0
startowiec55 21 czerwca 2018 14:52
Image

Badam teren wokół, pod katem głębokości i ogólnego bezpieczeństwa i mozolnie wdrapuję się na skałę.
Jako, że pierwszy raz w życiu mam zamiar skoczyć z takiej wysokości - trochę się dygam :lol:
Stoję u góry dobre 10 minut i zbieram się do skoku.
W końcu udaje mi się zebrać na odwagę i BĘC, leeeeecę !
Wrażenia niesamowite! :D

https://vimeo.com/276666693


Czas leci nieubłaganie, więc czas się spakować i czekać na busa, który zawiezie nas do przystani na nocny prom.

W międzyczasie oddajemy skutery. Mimo zarysowanego boku, oderwany od rzeczywistości chłopak nie zwraca na to uwagi, gdyż ich stan, kiedy je wypożyczaliśmy był daaaaleki od ideału.

Bus podjeżdża punktualnie i jedziemy do przystani.
"Odjazd" promu zaplanowany jest na godzinę 21:30, więc mamy jeszcze godzinę i postanawiamy zaopatrzyć się w prowiant na całonocną eskapadę.
Zakupy w 7/11 i można ruszać.
Każdy ma swój materac i poduszkę. Podczas rejsu praktycznie w ogóle nie trzęsie, więc wszyscy spokojnie zasypiamy...

Image

Image

ImageDzień jedenasty (15.02.)

--> Bangkok !



Po dobrze przespanej nocy na pokładzie promu, docieramy o 06:00 nad ranem do przystani w Surat Thani, czyli miasteczka, z którego mamy lot na naszej ostatnie 3 dni w Bangkoku.
(swoją drogą bardzo polecam ten środek lokomocji)

Na ulicach jeszcze ciemno. Z tego co dowiadywaliśmy się wcześniej, w miasteczku tym nie ma zupełnie co robić, więc postanawiamy zorganizować sobie od razu transport na lotnisko, oddalone o 30-40 minut jazdy od przystani.

Jako, że przelot na przelot do Bangkoku nie wykupiliśmy bagażu rejestrowanego, a została nam butelka Grantsa, to staramy się nią zapłacić za tuktuka.
Okazało się to prostsze niż przypuszczaliśmy, a kierowcy niemalże wyrywali sobie butelkę z rąk, ażeby tylko nas zawieźć :D

Na lotnisku jesteśmy zatem około 7:00, a lot zaplanowany jest na 11:30.
Lecimy liniami AirAsia, a nasze wypchane 40 litrowe, turystyczne plecaki przechodzą bez trudu.

Godzina lotu i meldujemy się w stolicy Tajlandii. Z lotniska DMK łapiemy taksówkę, która ma włączony taksometr i jedziemy do hotelu. Za 30 kilometrowy odcinek w okolice Khaosan Road kierowca kasuje nas około 300 thb, więc wychodzi po około 7-8 zł za osobę.

Zatrzymujemy się w Erawan House, 5 minut wolnym spacerem od Khaosan Road.
Pokoje z łazienką, klimatyzacją i przede wszystkim czyste. Ponadto każdego ranka hotel częstuje nas poranną kawą.
Lokalizacja? Rewelacja!! (ale o tym później). A wszystko to, to wydatek rzędu 25 zł/os/noc.

Szybki meldunek, rzucamy plecaki i idziemy coś przekąsić. :)
Pierwsza lepsza, prowizoryczna knajpa i... jemy najlepszego padthaia (50 thb) podczas naszego dotychczasowego wyjazdu.
Image

Image


Po tej uczcie dla podniebienia wracamy do hotelu.
Szybka zmiana ciuchów, rzut oka w notatki i ruszamy.

Jako, że została nam połowa dnia to postanawiamy zobaczyć słynne China Town, a wieczorem zahaczyć o Khaosan.
Kierujemy się zatem w stronę rzeki Menam(300 metrów), skąd poruszać się chcemy tramwajem wodnym.
Jest to jeden z fajniejszych rodzai transportu po Bangkoku. Statki poruszają się tutaj po pięciu liniach, oznaczonych kolorami. Nas najbardziej interesuje linia pomarańczowa, która przystanki ma przy interesujących nas punktach.
Bilety kupujemy po przeliczeniu za jakieś 60 czy 70 gr, a obowiązują one na jeden przejazd do dowolnego punktu po tej trasie.
W oddali wypatrujemy łódkę z powiewającą, pomarańczową flagą, która po chwili zatrzymuje się przy naszym przystanku - Phra Arthit.
Sam rejs to już nie lada atrakcja. Po obu stronach widzimy przeróżne świątynie, a smród spalin z silników łódek jest przeogromny.
Image

Wysiadamy na ósmym przystanku - Rajchawongse, skąd spacerem podążamy w stronę China Town.

Jak na razie Bangkok wywołuje w nas skrajne emocje - przeraża i ekscytuje.
Niesamowity smród towarzyszy nam na każdej mniejszej, czy większej ulicy.
Nic dziwnego, jak na metr kwadratowy przypada kilka ulicznych "kuchni" z kurczakami, owocami morza - a wszystko to wystawione jest na 35 stopniowym upale. :shock:
Samo China Town jak z kadru filmu, na pewno robi wrażenie i zapamiętamy ten obrazek do końca życia.
Chińskie lampiony, przeróżne chińskie gadżety sprzedawane na każdym kroku, szczury wybiegające pod nogi z otworów kanałowych i tłuuuuum ludzi - tym jednym zdaniem mogę opisać to, co tam się dzieje.

Zresztą zobaczcie na fotkach:
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Słońce i wysoka temperatura daje bardziej się we znaki pomiędzy murami miasta, niżeli na wyspach, dlatego też zmęczeni dniem wracamy w okolice Khaosan, żeby przejść się po słynnej ulicy, zjeść kolację i powoli kończyć ten dzień.
(powrót tuktukiem za 200 thb, po oczywiście sporych negocjacjach)

Sama Khaosan Road bardzo fajna, choć głośna ulica. Tłumy pijanych młodych ludzi, z anglikami na czele.
Mnóstwo straganów i knajp z muzyką na żywo.
W jednym z takich miejsc jemy kolację i wolnym krokiem idziemy w stronę hotelu.
Stopy odczuwają długie dystanse, więc oddajemy się 30 minutom relaksu:
Image

Masaż był NIE SA MO WI TY !
Tajki są przemiłe, co rusz się uśmiechają, a w masowanie wkładają naprawdę dużo pracy i siły.
Przyjemność ta kosztowała nas 150 thb od osoby :shock:
Naprawdę zrelaksowani i bardzo zadowoleni zostawiamy 500 thb za dwójkę, czym pragniemy podziękować kobietom za dobrą robotę i wracamy do hotelu...@mixer4all - jasne.
Pierwsze zdjęcie mapy, drugie lokalu.
Nie wiem czy takie "wytłumaczenie" wystarczy, ale przy progu wejściowym "kuchnia" jest po prawej stronie.
Na końcu dwie lodówki z napojami.

p.s. często jadali tam też policjanci :)

Image

ImageDzień dwunasty (16.02.)


Świątynie i shopping.


Przedostatni dzień naszej podróży do Tajlandii, więc staramy się z niego wycisnąć ile się da.

Budziki na 07:00, szybka kawa, śniadanko i lecimy na pobliskie bazarki, kupić długie spodnie i bluzki przykrywające ramiona - czyli strój odpowiedni do zwiedzenia Świątyń i miejsc sakralnych.

Za komplet, czyli spodnie + bluzka płacimy po 100 thb za osobę, nie muszę powtarzać - po mocnych negocjacjach :D
Tak przygotowani ruszamy w stronę rzeki Menam, skąd tramwajem wodnym przedostać się chcemy to pierwszego, zaplanowanego punktu.

Image


Szacuje się, że w Bangkoku jest prawie 400 świątyń buddyjskich.
Długo zastanawialiśmy się, które wybrać.
Bardzo polecany był oczywiście Wielki Pałac Królewski, jednak z powodu tłumów ludzi i długich kolejek postanawiamy odpuścić.
Wybieramy zatem dwie świątynie - Wat Arun i Wat Pho.

Wat Arun - czyli Świątynia Świtu, to jedna z najbardziej znanych, zabytkowych świątyń, która bywa nawet nazywana "symbolem Bangkoku". (ciekawostka - na każdej monecie 10thb znajduje się jej podobizna) Położona jest na zachodnim (prawym) brzegu rzeki Menam.
Aby się tam dostać należy skorzystać z promu, przepływającego na drugi brzeg rzeki (przystanie promów są od razu obok przystanków tramwaju wodnego, ale są to zawsze oddzielne przystanie). Bilet na w/w prom to koszt około 10THB.

Po kilku minutach docieramy na miejsce. Troszkę zdezorientowani wchodzimy innym wejściem niż główne, a dzięki temu unikamy obowiązkowej opłaty za wejście (przez przypadek, przysięgam! :P )

Image

W głównej alejce "wita" nas posąg siedzącego Buddy. Jedyne co nas zastanawia, to starta złota farba na brzuchu - okazuje się, że wszyscy buddyści wchodzący do świątyni pocierają go tam na szczęście.

Image

Główny budynek sakralny tworzą wysokie wieże - jedna centralna i cztery wokół niej.
Ściany świątyni pokryte są tłuczoną porcelaną, pochodzącą z Chin, która przypłynęła do Tajlandii jako balast na łodziach handlowych.
Ułożona jest ona z niezwykłą dokładnością i tworzy niesamowite, kolorowe wzory.
Cały kompleks wywiera na nas ogromne wrażenie, a na jego terenie znajduje się wiele rzeźb o charakterze religijnym.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image


Zobaczyliśmy praktycznie co się dało, więc pora odwiedzić drugą, zaplanowaną Świątynię.

Wat Pho - bo o niej mowa, nazywana Świątynią Leżącego Buddy to największy i najstarszy obiekt sakralny w Bangkoku.
Znajduje się na terenie Starego Miasta Królewskiego (Rattanakosin), nieopodal Wielkiego Pałacu Królewskiego (1km).
Teren, na którym znajduje się kompleks jest ogromny, a po środku przebiega droga, która dzieli go na część północną i południową.
Część północna jest najbardziej oblegana przez turystów, gdyż to właśnie tu znajduje się główna świątynia oraz miejsce, w którym odwiedzić można ogromny posąg Odpoczywającego Buddy.
Część południowa to miejsce, w którym znajdziemy szkołę i zakon buddyjski. W tej części kompleksu spotkać można mnichów, którzy chętnie porozmawiają i przypozują do wspólnego zdjęcia.

Jako, że jesteśmy po drugiej stronie rzeki, to ponownie ruszamy promem za bagatela kilkadziesiąt groszy.
Wejście jest płatne (100thb/os), a "ochrona" obiektu skrupulatnie sprawdza nasze prywatne rzeczy pod kątem bezpieczeństwa.
Mimo wielu turystów imponuje nam spokój tego miejsca. Mnóstwo zieleni pozwala zapomnieć choć na chwilę o zgiełku miasta.

Na pierwszy "ogień" wchodzimy do kaplicy, z której w głównej mierze słynie Wat Pho. Podziwiać tam możemy monstrualnych rozmiarów posąg Odpoczywającego Buddy, który mierzy około 50 metrów długości :shock:

Image

Image

Image


Chwila odpoczynku przy małym wodospadzie, napełniamy butelki z dużego dystrybutora wody pitnej i ruszamy dalej.

Image

Image

Image

Image

Image


Na koniec trafiamy na dość duże zgromadzenie, pośrodku którego trwa błogosławieństwo ludzi przez mnichów.
Podchodzimy też i przed najstarszym mnichem pochylamy głowy.
Otrzymujemy kilka "uderzeń" zimną wodą i na koniec mnich zawiązuje nam na nadgarstkach czerwoną nić, która symbolizuje szczęście i uwalnia od złej energii. Nosić ją mamy ponoć przez 3 dni... Było to wyjątkowe w swoim rodzaju, duchowe przeżycie.

Image

Image



Reasumując, świątynie, które odwiedziliśmy były niesamowite. Bardzo jesteśmy zadowoleni z tego, a nie innego wyboru.
Osobiście, bardziej przypadła mi do gustu Wat Pho, w której było bardzo spokojnie i cicho, a po całym obiekcie przechadzało się mnóstwo mnichów i innych osób duchownych.


Zwiedzanie w niemal 40 stopniowym upale daje się we znaki, dlatego wracamy do hotelu, żeby wziąć prysznic i naładować baterie na wieczorne zakupy.

Shopping zaplanowaliśmy w MBK Center, polecanym nam wcześniej, jednym z większych centrów handlowych w Bangkoku.
Do celu mamy jakieś 7 km, a jedziemy tam tuktukiem, którego łapiemy spod hotelu za 200 thb (cena początkowa to 1000thb).

Centrum handlowe oooogromne! Pięć albo sześć pięter, które mieści około 2 tysięcy sklepów, w których kupić można dosłownie wszystko !
Spędzamy tam jakieś 3-4 godziny (!), a dziewczyny są jak w raju, biegając od jednego do drugiego stoiska. :lol:
W sumie, nie ma co ściemniać, bo i nam (chłopakom) udzieliło się zakupowe szaleństwo :D
Wszystko kupujemy za 1/5 a czasami nawet 1/10 ceny wyjściowej, choć czasami negocjacje były baaardzo długie i niełatwe.
Załadowani "dobrymi podróbkami" w końcu wychodzimy i zahaczamy o pobliski Night Market, w którym jemy przepyszne, tajskie danie i w końcu próbujemy Mango Sticky Rice - meeega! :shock: :D

Image

Image


Po solidnym obżarstwie wracamy do hotelu, zostawiamy zakupy i idziemy w pobliskie uliczki na masaże.
Niesamowicie zrelaksowani i odprężeni głowimy się, czy aby w ten ostatni wieczór w Bangkoku jeszcze czegoś nie zobaczyć.

No i jest decyzja. Łapiemy taxi i krążymy trochę po nocnych ulicach Bangkoku.
Kierowca wozi nas po najbardziej znanych miejscówkach, a przy każdym "przystanku" namawia nas na skorzystanie z usług Pań (?) stojących na ulicach.
A jest ich naprawdę caaaała masa. :o

Bangkok nocą nie zachwycił nas niczym wyjątkowym.
Po godzinie, półtorej takiego krążenia zawijamy się na Khaosan i stamtąd spacerem udajemy się do hotelu.


p.s. na zakupach poszło nam łącznie około 300zł 5000 thb (520zł)na cztery osoby, a poszczycić się możemy m.in. kilkoma torebkami, 8 szt. okularów, paskami do spodni, kilkoma koszulkami, czapkami, portfelami i wieloma pierdołami, tj. olejki, mydełka, magnesu, itd.@Margita - słonie w Tajlandii to mocno kontrowersyjny temat. Uwierz mi, nam też serce pęka, jak ludzie na nich jeżdżą.
Czy w takich sanktuariach są szczęśliwe? Hmm, sam nie wiem. Takie się wydawały być. Ponoć to właśnie takie sanktuaria ratują słonie, które są traktowane jako atrakcja turystyczna, bite i zmuszane do wożenia turystów.

Dlaczego twierdzisz, że nie lubią kontaktu z człowiekiem? Jakoś uargumentujesz?

Tak czy inaczej, takie właśnie Sanktuarium wydawało nam się być najlepszym z możliwych miejsc, w których możemy bezpośrednio obcować z tymi pięknymi zwierzętami.
W przyszłości na pewno chcemy być na prawdziwym, afrykańskim Safari, ale póki dotychczas nie mieliśmy takiej okazji, to właśnie wybór takiego sanktuarium wydawał się nam najodpowiedniejszy :)

Co do jedzenia: jesteśmy miłośnikami tajskich i azjatyckich smaków. Próbowaliśmy wiele - przepyszne. Ale po 10 dniach po prostu, najzwyczajniej w świecie potrzebowaliśmy odskoczni. Czegoś, co przełamie smak i ponownie przygotuje nasze kubki smakowe na pobyt w Bangkoku, w którym to przecież jedzenie jest znakomite. Uważam, że te 2 czy 3 europejskie posiłki nie odebrały nam możliwości próbowania tajskiego jedzenia.. :)Dzień trzynasty (17.02.)

Ostatni dzień w Tajlandii !


Tuż po wstaniu z łóżek ogarnia nas wielki smutek. Tak, to nasz ostatni dzień w Tajlandii. :(

Wylot zaplanowany mamy na 21:00, a pokoje należy oddać do 10:00.
Pytamy się zatem, czy jest możliwość wykupienia w jednym z dwóch pokoi dodatkowej nocy.
Okazuje się, że jest, więc uiszczamy opłatę 300 thb i przenosimy wszystkie rzeczy do jednego pokoju.

Po porannych przemyśleniach stwierdzamy, że... mało nam zakupów :lol: :D
Planujemy również podjechać do Parku Lumpini, w którym to spotkać można warany.
O ile czas pozwoli, to chcemy podjechać raz jeszcze do MBK Center na ostatnie zakupy.

Pyszne śniadanko w postaci Mango Sticky Rice i świeżo wyciskanego soku z pomarańczy, na jednej z pobliskich uliczek i czas ruszać do Parku Lumpini.
Do celu mamy niespełna 8 kilometrów, więc z racji zakorkowanych dróg decydujemy się na tuktuka.
Proponujemy przewoźnikom 200 thb, ale żaden z zatrzymanych nie godzi się pojechać za tą kwotę.
W końcu, 6 albo 7 kierowca z kolei zgadza się i za 200 thb, szaleńczym tempem jedziemy.
Naprawdę parokrotnie mamy dość dużego pietra, gdyż "tuktukowcy" jeżdżą jak szaleni, z zawrotnymi prędkościami, wciskając się w wąskie szczeliny pomiędzy autami.

Po 30 minutach jazdy docieramy i wchodzimy na teren parku.
Kilka minut spaceru i nie widzimy żadnego warana.
Stwierdzamy zatem, że z nimi jest jak z żółwiami wodnymi na niektórych plażach - trzeba mieć po prostu szczęście..
Mijając kolejny zakręt naszym oczom ukazuje się... kilkanaście/kilkadziesiąt okazów.
One są wszędzie! - stwierdzamy.
I faktycznie - w kanałku wodnym, na ścieżkach, na trawniku - no dosłownie wszędzie.
Podchodzimy dość blisko, pstrykamy fotki i w takich okolicznościach przyrody napawamy się widokiem drapaczy chmur, które na tle zieleni ukazują się w oddali.
Park nazywany "zielonymi płucami" Bangkoku jest oogromny. Za jednym rogiem plenerowa siłownia, nieźle zaopatrzona w przeróżny sprzęt, który ma wielu chętnych do testowania; za drugim natomiast ogromny trening joggingu i fitnessu.

Image

Image

Image

Image


Doskonale zrelaksowani szukamy knajpy, w której jemy znakomite, tajskie dania.
W szczególności smakowało nam Green Curry: (50 thb)

Image


Jak planowaliśmy wcześniej, jedziemy raz jeszcze do MBK Center na ostatnie zakupy.
Około 15:00 ewakuujemy się w stronę Khaosan Road, skąd spokojnym spacerkiem idziemy do hotelu, po drodze zahaczając o ostatnie masaże i 7/11, w którym kupujemy przeróżne słodkości, RedBulle i inne duperele, które mamy zamiar wziąć ze sobą do Polski.

Pakowanie, prysznic i wymeldowanie - tymi czynnościami żegnamy już powoli Tajlandię... :(
Z powodu niesamowitego upału łapiemy pierwsze lepsze taxi na lotnisko, które mimo niewłączonego "taximeter" wiezie nas, za umówione na wstępie 400 thb.
Podróż dość szybka, bo kierowca jedzie autostradą.
Około 19:00 docieramy na lotnisko.

Lot powrotny przespany praktycznie w całości i po niespełna 20 godzinach meldujemy się w 15 stopniowym mrozie na warszawskim Okęciu.

Dodaj Komentarz

Komentarze (17)

maginiak 21 czerwca 2018 16:47 Odpowiedz
Urocze :)
bozenak 22 czerwca 2018 20:26 Odpowiedz
:D Bardzo fajna relacja -bez nadęcia i prawdziwa. Czekam na resztę. 8-)
mixer4all 25 czerwca 2018 16:10 Odpowiedz
Super relacja! Bede w Kamali w lipcu, czy mozesz podac namiary na ta knajpke? ;)
bepi 26 czerwca 2018 12:50 Odpowiedz
Świetna relacja, ! Fajnie się czytało i oglądało znajome kąty.. byłam tam w 2010 , 2012 i 2017 r. pozdrawiam
margita 27 czerwca 2018 10:02 Odpowiedz
Kilka słów wyjaśnienia odnośnie słoni... ciesze się, że na nich nie jeździłeś, ale one nie lubią kontaktu z człowiekiem, szorowania i mycia - są do tego zmuszane w "sanktuariach". Lepiej szukać bardziej "naturalnych" form kontaktu... Szkoda, że zamieniłeś cudowne tajskie jedzenie na kotlet i burgera, jest tyle potraw i smaków, które warto poznać.
startowiec55 27 czerwca 2018 13:34 Odpowiedz
@Margita - słonie w Tajlandii to mocno kontrowersyjny temat. Uwierz mi, nam też serce pęka, jak ludzie na nich jeżdżą.Czy w takich sanktuariach są szczęśliwe? Hmm, sam nie wiem. Takie się wydawały być. Ponoć to właśnie takie sanktuaria ratują słonie, które są traktowane jako atrakcja turystyczna, bite i zmuszane do wożenia turystów.Dlaczego twierdzisz, że nie lubią kontaktu z człowiekiem? Jakoś uargumentujesz?Tak czy inaczej, takie właśnie Sanktuarium wydawało nam się być najlepszym z możliwych miejsc, w których możemy bezpośrednio obcować z tymi pięknymi zwierzętami.W przyszłości na pewno chcemy być na prawdziwym, afrykańskim Safari, ale póki dotychczas nie mieliśmy takiej okazji, to właśnie wybór takiego sanktuarium wydawał się nam najodpowiedniejszy :) Co do jedzenia: jesteśmy miłośnikami tajskich i azjatyckich smaków. Próbowaliśmy wiele - przepyszne. Ale po 10 dniach po prostu, najzwyczajniej w świecie potrzebowaliśmy odskoczni. Czegoś, co przełamie smak i ponownie przygotuje nasze kubki smakowe na pobyt w Bangkoku, w którym to przecież jedzenie jest znakomite. Uważam, że te 2 czy 3 europejskie posiłki nie odebrały nam możliwości próbowania tajskiego jedzenia.. :)
startowiec55 27 czerwca 2018 18:42 Odpowiedz
Słowem podsumowania:Był to nasz pierwszy, tak długi wyjazd na własną rękę.Tajlandia to naprawdę piękny i zróżnicowany kraj, którzy urzekł nas jedzeniem, kulturą i pięknymi widokami.Naprawdę zachwyciło nas totalnie wszystko. Tak, wszystko, bo po co na siłę szukać negatywów tam, gdzie ich nie ma? ;) Pojechaliśmy tam solidnie przygotowani, dzięki czemu będąc na miejscu wiedzieliśmy gdzie jechać, co robić a czego nie.Przygotowania te sprawiły nam wiele radości, a tym samym pozwoliły poszerzyć naszą wiedzę na temat tego azjatyckiego kraju.Mimo, że mieliśmy spisane miejsca, które chcemy odwiedzić, to jednak nie musieliśmy sztywno trzymać się planu, co też dało nam psychiczny spokój i dużą elastyczność.Często osoby wybierające się do Tajlandii pytają, którą wyspę wybrać. :?: Czy my jesteśmy zadowoleni z tego wyboru?W 100% TAK!Nie zmienilibyśmy zupełnie nic.Co ważne :!: transport jest bardzo prosty i tani. Bez żadnego, najmniejszego problemu dostaniecie się wszędzie, gdzie dusza zapragnie. A w środkach lokomocji nie musicie wcale spędzać kilkunastu godzin.Co nam najbardziej smakowało :?: Zdecydowanie Mango Sticky Rice, które mieliśmy przyjemność jeść tylko w Bangkoku.Ogólnie jedzenie w Tajlandii jest przepyszne, a każdy z całą pewnością znajdzie coś dla siebie.Ludzie są bardzo mili, uprzejmi i chętni do pomocy. Naprawdę! Wystarczy po prostu nie być bucem i z uśmiechem na ustach takiej pomocy oczekiwać.Warto też znać podstawowe, tajskie słówka i zwroty. Często po ich użyciu spotkaliśmy się z ogromnym uśmiechem miejscowych.Sklepy 7/11 są praktycznie na każdym rogu, a zakupy tam są naprawdę tanie. Dla przykładu: puszka coli to wydatek rzędu 10thb, tosty 20-25 thb, zgrzewka dużej wody - 40-50 thb.Świeże owoce kupowaliśmy na bazarkach, też grosze.Mimo, że Tajlandia stała się w ostatnich latach dość popularnym kierunkiem podróży, to nadal jest tam sporo miejsc, które są niezadeptane. Z całą pewnością wrócimy tam jeszcze nie raz !No i koszta: mimo, że wyjazd miał być w miarę budżetowy, to na miejscu nie żałowaliśmy sobie niczego. Jeśli ktoś chce zostawić sporą kasę, to bez problemu ją zostawi. My jednak często staraliśmy się szukać lokalnych, mniej turystycznych, a tym samym tańszych miejscówek. Czy to knajpy, czy zakup wycieczki czy wypożyczenie skutera. Warto więc odejść 2-3 alejki od głównej ulicy, a wszystko zjeżdża z ceny kilkukrotnie. Poza tym NEGOCJACJE pozwoliły zaoszczędzić nam naprawdę sporo grosza.Reasumując, każdy z nas, w zależności od osobistych wydatków czy zakupów w MBK zamknął się w przedziale 3.500 - 4000 zł za wszystko (wliczając loty, hotele - totalnie wszystko) :) Uważam, że jest to bardzo dobra i rozsądna kwota, którą często porównuję do naszych wakacji w Grecji, gdzie podobną sumę zostawiliśmy przez tydzień.Mimo wszystko, gdybyśmy bardzo chcieli to moglibyśmy wydać dobrych parę stówek mniej na osobę, chociażby wybierając tańsze zakwaterowania czy nie wydając kasy na zakupy w Bangkoku.Tak, jak wspominałem kilka zdań wcześniej, bardzo chcielibyśmy do Tajlandii wrócić, jednak chęć odkrywania nowych miejsc na świecie przewyższa.Następną podróż planujemy na Marzec 2019 - Filipiny. Aktualnie jesteśmy w trakcie poszukiwania lotu...Bardzo dziękuję wszystkim za przeczytanie relacji :!: Może nie było w niej niesamowitych zdjęć robionych najlepszym na rynku Canonem, może nie odwiedziliśmy 38 wysp w 5 dni, nie spaliśmy w domku po środku dżungli, ani nie ugryzła nas małpa to jednak mam nadzieję, że czytaliście relację z zaciekawieniem i poniektórym choć w części pomogła w planowaniu swojej eskapady do Tajlandii.Gdybyście mieli jakieś pytania, sugestie czy wnioski - śmiało komentujcie!Pozdrawiam! :D ____________________________________________________________________Poniżej nasz krótki filmik z opisywanej wyżej wyprawy:https://www.youtube.com/watch?v=8QlIinY-qgo
pabloo 27 czerwca 2018 18:59 Odpowiedz
Fajnie opisane, myślę że szczególnie przydatne dla wybierających się w ten rejon świata mogą być Wasze doświadczenia i rady związane z wypożyczaniem skuterów. Mnie się może niebawem przydadzą, choć jeszcze nie w Tajlandii ;)
startowiec55 27 czerwca 2018 19:19 Odpowiedz
@Pabloo o widzisz, po fakcie to więcej rzeczy się nasuwa do głowy.Odnośnie jeszcze skuterów, warto dodać, że podczas podpisywania "umowy" wynajmu, masz zawartą "Tabelę opłat" za zniszczenia, które rzekomo spowodowałeś.Dla przykładu - zarysowane lusterko (500thb), zarysowany bok (1500 thb), zbity klosz od światła (2000 thb) i tak dalej i tak dalej.Stawki są wysokie, dlatego też często wpierają Ci uszkodzenia. W przypadku odmowy zapłaty wzywają policję a wtedy nie ma przebacz - płacisz.Uwaga i rozsądek na drogach to już sprawa indywidualna, ale... mijaliśmy naprawdę wielu turystów, którzy nas "brali" a później zbierała ich karetka z drogi.Trzeba dostosować się do ich reguł, a raczej ich braku i nie pajacować a wszystko będzie dobrze :)
wojtas26 5 lipca 2018 09:58 Odpowiedz
Ja mam pytanko. Bo piszesz tam w tekście o wyprawie na Koh Nang Yuan i o tej 100 metrowej kolejce Chińczyków. Zastanawia mnie czy płaciło się za wstęp na wyspę? Jeśli tak to jak napisałeś że ominęliście kolejkę to chodziło że udało Wam się nie płacić czy po prostu wyprzedziliście Chińczyków w drodze do kas? :)
wojtas26 5 lipca 2018 11:58 Odpowiedz
Ja mam pytanko. Bo piszesz tam w tekście o wyprawie na Koh Nang Yuan i o tej 100 metrowej kolejce Chińczyków. Zastanawia mnie czy płaciło się za wstęp na wyspę? Jeśli tak to jak napisałeś że ominęliście kolejkę to chodziło że udało Wam się nie płacić czy po prostu wyprzedziliście Chińczyków w drodze do kas? :)
startowiec55 5 lipca 2018 11:58 Odpowiedz
@Wojtas26 - napisałem, że opłata jest obowiązkowa i wynosi 100 thb od osoby.Ominęliśmy kolejkę (w sensie nie staliśmy w niej) ale zapłacić - zapłaciliśmy.Dość szczegółowo pilnowali tego, czy bilet ktoś ma czy też nie.
wojtas26 6 lipca 2018 10:13 Odpowiedz
Spytałem, bo tam później w Bangkoku udało Wam się uniknąć opłaty :) Mam jeszcze pytanie odnośnie snorkelingu. Planuje zakupić sprzęt tylko nie bardzo się znam na tym. Macie jakiś profesjonalny? Czy taki z niższej półki cenowej? :)
wojtas26 6 lipca 2018 10:32 Odpowiedz
Spytałem, bo tam później w Bangkoku udało Wam się uniknąć opłaty :) Mam jeszcze pytanie odnośnie snorkelingu. Planuje zakupić sprzęt tylko nie bardzo się znam na tym. Macie jakiś profesjonalny? Czy taki z niższej półki cenowej? :)
startowiec55 6 lipca 2018 10:32 Odpowiedz
3 na 4 osoby miały maskę + rurkę najtańszą, najprostszą z Decathlonu, gdzie taki zestaw kosztował 30 zł.Jedna osoba miała zestaw za stówkę i tylko jej maska przeciekała.My ogólnie z naszym "sprzętem" snurkowaliśmy już w Egipcie i Grecji i od kilku dobrych lat nie dzieje się nic ! Więc polecam z czystym sumieniem :)
casper-slonina 6 lipca 2018 12:44 Odpowiedz
Bardzo przyjemna relacja. Milo czyta sie wspomnienia osob ktore sa w tak pozytywny sposob podekscytowane wyprawa, szczegolnie czytajac inne relacje na forum pisane przez znudzonych wytrawnych podroznikow w ktorych 3/4 zajmuje opis salonikow lotniskowych/klasy biznes/hiltonow.
startowiec55 6 lipca 2018 13:10 Odpowiedz
@casper.slonina - miło mi i dziękuję za dobre słowo ;) Jak wrócimy z Filipin to dopiero będzie podniecenie... :lol: :D