0
startowiec55 21 czerwca 2018 14:52
Image

Image

Image :mrgreen:


Plaża mega zatłoczona, ale i tak zrobiła spore wrażenie. Widok wystających, wysokich skład, otaczających zarówno plażę, jak i wyspę - bezcenny.
O tłumie chińczyków, wysypujących się 200 osobowymi grupami ze swoich wycieczkowców wiedzieliśmy już wcześniej, a mimo to się zdecydowaliśmy. Nie żałujemy, choć wiemy, że ludzie jeżdżą o 4 rano, żeby móc w kameralnym gronie nacieszyć się widokiem. Z racji odległości nie dalibyśmy rady tak wcześnie.

Na powrocie przystanek na poczęstunek (a tak naprawdę żeby wydoić nas z kasy) na malutkiej wysepce.
Jak się okazało później .... była to jedna z piękniejszych wysp, na których byliśmy. Mega miłe zaskoczenie.
Gdzieś w pobliżu Bamboo Island.
Image

Wracamy do hotelu około godziny 17:00..
Kolację chcemy zjeść w owianym złą sławą Patong, więc ogarniamy się i ruszamy w drogę.
Podróż skuterami zajmuje nam około 20-25 minut.
Image

Skutery zostawiamy w jednej z bocznych uliczek i ruszamy z buta.
No w tym miasteczku się dzieje, oj zdecydowanie. Już wiem dlaczego tak dużo osób odradzało się tu zatrzymywać.
Mega głośno, smród, bród i szczury biegające po ulicach. Chaos.
Dochodzimy do słynnej Bangla Road. Tatuaże, piercing no i przede wszystkim Go-go. :D
Nagabywacze co 2 metry, każdy zaciąga na "darmowego szota" i "pingpong show".
Ogólnie przed wyjazdem długo zastanawialiśmy się czy iść na ten "spektakl", ale w końcu stwierdziliśmy, że nie.
Wracając do Bangla - kwintesencja "Kac Vegas w Bangkoku", tylko w nieco innej okładce. Chłopaki przyjeżdżający tam bez zbędnego balastu mogą nieźle popłynąć.
U nas kulturka, piwko i kolacja w bocznej uliczce. Swoją drogą bardzo dobra, zresztą jak cała kuchnia w Tajlandii!Dzień piąty (09.02.)

Transport.

W ten dzień zaplanowane mieliśmy przemieszczenie się z Phuket na Koh Phangan.
Do pokonania jakieś +- 400 km.
Wybraliśmy bilet łączony, z firmy Lomprayah bus + prom.

Tak, była też opcja samolotu, ale pomijając fakt, iż bilet był 4x droższy, to jednak zliczając czas dojazdu do lotniska, odprawy, lotu, itd. to niewiele byśmy zaoszczędzili.

Tak więc pobudka o 07:00 i idziemy zwrócić skutery.
I co? A no przesympatyczny Taj dopatrzył się zarysowania, jednak po okazaniu mu wcześniej zrobionych zdjęć, przypomniało mu się, że jednak te ślady skuter miał już wcześniej :D
Odbieramy kaucję, robimy zakupy na drogę i po godzinie podjeżdża bus z firmy Lomprayah, żeby zabrać nas do bazy.

Po godzinie jazdy meldujemy się w głównym punkcie odjazdu autokarów do Suratthani, czyli przystani promowej skąd ruszymy dalej, w stronę wysp leżących w południowo-wschodniej części Zatoki Tajlandzkiej.
250 kilometrowa podróż autokarem trwa 5 godzin, z przerwą na toaletę i sklep. Jednak autokar bardzo porządny, nowoczesny i wygodny.
Około 16:00 jesteśmy więc w przystani promowej, w miasteczku Suratthani, skąd czeka nas kolejna, dwugodzinna przeprawa promowa.

Podczas drogi wodnej, wrażenie zrobiły na nas ryby z rodziny Ptaszorowatych, a najnormalniej mówiąc - latające ryby :D które wyskakiwały przed promem i leciały w siną dal. Tak więc na podziwianiu tych stworzeń minęła nam podróż i o 19:00 meldujemy się na Koh Phangan.

Na miejscu, nauczeni doświadczeniem odchodzimy od lotniska dwie alejki i łapiemy tuktuka.
Wcześniej orientowaliśmy się, że transport na tych niewielkich wyspach nie należy do tanich, więc na narzucone nam 1200 THB za 4 osoby, targujemy do 500 THB, co daje po około 12 zł za osobę. :D Z tego co widzieliśmy, niemcy czy też inni podróżni płacili bez zawahania narzucone kwoty.

11 kilometrów drogi pokonujemy w jakieś 30 minut, ciemnymi, krętymi i w połowie polnymi drogami.
Kierowca jak to mają w zwyczaju, za nic nie przejmuje się nami, a tym bardziej bagażami, które przypięte są na dachu pojazdu i co rusz, wręcz wyskakujemy w powietrze po kolejnych wybojach. :mrgreen:

Docieramy na miejsce. Zatrzymujemy się w Shiraela Backpackers Resort, nieopodal plaży Haad Yao, w północno-zachodniej części wyspy.
Meldujemy się i z racji późnej już godziny jemy kolację w restauracji hotelowej.
Za małą pizzę dla jednej osoby przyszło zapłacić nam bagatela 250 thb, cola to wydatek rzędu 40 thb. Nuggetsy z kurczaka z frytkami to natomiast 320 thb. No ale dobra, raz nie zawsze.
Następna godzina upływa na czilowaniu w bardzo klimatycznej części barowej kompleksu.



Dzień szósty (10.02.)

Eksploracja, widoki i zatrucie.


Nie mogliśmy się doczekać tego dnia, po tym jak przyjechaliśmy po ciemaku, to nic nie było widać.
Otóż, budzą nas odgłosy biegających małp po dachu naszego bungalowa oraz niesamowity świergot przeróżnych ptaków.
Czujemy się jak po środku dżungli. Wstajemy i naszym oczom, w pełnym słońcu ukazuje się widok naszego lokum pośród przepięknej zieleni, palm i kolorowych kwiatów.
Image

Image

Image

Narażę się pewnie trochę Monice, ale uczciwie muszę przyznać, że na co dzień ma naturę leniucha. Na wyjazdach jednak wstępuję w nią duch prawdziwego podróżnika - odkrywcy. :twisted: Tak było i tym razem. Naciska na szybki wymarsz z miejsca zakwaterowania. Pukamy do znajomych - śpią. No dobra, ruszamy sami, rozejrzeć się po okolicy.
Wynajmujemy skuter, taka sama cena (200 thb) i te same zasady co na Phuket. Tutaj jednak decydujemy się zostawić w zastaw paszport.
Jedziemy do najbliższego 7/11 zakupić jakiś prowiant na śniadanie i wracamy po współtowarzyszy.

Jako, że jest to ich pierwszy taki wyjazd (w sumie taki to i nasz :lol: ) to zastanawiamy się czy narzucone tempo podczas pierwszych dni nie jest dla nich za duże. Fakt, też chcemy odpocząć, ale jest tutaj tyle pięknych miejsc, że aż żal byłoby siedzieć cały dzień na plaży.
Okazuje się, że dopadło coś Karolinę. Problemy z żołądkiem, wymioty - wygląda na klasyczne zatrucie. Ale jak? Przecież jedliśmy wszyscy to samo. Każdy organizm jest jednak inny, zdarza się. Idę z Sebkiem wypożyczyć tez skuter dla nich, a następnie ruszamy do apteki po ichniejsze, lokalne lekarstwa.
Z tego miejsca polecam od razu:
Image

Połączenie tego preparatu z elektrolitami skutecznie stawia na nogi.

Chwila studiowania mapy, zerknięcie we wcześniej przygotowane notatki, m.in. z miejscami, które warto odwiedzić, wsiadamy na skutery i jedziemy w stronę północnego wybrzeża.

Image

Drogi na Koh Phangan są niesamowicie piękne. Wyprzedzając trochę dalszą część relacji, to właśnie ta wyspa wywarła na nas największe wrażenie i po fakcie stwierdzamy, że gdybyśmy tylko mogli, to zatrzymalibyśmy się tam na dłużej.

Jeżdżąc zatrzymujemy się przy kolejnych plażach. Najbardziej pasowała nam Coral Beach, na której były może z 3 osoby, po drzewach biegały małpy (a mieliśmy ich na wyspach nie uświadczyć!) a woda była krystalicznie czysta.

Image

Image

Image

Po drodze zatrzymujemy się w knajpie na obiad. Smażony ryż z kurczakiem - 60 thb, 3 sajgonki z mięsem i ryżem - 30 thb, koktajl ze świeżych owoców - 40 thb. Jedliśmy jeszcze inne dania, a wszystkie te wahały się w granicach 30 - 80 thb, droższych nie było ! Jedzenie wyśmienite!

Image

Ruszamy w stronę wyspeki (?) Koh Ma, która połączona jest z plażą Mae Haad piaszczystą drogą, mającą około 50 metrów.
Niestety o tej porze jest już przypływ, dlatego też droga ta jest zalana i nie ma szans przedostania się na wysepkę. Odpuszczamy zatem i postanawiamy wrócić w dniu jutrzejszym.

Image


Na powrocie piękny zachód słońca, kilometrowy odpływ i Tajki, zbierające owoce morza do swoich przydrożnych knajpek.
ImageDzień siódmy (11.02.)

Wodospady Thaan Sadet

Rzut oka w notatki - Park Narodowy i wodospady Thaan Sadet, to właśnie cel na dziś.
No i musimy raz jeszcze podjechać na Koh Ma. Chwila zastanowienia, zaczynamy od plaży...
Karolina z Sebastianem sztywno dotrzymują nam kroku :shock: Chyba też im się podoba! :D

20 minut drogi i jesteśmy na miejscu. Naszym oczom ukazuje się przepiękny widok.
Szeroka, piaszczysta plaża Mae Haad, połączona piaszczystą drogą z wysepką o nazwie Koh Ma.
Image

Image

Przechodzimy zatem "na drugą stronę barykady" i w zacienionym miejscu, pod palmą rozkładamy ręczniki.
Karolina trochę bez sił, po wczorajszych rewolucjach żołądkowych, więc dziewczyny łapią krótką drzemkę, a my idziemy trochę posnurkować.
Miejsce do snorkelingu bardzo przyjemne. Rafa koralowa w bardzo dobrej kondycji, tak więc jest na czym zawiesić oko :)

Po miło spędzonych kilku godzinach zbieramy się na obiad i w drogę, do Parku Narodowego.
Już nie pamiętam gdzie jedliśmy, ale na pewno jakiś sztos za 7 ziko, oczywiście z colą :D

Do Parku Narodowego, a jednocześnie wodospadów Taan Sadet mamy tym razem drogę dłuższą.
Jednak z każdym pokonanym kilometrem szczęka nam opada coraz bardziej.
Drogi na Koh Phangan otoczone są gęsto rozłożonymi palmami, piękną zielenią i mnóstwem bananowców.
W takich okolicznościach przyrody jedziemy jakąś godzinkę, mega krętymi drogami, które przebiegają raz w górę, raz w dół.
Kolejny raz, zmieniając wysokość odczuwamy przyjemny chłód i znaczne oczyszczenie się powietrza.

W końcu docieramy na miejsce.
Przy wejściu zostawiamy skutery, zakładamy wygodne buty i ruszamy przez dżunglę w 10 minuty spacer.
Po chwili do naszych uszu dociera szum wody, jesteśmy blisko!
No i są, w całej okazałości, wodospady :)
Nic wielkiego, może nie tak sobie je wyobrażaliśmy, ale jest naprawdę przyjemnie...
Rozsiadamy się na kamieniach i krople zimnej wody ochładzają nasze rozgrzane od słońca ciała.
Co jakiś czas schodzimy w dół i odkrywamy kolejne poziomy wodospadu.
Swoją drogą, przejście przez śliskie kamienie nie należała do najłatwiejszych. Pomimo to obyło się bez ekscesów.
Przy wodospadach, oprócz naszej czwórki mijamy może dwie inne osoby i parę lokalsów, którzy schowani pomiędzy poziomami ucinają sobie drzemkę. :)

Image

Image

Image

Image

Tak zrelaksowani wracamy już w stronę hotelu, bo kolację zaplanowaliśmy sobie na naszej plaży.

Po drodze wstępujemy do portu i kupujemy bilety na jutrzejszy prom na Koh Tao (150 thb/os).
Będąc już niedaleko naszej lokalizacji, zatrzymujemy się przy schowanej za gąszczem drzew plaży, której w żadnych notatkach nie mieliśmy.
Plaża okazuje się piękna, klimatyczna i totalnie wyludniona. Dopiero po jakimś czasie przybiega lokalny zawodnik tajskiego boksu i robi swój trening.

Image

Image

Image

Tym akcentem kończymy pełen wrażeń dzień i jedziemy do hotelu, wziąć prysznic i spakować się na jutrzejszą, przedostatnią już podróż.

Kolację jemy w restauracji na plaży Haad Yao.
Świetne i kolorowe oświetlenie, przyjemna, delikatna muzyka w tle, świeczki i stolik na plaży - spełnienie marzeń.
Ceny troszkę wyższe, ale i tak jesteśmy miło zaskoczeni.
Dania główne w przedziale 70-120 THB.Dzień ósmy (12.02.)

Koh Tao!


Prom na Koh Tao startuje o 11:00, więc na spokojnie odstawiamy skutery (bezproblemowo) i dzwonimy po taksówkę, za którą płacimy tak, jak w pierwszą stronę - 500 thb za naszą czwórkę. (hotel proponował nam taki transfer za 1000 thb).

Opuszczamy Koh Phangan z bólem serca i mega wspomnieniami. Bardzo polecam zarówno wyspę, jak i Shiralea Backpackers Resort :)

Prom na Koh Tao płynie niewiele ponad godzinkę, po której naszym oczom ukazuje się niewielka wysepka, której wybrzeże pokryte jest dużymi kamieniami.
Destynację tą wybraliśmy ze względu na Koh Nang Yuan, położoną zaledwie 400 metrów od Koh Tao. Jest to kompleks trzech małych wysepek, połączonych ze sobą piaszczystym przejściem. Uchodzi podobno za jedną z ośmiu najpiękniejszych wysp świata. Ale o tym później...

Koh Tao miało być dla nas miejscem relaksu, totalnego wyczilowania i odpoczynku po pobycie na poprzednich wyspach.
Z tego też względu zabookowaliśmy najdroższy nasz nocleg w Tajlandii - Montalay Beach Resort (około 55zł/os/dobę)
Hotel znajduje się na wschodzie wyspy, z którego widok rozpościera się na Tanote Bay - kameralną, piaszczystą plażę.

No i faktycznie hotel wypas, pokoje ogromne - trochę luksusu na ostatnie dni na wyspach.
Image

Balkon:
Image

No i mamy też basen, z którego, co się później okazuje - często korzystamy :)
Image

A widok z niego jest taki...
Image

No dobra, czas na ten długo wyczekiwany reeeelaks na plaży.
Idziemy więc razem, rozkładamy ręczniki i odpoczywamy...
Mija 5 minut i słyszę: "eeeej, myślicie, że tutaj też można wypożyczyć skutery?"
"no pewnie tak, ale mieliśmy wypoczywać"
"ale to co, nie masz nic w tych swoich notatkach? Nie ma nic ciekawego tutaj?"
"oj maaam. Shark Bay, Mango Viewpoint, Sairee Beach i jeszcze kilka miejscówek..."
"no to co, ruszamy?"
"ale jak to? już? macie siły?"


Pytanie było retoryczne. :D
Zwijamy ręczniki i pędzimy poszukać wypożyczalni skuterów. :twisted:
Błądzić nie musimy długo, bo 20 metrów od hotelu widzimy tabliczkę "MOTORBIKE FOR RENT"
"No dobra, bierzemy!" - pomyślałem. Choć miejscówka nie wygląda zachęcająco. Bardziej jakiś taki prowizoryczny szałas.
Dwa skutery, na pierwszy rzut oka nieużywane od co najmniej zeszłego lata. Ale co tam, szukamy gospodarza. Mija 5 minut, mija 10 a tu nikogo jak nie było, tak nie ma. Skutery stoją, kaski na ladzie, kluczyki pewnie za ladą... O co kaman?!
W końcu pojawia się ON, zadowolony z życia młodziutki Taj, średnio ogarniający angielski i oczywiście odpowiadający na wszystko "no problem" :D
Pierwsza wypożyczalnia, w której nie wypełniamy nawet papierów z naszymi danymi. Chłopak jedną ręką zaczyna smażyć kurczaka na kuchence polowej, a drugą daje nam kluczyki i kaski.
Skutery odpalają, więc nie jest źle. Fotki otarć robimy, choć łatwiej, gdybyśmy zrobili jedną fotkę - całości :lol:
Raczej jesteśmy bez obaw przed późniejszym oddaniem.

Szybkie pakowanie najpotrzebniejszych rzeczy i ruszamy przed siebie, eksplorować tą malutką wyspę Zatoki Tajlandzkiej.

Pierwszy przystanek - Aow Leuk Beach.
Wjazd na plażę jest płatny po 100thb za osobę :shock: (w cenie możemy pobrać dowolny soft drink z miejscowego baru)
Próbowaliśmy negocjować na wiele sposobów, ale na nic się to zdało.
Płacz i płać, tą dewizą kończymy "targi" i wjeżdżamy.

Plaża ładna, choć zachmurzone niebo zapewne odebrało jej sporo uroku.

Image


Koh Tao to raj dla nurków, ale dla osób chcących posnurkować z rurką i maską (czyli dla nas :D ) to też podobno dobra lokalizacja.
Więc i na tej plaży uskuteczniamy snorkeling. Wiatr duży, więc i wysokie fale nie pomagały, ale jesteśmy zadowoleni.
Życie podwodne jest naprawdę piękne. Widzimy tutaj całe ławice kolorowych rybek, zarówno tych małych, jak i całkiem pokaźnych okazów.

Czas coś przekąsić. :D
Jako, że brzuchy burczą, szukać nam się niczego nie chce to idziemy po najmniejszej linii oporu.
Na plaży znajdują się dwie restauracje. Szybka wyliczanka i decydujemy się na tą, znajdującą się po naszej lewej stronie.

Na talerzach lądują rollsy (sajgonki?) i burgery (120 thb) a wszystko to w asyście meeeega słodkiej ichniejszej ice tea, liptona.
Image

Image

Godzina już późnawa, więc stwierdzamy, że wracamy powoli do hotelu a wieczorkiem wyruszymy "na miasto". :)

Widoki po drodze takie:
Image

W hotelu kawka, kąpiel i doprowadzenie się do stanu normalności.
Ogarnięci już ruszamy na kolację. Po drodze mijamy chłopaków grających w Sepak Takraw (tak tak, nazwę tego sportu wygooglowałem teraz :lol: ).
W każdym razie jest to dość popularny sport w Tajlandii, takie skrzyżowanie siatkówki i piłki nożnej.
Stoimi dobre 15 minut, przyglądamy się i podziwiamy.
W końcu zbieramy się na odwagę i wraz z Sebkiem prosimy o możliwość dołączenia się do gry. :D
Każde nasze zagranie potęguje ich śmiech, ale było sympatycznie.
Dziękujemy im za grę i udajemy się w dalszą drogę.

Jako, że na tej wysepce jest wszędzie blisko, to staramy się poszukać takiej knajpy, w której będzie mnóstwo lokalsów.
Szukając krążymy tak jakieś pół godziny, aż w końcu postanawiamy się zatrzymać.
Pamiętacie opisywaną knajpkę na Phuket? Uwierzcie, tutaj też trafiamy w dziesiątkę !

Ludzi tłum, niektóry nawet czekają przed wejściem. Zamawiamy i na pierwsze danie czekamy jakieś... pół godziny.
Było warto! :D Trochę dość mamy już tajskiego jedzenia (choć jesteśmy miłośnikami!) i chcąc zmienić smak zamawiamy coś bardziej europejskiego.
Wybieramy zatem: omlet z nutellą i bananem (50thb), burgery (50 thb) i schaboszczaki z surówką i frytkami (70thb).
Porcje takie, że szok. A ceny? Dla nas też szok, zważywszy na opinie, iż na Koh Tao jest drogo :shock: :lol:

Image

Image

Image

No i najważniejsze - knajpa nazywa się Yang Thai Food (4,5/5 wg. tripadvisor) i znajduje się w samym "Centrum" wyspy.Nie wiem czy interesujecie się piłką, ale jak dalej będą padać takie wyniki na Mundialu w Rosji, to kolejne wakacje spędzę co najwyżej na polu kempingowym gdzieś pod Otwockiem... :x :lol: Ech, mój nos zawodzi.


Dzień dziewiąty (13.02.)

Koh Nang Yuan !

Na dziś zaplanowaliśmy odwiedzić dobrze znaną większości miłośników podroży, tak bardzo oczekiwaną przez nas miejscówkę - Koh Nang Yuan.
Jak już wcześniej wspominałem, kompleks trzech wysepek, którego zdjęcie często pojawia się w broszurach biur podróży, na stronach internetowych poświęconych podróżowaniu czy nawet w "Kuchennych rewolucjach" pewnej tajskiej knajpy w Krakowie, w której to wisi reprezentacyjnie na ścianie, w postaci obrazu. 8-)

Dotrzeć tam można tylko i wyłącznie drogą wodną.
Hotel proponuje nam transport za 400 thb od osoby :lol:
Z racji, że dysponujemy skuterami, postanawiamy podjechać do takiego punktu, z którego będzie najbliżej do wysepek.
Docieramy zatem do Sairee Beach, zostawiamy skutery i szukamy taxiboat.

Pierwsze lepsze "stoisko" Panów, oferujących usługi wodnego transportu i zaczynamy się dogadywać.
Cena "okładkowa" to 1200 THB, za 4 osoby. Panowie oczywiście akurat dziś :lol: mają "speszial prajs" i oferują, że za 1000 thb nas zawiozą i po określonym przez nas czasie, wrócą i przywiozą z powrotem.

- "Nie nie, mili Panowie. My studenci, my nie niemcy, my nie zarabiać w ełro."
- " Ile możecie dać?" - pytają z zaciekawieniem.
- "200, przecież tu jest rzut beretem"

Chwila konsternacji i pytają skąd jesteśmy.
- "z Polski!" - odpowiadamy dumnie
- "eee, na Was to nie zarobimy. Dobra, mamy wolną łódkę, zawieziemy Was za 600"
- "400, więcej nie mamy. Stoi?"
- "Stoi, pakujcie się."

Wymieniamy się numerami telefonów, ustalamy godzinę odbioru i ruszamy przyozdobionym w kolorowe wstęgi longboatem.
Jako, że płynie się tam dosłownie kilka minut, to zatrzymujemy się i uśmiechnięty Taj cyka nam kilka, pamiątkowych fotek. :D

Image

Docieramy, a naszym oczom ukazuje się ze 100 metrowa kolejka chińczyków, odzianych w identyczne, odblaskowe kapoki. :shock: :?
Kolejka jest do kas biletowych, w których uiszczana jest obowiązkowa opłata 100thb od osoby za wstęp.

Kolejkę oczywiście sprawnie omijamy, niemalże niezauważeni przez robiących sobie 1356 selfie głośnych turystów z Azji Wschodniej.
Idąc pomostem rzuca nam się w oczy krystalicznie czysta woda z tysiącem pływających, kolorowych ryb. :)

Jesteśmy. Z racji dość wczesnej pory, tłumów jeszcze nie ma, więc czym prędzej udajemy się w stronę wejścia na punkt widokowy.

Image

Przed nami schody, schody i jeszcze raz schody.
Pokonujemy ich naprawdę wiele, ale podekscytowani nie czujemy zmęczenia i po 10 minutach meldujemy się na samej górze.
Teraz tylko niebezpieczne pokonanie kilku pokaźnych kamieni, pod którymi nie ma nic, więc mały błąd może kosztować upadek z naprawdę dużej wysokości.
Z odpowiednią asekuracją ta sztuka udaję się nam bez trudu i możemy nacieszyć się zapierającym dech w piersiach widokiem.

Image

Tak, to zdjęcie powyżej zrobiliśmy my, swoim telefonem. Jest naprawdę pięknie, a widok jest dosłownie taki, jak na tych wszystkich pocztówkach i zdjęciach z grafiki Google.
Siedzimy tam jeszcze jakiś czas i chłoniemy piękno tego miejsca.
Na szczęście zdążyliśmy porobić parę fotek, bo już wchodzące kolejne osoby też nie mogą doczekać się "zmiany".

Na górze spotykamy też naszego rodaka! :lol:

Image

Dobra, co zobaczyliśmy to nasze, czas schodzić na dół.
Mijamy dość pokaźną kolejkę osób, które czekały na schodach na "swoją kolej".
Ufff, najwyraźniej przyjechaliśmy o odpowiedniej porze :D

Rozkładamy się na drobnym, złotym piasku i napawamy się widokiem już z innej perspektywy.
Image

Trochę snurkujemy (polecam!) w płytkiej i mega czystej wodzie.
Po dwóch godzinach, trochę głodni dzwonimy po człowieka od transportu.
Ten przypływa bardzo sprawnie i wracamy na ląd.

Plaża Sairee z poziomu wody też wygląda imponująco:
Image

Image

Wsiadamy na skutery i jedziemy do knajpy, która w dniu wczorajszym skradła nasze serca :D

Ponownie zamawiamy "europejskie" dania, a wszystko to popijamy przepysznym koktajlem, który serwują nam w przeróżnych, owocowych konfiguracjach.

A mój "burger" za 50 THB wyglądał tak: :shock:
Image

Najedzeni, napici i szczęśliwi kręcimy się trochę po "centrum" w celu zorganizowania biletu na nocny prom do Suratthani, skąd pojutrze rano mamy samolot do Bangkoku.

Odwiedzamy kilka biur, które sztywno trzymają taką samą cenę, a negocjacja z nimi jest w praktyce niemożliwa.
Płacimy po 750 thb od osoby, a w cenie mamy transport z hotelu i prom.
Bilety zatem lądują w portfelu, a my już trochę zmęczeni wracamy do hotelu.
Zmęczeni jesteśmy chyba nie tylko my:
Image

Basen, krótka drzemka i odpoczynek.
Wieczorem przed wyjazdem na wyżerkę, do stale odwiedzanej przez nas knajpy, spotyka nas pierwszy podczas naszego pobytu, godzinny deszcz:
Image

ImageDzień dziesiąty (14.02.)

Marihuanen - czyli widmo problemów.

Z ostatniego dnia na wyspach planujemy wycisnąć co się tylko da.
Budziki nastawiamy na 07:00, ale z racji Walentynek, wcześniej umówieni z Sebkiem wstajemy przed dziewczynami i przygotowujemy małą niespodziankę dla naszych ukochanych :)
Przed pokojem pompujemy przytargane z Polski czerwone balony w kształcie serc, wykupujemy hotelowe śniadanie i takim akcentem rozpoczynamy dzień. :D
Dziewczyny wniebowzięte i na pewno zaskoczone.
Po pysznym śniadanku, rzut oka w magiczne notatki i już wiemy co chcemy dziś zobaczyć: Shark Bay i Mango Viewpoint.

Chwila zastanowienia, rozrysowania drogi i jedziemy.

Na pierwszy strzał Shark Bay - znajdująca się w południowej części zatoka, polecana do snorkelingu, w której to spotkać można rekiny rafowe i żółwie wodne.
Docieramy tam dość sprawnie, choć początkowo droga dojazdowa nie napawała optymizmem. Nachylenie wynosiło 45 % albo i momentami więcej. :shock:
Często dziewczyny zsiadają i sami, na zaciśniętych na maxa obu hamulcach toczymy się skuterami w dół.
Image

Zatoka bardzo ładna, zadbana i kameralna.
Niemalże od razu zakładamy maski i rurki i wskakujemy do wody.
Miejsce do snorkelingu - rewelacja. Jednak po dość długim czasie w wodzie nie możemy namierzyć żadnych żółwi ani rekinów.
Podpytujemy miejscowych nurków i mówią, że można stworzenia te spotkać dość często, ale oczywiście jest to kwestia szczęścia.
Leżakujemy więc i zbieramy jedne z ostatnich promieni mocnego słońca.
Przecież jak wrócimy, to każdy musi wiedzieć, że byliśmy w ciepłych krajach :D :lol:

Drugie podejście i Sebek spotyka rekiny. Woła nas, ale zanim dopływamy to już "po jabłkach".

Zbieramy się do wyjazdu i... jeden ze skuterów odmawia posłuszeństwa. :evil:
Zaglądamy w bak - no tak, brak paliwa.
Najbliższy sklep gdzie dostaniemy gasoline? Kilometr pod górę, krętymi i prawie pionowymi drogami.
No nic, wsiadam więc sam na drugi skuter i jadę po butelkę paliwa.
Mija połowa drogi, jestem na najbardziej stromym odcinku drogi, skuter jedzie jak szalony. Bo przecież jadę sam, a skuter ma dość dużą pojemność silnika.
Nagle... gaśnie. Trochę spanikowałem, a przed oczami stanęło mi widmo przekoziołkowania się do tyłu. Zaciśnięte oba hamulce i staram się uruchomić silnik.
Nic z tego. Zaglądam do baku... pusto :shock: :lol: :lol:
No nic, trzeba wracać. Odwracam skuter i toczę się z powrotem w dół.
Podpytujemy ludzi o benzynę, ale nigdzie nie możemy jej znaleźć.
W końcu drogę zajeżdża nam Tajka, która bez żadnego wahania postanawia się nam pomóc.
Znajduje więc w krzakach kawałek wężyka i staramy się "przetransportować" paliwo z jej skutera do naszego.
Okazuje się jednak, że... w jej skuterze też są tylko śladowe zapasy benzyny i sztuka ta raczej się nam nie uda. :lol:
Bezradni, trochę wkurzeni ale i roześmiani z tego zbiegu okoliczności, pełni optymizmu czekamy na kolejny skuter, którego właściciel zechciałby nam użyczyć choć szklaneczki, niezbędnego nam w tej sytuacji "trunku".

Z hotelu obok odjeżdża starszy Pan. Zatrzymujemy go i opisujemy sytuację.
Bez najmniejszego problemu, a wręcz nawet z dużą chęcią proponuje nam, że podwiezie mnie na stację, a następnie wróci ze mną do naszych skuterów.
Jak powiedział, tak zrobił. Po drodze ucinamy długą i ciekawą rozmowę. Pan okazuje się być przemiłym Francuzem, który po utracie bliskiej osoby, postanowił rzucić wszystko i przyjechać do Tajlandii na bliżej nieokreślony czas. Został zatem po dziś dzień, a odkąd wyjechał minęło już ... 6 lat :shock:

Na stacji szybko załatwiamy sprawę i wracamy. Po powrocie oczywiście bardzo mu dziękujemy i z racji tego, że mieliśmy przy sobie tylko pieniądze, to oferujemy mu je w ramach podziękowania. Oczywiste było, że ich nie przyjmie, ale próbujemy, nalegamy. Nic z tego.
Żegnamy się i życzymy sobie nawzajem udanego pobytu. :D

Zatankowanymi skuterami ruszamy do kolejnego punktu - Mango Viewpoint !

Z przygotowanych przez nas informacji wynika, że warto odwiedzić ten punkt widokowy, z którego roztacza się najpiękniejszy widok na niemalże całą środkowo-południową część wyspy.

Teraz to się dopiero zacznie historia dla wytrwałych czytających. :roll: :lol:

Kręte i strome drogi na Shark Bay to był jednak pikuś. :mrgreen: Tutaj przez kilka kilometrów jedziemy niemal pionowo. O ile pod górę skutery jeszcze jakoś dają radę, to aż nie chcemy myśleć co będzie się działo na powrocie.
Tak lekkomyślni pędzimy przed siebie...

W końcu po kilkunastu minutach docieramy na szczyt.
Znak nakazuje zostawienie skuterów i w dalszą drogę idziemy pieszo.
Po 15 minutowym spacerze przez gęsty las docieramy do punktu widokowego.

Wejście, jak większość na Koh Tao jest płatne - 100 thb/os. Po oczywistych negocjacjach, płacimy 200 thb za naszą czwórkę i wchodzimy.
Jest mega wysoko, pod nami las palm, widok fajny, ale nie zrobił na nas jakiegoś wielkiego ŁAŁ.

Image

Image
(trochę podkoloryzowane, oryginał gdzieś mi wcięło.)

Jest tu bar, więc bierzemy wodę i czilujemy na hamaku i podwieszonej na wysokich palmach huśtawce.
Tak zrelaksowani postanawiamy wracać.

No i teraz się zacznie...

Jak powszechnie wiadomo, przestrzeganie prawa w Tajlandii to temat, który jest ciężko dokładnie sprecyzować.
Z tego co wiedzieliśmy wcześniej, to na pewno fakt, że za brak międzynarodowego prawa jazdy kategorii A, nie można prowadzić nawet skuterów. Oczywiście u nas nikt takiego prawka nie miał, ale w razie kontroli można wręczyć Policjantom kilka banknotów, a temat uznawany jest za zamknięty :)
Wiedzieliśmy też, że wszelkie narkotyki są zakazane, a jeden, nawet najmniejszy błąd może kosztować nawet życiem. I to dosłownie - handel, przemyt albo nawet posiadanie narkotyków przez obcokrajowca jest surowo karane, a w skrajnych przypadkach może być nawet zastosowana kara śmierci.

Ba, w pierwszą stronę do Tajlandii lecieliśmy z pewnym Kanadyjczykiem, który 4 raz leciał do tego kraju, aby ratować swojego brata, który został posądzony za posiadanie marihuany na 5 lat więzienia. :shock:
Opowiedział nam o tym, jak to miejscowi podrzucają przeróżne używki, a następnie dają cynk policji, która przeprowadza obławę. :!:
Do tematu podchodziliśmy więc bardzo poważnie, dlatego też przed każdą zmianą miejsca dość dokładnie sprawdzaliśmy swoje bagaże, czy aby nikt nam niczego nie podrzucił.

Dlaczego o tym piszę? No właśnie, czas zjechać skuterami w dół, na obiad...

Oczywiście zaciśnięte oba hamulce tak, że nawet ręce odmawiają już posłuszeństwa. Dziewczyny zatem zsiadają i idą pieszo, dzięki czemu są szybciej na dole niż my.
O ile (odpukać) przez cały wyjazd nie mieliśmy większych problemów, tak teraz niestety wykładam się skuterem, który był bez szans do opanowania na stromej i obsypanej piaskiem nawierzchni. Żaden wypadek, po prostu kładę ciężki skuter na boku, który "zjeżdża" samoistnie jakieś 3-4 metry w dół.
Z pobliskiego "reagge baru" podbiega od razu dwóch miejscowych chłopaków, którzy pomagają postawić skuter i podprowadzają pod knajpę. Niestety paliwo wyciekło, więc sprzedają mi butelkę benzyny i przy okazji nachalnie namawiają do "zajarania". Oczywiście grzecznie odmawiamy i na tym gadka się kończy.
Doganiamy dziewczyny, droga już mniej stroma, więc dosiadają się i ruszamy na obiad w stronę opisywanej wcześniej knajpy.

Kilkaset metrów po zjeździe z góry w oddali widzimy 2 oddziały policji, która blokuje drogę i sprawdza przejeżdżające pojazdy.
Trochę spanikowani zatrzymujemy się i włączając kierunkowskaz próbujemy zjechać w boczną uliczkę. Zauważywszy ten fakt, policjanci podbiegają do nas i nerwowymi ruchami nakazują wyłącznie silnika.
Pomyśleliśmy - "no nic, najwyżej zapłacimy stówkę za brak prawka i tyle, trudno".
Do głowy nam wtedy nie przyszły narkotyki.

Policjanci zadają mnóstwo pytań i zaczynają przeszukiwać nasze prywatne rzeczy i skuter. Do tego stopnia, że zaglądają nawet pod elementy plastikowe skutera, podważając je scyzorykiem. Trochę się wtedy wystraszyliśmy, przyznam uczciwie. :shock:

Po skrupulatnym przeszukaniu pozwalają nam jechać dalej. Uffff.

W knajpie, przy obiedzie dużo rozmawialiśmy o tej sytuacji i dopiero wtedy zaczęliśmy łączyć fakty.
Pozostawione u góry skutery -> facet proponujący nam zieleninę -> policyjna blokada i przeszukanie, z którym spotykamy się pierwszy raz podczas naszego pobytu w tym kraju.

Na całe szczęście wszystko dobrze się skończyło, ale kto wie, ilu turystów jest w ten sposób "łapanych" i borykających się z naprawdę niemałymi problemami (?).

Po obiedzie i kolejnym dniu pełnym wrażeń wracamy do hotelu.

Postanawiamy skorzystać z bardzo ładnej, przyhotelowej plaży i przeznaczyć trochę czasu na plażing, smażing i relaksing :D
Jako, że długo nie poleżę, to na widok skaczących z wysokiej skarpy ludzi idę też spróbować swoich sił.

Dodaj Komentarz

Komentarze (17)

maginiak 21 czerwca 2018 16:47 Odpowiedz
Urocze :)
bozenak 22 czerwca 2018 20:26 Odpowiedz
:D Bardzo fajna relacja -bez nadęcia i prawdziwa. Czekam na resztę. 8-)
mixer4all 25 czerwca 2018 16:10 Odpowiedz
Super relacja! Bede w Kamali w lipcu, czy mozesz podac namiary na ta knajpke? ;)
bepi 26 czerwca 2018 12:50 Odpowiedz
Świetna relacja, ! Fajnie się czytało i oglądało znajome kąty.. byłam tam w 2010 , 2012 i 2017 r. pozdrawiam
margita 27 czerwca 2018 10:02 Odpowiedz
Kilka słów wyjaśnienia odnośnie słoni... ciesze się, że na nich nie jeździłeś, ale one nie lubią kontaktu z człowiekiem, szorowania i mycia - są do tego zmuszane w "sanktuariach". Lepiej szukać bardziej "naturalnych" form kontaktu... Szkoda, że zamieniłeś cudowne tajskie jedzenie na kotlet i burgera, jest tyle potraw i smaków, które warto poznać.
startowiec55 27 czerwca 2018 13:34 Odpowiedz
@Margita - słonie w Tajlandii to mocno kontrowersyjny temat. Uwierz mi, nam też serce pęka, jak ludzie na nich jeżdżą.Czy w takich sanktuariach są szczęśliwe? Hmm, sam nie wiem. Takie się wydawały być. Ponoć to właśnie takie sanktuaria ratują słonie, które są traktowane jako atrakcja turystyczna, bite i zmuszane do wożenia turystów.Dlaczego twierdzisz, że nie lubią kontaktu z człowiekiem? Jakoś uargumentujesz?Tak czy inaczej, takie właśnie Sanktuarium wydawało nam się być najlepszym z możliwych miejsc, w których możemy bezpośrednio obcować z tymi pięknymi zwierzętami.W przyszłości na pewno chcemy być na prawdziwym, afrykańskim Safari, ale póki dotychczas nie mieliśmy takiej okazji, to właśnie wybór takiego sanktuarium wydawał się nam najodpowiedniejszy :) Co do jedzenia: jesteśmy miłośnikami tajskich i azjatyckich smaków. Próbowaliśmy wiele - przepyszne. Ale po 10 dniach po prostu, najzwyczajniej w świecie potrzebowaliśmy odskoczni. Czegoś, co przełamie smak i ponownie przygotuje nasze kubki smakowe na pobyt w Bangkoku, w którym to przecież jedzenie jest znakomite. Uważam, że te 2 czy 3 europejskie posiłki nie odebrały nam możliwości próbowania tajskiego jedzenia.. :)
startowiec55 27 czerwca 2018 18:42 Odpowiedz
Słowem podsumowania:Był to nasz pierwszy, tak długi wyjazd na własną rękę.Tajlandia to naprawdę piękny i zróżnicowany kraj, którzy urzekł nas jedzeniem, kulturą i pięknymi widokami.Naprawdę zachwyciło nas totalnie wszystko. Tak, wszystko, bo po co na siłę szukać negatywów tam, gdzie ich nie ma? ;) Pojechaliśmy tam solidnie przygotowani, dzięki czemu będąc na miejscu wiedzieliśmy gdzie jechać, co robić a czego nie.Przygotowania te sprawiły nam wiele radości, a tym samym pozwoliły poszerzyć naszą wiedzę na temat tego azjatyckiego kraju.Mimo, że mieliśmy spisane miejsca, które chcemy odwiedzić, to jednak nie musieliśmy sztywno trzymać się planu, co też dało nam psychiczny spokój i dużą elastyczność.Często osoby wybierające się do Tajlandii pytają, którą wyspę wybrać. :?: Czy my jesteśmy zadowoleni z tego wyboru?W 100% TAK!Nie zmienilibyśmy zupełnie nic.Co ważne :!: transport jest bardzo prosty i tani. Bez żadnego, najmniejszego problemu dostaniecie się wszędzie, gdzie dusza zapragnie. A w środkach lokomocji nie musicie wcale spędzać kilkunastu godzin.Co nam najbardziej smakowało :?: Zdecydowanie Mango Sticky Rice, które mieliśmy przyjemność jeść tylko w Bangkoku.Ogólnie jedzenie w Tajlandii jest przepyszne, a każdy z całą pewnością znajdzie coś dla siebie.Ludzie są bardzo mili, uprzejmi i chętni do pomocy. Naprawdę! Wystarczy po prostu nie być bucem i z uśmiechem na ustach takiej pomocy oczekiwać.Warto też znać podstawowe, tajskie słówka i zwroty. Często po ich użyciu spotkaliśmy się z ogromnym uśmiechem miejscowych.Sklepy 7/11 są praktycznie na każdym rogu, a zakupy tam są naprawdę tanie. Dla przykładu: puszka coli to wydatek rzędu 10thb, tosty 20-25 thb, zgrzewka dużej wody - 40-50 thb.Świeże owoce kupowaliśmy na bazarkach, też grosze.Mimo, że Tajlandia stała się w ostatnich latach dość popularnym kierunkiem podróży, to nadal jest tam sporo miejsc, które są niezadeptane. Z całą pewnością wrócimy tam jeszcze nie raz !No i koszta: mimo, że wyjazd miał być w miarę budżetowy, to na miejscu nie żałowaliśmy sobie niczego. Jeśli ktoś chce zostawić sporą kasę, to bez problemu ją zostawi. My jednak często staraliśmy się szukać lokalnych, mniej turystycznych, a tym samym tańszych miejscówek. Czy to knajpy, czy zakup wycieczki czy wypożyczenie skutera. Warto więc odejść 2-3 alejki od głównej ulicy, a wszystko zjeżdża z ceny kilkukrotnie. Poza tym NEGOCJACJE pozwoliły zaoszczędzić nam naprawdę sporo grosza.Reasumując, każdy z nas, w zależności od osobistych wydatków czy zakupów w MBK zamknął się w przedziale 3.500 - 4000 zł za wszystko (wliczając loty, hotele - totalnie wszystko) :) Uważam, że jest to bardzo dobra i rozsądna kwota, którą często porównuję do naszych wakacji w Grecji, gdzie podobną sumę zostawiliśmy przez tydzień.Mimo wszystko, gdybyśmy bardzo chcieli to moglibyśmy wydać dobrych parę stówek mniej na osobę, chociażby wybierając tańsze zakwaterowania czy nie wydając kasy na zakupy w Bangkoku.Tak, jak wspominałem kilka zdań wcześniej, bardzo chcielibyśmy do Tajlandii wrócić, jednak chęć odkrywania nowych miejsc na świecie przewyższa.Następną podróż planujemy na Marzec 2019 - Filipiny. Aktualnie jesteśmy w trakcie poszukiwania lotu...Bardzo dziękuję wszystkim za przeczytanie relacji :!: Może nie było w niej niesamowitych zdjęć robionych najlepszym na rynku Canonem, może nie odwiedziliśmy 38 wysp w 5 dni, nie spaliśmy w domku po środku dżungli, ani nie ugryzła nas małpa to jednak mam nadzieję, że czytaliście relację z zaciekawieniem i poniektórym choć w części pomogła w planowaniu swojej eskapady do Tajlandii.Gdybyście mieli jakieś pytania, sugestie czy wnioski - śmiało komentujcie!Pozdrawiam! :D ____________________________________________________________________Poniżej nasz krótki filmik z opisywanej wyżej wyprawy:https://www.youtube.com/watch?v=8QlIinY-qgo
pabloo 27 czerwca 2018 18:59 Odpowiedz
Fajnie opisane, myślę że szczególnie przydatne dla wybierających się w ten rejon świata mogą być Wasze doświadczenia i rady związane z wypożyczaniem skuterów. Mnie się może niebawem przydadzą, choć jeszcze nie w Tajlandii ;)
startowiec55 27 czerwca 2018 19:19 Odpowiedz
@Pabloo o widzisz, po fakcie to więcej rzeczy się nasuwa do głowy.Odnośnie jeszcze skuterów, warto dodać, że podczas podpisywania "umowy" wynajmu, masz zawartą "Tabelę opłat" za zniszczenia, które rzekomo spowodowałeś.Dla przykładu - zarysowane lusterko (500thb), zarysowany bok (1500 thb), zbity klosz od światła (2000 thb) i tak dalej i tak dalej.Stawki są wysokie, dlatego też często wpierają Ci uszkodzenia. W przypadku odmowy zapłaty wzywają policję a wtedy nie ma przebacz - płacisz.Uwaga i rozsądek na drogach to już sprawa indywidualna, ale... mijaliśmy naprawdę wielu turystów, którzy nas "brali" a później zbierała ich karetka z drogi.Trzeba dostosować się do ich reguł, a raczej ich braku i nie pajacować a wszystko będzie dobrze :)
wojtas26 5 lipca 2018 09:58 Odpowiedz
Ja mam pytanko. Bo piszesz tam w tekście o wyprawie na Koh Nang Yuan i o tej 100 metrowej kolejce Chińczyków. Zastanawia mnie czy płaciło się za wstęp na wyspę? Jeśli tak to jak napisałeś że ominęliście kolejkę to chodziło że udało Wam się nie płacić czy po prostu wyprzedziliście Chińczyków w drodze do kas? :)
wojtas26 5 lipca 2018 11:58 Odpowiedz
Ja mam pytanko. Bo piszesz tam w tekście o wyprawie na Koh Nang Yuan i o tej 100 metrowej kolejce Chińczyków. Zastanawia mnie czy płaciło się za wstęp na wyspę? Jeśli tak to jak napisałeś że ominęliście kolejkę to chodziło że udało Wam się nie płacić czy po prostu wyprzedziliście Chińczyków w drodze do kas? :)
startowiec55 5 lipca 2018 11:58 Odpowiedz
@Wojtas26 - napisałem, że opłata jest obowiązkowa i wynosi 100 thb od osoby.Ominęliśmy kolejkę (w sensie nie staliśmy w niej) ale zapłacić - zapłaciliśmy.Dość szczegółowo pilnowali tego, czy bilet ktoś ma czy też nie.
wojtas26 6 lipca 2018 10:13 Odpowiedz
Spytałem, bo tam później w Bangkoku udało Wam się uniknąć opłaty :) Mam jeszcze pytanie odnośnie snorkelingu. Planuje zakupić sprzęt tylko nie bardzo się znam na tym. Macie jakiś profesjonalny? Czy taki z niższej półki cenowej? :)
wojtas26 6 lipca 2018 10:32 Odpowiedz
Spytałem, bo tam później w Bangkoku udało Wam się uniknąć opłaty :) Mam jeszcze pytanie odnośnie snorkelingu. Planuje zakupić sprzęt tylko nie bardzo się znam na tym. Macie jakiś profesjonalny? Czy taki z niższej półki cenowej? :)
startowiec55 6 lipca 2018 10:32 Odpowiedz
3 na 4 osoby miały maskę + rurkę najtańszą, najprostszą z Decathlonu, gdzie taki zestaw kosztował 30 zł.Jedna osoba miała zestaw za stówkę i tylko jej maska przeciekała.My ogólnie z naszym "sprzętem" snurkowaliśmy już w Egipcie i Grecji i od kilku dobrych lat nie dzieje się nic ! Więc polecam z czystym sumieniem :)
casper-slonina 6 lipca 2018 12:44 Odpowiedz
Bardzo przyjemna relacja. Milo czyta sie wspomnienia osob ktore sa w tak pozytywny sposob podekscytowane wyprawa, szczegolnie czytajac inne relacje na forum pisane przez znudzonych wytrawnych podroznikow w ktorych 3/4 zajmuje opis salonikow lotniskowych/klasy biznes/hiltonow.
startowiec55 6 lipca 2018 13:10 Odpowiedz
@casper.slonina - miło mi i dziękuję za dobre słowo ;) Jak wrócimy z Filipin to dopiero będzie podniecenie... :lol: :D