przyszłości na pewno chcemy być na prawdziwym, afrykańskim Safari, ale póki dotychczas nie mieliśmy takiej okazji, to właśnie wybór takiego sanktuarium wydawał się nam najodpowiedniejszy :) Co do jedzenia: jesteśmy miłośnikami tajskich i azjatyckich smaków. Próbowaliśmy wiele - przepyszne. Ale po 10 dniach po prostu, najzwyczajniej w świecie potrzebowaliśmy odskoczni. Czegoś, co przełamie smak i ponownie przygotuje nasze kubki smakowe na pobyt w Bangkoku, w którym to przecież jedzenie jest znakomite. Uważam, że te 2 czy 3 europejskie posiłki nie odebrały nam możliwości próbowania tajskiego jedzenia.. :)
startowiec55 27 czerwca 2018 18:42 Odpowiedz
Słowem podsumowania:Był to nasz pierwszy, tak długi wyjazd na własną rękę.Tajlandia to naprawdę piękny i zróżnicowany kraj, którzy urzekł nas jedzeniem, kulturą i pięknymi widokami.Naprawdę zachwyciło nas totalnie wszystko. Tak, wszystko, bo po co na siłę szukać negatywów tam, gdzie ich nie ma? ;) Pojechaliśmy tam solidnie przygotowani, dzięki czemu będąc na miejscu wiedzieliśmy gdzie jechać, co robić a czego nie.Przygotowania te sprawiły nam wiele radości, a tym samym pozwoliły poszerzyć naszą wiedzę na temat tego azjatyckiego kraju.Mimo, że mieliśmy spisane miejsca, które chcemy odwiedzić, to jednak nie musieliśmy sztywno trzymać się planu, co też dało nam psychiczny spokój i dużą elastyczność.Często osoby wybierające się do Tajlandii pytają, którą wyspę wybrać. :?: Czy my jesteśmy zadowoleni z tego wyboru?W 100% TAK!Nie zmienilibyśmy zupełnie nic.Co ważne :!: transport jest bardzo prosty i tani. Bez żadnego, najmniejszego problemu dostaniecie się wszędzie, gdzie dusza zapragnie. A w środkach lokomocji nie musicie wcale spędzać kilkunastu godzin.Co nam najbardziej smakowało :?: Zdecydowanie Mango Sticky Rice, które mieliśmy przyjemność jeść tylko w Bangkoku.Ogólnie jedzenie w Tajlandii jest przepyszne, a każdy z całą pewnością znajdzie coś dla siebie.Ludzie są bardzo mili, uprzejmi i chętni do pomocy. Naprawdę! Wystarczy po prostu nie być bucem i z uśmiechem na ustach takiej pomocy oczekiwać.Warto też znać podstawowe, tajskie słówka i zwroty. Często po ich użyciu spotkaliśmy się z ogromnym uśmiechem miejscowych.Sklepy 7/11 są praktycznie na każdym rogu, a zakupy tam są naprawdę tanie. Dla przykładu: puszka coli to wydatek rzędu 10thb, tosty 20-25 thb, zgrzewka dużej wody - 40-50 thb.Świeże owoce kupowaliśmy na bazarkach, też grosze.Mimo, że Tajlandia stała się w ostatnich latach dość popularnym kierunkiem podróży, to nadal jest tam sporo miejsc, które są niezadeptane. Z całą pewnością wrócimy tam jeszcze nie raz !No i koszta: mimo, że wyjazd miał być w miarę budżetowy, to na miejscu nie żałowaliśmy sobie niczego. Jeśli ktoś chce zostawić sporą kasę, to bez problemu ją zostawi. My jednak często staraliśmy się szukać lokalnych, mniej turystycznych, a tym samym tańszych miejscówek. Czy to knajpy, czy zakup wycieczki czy wypożyczenie skutera. Warto więc odejść 2-3 alejki od głównej ulicy, a wszystko zjeżdża z ceny kilkukrotnie. Poza tym NEGOCJACJE pozwoliły zaoszczędzić nam naprawdę sporo grosza.Reasumując, każdy z nas, w zależności od osobistych wydatków czy zakupów w MBK zamknął się w przedziale 3.500 - 4000 zł za wszystko (wliczając loty, hotele - totalnie wszystko) :) Uważam, że jest to bardzo dobra i rozsądna kwota, którą często porównuję do naszych wakacji w Grecji, gdzie podobną sumę zostawiliśmy przez tydzień.Mimo wszystko, gdybyśmy bardzo chcieli to moglibyśmy wydać dobrych parę stówek mniej na osobę, chociażby wybierając tańsze zakwaterowania czy nie wydając kasy na zakupy w Bangkoku.Tak, jak wspominałem kilka zdań wcześniej, bardzo chcielibyśmy do Tajlandii wrócić, jednak chęć odkrywania nowych miejsc na świecie przewyższa.Następną podróż planujemy na Marzec 2019 - Filipiny. Aktualnie jesteśmy w trakcie poszukiwania lotu...Bardzo dziękuję wszystkim za przeczytanie relacji :!: Może nie było w niej niesamowitych zdjęć robionych najlepszym na rynku Canonem, może nie odwiedziliśmy 38 wysp w 5 dni, nie spaliśmy w domku po środku dżungli, ani nie ugryzła nas małpa to jednak mam nadzieję, że czytaliście relację z zaciekawieniem i poniektórym choć w części pomogła w planowaniu swojej eskapady do Tajlandii.Gdybyście mieli jakieś pytania, sugestie czy wnioski - śmiało komentujcie!Pozdrawiam! :D ____________________________________________________________________Poniżej nasz krótki filmik z opisywanej wyżej wyprawy:https://www.youtube.com/watch?v=8QlIinY-qgo
pabloo 27 czerwca 2018 18:59 Odpowiedz
Fajnie opisane, myślę że szczególnie przydatne dla wybierających się w ten rejon świata mogą być Wasze doświadczenia i rady związane z wypożyczaniem skuterów. Mnie się może niebawem przydadzą, choć jeszcze nie w Tajlandii ;)
startowiec55 27 czerwca 2018 19:19 Odpowiedz
@Pabloo o widzisz, po fakcie to więcej rzeczy się nasuwa do głowy.Odnośnie jeszcze skuterów, warto dodać, że podczas podpisywania "umowy" wynajmu, masz zawartą "Tabelę opłat" za zniszczenia, które rzekomo spowodowałeś.Dla przykładu - zarysowane lusterko (500thb), zarysowany bok (1500 thb), zbity klosz od światła (2000 thb) i tak dalej i tak dalej.Stawki są wysokie, dlatego też często wpierają Ci uszkodzenia. W przypadku odmowy zapłaty wzywają policję a wtedy nie ma przebacz - płacisz.Uwaga i rozsądek na drogach to już sprawa indywidualna, ale... mijaliśmy naprawdę wielu turystów, którzy nas "brali" a później zbierała ich karetka z drogi.Trzeba dostosować się do ich reguł, a raczej ich braku i nie pajacować a wszystko będzie dobrze :)
wojtas26 5 lipca 2018 09:58 Odpowiedz
Ja mam pytanko. Bo piszesz tam w tekście o wyprawie na Koh Nang Yuan i o tej 100 metrowej kolejce Chińczyków. Zastanawia mnie czy płaciło się za wstęp na wyspę? Jeśli tak to jak napisałeś że ominęliście kolejkę to chodziło że udało Wam się nie płacić czy po prostu wyprzedziliście Chińczyków w drodze do kas? :)
wojtas26 5 lipca 2018 11:58 Odpowiedz
Ja mam pytanko. Bo piszesz tam w tekście o wyprawie na Koh Nang Yuan i o tej 100 metrowej kolejce Chińczyków. Zastanawia mnie czy płaciło się za wstęp na wyspę? Jeśli tak to jak napisałeś że ominęliście kolejkę to chodziło że udało Wam się nie płacić czy po prostu wyprzedziliście Chińczyków w drodze do kas? :)
startowiec55 5 lipca 2018 11:58 Odpowiedz
@Wojtas26 - napisałem, że opłata jest obowiązkowa i wynosi 100 thb od osoby.Ominęliśmy kolejkę (w sensie nie staliśmy w niej) ale zapłacić - zapłaciliśmy.Dość szczegółowo pilnowali tego, czy bilet ktoś ma czy też nie.
wojtas26 6 lipca 2018 10:13 Odpowiedz
Spytałem, bo tam później w Bangkoku udało Wam się uniknąć opłaty :) Mam jeszcze pytanie odnośnie snorkelingu. Planuje zakupić sprzęt tylko nie bardzo się znam na tym. Macie jakiś profesjonalny? Czy taki z niższej półki cenowej? :)
wojtas26 6 lipca 2018 10:32 Odpowiedz
Spytałem, bo tam później w Bangkoku udało Wam się uniknąć opłaty :) Mam jeszcze pytanie odnośnie snorkelingu. Planuje zakupić sprzęt tylko nie bardzo się znam na tym. Macie jakiś profesjonalny? Czy taki z niższej półki cenowej? :)
startowiec55 6 lipca 2018 10:32 Odpowiedz
3 na 4 osoby miały maskę + rurkę najtańszą, najprostszą z Decathlonu, gdzie taki zestaw kosztował 30 zł.Jedna osoba miała zestaw za stówkę i tylko jej maska przeciekała.My ogólnie z naszym "sprzętem" snurkowaliśmy już w Egipcie i Grecji i od kilku dobrych lat nie dzieje się nic ! Więc polecam z czystym sumieniem :)
casper-slonina 6 lipca 2018 12:44 Odpowiedz
Bardzo przyjemna relacja. Milo czyta sie wspomnienia osob ktore sa w tak pozytywny sposob podekscytowane wyprawa, szczegolnie czytajac inne relacje na forum pisane przez znudzonych wytrawnych podroznikow w ktorych 3/4 zajmuje opis salonikow lotniskowych/klasy biznes/hiltonow.
startowiec55 6 lipca 2018 13:10 Odpowiedz
@casper.slonina - miło mi i dziękuję za dobre słowo ;) Jak wrócimy z Filipin to dopiero będzie podniecenie... :lol: :D