0
Tuan de Paso 4 lipca 2018 10:27
Wielu mówiło, że Chiapas to już nie Meksyk. Była to dziewicza prowincja pełna dzikiej przyrody, akcentów prekolumbijskiej kultury i etnicznych tradycji. Na obszarze kontrolowanym przez socjalistyczny ruch Movimiento Zapatista, jak i w niektórych bardziej konserwatywnych społecznościach, federalne prawo nie było już egzekwowane, a sądy naznaczone były plemiennymi zwyczajami przeszłości. Południowe rubieże Meksyku były praktycznie w całości pokryte wspaniałą, wiecznie zieloną dżunglą, a gdzieś na samym krańcu Republiki żyło jeszcze ostatnie wolne i nieskażone globalizacją plemię Lacandones.


LA BESTIA
W Arriaga byłem prawdopodobnie pierwszym zagranicznym gościem. Przydworcowy motel kosztował grosze, a ludzie byli uprzejmie zaciekawieni moją obecnością. Typowe, niczym niewyróżniające się miasteczko, którego brak atrakcji turystycznych skazał na wieczne zapomnienie i stagnację ekonomiczną. Nikt nie wytwarzał tam tradycyjnych rękodzieł dla turystów, a handel zdominowany był przez sklepy z tanią azjatycką elektroniką i liczne swojskie stoiska z prostą, meksykańską kuchnią.

Centralnym punktem miasteczka były tory kolejowe, którymi kiedyś słynna Bestia rozpoczynała trasę z Chiapas, aż pod północną granicę Republiki. Ten pociąg towarowy przez długi czas był głównym środkiem transportu nielegalnych imigrantów z południowych kresów Republiki, aż do bogatej północy.

Pomimo bezspornej nielegalności wskakiwania na pociąg towarowy, popyt na podróż Bestią sprawił, że na przestrzeni lat skorumpowani funkcjonariusze kolei zdołali w pewnym stopniu uporządkować i sformalizować cały proces. Konieczność wykupienia nieoficjalnego biletu na przejazd, nigdy nie migrantowi dotarcia żywym do celu, a tym bardziej do samej granicy. Narcos oraz plantatorzy z północnej części Meksyku coraz bardziej angażowali się w cały proceder w celu pozyskania taniej, półniewolniczej siły roboczej. Większość podróżników przepada gdzieś w obozach pracy, lub na ulicach meksykańskich miast. Części udawało się jakimś cudem wrócić do rodzinnego kraju, a naprawdę niewielu docierało do Stanów.

CAÑÓN DEL SUMIDERO
Gdzieś o siódmej nad ranem zacząłem łapać stopa przy rondzie w samym centrum Arriaga. W przeciwieństwie do poprzedniego dnia, już mi się nie spieszyło i leniwie zakładałem, że ktoś podwiezie mnie co najmniej na wylotówkę. Po kilkunastu minutach beznamiętnego czekania i rozmowach z kilkoma obłąkanymi przechodniami, skusiłem się na szybkie śniadanie w przejeżdżającej obok mnie mobilnej budce z tacos. Kilka chwil później zdecydowałem się jednak podejść dwa kilometry dalej w kierunku autostrady. Powietrze było pozbawione jakiejkolwiek wilgoci, a słońce paliło niemiłosiernie już od samego rana. Po kwadransie czekania na rampie udało mi się przekonać kierowcę lokalnego autobusu do podwiezienia mnie gratis na bramkę poboru opłat.

Kilka krótkich chwil wystarczyło bym został zgarnięty przez dwóch natywnych mieszkańców Chiapas. Jeden z nich spał całą drogę na przednim siedzeniu, a drugi chciał ze mną rozmawiać o wszystkim. Rozmowa przebiegała według podobnego schematu co tysiące innych w tych samych okolicznościach. Czujny rozmówca zapytał w pewnym momencie, czy ze wszystkimi kierowcami prowadziłem te same dialogi i czy wszyscy pytali o to czy w Polsce jest zimno, jakie jest tradycyjne jedzenie, czy wszyscy są biali, czy jest drogo i co warto zobaczyć. Zasugerował przy tym, że na połowę pytań miałem prawdopodobnie gotowe, mechanicznie automatyczne odpowiedzi, czego nie mogłem zanegować. Ucieszył się na wieść o tym, że udało nam się poruszyć kilka nieporuszonych wcześniej wątków i życzył powodzenia wyrzucając mnie w centrum stolicy Chiapas.

Tuxtla Gutierrez była drugą najbrzydszą stolicą meksykańskiego stanu i mój pobyt w mieście postanowiłem ograniczyć do minimum. Po szybkim spojrzeniu na mapy, zlokalizowałem centrum zaopatrzeniowe położone przy wylotówce w odpowiednim kierunku. Po niekrótkim pytaniu przechodniów, udało mi się wreszcie wsiąść do odpowiedniego autobusu i po godzinnej przejażdżce upalną i zakorkowaną stolicą znalazłem się wreszcie na miejscu. Po kilku minutach łapania na przystanku autobusowym znalazłem szybkiego stopa do pierwszego z dwóch punktów docelowych tego dnia.

Chiapa de Corzo było rozpoznawane głównie dzięki urokliwej architekturze, wspaniale prowadzonej kampanii promocyjnej w mediach społecznościowych oraz portów rzecznych. Miasto pełniło rolę bramy do jednej z najważniejszych atrakcji turystycznych Meksyku – kanionu Sumidero. Wykupienie trzygodzinnego rejsu było jedyną możliwością obejrzenia majestatycznego cudu natury, którego ściany były wysokie na kilometr, a w wypełnionym wodą korycie żyły krokodyle, małpy i liczne gatunki kolorowego ptactwa.

Ze względu na dość późną porę oraz ciągnące się kilometrami przedmieścia Chiapa de Corzo, na rozwidlenie pomiędzy drogami dotarłem podmiejskim autobusem. Już podczas marszu zacząłem łapać stopa na wyłączonej z ruchu, zakreskowanej części wiaduktu łączącego drogę krajową z autostradą. Nie spodziewając się wielkich sukcesów w tak kuriozalnym i całkiem niebezpiecznym miejscu, lekko się zdziwiłem, gdy gdzieś w okolicach najwyższego punktu mostu zatrzymało się auto.

Kierowca okazał się być profesjonalnym muzykiem wiozącym właśnie jedzenie i pomoc rzeczową ofiarom ostatnich trzęsień ziemi. Wszystkie datki zebrał wraz z zespołem podczas kilku koncertów charytatywnych zagranych w Tuxtla Gutierrez. Podwiózł mnie, by jego misja pomagania ludziom tego miesiąca była bardziej kompletna. Sam często podróżował po kraju motorem i pomimo młodego wieku mieszkał już po trochu w kilku stanach Meksyku. Gdzieś pod koniec podróży wspomniał, że podczas jego muzycznej edukacji, niejeden nauczyciel był Polakiem, co okazało się powszechnym zjawiskiem w artystycznym półświatku i nieustannie przewijającym się wątkiem jedynych polskich imigrantów w Meksyku.

SAN CRISTOBAL DE LAS CASAS
Pod wieczór dojechałem do San Cristobal de las Casas. Wydawało się, że pierwszy raz w trakcie tej autostopowej wyprawy miałem gdzieś wylądować bez hosta na Couchsurfingu. Wszyscy znajomi znajomych też byli gdzieś w podróży, a ja zostałem zmuszony do skorzystania z hostelu. Łóżko kosztowało równowartość dwudziestu złotych, a do jakości, czystości i estetyki obiektu nie można było się jakkolwiek przyczepić. Zapłaciłem za pierwszą noc, wziąłem prysznic i wyszedłem na wieczorny spacer.

Blisko dwustu-tysięczne miasto było najpopularniejszą destynacją turystyczną Chiapas i punktem początkowym wszystkich wypraw wgłąb stanu. San Cris leżało na wysokości Rysów przez co było tam zimno i wilgotno, a naturalny krajobraz całkowicie zdominowały drzewa iglaste. Miasto było zupełnie inne od odległej o kilometr tropikalnie suchej stolicy stanowej i było też zupełnie inne od większości miast południowej części Meksyku. Architektonicznie najbardziej przypominało Michoacán.

San Cristobal de las Casas ufundowane zostało przez kolonizatorów ze wszystkich części Europy. Dzięki nieco chłodniejszemu klimatowi gdzieś pośrodku upalnych dżungli tropikalnych, miasto stało się siedzibą plantatorów i zarazem głównym ośrodkiem administracyjnym tej części wicekrólestwa. Po kilku wojnach domowych i odłączeniu się Chiapas od Gwatemali, stolicę przeniesiono do parnej i bezbarwnej Tuxtla, lecz San Cris na zawsze miało pozostać zdecydowanie bardziej kultowe.

Większość dwupiętrowych budynków ozdobiona była solidnymi dachówkami w starym, dobrym stylu. Elegancja europejskiego kunsztu i wykończenia budynków okraszone były natywnymi akcentami życia ulicy. Naznaczone czysto europejską przeszłością bogactwo miasta sprawiło, że San Cris stało się głównym ośrodkiem migracji rdzennej ludności prowincji i na przestrzeni ostatniego wieku stało się nieoficjalnym centrum kultury prekolumbijskiej Meksyku. Mówiono, że w przeciwieństwie do innych turystycznych miast Meksyku, bogate San Cris zawsze cieszyło się autentyczną atmosferą naznaczoną kulturowym wpływem rdzennej ludności Chiapas od zawsze.

Po powrocie do hostelu poznałem w pokoju przyjaznego podróżnika z Kanady, który był w mieście po raz setny. Pierwszego razu do San Cristobal de las Casas dotarł mocno po zmroku i zatrzymał się w jakimś szemranym hostelu, który kilka dni wcześniej pełnił funkcję burdelu. Właściciel miał tego dnia dobry humor i przez kilka dni wspólnie spożywali kokainę i rozmawiali o wszystkim. Na przestrzeni kolejnych lat i wypraw, John przemyślał życiowe priorytety, związał się z Meksykanką i na co dzień uczył angielskiego w ukochanej przez niego Gwatemali, gdzie rozważał pozostanie na dłużej.

Zanim zdążyłem się jeszcze dobrze obudzić następnego dnia, zobaczyłem powiadomienie, że w ostatniej chwili zostałem zaakceptowany na Couchu. Ule pracował do późnego wieczora, jednak któryś z jego współlokatorów powinien być w mieszkaniu i mogłem bez przeszkód zostawić rzeczy. Po zrzuceniu gratów w ogromnym domu gdzieś na przedmieściach, zamieniłem ze dwa zdania z będącym w pośpiechu domownikiem i wyszedłem na samotny spacer po San Cristobal de las Casas.

Tradycyjnie dla hiszpańskich miast kolonialnych, San Cristobal de las Casas tworzył szereg wąskich, idealnie prostopadłych uliczek, które prawie nigdy nigdzie nie zakręcały i w większości przypadków ciągnęły się aż do granicy miasta. Część z nich była przecięta placem, lub wzgórzem zwieńczonym kościołem. Wszystkie były jednopasmowe i jednokierunkowe; nie było świateł i nie uznawano zasady prawej ręki. Pierwszeństwo było kwestią przypadku, a samochody pokonywały skrzyżowanie po jednym na przemian z dwóch dochodzących do niego dróg. Znaczna większość uliczek była wybrukowana, a budynki utrzymane były w jednolitym stylu.

Poza architekturą, w San Cris podobali mi się tam ludzie. Wyglądali zupełnie inaczej niż w pozostałych częściach Republiki. Rdzenni mieszkańcy Chiapas nie wyglądali już jak Meksykanie z centralnych stanów. Ich rysy twarzy były mocno naznaczone Ameryką Centralną. Byli ładni i dostojni. Najbardziej jednak podobało mi się ich twarde, dumne i lekko wyzywające spojrzenie zahartowane ciężkim górskim klimatem. Silny charakter mieszkańców znalazł odzwierciedlenie w sposobie wyrażenia swojej opinii oraz ogólnej atmosferze relacji międzyludzkich. Ludność Chiapas nie miała kompleksów i nie bała się nikogo.

Po raz kolejny zacząłem cicho podziwiać tę różnorodność i odrębność kulturową meksykańskich stanów, której trochę brakowało Europie Środkowo-Wschodniej. Liczne pasma górskie przecinające Meksyk wzdłuż i wszerz utrudniały przez wieki komunikację pomiędzy regionami, dzięki czemu lokalne tradycje zdołały przetrwać. W płaskiej kulturowo i geograficznie Rzeczypospolitej wszystko zostało ujednolicone do tego stopnia, że każde jedno z blokowisk mogłoby się równie dobrze znajdować w Szczecinie, Rzeszowie czy też w Warszawie. Odległe o 60 kilometrów Tuxtla i San Cris były odmienne pod każdym względem i bardziej różniły się od siebie niż jakiekolwiek dwa polskie miasta.

Całość tekstu i masa kolorowych zdjęć na moim blogu :)

http://www.tuandepaso.com/chiapas-poludniowe-kresy-meksyku/

Dodaj Komentarz