0
Semateusz 26 lipca 2018 14:08
Witam Was serdecznie!

Długo zastanawiałem się, czy napisać te relacje, po mojej wcześniejszej-niedokonczonej-relacji z wypadu na Karaiby...ale co mi tam. Ta podróż była podróżą mego życia. Najlepsza w moim dotychczasowym, krótkim życiu podróżnika.

Pomysł na Chile pojawił się trochę przypadkowo...może nawet bardzo przypadkowo. Pewnego poranka, moja małżonka obudziła się na potwornym kacu i stwierdziła, że:
Małżonka: Śniły mi się Chile! Jedziemy do Chile!
Ja: Yyy..okej. Ale jak Ty to chcesz zrobić, skoro nam się budżet nie domyka po weselu?
M: G*wno mnie to obchodzi jak, postanowione, w kwietniu jedziemy.
Ja: oookeeejjj... :shock:

Myślę sobie, fajnie, marzyc można, ale skąd w 5 miesięcy wytrzasnąć pieniądze na wyjazd na drugi koniec świata? Będę jadł kamienie, pil wodę z kałuży, a nuż widelec cos się uzbiera... Plan był prosty, kupujemy bilet do Chile na kwiecień(był listopad), a potem jakoś to będzie.

Spędziłem trochę czasu na szukanie najtańszych biletów na trasie GOT-SCL-GOT, ale nie mogłem znaleźć jakiejś zadowalającej ceny w stosunku do czasu, jaki mamy spędzić na tranzycie. Musiałem pogodzić się z cena około 2700 PLN za osobę. Bilety kupione! :D :D Teraz mamy duuuużo czasu na planowanie całego pobytu (13 dni) w Chile. Zakładaliśmy dwie wersje, wszystko na miejscu lub wszystko zaplanowane, kupione, zabukowane przed wylotem. Stwierdziliśmy, ze wciąż nie nadeszła ta podróż całkowicie spontaniczna, wiec wybraliśmy opcje numer dwa. Zaczerpnęliśmy trochę informacji co zobaczyć w Chile. Hmmm... Było tego tyle, ze życia nie starczyłoby na objechanie tego pięknego kraju. Nie byliśmy pewni kiedy i czy kiedykolwiek wrócimy tam, postanowiliśmy wiec zrobić trasę Santiago-Punta Arenas-Puerto Montt-Iquique-Buenos Aires-Santiago. Wszystkiego po trochu, trochę Patagonii, trochę pustyni, szybki wypad do Argentyny.

Raz, dwa obczajka na możliwości lotów, do wyboru były dwie linie lotnicze, Sky Airlines oraz LATAM. Mieliśmy trochę szczęścia, bo na kilka miesięcy w przód bilety były za śmieszne pieniądze. I tak za cala trasę zapłaciliśmy jakieś 1600 zl za osobę co przy łącznie 7 lotach wydawało się być atrakcyjna cena. (pod koniec podróży, ostatecznie dowiedzieliśmy się, ze były to atrakcyjne ceny :? :? , ale o tym później)

Postaram się opisać dzień po dniu, co gdzie i jak. Dodam też po kilka zdjęć dla każdego dnia, żeby umilić oko.

c.d.n..Wylot+dzień pierwszy

Dzień wylotu nie za bardzo pamiętam, może dlatego ze spałem dwie godzinki, gdyż do pozna pakowaliśmy swoje graty. Każde z nas zabrało bagaż podręczny plus aparat i dron. Nie jesteśmy z tych, co biorą cale walizy :D To miał być mój pierwszy lot samolotem z dronem na pokładzie, wiec starałem się go zabezpieczyć jak tylko się da, żeby służby na lotnisku nie przyczepiły się do niczego. Mieliśmy mały problem z zapakowaniem odzieży na trzy różne strefy temperatury (od -2 do +35), ale jakoś daliśmy rade. Na kilka dni przed wylotem dowiedziałem się o strajku Air France, odwoływane były loty m.in. do Chile. Nasze szczęście, ze ostatni dzień strajku był dzień przed wylotem, ale wiedzieliśmy, że będzie tłoczno w samolocie…

Lot mieliśmy z międzylądowaniem w Paryżu, niestety nie jesteśmy doświadczeni w wyjściu z lotniska na szybkie zwiedzanie, wiec stwierdziliśmy że czekamy 11 godzin… Nuuuuudy, tak duże lotnisko I nic ciekawego do roboty. Dobrze, że jest darmowy roaming, to cosik się pooglądało, pograło i jakoś dotrwaliśmy do 23.

Lot minął nam szybko, pewnie dlatego że był nocny. Po około 14 godzinach wylądowaliśmy w Chile. Nasza przygoda zaczęła się na dobre! :D :D Na lotnisko umówiłem się z moja kuzynka, która tam mieszka od kilku lat. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy się, to miało być nasze pierwsze spotkanie. Mimo tego, w gąszczu ludzi czekających na swoich bliskich, jak i tych, co to mają najlepsze ceny za przejazd taksówka, szybko rozpoznaliśmy się nawzajem. Plan na ten dzień był taki, ze Santiago opuszczamy i jedziemy do Vina del Mar, a potem Valparaíso. Ogólnie trochę pozwiedzać, trochę pogadać. Kupiliśmy bilet powrotny na autobus do Santiago na 22, a potem chodziliśmy dookoła. Nie powiem, około 16 nogi weszły mi w d..pe I zastanawialiśmy się, czy nie zmienić biletu na wcześniejszy. Po krótkiej naradzie poszliśmy do kasy, ale okazało się, ze wszystkie bilety są już sprzedane. Trafiliśmy na dzień, w którym mecz grały lokalne drużyny, cos na wzór El Classico tyle, ze Chilijskie. No nic, trochę zmęczeni dreptaliśmy dalej. Valparaíso to bardzo urocze miasto, troche studenckie, hippisowskie można powiedzieć. Co rusz jakieś kolorowe Arty na ścianach, które robiły na mnie wielkie wrażenie. Wiadomo, polskie JPna100% na murze nie jest forma sztuki. Tamte były prawdziwym arcydziełem. Jedno zdjęcie zamieszczam niżej..


Co chwile czuć było won zielonej rośliny, czułem, ze zaraz ja będę na haju, tak geste było powietrze. Valparaíso jest dla ludzi z dobra kondycja, my do nich nie należymy. Te pagórki, wzgórza, przerastały nasze możliwości, zaczęliśmy czuć niesamowite zmęczenie w nogach, ale naszym postanowieniem było, żeby zobaczyć jak najwięcej, każdy dzień na 200%.

Wciąż nie mieliśmy wykupionego noclegu, mieliśmy spać na lotnisku, bo rano o 5:30 mieliśmy lot do Punta Arenas. Po tak długiej podróży, po tylu kilometrach zrobionych w Valparaiso marzyliśmy o tym, żeby wziąć prysznic I się położyć w łóżku chociaż na te kilka godzin. Około 20 dowiedzieliśmy się o zamieszkach, które wywołali ‘’kibice’’ COLO COLO-druzyny z Santiago. Były dość poważne, napadli na kasjerki w ZOO, zaczęły się burdy na ulicach. Tego nie mieliśmy w planach, ale zostaliśmy zmuszeni do wykupienia noclegu nie w mieście, a jak najbliżej przystanku, na którym mieliśmy wysiąść. Pewnie wielu z was się domyśla, że lotniskowe hotele nie są tanie… I tak o to pozbyliśmy się 210 dolarów. Plan budżetowy zaczął się powoli sypać już pierwszego dnia, ale nie chcieliśmy ryzykować dostania po mordzie. Nocleg wykupiony, idziemy na dworzec, a tu okazuje sie, ze autobus nie przyjedzie, bo…kibice napadli na kierowcę. Zastanawiające było to, ze wszyscy wiedza, ze kierowca nie ma pieniędzy, bo bilety kupuje się w kasach. Jaki był motyw nie wiadomo, ale my zaczęliśmy sie martwic o nasz wyjazd I jutrzejszy lot do Punta Arenas. Z godzinnym opóźnieniem udało nam się wyjechać innym podstawionym autokarem. Do hotelu dotarliśmy przed 2 w nocy. Jaka ulga! Wziąć prysznic i położyć się spać o 3. Tak, o 5:30 mieliśmy samolot, na lotnisko minuta, szybka kalkulacja, śpimy do 4 i w drogę. Obudziliśmy się o 5 rano.. Gdyby ktoś mi mierzył czas na 100metrow, na pewno byłbym szybszy niż ten Pan z Jamajki. Dobrze, ze podróżujemy bez bagażu głównego, zdążyliśmy na 5 minut przed odprawa. Lecimy do Punta Arenas!Dzień drugi
i kolejne...

Tak jak we wcześniejszym poście napisałem, ledwo co zdążyliśmy na samolot do Punta Arenas. Ale co żeśmy przebiegli i wypocili to nasze :D
Na południu Chile mieliśmy być 4 dni. Lądowaliśmy o wczesnej godzinie, więc chcieliśmy od razu złapać jakiegoś busa do miasta i wykupić wycieczkę na pingwiny. Niestety okazało się, że wszystkie turismo odjechały pół godziny przed nami i nic już dziś nie zobaczymy. Tutaj rozjechał nam się plan, bo w Punta Arenas nie ma ''nic'' ciekawego do zobaczenia, muzea i pomniki nie bardzo nas interesowały. Zdecydowaliśmy się na podróż tego samego dnia do Puerto Natales, skąd mieliśmy ''rzut beretem'' do większości ciekawych miejsc. Pani, z którą rozmawialiśmy na migi odradzała nam wynajem samochodu, ponieważ wiatry wyrywają drzwi od samochodu i mogą być potem z tego tylko problemy. Poleciła nam złapać jakiś autobus(o ile pamiętam Bus-Sur) i tym sposobem dostać się do P.N . Tak też zrobiliśmy, bilety w jedną stronę kosztował chyba 8.000 pesos, ale standardowo wygoda pierwsza klasa ;) ;) Trasa przejazdu miała około 250 km , to była najnudniejsza podróż autokarem. Żeby jeszcze jakieś zakręty czy coś, ciągle proste, ciągnące się kilometrami drogi... Jednak im bliżej celu, tym krajobraz zmieniał się coraz bardziej. Zaczęły się górki, pagórki, wzgórza. Piękne zniszczone, wysuszone lasy, a raczej pozostałości obrośnięte grubą warstwą mchu.

Do celu dojechaliśmy około 16, na miejscu szybkie rozeznanie, wykupienie noclegu i w miasto szukać jakiegoś biura turystycznego. Z tym akurat nie ma tam najmniejszego problemu, weszliśmy do pierwszego napotkanego. Skromne biuro, a w środku miły pan, który nie umiał po angielsku(im dłużej w Chile, tym bardziej nam to doskwierało, ponieważ my hiszpański to tylko w telenowelach słyszeliśmy) Najpierw próbował ściągnąć translatora, ale po 10 minutach stwierdził, że internet ''noł working'' . Korzystając z naszego perfekt hiszpańskiego powiedzieliśmy że chcemy zobaczyć jak najwięcej, jak najtaniej i w ciągu dwóch dni. Nie było to łatwe, ale udało nam się dojść do porozumienia, Jutro lodowiec Perito Moreno w Argentynie, a pojutrze Park Narodowy Torres del Paine. Zadowoleni wpłaciliśmy wymaganą kaucję i poszliśmy do hotelu się zameldować i trochę odświeżyć. Resztę dnia spędziliśmy na wycieczce po mieścinie.

Puerto Natales to naprawdę piękne miejsce. Tak czystego miasta nigdy nie widziałem. Przez cały pobyt nie znalazłem ani jednego papierosa leżącego na ziemi. Sami jesteśmy palaczami, więc dla nas było jasne, że musimy dbać o czystość. Kosze na śmieci wyrastały z chodników jak grzyby po deszczu, chyba w tym tkwił sukces czystości.
Jednym z takich ważniejszych punktów w mieście jest nabrzeże, jedno fajne miejsce na tę ''idealną'' fotkę z wakacji. Nigdy nie widziałem tylu ludzi fotografujących jeden widok. Oczywiście też do nich należę :D (zdjęcia wrzucam na samym dole, każde będzie podpisane gdzie było robione)
Gdy powoli zapadł mrok, zobaczyliśmy terenówkę...na polskich rejestracjach. Oczywiście nie mogłem odmówić sobie pogawędki z rodakami prawie na końcu świata. Spotkaliśmy ''Szpilki na mapie'' pewnie wielu z Was kojarzy ;) bardzo sympatyczni ludzie, podziwiam ich za wytrwałość w dążeniu do celu. Pozdrawiamy gdyby kiedyś przypadkiem natrafili na ten wpis... :D

Dzień 3

Jeśli dobrze pamiętam, mieliśmy zostać odebrani spod hotelu o godzinie 4:30. Podjechał po nas typowy minibusik z kilkoma ludźmi na pokładzie. Szybki objazd dookoła, żeby zabrać pozostałych i.. nagle słyszymy polskie imię. No ale ni byliśmy pewni więc siedzieliśmy cicho. Trasa jaką mieliśmy pokonać tego dnia była dość długa bo było to łącznie około 800 kilometrów. Na granicy z Argentyną były dwa 'punkty kontrolne, wyjazdowy z Chile oraz wjazdowy do Argentyny. Pan kierowca coś tam powiedział po hiszpańsku, więc zagadaliśmy do ''Polaka'' czy rozumie hiszpański. Okazało się, że trochę i że jest z..Polski. No to super kolejny Polak na końcu świata! Nas to chyba wszędzie widzieli :D kolega odbywał akurat podróż dookoła świata i traf chciał, że zmierzaliśmy w tym samym celu. Czekaliśmy wszyscy grzecznie, aż celnicy otworzą punkt kontrolny po czym każdy musiał pokazać paszport i karteczkę którą dostaje się przy wjeździe do Chile. Tak, ja musiałem oczywiście zapomnieć jej, i był mały problem z puszczeniem mnie dalej. Stałem chyba 2-3 minuty z błagalnym wzrokiem, blokując kolejkę. Wydaje mi się że celnik chciał mnie tylko postraszyć, ale sam nie wiem... sprawiają wrażenie służbistów, po czym chwile poźniej wszyscy się śmieją i żartują. No nic, udało mi się dostać pieczątkę wyjazdową. Na drugim punkcie poszło zdecydowanie lepiej :D po kilku godzinach jazdy, w kooooooooońcu dojechaliśmy pod lodowiec. Pierwszy widok z kilku kilometrów już zrobił na mnie wielkie wrażenie... cały festiwal zaczął się już na miejscu. To są takie momenty w życiu, kiedy człowiek zdaje sobie sprawę, że jest tak naprawdę niczym, w stosunku do natury. Nie wiem, czytałem opinie różnych ludzi, niektórzy mówią, że lodowiec jest taki sobie... Szanuję zdanie każdej osoby, ale się z tym nie zgadzam! :D :D Miałem nadzieję, że będę mógł zrobić jakieś fajne ujęcia dronem, ale tutaj pojawiły się pierwsze problemy. Dowiedziałem się, że praktycznie wszystkie parki, rezerwaty itp są obszarami wolnymi od dronów, latanie jest surowo karane bla bla bla... miałem szczęście, że pogoda była masakryczna, bo chyba bym zaryzykował :D :D
Mówiąc o pogodzie mam na myśli oczywiście pogodę pod lodowcem, bo jakieś 10 km dalej już piękne niebo i ciepełko. Zdecydowaliśmy się na rejs promem, z którego można z bliska podziwiać lodowiec. I tu miałem mieszane uczucia, niby fajnie, niby lepszy widok, ale jednak trochę za drogo.. Jeśli ktoś chce wydać ostatnie pieniądze, żeby zobaczyć bliżej, nie polecam.

Po kilku godzinach zwiedzania, czas na powrót. Pamiętajcie, nie można wwozić na teren Chile jedzenia, owoców itd. Nawet jabłka kupione w Chile :) kolega, którego poczęstowaliśmy właśnie jabłkiem nie skonsumował go i zostawił w plecaku. Zgadnijcie komu zrobili chilijscy celnicy problem na granicy :D :D
Również pozdrawiamy, jeśli przypadkiem trafi na te relację!

Dodaj Komentarz

Komentarze (1)

grotek 27 lipca 2018 19:56 Odpowiedz
Czekam na pierwsze fotki!