+1
magda_olszewska 6 lipca 2018 00:40
Sri Lanka wyszła trochę przez przypadek.. miała być Tajlandia, ale mówili, że październiku jeszcze pogoda nie ta - w sumie dobrze, że posłuchaliśmy - Sri Lanka nas totalnie zauroczyła.

Nasza podróż zaczęła się 13 października 2017 wylotem z Mediolanu przez Dohę do Colombo (a w zasadzie Negombo). Z uwagi na tani lot, mieliśmy niezbyt komfortową przesiadkę w Doha, która trwała 24h :D Jednak był to początek podróży, pełni zapału stwierdziliśmy (lub tylko ja tak stwierdziłam?), że to przecież super - rezerwujemy jeden nocleg i choć trochę liźniemy Katar. Szczególnie, gdy odpaliłam mapę i zobaczyłam "The Pearl" - stwierdziłam, że wooow musimy to zobaczyć :)

W praktyce było troszkę gorzej... upał 42 stopnie w cieniu i ani jednej chmurki na niebie masakrycznie nas wymęczyły, a sama Doha? Pusta, krążąc po The Pearl czuliśmy się mega wyobcowani - 1 człowiek mijany na godzinę, nie wiem, może miał coś z tym wspólnego fakt, że było południe? :)













Wieczorem wróciliśmy na lotnisko i o 6 rano byliśmy na Sri Lance - nasza trasa w dużym skrócie:



DZIEŃ 1-2

Naszym pierwszym celem było szybkie znalezienie transportu wgłąb wyspy do Dambulla, więc zaliczyliśmy naszą pierwszą podróż tuk tukiem na Sri Lance do Negombo Bus Station - to, że ją przeżyliśmy jest na pewno cudem, wszystkie standardowe atrakcje zaliczone - wyprzedzanie na trzeciego, trąbienie na wszystkich dookoła, jazda pod prąd, wjeżdżanie pod ciężarówki, a na końcu próba wkręcenia nas, że pan mówił 2000 a nie 200 :)
Znaleźliśmy transport do Kurunegali, gdzie mieliśmy przesiąść się na busa do Dambulla - o ile pierwszą część drogi pokonaliśmy w "europejskim" busiku z klimą (taki akurat najszybciej odjeżdżał z dworca), o tyle drugą standardowym lankijskim najtańszym transportem aka dyskoteka na kółkach z kurami - poniżej było jeszcze normalnie, ale później nie dało się już robić zdjęć.



Nasza podróż trwała dobre 6 godzin, byliśmy głodni, zmęczeni i zjetlagowani, więc odpuściliśmy Dambulla Cave Temple i udaliśmy się od razu do miejscowości Sigiriya, czego żałujemy do dziś - nie odpuszczajcie ciekawych miejsc, nawet jak jesteście styrani! Patrzymy na zdjęcia w necie i żałujemy, że nas tam nie było.
Naszym planem na najbliższe 2 dni było wspięcie się na Sigiriya Lion Rock z samego rana, a wieczorem na wschód słońca na Pidurangala Rock - obie szczerze polecamy, szczególnie zachód słońca na Pidurangala Rock.









A takiej turystyki związanej z męczeniem zwierząt zdecydowanie nie polecamy :(



Wejście na Lion Rock możliwe jest od 7 rano i taką godzinę polecamy, aby uniknąć tłumów Chińczyków - po 9 było ich już full, szczególnie na Lion Rock, która znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO, w związku z czym jest mega popularna. Na szczycie 180-metrowej skały znajdują się ruiny starożytnego pałacu i twierdzy z V w.

Późnym popołudniem udajemy się na Pidurangala Rock (bilet wstępu 500 rs, Lion Rock 8x drożej - ok 4000 rs (93 zł) - mega droga atrakcja turystyczna, patrząc na to, że to jednak tylko wspięcie się na skałę - dla nas było warto, prawdopodobnie to jedno z 3 najbardziej znanych miejsc na Sri Lance).
Wspinaczka jest trochę bardziej wymagająca, idziemy przez las (dżunglę?), pokonujemy wysokie nieregularne schody, na sam koniec trochę podciągania się na duże skały, wychodzimy spod ostatniej i pierwsze słowa to "łaaaał":







Widok rewelacyjny, obchodzimy skałę - jest płaska z lekkim spadem w dół - zdjęcie z internetu:



Jesteśmy na niej z max kilkunastoma osobami, rozmawiamy przez kwadrans z Australijczykami, których wprowadził na górę sympatyczny, dobrze mówiący po angielsku Lankijczyk - trochę im zazdrościmy, dla nas jest tu naprawdę tanio, a co dopiero dla nich :) Zachód słońca przysłaniają nam trochę chmury, ale i tak jest perfekcyjnie - jeden z widoków zostających w pamięci na całe życie. Nie mogąc się napatrzeć, zostajemy tak długo, że zaczyna się ściemniać i nie ma już ani żywej duszy na szczycie - zbiegamy w ekspresowym tempie, latarka odpalona, jednak jest już tak ciemno w lesie, że na każdy szmer przyspieszamy jeszcze bardziej - nie polecamy zostawać, aż tak długo bo po zejściu na dół czeka nas jeszcze przejście przez las do miasta - mało przyjemne.
Od razu po udajemy się na kolację - restauracja Pradeep - zawsze staramy się wyszukiwać w internecie polecane miejscówki, aby nie nacinać się na turystyczne miejsca - tę bardzo polecamy, poniżej wegetariańskie curry dla 1 osoby za 300 rs (7 zł).



Polecamy również znaleźć nocleg w okolicy - my spaliśmy bardziej w lesie, przez co musieliśmy pokonać 1,5 km w totalnej ciemności (przygoda przygodą, ale lekko obsrani byliśmy :)) Lecąc na Sri Lankę trzeba pamiętać, że jest położona bardzo blisko równika, więc noc i dzień trwają mniej więcej po 12h, slońce wschodzi o 7 rano i zachodzi bardzo szybko - o 19 jest już ciemna noc. Dlatego też, naprawdę warto na Sri Lance zaczynać wcześnie dzień i o 7, (a nawet wcześniej, o czym będzie później) być już gotowym na zwiedzanie.

DZIEŃ 3
Wstajemy rano i mamy już dogadanego tuk tuka, który zawiezie nas na przystanek autobusowy w Habarana, skąd złapiemy autobus do Polonnaruwy. Tutaj spotykamy się z mega uprzejmością - na przystanku autobusowym, na którym wysiadamy łapie nas starszy tuktukowiec i pyta czy nas podwieźć do hotelu - mówimy, że nie dzięki, to blisko - ale on nalega, my w zaparte - po czym on dalej, że to za darmo i on wie, że jesteśmy z Thenuja Guesthouse (nie wiemy czy to najlepsza miejscówka, ale ładna i zadbana, jedzenie dosyć ok, w związku z czym polecamy) , tam już na nas czekają i on nas zawiezie. W wielkim szoku wsiadamy, nie dość, że nic nie chciał od nas wziąć na koniec kasy, to pomógł nam dogadać się z właścicielem guesthousu, który nie znał słowa po angielsku (co jednak jest na Sri Lance rzadkością) i dogadaliśmy z nim od razu na popołudnie wyjazd do Parku Narodowego Kaudulla. Czekając na umówionego jeepa chillujemy sobie w ogrodzie i przechadzamy się po mieście, starając się nie uciekać od warczących psów (tak, nie jest to mit i jest to spora wada Sri Lanki - dużo błąkających się psów, niekoniecznie nawet bezdomnych, niektóre z nich tylko za Tobą idą i są przyjazne, inne podbiegają i powarkują, zawsze tylko na tym się kończyło, ale kilka momentów strachu na całym wyjeździe było). Samo miasteczko to standardowo w Azji jedna hałaśliwa ulica, która tutaj akurat jest naprawdę nieprzyjemna.

Po południu młody chłopak przyjeżdża po nas jeepem, po drodze zgarniamy jeszcze jedną parę z Wysp Kanaryjskich, która jest nieco bardziej szalona niż my, ponieważ podróżuje wynajętym tuk tukiem (co przy szaleństwie kierowców i ruchu prawostronnym uważamy, że jest nielada wyczynem).
Na Sri Lance żyją słonie cejlońskie, które są mniejszymi krewnymi słoni indyjskich. Do końca zastanawialiśmy się między Parkiem Narodowym Minnerija, a wybranym ostatecznie Parkiem Narodowym Kaudulla, jednak tubylcy doradzili nam ten drugi, argumentując to tym, że w tym okresie w tej części kraju panuje mega susza (to chyba prawda, bo było tam najgoręcej - temperatury dochodziły do 35 stopni w cieniu), więc słonie udają się często do jeziora-wodopoju, które znajduje się w centralnej części tego parku.
Za wycieczkę zapłaciliśmy ok 100 zł od osoby, z jednej strony bardzo ją polecamy, jednocześnie jednak z tyłu głowy mieliśmy myśli, że trochę turystyka masowa wkracza na teren słoni - to jest na pewno temat do własnego zastanowienia, nam wydało się to lepszą opcją, mniej szkodliwą niż sławne "sierocińce" Pinnawala i Udawalawe (w tym miejscu bardzo polecam zapoznać się z tym tematem, m.in. tu: http://dwarazyziemia.pl/slonie-na-sri-lance-cala-prawda-o-pinnawala-i-uda-walawe/) - Park Narodowy jest przeogromnym terenem, słonie żyją tam w 100% naturalnie, migrują dobrowolnie między parkami, jedyną ingerencją człowieka jest ta 2-godzinna wycieczka, podczas, której kilkanaście, może 20 jeepów objeżdża park wytyczonymi ścieżkami i odpowiedniej odległości podziwia grupy słoni (zdjęcia z bliska są robione na przybliżeniu):

























Największy szał zrobił mały miesięczny słonik i kilka większych bawiących się i tarzających w błocie.

DZIEŃ 4
Kolejny dzień upłynął nam na zwiedzaniu zabytkowego miasta Polonnaruwa, które król, którego nazwy i tak nikt nie zapamięta (Wikipedia mówi, że Parâkramabâhu I Wielki) stworzył w XII wieku i zamienił bajkowe miasto-ogród otoczone potrójnym murem. Wypożyczamy rowery w naszym guesthousie i jedziemy kupić bilety (jedyna droga rzecz na Sri Lance - jak w sumie w całej Azji - to bilety wstępu, tutaj 25$) - teren jest naprawdę spory, rowery to najlepsza forma przemieszczania się.















Po dobrych kilku godzinach jesteśmy naprawdę wymęczeni, powodują to głównie bezchmurne niebo i upał 36 stopni, wracamy zjeść obiad i pochillować do guesthousu, a wieczorem spacer i zachód słońca nad jeziorem.





DZIEŃ 5
Przejazd Polonnaruwa-Kandy (bus 175 rs - 4 zł, jakieś 4h). Kandy jest dla nas tylko przystankiem przed wyruszeniem w najbardziej zielony i górzysty region Sri Lanki, słynie ze świątyni Świątyni Zęba, w której przechowywany jest ząb Buddy - my jako, że nie jesteśmy super fanami takich akcji, traktujemy to z przymrużeniem oka, a samo miasteczko niespecjalnie nam przypadło do gustu - bardzo tłoczne i ruchliwe, polecamy uciec do rezerwatu Udawatta Kele, a później na Central Market, gdzie możemy kupić trochę przypraw i pierdołek - najpierw targując się przez kwadrans, żeby potem uświadomić sobie, że dla nas to 2 zł - ale taka kultura.

DZIEŃ 6
Wyczekiwana i zdecydowanie nieprzereklamowana podróż pociągiem do tzw. Hill Country, z Kandy (500 m npm) poprzez Nuwara Elija (1900 m npm) do Haputale (1500 m npm) - docelowo jedziemy do Ella, ale najpierw zatrzymujemy się w Haputale.

Do wyboru mamy bilety w 1, 2 i 3 klasie - my polecamy najtańsze i zajęcie miejsca w drzwiach (z lewej strony pociągu stojąc w kierunku jazdy) - widoki są tak niesamowite, że prawie całą podróż (5,5 h, nie wiem ile km torów, ale drogą jest to 140km) spędziliśmy na robieniu zdjęć i zastanawianiu się czy widzimy 10 odcieni zieleni czy 15. Poniżej udało mi się ograniczyć ilość zdjęć zieleni do 15 :)

































Po południu docieramy do Haputale - miasteczko wygląda słabo, mega biedne i zapyziałe, na szczęście hotel, który zarezerwowaliśmy dzień przed (w Polsce zarezerwowaliśmy tylko 4 pierwsze noclegi i okazało się to strzałem w dziesiątkę, ponieważ modyfikowaliśmy sobie w trakcie plan - obawialiśmy się tego, bo jesteśmy raczej ludźmi, którzy lubią mieć wszystko mega zaplanowane, przeczytane wszystkie blogi i wypisane miejsca do zobaczenia, ale naprawdę fajnie wyszło - mieć plan, a po drodze tylko wyszukując noclegi "last minute" w dobrych cenach). Miasteczko jest tak zapyziałe, że Silanway Holiday Inn - nowy guesthouse, był super wyborem, bardzo polecamy. Droga do niego przez jakąś minutę jest może lekko nieprzyjemna (jak całe to miasteczko). Stołowaliśmy się głównie w Risara Bakers & Pastry Shop i jeszcze jakimś miejscu polecanym na TripAdv., w Risara polecamy samosy - rzeczywiście rewelacja.

DZIEŃ 7-8

W Haputale nasze główne cele to:
1. Lipton's Seat
2. Horton Hills
3. sklep z herbatą Basilur
4. wycieczka po fabryce herbaty

Na pierwszy ogień idzie Lipton's Seat - wstajemy przed wschodem słońca, ponieważ o jakiejś 6.30 wyrusza autobus, który dowozi pracowników do Dambettene Tea Factory, skąd można wyruszyć na Lipton's Seat - nie wiem, czy spóźniamy się na ten autobus czy to on przyjeżdża wcześniej, ale niestety ucieka nam. Dogadujemy się z panem tuk tukowcem (za każdym razem ostrożnie, niestety wiemy, że dla nich jesteśmy "białe twarze" i są mili i uprzejmi, ale jednak u większości na pierwszym miejscu jest wyciągnięcie hajsu) dogadujemy się na jakąś kwotę i zostajemy zawiezieni do wejścia na Lipton's Seat - zależy nam na czasie, ponieważ wcześniej wyczytaliśmy w internecie, że trzeba tam być o 7 rano, po 9 widoki przysłaniają chmury (i rzeczywiście, w tym, a także w kolejnych miejscach jest to w 100% prawdą, także przez następne 5 dni wstawanie przed świtem robi się dla nas normą, co trochę odbijamy sobie na końcu wycieczki, nad oceanem). Wdrapujemy się na samą górę, oczy wychodzą nam z orbit, patrzymy w lewo i w prawo, a tak wszędzie widoki jak ze słynnej tapety Windowsa - naprawdę, tego miejsca nie można odpuścić. Dookoła olbrzymie połacie plantacji herbaty, wzgórza tonące w zieleni, błękitne niebo i (do 9 rano) ani jednej chmurki na niebie. Lipton’s Seat to miejsce położone na wysokości 1970 m. npm, z którego wcześnie rano rozpościera się widok w stromo opadającą dolinę. Dziwi nas trochę fakt, że na górze nie ma żadnej "fajnej, turystycznej kawiarenki", która robiłaby interes na tych widokach podając pyszną herbatę - zamiast tego na szczycie rezyduje grupka ludzi i robi interes sprzedając "herbatę" - nie wiemy co to było, ale smakowało jak zebrane i zaparzone chwasty i patyki :)













Na szczycie byliśmy o jakiejś 8 rano, widok był dobry, bezchmurne niebo, schodziliśmy niespiesznie, co kilka kroków zatrzymując się, żeby zrobić 101 zdjęcie zielonego pagórka, widać już chmury, które zaczęły nachodzić, szczególnie widać je było po zejściu dużo niżej, do tabliczki Lipton's Seat:































Schodząc na dół wciąż nie mogliśmy uwierzyć jak tu pięknie, jeszcze raz powtórzymy, że miejsca to jest nie do ominięcia - pewnie na całej Sri Lance jest sporo pól i upraw herbaty, jednak te zagęszczenie tutaj, ta ilość pagórków naprawdę wyróżnia się spośród innych miejsc.
W drodze powrotnej próbowaliśmy odwiedzić Dambatenne Tea Factory, ale akurat tego dnia mieliśmy pecha i produkcja była wstrzymana, pustych maszyn nie mieliśmy ochoty oglądać - stwierdziliśmy, że poszukamy w innym miejscu.

Nieśpiesznie wróciliśmy do Haputale, gdzie zrobiliśmy kilka krótkich spacerów zboczami gór, podziwiając widoki i chodząc w zasadzie w chmurach - byliśmy na wysokości ponad 1500 m npm.
Naszym kolejnym celem był zakup herbaty - sklep na mapie google nazywa się Websitelink tea sales haputale i znajduje się na Station rd. Kupimy tam głównie herbatę marki Basilur - w Polsce jest ona również dostępna za około 27 zł/100g, jest to naprawdę wysokiej klasy herbata, w wyżej wspomnianym sklepie udało nam się stargować cenę do ok. 10 zł za opakowanie 100g - prawdopodobnie i tak pan na nas sporo zarobił, koszty wytworzenia są ponoć duuużo niższe, ale dla nas ta cena była jak najbardziej ok. Zrobiliśmy ogromne zapasy dla siebie, a także na prezenty dla rodziców i znajomych (herbaty Basilur pakowane są w przepiękne opakowania - polecam wyguglać), nasza ulubione to zdecydowanie Frosty Day - 100% cejlońskiej czarnej herbaty z kawałkami owoców mango i żurawiny, ale rodzajów jest kilkadziesiąt, wszystkie można wąchać, myślę, że w sklepie spędziliśmy przynajmniej godzinę. Kupiliśmy też zwykłą czarną herbatę bez dodatków, w prostych srebrnych opakowaniach, nie tak pięknie zapakowana jak Basilur, dzięki czemu kosztowała jakieś 2 zł/100g i również polecamy. Przed wyjazdem można się trochę doedukować o oznaczeniach cejlońskich herbat: https://www.basilur.pl/oznaczenia-herbat-cejlonskich/.

Kolejnym celem było zorganizowanie sobie wycieczki do Parku Narodowego Horton Plains - naszym zdanie takie wycieczki najlepiej organizować przez guesthouse, w większości miejsc tak robiliśmy, ustalaliśmy cenę i ktoś z guesthousa organizował nam swojego znajomego, który dobrze mówił po angielsku.

Tak więc kolejny dzień zaczęliśmy o jakiejś 4 rano, dojazd tuk tukiem zajął nam około 1,5h - jest wiele możliwości dotarcia do parku, lepszą pewnie jest dotarcie kilkuosobowym busikiem (stoją one przy drodze na stacje), jednak u nas nie było żadnych chętnych, więc cena dla 2 osób była wysoka. Najbliższa stacja kolejowa to Pattipola i tak również można kombinować, aby się dostać, wycieczki organizowane są również z Nuwara Eliya. Głównymi atrakcjami w parku są przepaść World's End oraz Small World's End i wodospad Baker's Falls. Po zapłaceniu za bilety - których cena trochę boli - od początku.. podjeżdżamy do okienka biletowego pierdzącym tuk tukiem i pan w okienku nalicza nam tysiąc pięćset opłat i mówi, że do zapłaty jest około 6 lub 7 tysięcy rs - cena ponoć ustalana jest w zależności od humoru pana w okienku, czytamy wcześniej opinie w internecie, że waha się ona od 5500 Rs do nawet 8000 Rs (ceny za 2 osoby, czyli tuk tuka).. Wiemy, że jesteśmy na obcym terenie, biednym, że jak na ich warunki to jesteśmy bogaci, zwiedzamy ich kraj, więc powinniśmy płacić - ale przecież spędzając w kraju 3 tygodnie i tak zostawiamy nasze pieniądze na noclegi, jedzenie, transport.. Nie lubimy po prostu jak ktoś nas oszukuje, domyślamy się, że pan nadwyżkę schowa sobie do kieszeni - w międzyczasie wypisywania biletu wielkości A3 udaje mi się zobaczyć kartkę z fragmentem cennika, wejściówka local adult kosztuje 60 rs :) W każdym razie, po minięciu bramy i podjechaniu jeszcze kilku-kilkunastu kilometrów pan tuk tukowiec nas wysadza i wyruszamy - dochodzimy do znaku i możemy iść w prawo lub w lewo. Tak naprawdę to ta sama trasa, ponieważ jest to pętla, więc tylko kolejność jest inna. Idąc w lewo zaczynamy od Small World’s End i szybciej dochodzimy do World's End co polecamy (jak wiemy widoczność i brak chmur tutaj w górach jest tylko do 9, co wybitnie widać poniżej), a idąc w prawo od Baker’s Falls, które my odwiedzamy w drodze powrotnej. Trasa ma 9 km i nie jest jakoś szczególnie wymagająca, idzie się po prostym lub konarach, kamieniach - nam trochę dłużej zajęła droga, pan tuk tukowiec nie szarżował, więc trochę biegniemy (przed nami jest też kilka wycieczek głośnych Chińczyków, więc chcemy ich wyprzedzić, aby przynajmniej przez 15 minut porozkoszować się ciszą na szczycie).
Droga wygląda na początku tak:





Później bieg wygląda tak:



I udaje się - zdążyliśmy przed chmurami i przed Chińczykami (naprawdę nie jesteśmy rasistami, ale należy to do kanonu wiedzy powszechnej, że grupy tej narodowości są 10x głośniejsze i 10x bardziej absorbujące niż innych), robimy kilka fotek i siadamy na krawędzi, aby zjeść spakowane w guesthousie śniadanie no i nie wiemy - czy tylko nas widok ten tak nie zachwyca? Czy to wkurzenie bardzo drogimi biletami, nieadekwatnymi do poziomu atrakcji? To już pozostawiamy do oceny każdemu indywidualnie - my nie polecamy tej atrakcji, zdecydowanie byśmy ją ominęli - natomiast widziałam zdjęcia w internecie z World's End z samego wschodu słońca, który nas troszkę ominął i nie był zbyt spektakularny tego poranka i są bardziej urokliwe - później mamy porównanie do dwóch trekkingów w Ella (o czym poniżej), których darmowe widoki robią na nas takie wrażenie - że tak jak wyżej, raczej ominęlibyśmy Horton Plains:











Mamy wrażenie, że chmury są ustawione jak w zegarku - punkt 9 nadlatują i przez kolejne 20-30 minut, które tam spędzamy nie widać nic, współczujemy osobom, które dopiero weszły lub które mijamy dalej (idą dłuższą drogą od strony Baker Falls) - i mają już nikłe szanse na widok:





Dalsza część parku i wodospad Baker Falls, który również nas nie zachwycił:















W drodze powrotnej opowiadamy naszemu panu z tuk tuka o naszych wrażeniach, wydaje się jakby nas rozumiał i chce chyba uczynić naszą wyprawę bardziej udaną, w związku z czym zatrzymuje się przy wszystkich owocach i warzywach rosnących po drodze, z przejęciem pokazuje nam rosnące awokado, chlebowce, mango i masę innych, a najśmieszniejszy jest zatrzymując się przy polu z ziemniakami i tłumacząc z przejęciem, że tutaj rosną ziemniaki, co trochę brzmi jak rarytas na Sri Lance. Jego zdziwienie jest ogromne, kiedy opowiadamy mu, że standardowy polski obiad to ziemniaki + mięso + warzywa i jest to u nas tak powszechne, jak w Azji ryż. Podróż upływa nam bardzo miło, jednak podsumowując koszta ok 6000-7000 rs za wejściówki + ok 2500 rs za transport = 8500-9500 rs (dokładnych cen nie pamiętamy, ale oscylują w tych granicach) uważamy, że nie było warto, na końcu zasugerujemy kilka miejsc, których nam nie udało się odwiedzić, ale z relacji w internecie brzmią super.

Wracamy do Haputale i udajemy się na pociąg do Ella, gdzie spędzamy 3 noce - Guesthouse nazywa się Green Village, prowadzony jest przez przemiłą rodzinę z gromadką dzieci - standard jest bardzo prosty, ale taras i rozpościerający się widok oraz pyszne śniadania, a także cena - to nasz najtańszy nocleg 39$ za 3 noce dla 2 osób ze śniadaniem - to naprawdę rekompensuje prostotę pokojów :)

DZIEŃ 9-11

Ella to miasteczka, którego klimat baaaardzo nam przypada do gustu, pełno młodych ludzi z całego świata, klimat można określić jako taki "backpackerski", dużo fajnych knajpek z pysznym jedzeniem, główna ulica wyglądająca chyba najfajniej ze wszystkich odwiedzonych miasteczek, dookoła dużo zieleni i szlaków na trekkingi - naprawdę raj, te 3 noce to minimum czasu, który trzeba tu spędzić, myślę, że nie zobaczyliśmy połowy ze znanych rzeczy do zobaczenia - tutaj troszkę uniemożliwiła nam to pogoda, zazwyczaj wyglądała ona tak, że rano było pięknie i słonecznie, po południu 14-17 była ogromna tropikalna ulewa, po czym po 17 było znów pięknie, wszystko się osuszało i mieliśmy kolorowe zachody słońca. Nam ta ulewa nie przeszkadzała - chociaż przez chwilę powietrze się schładzało, ale uniemożliwiło nam to zobaczenie kilku rzeczy, które mieliśmy zaplanowane na popołudnie (Ravana's Cave, Ravana's Falls, Buduruwangala - wykute w skale posagi Buddy, 30km od Ella). Naszym głównym must see były:
- Little Adam's Peak (o wschodzie słońca),
- Ella Rock (z samego rana, przed 9 - powtórka z rozrywki z widokiem z World's End),
- Nine Arch Bridge i spacer wzdłuż torów (tak tutaj poruszają się miejscowi mieszkający pomiędzy stacjami kolejowymi)

Pierwszego dnia odwiedziliśmy Little Adam's Peak - mieliśmy mały falstart, ponieważ chcieliśmy być tam o wschodzie słońca, ale nie chcieliśmy iść po ciemku, więc dogadaliśmy się z panem tuk tukiem, że przyjedzie po nas o 6 rano. Niestety pan nie przyjechał ani o 6 ani o 6.15, a przy głównej ulicy ku naszemu zdziwieniu o tej godzinie nie było ŻADNYCH tuk tuków, dopiero po jakimś czasie, gdy szliśmy już pieszo w stronę Little Adam's Peak złapaliśmy jednego, który nas podrzucił do momentu, w którym już trzeba się wspinać o własnych siłach do góry, niestety jednak ominęła nas gra świateł wschodzącego słońca - wchodząc na górę widzieliśmy, że dookoła jest pięknie, ale byliśmy jakieś 20 minut spóźnieni:

















W oddali cudny widok na setki zielonych pagórków:



Widok na Ella Rock, na którą wspinaliśmy się kolejnego dnia:



Widoki przepiękne, polecamy jednak być tu najpóźniej o 6.30, aby nie ominęła nas cała gra świateł na szczycie :)

Następnie powolnym krokiem udaliśmy się do naszego noclegu na śniadanko, a później na spacer wzdłuż torów kolejowych, wychodząc od stacji w Ella dochodzimy do sławnego mostu Nine Arch Bridge - zbudowany został w 1921 roku w czasie panowania brytyjskiej kolonii i leży ponad 3100 metrów nad poziomem morza. Warto wcześniej sprawdzić godziny pociągów, super jest móc uwiecznić je na zdjęciach przejeżdżające przez most i nie czekać za długo w upale - trochę gorzej uciekać później przed nimi z torów, kiedy spacerujemy dalej i słyszymy nadjeżdżający z za zakrętu pociąg.











Tak dobrze nam się szło, piękna pogoda, że doszliśmy aż do Demodara Railway Loop i Demodara Iron Bridge, niestety w ciągu najbliższych godzin nie było pociągu powrotnego (dobrze to sprawdzić przed wyjściem, pociągi w daną stronę puszczane są w określonych godzinach), a zaczął nadchodzić deszcz, więc skierowaliśmy swoje kroki do fabryki herbaty, po której oprowadził nas sympatyczny pan niestety z dość słabym i mocno hinduskim angielskim, więc czasem ciężko było zrozumieć o czym opowiada.

Fly4free nie pozwala już na więcej tekstu, w związku z czym dalszą część podróży (Ella Rock, zjazd nad Ocean do Tangalle, Mirissy i innych, i ogólny kosztorys) opiszę w kolejnym blogu.

Dodaj Komentarz