+1
Bubu69 8 sierpnia 2018 22:23
Cześć wszystkim, niedawno odbyłam swoją wymarzoną podróż do USA i chętnie podzielę się z Wami swoimi przygodami :). Nie wydarzyło się co prawda nic niezwykłego, a podobne wyprawy były już opisywane, ale mam nadzieję, że jeszcze wniosę coś nowego :). A na przykład to, że jest to opowieść o tym jak NIE zaoszczędzić na wyjeździe :P i takie tam ciekawostki ;) (również jak przytyć ;)). Niestety nie jestem jeszcze tak wprawionym podróżnikiem, żebym mogła podzielić się z Wami tajnikami super zniżek na noclegi, wynajmu auta czy jedzenia, dla mnie było ważne, żeby w ogóle pojechać i to wszystko zobaczyć (a co się narobiłam nadgodzin w pracy to moje :P ), także jak ktoś chętny do poczytania to zapraszam :)!


Nasza wyprawa trwała 16 dni, przemierzyliśmy w tym czasie autem ok.5600 km po Kaliforni, Nevadzie, Utah i Arizonie. Wszystkie noclegi zdecydowałam się zabukować wcześniej, aby na miejscu nie zastanawiać się nad takimi rzeczami i nie tracić czasu na poszukiwanie miejsca do spania – z czego byłam bardzo zadowolona i polecam. Rezerwacje zrobiłam na stronie booking.com kilka miesięcy wcześniej, w zasadzie bez żadnych niespodzianek, aczkolwiek zdarzył się jeden problem, który opiszę później. Nie brałam pod uwagę, że będzie jakaś obsuwa i gdzieś nie dojedziemy, w takiej sytuacji na pewno byśmy improwizowali ;), ale akurat nic takiego się nie wydarzyło (wiem, nuda ;)). Polecieliśmy tam we dwójkę – ja i mąż, dla którego wszystkie odwiedzane miejsca były niespodzianką, gdyż ja wzięłam na siebie zaplanowanie całej trasy (dobrze ma, co nie ;)?), jako że było to moje marzenie od bardzo dawna.


A zaczęło się dosyć niewinnie, tylko od stwierdzenia "a może by zrobić w życiu coś fajnego, na przykład przejechać się kultową Route 66". Niestety dla mnie wyjazd do Ameryki te parę lat temu był niewyobrażalny, wręcz niemożliwy do zrobienia. Wyrobienie wizy (tzn. "przecież to musi być bardzo ciężkie ją dostać, "jak się w ogóle za to zabrać", "na pewno by mi nie dali" itp.) było już dla mnie początkowym problemem, a co dopiero dalsze plany. Jednak gdy pewna życzliwa koleżanka powiedziała mi tak od niechcenia "zrób to po prostu" uwierzyłam, że się da. Zaczęłam się interesować wszystkim po kolei i odkrywać piękno przyrody jakie kryje w sobie Ameryka. Zdaję sobie sprawę, że na świecie jest wiele wspaniałych miejsc wartych odwiedzenia, nie wiem czemu akurat USA tak mocno pobudziło moją wyobraźnię i chęć podróży tam, może to przez te wszystkie amerykańskie filmy, w których dzieją się niesłychane rzeczy, sprawiły, że chciałam zobaczyć to wszystko na własne oczy. Potem już dalsza wiedza o oszałamiającej przyrodzie pozwalała mi się dalej zakochać w Stanach.


Spędziłam długie godziny na czytaniu Forum Fly4free i z góry chciałam podziękować wszystkim, którzy pomogli zaplanować mi tę podróż, odpowiadali cierpliwie na moje pytania i te w dyskusjach ogólnych, jak i w prywatnych wiadomościach, dzięki czemu mogłam uniknąć błędów i odwiedzić te wszystkie niesamowite miejsca. Także DZIĘKUJĘ raz jeszcze i pozdrawiam wszystkich Forumowiczów – Wasza pomoc jest nieoceniona :)!

Wszystkie informacje, co, jak, gdzie, czym, dlaczego i po co będę opisywać w trakcie relacji, oszczędzę chyba sobie tylko podsumowania kwotowego, bo aż mi szkoda mojego portfela :P, na pewno można zrobić to dużo taniej i równie fajnie, a nawet i fajniej :). Z góry przepraszam, jeśli moje opisy będą aż nadto długie, ale czasem wplotę jakieś informacje być może dla jednych oczywiste, ale dla tych co jeszcze nie lecieli tak daleko całkiem przydatne (ja też szukałam odpowiedzi na wiele moich "głupich" pytań).


A więc zaczynamy :)!Dzień 1. 07.06.2018 LOS ANGELES (2 noce)

Santa Monica, Venice Beach

Wylot do LA 8:50 – przylot 14:30

Lecieliśmy liniami LOT, bilety zakupione w styczniu po "promocyjnej" cenie ok.5600 zł :) dla 2 osób w dwie strony. Wylot z Gdańska, przesiadka w Warszawie, wylot do LA. Lot trwał ok.12 h, siedzieliśmy we dwójkę na potrójnych siedzeniach, także było naprawdę ok. Nie jestem osobą, która miałaby się czepiać jakichś niedogodności, tak że jak dla mnie wszystko było super. Oglądanie filmów, patrzenie na chmury i wyczekiwanie amerykańskiej ziemi – coś wspaniałego :).


Fot.1

IMG_3656.jpg




Po wylądowaniu na lotnisku czekała nas odprawa imigracyjna, której też się z lekka obawiałam (robić normalne miny, zachowywać się naturalnie, nie wzbudzać podejrzeń :P), chociaż nie miałam nic na sumieniu :). Po wyjściu z samolotu z bagażem podręcznym, zgodnie z radami na forum "idź jak najszybciej, zero zatrzymywania w wc i takie tam", "popędziliśmy" prosto do odprawy (bez "januszowania" jakby co ;)), aby czas oczekiwania był jak najkrótszy. Najpierw trzeba było wypełnić formularz w takim stojącym komputerze, chyba to samo co dali nam na papierze w samolocie (co okazało się w ogóle niepotrzebne). Po chwili podchodzi do nas jakiś pracownik i mówi do mojego męża : "Pokaż mi swój rękaw." Moje myśli od razu "o kurde, wyglądamy na podejrzanych, zaraz nas będą sprawdzać, osobny pokój, koniec z nami, trzepanie rzeczy (czy czego tam jeszcze :P)" – jako że mąż ma wytatuowane całe ręce, co rzuca się od razu w oczy. Po chwili konsternacji oczywiście okazało się, że Pana zaciekawiły te wszystkie tatuaże i chciał po prostu je zobaczyć. I w tej chwili doświadczyliśmy już amerykańskiej życzliwości. Pan z nami od razu zagadał, popytał, pomógł wypełnić formularz , powiedział co najlepiej zaznaczyć i życzył udanej wycieczki. Od razu pomyśleliśmy – "ale tu zajebiście", a jeszcze nie zdążyliśmy wyjść z lotniska :). Rozmowa z urzędnikiem przebiegła szybko, pytania w stylu "po co przyjechaliśmy", "na jak długo" itp i po ok.45 min. od wyjścia z samolotu zostaliśmy wpuszczeni do USA :).


Fot.2

IMG_3666.jpg




Potem wszystko poszło już dosyć sprawnie, trzeba było odebrać bagaż, więc szukaliśmy taśmy z naszego samolotu przez kilka minut, nie wiem tylko czemu pracownicy lotniska zorientowali się po naszych poszukiwaniach, że jesteśmy z Polski, bo widząc nas błądzących po omacku pytają "Polish?" - "tak" – no to Wasz bagaż jest tam. Nie wiem czy Polacy są tam zawsze zagubieni (zwłaszcza, że obok taśm są wielkie monitory wskazujące nr taśmy i nr lotu), ale było to dosyć pocieszne :) (już więcej nie damy się tak zfrajerować ;) - ale jakby co, to jest info dla tych, co też rzadko bywają na lotniskach ;)). Tak że tak to wygląda po wylądowaniu.


Następnie czekamy na darmowego shuttle busa do naszej wypożyczalni – Alamo. Zdecydowałam się na nią po opiniach w internecie oraz dostępnych opcjach przy wynajmie, np. Wysokość wkładu własnego przy jakiejkolwiek szkodzie 0 zł. Auto rezerwowałam kilka miesięcy wcześniej poprzez stronę rentalcars.com, od razu z ich ubezpieczeniem, klasa SUV – za auto na 16 dni wyszło ok.1800 zł + ubezpieczenie ponad 500 zł, odbiór i zwrot w tym samym miejscu. Pan na miejscu zaproponował nam auto klasę wyżej, dokładnie Jeep Grand Cherokee za 30$ więcej za dzień! Oczywiście za drogo, no to zszedł do 20$ za dzień. Mimo tego, w życiu nie zdecydowalibyśmy się na taką stratę pieniędzy, ale z tego co wiem wielu osobom często trafiają się dobre okazje. Bardzo fajną "zabawą" jest wybieranie auta w alejce danej klasy :), pierwszy raz się z tym spotkaliśmy - "to który" "może ten" "a może ten" "teraz nie wiem jaki" "chyba ten lepszy" "a zajrzyjmy do środka" i takie tam podobne trudne, życiowe wybory :). Zdecydowaliśmy się na Nissana Rogue w kolorze mocca. W zasadzie pierwszy wybór, ponoć zawsze najlepszy.


Fot.3

IMG_3675-001.jpg




Po Stanach poruszaliśmy się z nawigacją z aplikacji Here, z mapami działającymi offline. Przed wyjazdem dodałam w niej do ulubionych wszystkie punkty, do których mieliśmy dojeżdżać tj. noclegi, parki, ale także punkty przez które chciałam, żebyśmy przejeżdżali, bo inaczej nawigacja by nas tak nie poprowadziła. Prosto z wypożyczalni pojechaliśmy do salonu T-mobile, którego adres wbiłam wcześniej do aplikacji, 3 min. jazdy samochodem od Alamo. Tam zakupiliśmy kartę sim za ok.40$ w pakiecie turystycznym na 3 tygodnie, darmowe rozmowy i smsy do USA, darmowe smsy do Europy oraz 2 gb internetu (m.in. polecana tu na forum). Karta była używana w dodatkowym telefonie, który służył za nawigację. Praktycznie cały czas bazowaliśmy na aplikacji Here offline, mapy działały świetnie, telefonu do dzwonienia użyliśmy może raz, kilka smsów i raz chyba internet. W większości korzystaliśmy z wifi w hotelach, żeby połączyć się z rodziną i znajomymi. Ale gdyby coś się stało chciałam mieć możliwość tanich/bezpłatnych połączeń i internetu.

Ponieważ nasz hotel był oddalony ponad godzinę od lotniska, plan był taki, że jedziemy od razu obok na plażę Santa Monica i zrobimy sobie spacerek wzdłuż promenady do Venice Beach i z powrotem. Pojechaliśmy na znaleziony wcześniej i wbity w nawigację płatny parking tuż przy plaży Santa Monica. No i stało się, zaczęlismy zwiedzanie :)!


Fot.4

DSC00108.JPG




Plaża była fajna, z jednej strony morze, z drugiej zielone wzgórza, ale zrobiliśmy tylko krótki spacer, gdyż nie są to białe piaski wysp karaibskich ;). Przeszliśmy się po drewnianym molo, gdzie jest pełno knajpek, budek z jedzeniem i sklepów z pamiątkami (ja nie wiem co to jest, ale na to wychodzi, że cały świat jest taki sam z tymi wszystkimi "kiczowatymi" pamiątkami, te same bluzki, kubki, torebki, magnesy są wszędzie gdzie się nie pojedzie :)). Tak że nie liczcie na kupno czegoś "innego" lub "oryginalnego" niż w Europie, co oczywiście niczemu nie ujmuje :), gdyż od razu mówię, że kilka takich, jakże przydatnych rzeczy zostało zakupionych. Tam też skosztowaliśmy pierwszego, amerykańskiego posiłku – nie mogło być inaczej – burger z frytkami. Nie wiem czego się spodziewałam, ale na pewno nie doświadczyłam rozkoszy na podniebieniu, był to po prostu burger :). A jako że ja aż tak nie przepadam za mięsnym jedzeniem, był to chyba mój pierwszy i ostatni raz. No ale taka wycieczka nie mogła się odbyć bez zjedzenia burgera, nie ma innej opcji, to jest mus taki sam jak Grand Canyon ;). Potem spacerowaliśmy po promenadzie w kierunku Venice, mijaliśmy bezdomnych, którzy tam "mieszkają" w swoich "namiotach" i pełno innych dziwnych ludzi. Ma to swój urok, jeśli można tak to nazwać. Chyba na stałe wpisali się w ten krajobraz, co być może jest smutne i trochę odstraszające, ale jednocześnie ciekawe. Czuliśmy się bezpiecznie, aczkolwiek byliśmy czujni i zdecydowanie po zmroku byśmy się tam nie zapuścili.


Fot.5

DSC00150.JPG



Fot.6

IMG_3743.jpg



Fot.7

DSC00180.JPG



Fot.8

IMG_3761.jpg




Po 10 sekundach namysłu mąż stwierdził "a chodź wejdźmy do jakiegoś studia tatuażu", których wiele mijaliśmy na swojej drodze. Wiedziałam, że inaczej się to nie skończy, jak tylko nie oponować przed kolejnym tattoo, ale helooołłł!, zrobionym w LA ;). No więc wybór na studio padł tak po prostu, weszliśmy, "czy można zrobić sobie u Was teraz mały tatuaż" "tak, nie ma problemu" i po kilkudziesięciu minutach już był :), wieczna pamiątka tej wycieczki i tego miasta :). 
Gdyby kogoś interesowały ceny, to są podobne jak u nas, tzn. za mały tatuaż 3-4 cm 100$ (to chyba takie minimum wszędzie).


Fot.9

DSC00195.JPG




Mój M. lubi też grać w kosza, więc sprawiło nam to obojgu radość (a przynajmniej mnie, mój mąż w życiu by tak nie powiedział :P), jak mijając kolejne boiska podszedł do jakichś grających i po prostu zaczął z nimi rzucać. Naprawdę fajnie tam mają, jeśli chodzi o infrastrukturę sportową, pełno różnych boisk, siłowni itd., mogliby do nas to przenieść. No i znowu "grać sobie tak po prostu w kosza w LA – zajebiście", nie wszyscy tu byli, także każda rzecz była dla mnie super i naprawdę dziękowałam, że mogę tego wszystkiego doświadczyć, nawet takich zwykłych, przyziemnych drobnostek, które mogą być dla jednych niczym niezwykłym, a dla mnie były cudowne :).


Fot.10

IMG_3786.jpg



Fot.11

DSC00215.JPG




Podczas naszego pobytu w Stanach bardzo szybko się ściemniało, więc drogę powrotną do parkingu po godz.20 przeszliśmy już w ciemnościach. Wtedy prosto do motelu Coral Sands w dzielnicy Hollywood, szczerze polecam, przez przypadek dostaliśmy ich najlepszy pokój, oczywiście bez żadnej dopłaty, ale recepcjonista prosił, żeby nikomu nie mówić, jak będziemy wystawiać komentarz ;). Od razu basen, hot tub i do spania ;). Prawie każdy nasz motel miał basen, z których zawsze korzystaliśmy, mimo napiętego planu. Zazwyczaj na miejsce noclegowe docieraliśmy między 17 a 19, a przy upałach, które tam były wspaniale było wskoczyć do basenu po kilkugodzinnej jeździe autem. Ogólnie tamtejsze hotele/motele mają późne godziny otwarcia basenów, 22:00 to standard, więc jak ktoś się zastanawia czy rezerwować noclegi również pod tym kątem, to jak najbardziej polecam, powinniście móc bez problemu skorzystać.


Fot.12

DSC00239.JPG

2. Dzień LOS ANGELES 08.06.2018

Universal Studios, Hollywood sign, Hollywood hills, Walk of Fame

Dziś z samego rana ruszyliśmy do Universal Studios. Bilety zakupiłam wcześniej na stronie online. Zastanawiałam się jakiś czas nad kupnem droższych biletów Universal Express – różnica w cenie dosyć duża, bo zwykłe kosztują 109 $ (w tym terminie, w okresie wakacyjnym są droższe), a Express 179 $. Natomiast uzyskuje się prawo do jednorazowego dla każdej atrakcji pierwszeństwa wejścia, co znacznie skraca czas oczekiwania. Po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw, zdecydowałam się na zakup tych droższych biletów. Decyzja okazała się najlepszą jaka mogła być. W parku byliśmy od 9 do ok.17, zdążyliśmy pójść na każdą atrakcję tylko po 1 razie, a nie czekaliśmy w kolejkach dłużej niż 10 minut. Jeżeli ktoś się zastanawia, a może sobie pozwolić na kupno tych droższych to naprawdę polecam. Nie mówię, że dla mnie nie był to spory wydatek, bo naprawdę ledwo mi na to starczyło, ale potem nie żałowałam tak wydanych pieniędzy. Ściągnęłam sobie wcześniej na telefon aplikację Universalu, w której jest mapka z zaznaczonymi atrakcjami oraz aktualny czas oczekiwania do nich. Do kilku były czasy stania w kolejce ponad 50 minut!, do niektórych 30 minut, a same atrakcje trwały czasami nie dłużej niż 5 minut. Chyba byśmy zwariowali jak byśmy mieli tam stać po tyle czasu, zwłaszcza że mojego M. często dotyka ból pleców, więc takie bilety okazały się dla nas zbawieniem. Mieliśmy wtedy osobne wejścia za okazaniem naszego biletu i prawie od razu wchodziliśmy.

Sam park na początku sprawiał wrażenie trochę już starego i kiczowatego, ale po całym dniu tam spędzonym mogę śmiało powiedzieć, że jest tam super :). Na początku poszliśmy na Studio tour, czyli przejażdżkę po studiu filmowym, która trwała około godzinę, jeździliśmy tam takimi wagonikami a'la melex.


Fot.13

IMG_3903.jpg




Potem po prostu zaczęliśmy chodzić po parku i zaliczać po kolei atrakcje. Przez przypadek na początku natrafiliśmy na nowy "nabytek" Universala, czyli kolejkę "Harry Potter and the Forbidden Journey" – było zajebiście :)! W ogóle się tego nie spodziewałam co zobaczyłam, nie byłam też nigdy na czymś takim, także emocje i wrażenia niezapomniane :)! To była chyba najlepsza atrakcja, może rzekłabym, najbardziej zaawansowana. Potem już szło wszystko po kolei, zresztą też bardzo do siebie podobne, więc wiedzieliśmy czego można się spodziewać i było naprawdę wesoło i fajnie :) - przejażdżki kolejkami lub atrakcje 5D. Na koniec mokra wyprawa po Jurassic World i można było iść do domu :).


Fot.14

IMG_3915.jpg




Po Universalu plan był taki, że nie było planu, po prostu zobaczenie znaku Hollywood, przejażdżka po wzgórzach Hollywood i spacer słynną aleją gwiazd.

Jeśli chodzi o jazdę po LA, to przez miasto prowadzą różne autostrady z 7-ma pasami, na których zazwyczaj są korki. Traktowaliśmy to na zasadzie "nie każdy mógł postać w korku w Los Angeles" i tym podobne, w ogóle nam to nie robiło, gdyż praktycznie cały czas się jechało, a zwłaszcza że dla nas dodatkowo był dostępny pas CAR POOL z lewej strony, którym mogły się poruszać auta z minimum dwoma pasażerami :). Także zawsze na car poola i do przodu, bo mało aut jeździ tym pasem, wszyscy jadą w pojedynkę.
Miałam też zainstalowaną aplikację Sygic, która pokazywała miejsca, gdzie są różne atrakcje i tak też skierowaliśmy się do punktu, skąd rozpościerał się widok na znak Hollywood, prawie u jego stóp. Nie wiem jakie na Was zrobił on wrażenie, ale mi się bardzo podobało, był nawet lepszy niż w moich oczekiwaniach (dobrze czasem poczytać, że znak niby taki sobie, mały i w ogóle nie warty zachodu ;)). Stanęliśmy obok czyjegoś domu i piaszczystą drogą weszliśmy na górkę. Wiadomo, fotki selfiaki się posypały, a jakże by inaczej :).


Fot.15

DSC00271.jpg




Potem po prostu patrząc na mapę jeździliśmy sobie po wzgórzach obserwując domy bogaczy, ich fury i podwórka :). Wszystkie uliczki wyglądają super, są wąskie i kręte, a niektóre domy przepiękne, no naprawdę jak w tych wszystkich filmach. Zresztą moją myślą przewodnią było zweryfikować, czy na żywo wszystko wygląda tak jak na filmach i potwierdzam – tak jest :). Natrafiliśmy nawet na jakiś park między wzgórzami, po którym prawie nikt nie chodził, a widok był piękny, nawet było tam jakieś jeziorko. Jeździliśmy tak do zachodu słońca, co naprawdę niesamowicie wyglądało, po czym udaliśmy się w stronę Walk of Fame. Niestety w tym momencie poczułam już, że wczorajszy spacer po wietrznym Los Angeles nad brzegiem morza oraz jazda w klimatyzacji sprawiły, ze zaczyna mnie boleć gardło i czuję się niewyraźnie. Na szczęście byłam przygotowana na taką ewentualność, a wręcz przekonana, że na bank spotka mnie coś takiego na mojej wymarzonej wycieczce, więc zabrałam ze sobą tonę leków,w tym również antybiotyk (na szczęście mam do nich nieograniczony dostęp – ktoś, coś - bez recepty :P?). Naprawdę zaczęłam się czuć kiepsko, ale że do jasnej cholery wiedziałam, że tak będzie, pomyślałam "przeziębienie, mam Cię w dupie, nie będę zwracać na Ciebie uwagi, rób sobie co chcesz (tego miałam nadzieję, że nie usłyszy), bawię się dalej i nic nie jest w stanie mi zepsuć mojej wycieczki". Do końca pobytu byłam przeziębiona, w tym kilkudniowy ból gardła, brak głosu, potem niekończący się katar i brak węchu, ale ogółem bawiłam się znakomicie :).


Fot.16

IMG_9558.jpg




Tak że przespacerowaliśmy się wzdłuż alei gwiazd i z powrotem do hotelu na kolejny i ostatni nocleg w LA (basen i hot tub zaliczone). Dziękowałam też sobie za wybór hotelu, który był rzut beretem stamtąd – naprawdę polecam tę lokalizację!


Fot.17

IMG_4100.jpg



Fot.18

IMG_4133.jpg




Podsumowując Los Angeles to naprawdę nam się podobało, ciekawie było to wszystko zobaczyć, postać w korkach, przewiać się nad morzem i dostać najlepszy pokój w motelu. Myślę, że mi po prostu wystarczyło, że jestem w USA i nic nie mogło mnie zrazić. Teraz jak oglądamy filmy, to zawsze kto pierwszy ten lepszy "o, tu byłam" " tu na pewno też" "tu też" "a tu to już w ogóle na bank" :). Na pewno jeszcze jest wiele ciekawych miejsc w centralnej lub wschodniej części LA, gdzie warto by pojechać. Nam już nie starczyło czasu, ale jeśli mielibyśmy okazję tam jeszcze wrócić, to na pewno byśmy nie ominęli tego ciekawego i jakże różnorodnego miasta.

-- 09 Sie 2018 23:07 --

Dziękuję za pozytywne komentarze :), dodajecie mi motywacji i na pewno będę pisać dalej :)! Obiecuję, że im dalej tym ciekawiej ;)
correos napisał:
@Bubu69
mozesz wrzucic chocby najbardziej prowizoryczna mapke z pokonanej trasy?


Bardzo proszę :)! Ogólna mapka z naszej wyprawy, w kolejnych postach będę wrzucać dokładne trasy z google :)

Mapa 1

Mapa.png



monroe napisał:
@Bubu69
Z którego dokładnie miejsca zrobiłaś tak fajne zdjęcie znaku Hollywood?


Dokładnie z tego :):

https://www.google.com/maps/@34.1306953 ... 744!8i3872

Właśnie, postaram się dodawać też niektóre punkty z mapy w linkach, jeśli będzie coś ciekawego :)

@farmer - być może jednak coś podsumuję - będzie wiadomo na czym oszczędzić ;), ale też ile jednak można wydać :/3. Dzień Route 66 09.06.2018

LA – Joshua NP – Amboy – Needles – Oatman – Kingman – Peach Springs – Seligman – Williams

Dzisiejszy dzień był naprawdę bardzo fajny, mimo że mieliśmy przed sobą dosyć długą, całodniową trasę ok.800 km. Na szczęście obydwoje lubimy jeździć, więc wiedziałam, że nie będzie to dla nas stanowiło większego problemu. Wyruszyliśmy z LA ok.8:00 rano i kierowaliśmy się do parku narodowego Joshua, przez który mieliśmy plan tylko przejechać.

Wcześniej zakupiłam u naszego Forumowicza kartę Annual Pass na wszystkie parki, która naprawdę jest bardzo przydatna, inaczej nie ma sensu jeździć wszędzie i płacić osobno, więc jak ktoś się wybiera na takie zwiedzanie to dobrze o tym wiedzieć. Kartę wraz z dowodem tożsamości (na obu musi być ten sam podpis) pokazuje się przy wjazdowych bramkach do parku. W budce u strażnika (wyglądają zajebiście, wszyscy jak z filmu misia Yogi – czyli jest kolejne potwierdzenie, że jest tak jak na filmach) dostaje się gazetkę z mapką parku i informacjami. Najlepiej jednak zorientować się wcześniej przed wyjazdem, co dany park ma do zaoferowania i wybrać interesujące miejsca/szlaki, które chce się zobaczyć, bo tak na szybkiego to nie bardzo się wie gdzie, co i jak.

Park był piękny, drzewka Jozuego wyglądały jak z kosmosu, bardzo ciekawe miejsce. Co chwilę zatrzymywaliśmy się na zdjęcia, ale tak naprawdę to można by to robić co 100 metrów, więc po jakimś czasie po prostu tylko jechaliśmy. Temperatura wynosiła około 30 stopni, lekki wiaterek, cud, miód i malina :).


Fot.19

DSC00435.JPG



Fot.20

DSC_0015.JPG



Fot.21

IMG_4269.jpg



Fot.22

IMG_4603.jpg




Po wyjeździe z parku skierowaliśmy się boczną drogą w kierunku Amboy, aby wjechać na kultową Route66, od której wszystko się zaczęło :). W pewnym momencie natrafiliśmy na jakiś mały objazd, ale mapy offline bez problemu przeliczyły trasę.

Stan dróg w USA, przynajmniej w zachodniej części jest naprawdę super, nawet te wszystkie boczne dróżki, ledwo widoczne na mapie, są w pełni przejezdne, bez żadnych dziur i uchybień, przynajmniej tak to zapamiętałam :). Po drugie, jadąc przez te rozległe tereny pustynne ma się wrażenie, że nasze auto jest jedyne, które wpadło na pomysł jazdy tamtejszą trasą. A co do ogólnego poruszania się po drogach i skrzyżowaniach – te bez świateł w większości są równorzędne i pierwszeństwo przejazdu ma ten, kto pierwszy podjedzie linii (nie ten z prawej). Niby można się zastanawiać "skąd kto będzie wiedział, która kolejność", ale naprawdę byłam w szoku, jak to płynnie wszystko szło. Nikt nie kombinował, a wręcz każdy każdego przepuszczał, uwielbiałam to obserwować. Podjeżdżało się, ktoś już stał, to wiadomo, że jego kolej, za nim jedzie następny, ale staje, bo widzi, że Ty już byłeś wcześniej. Czy u nas nie może być takiej mentalności kierowców? A światła na skrzyżowaniach umiejscowione są po drugiej stronie ulicy na przeciwko, więc nie trzeba wychylać się do szyby i zadzierać głowy, doskonale wszystko widać. Ot, takie różnice między nimi, a nami.

A więc dojechaliśmy do Amboy i zatrzymaliśmy się na stacji, pośrodku niczego – zajefajne miejsce :). Stacja w starym stylu z typowego filmu, wokoło prawie nic, z głośników leciała muzyka (nawet to było lekko straszne :P, ale ja lubię horrory), zero ludzi, w oddali jedzie pociąg – ideał. Tutaj właśnie na drodze były znaki Route 66 :)! - to było dopiero szaleństwo, tysiąc zdjęć z każdej strony :). Pracownik stacji bardzo miły, doradził nam również, że niedaleko jest krater (Amboy Crater), do którego można podjechać i zajrzeć do środka. Co prawda coś o nim czytałam, ale zdecydowaliśmy, że przez to iż troszkę byśmy musieli się cofnąć oraz, że jest bardzo gorąco i mamy długą trasę przed nami, to już tam nie jedziemy. Ale dobrze jest wiedzieć, że można taką ciekawostkę zobaczyć :).

Tutaj też pierwszy raz tankowaliśmy paliwo, rzecz jasna bez zastanawiania się ile to kosztuje. Po odjechaniu, już po jakimś czasie M. pyta się mnie ile zapłaciłam, a ja że nie wiem, coś około 70$ czy jakoś tak... „że co k…?” - "no tak mi się wydaje"- "chyba żartujesz" – jakoś tak mniej więcej przebiegała konwersacja :), może nawet trochę przesadziłam :P. Płaciłam gotówką, więc nie wiem dokładnie ile wyszło, bo kupiliśmy jeszcze napój itd., ale jak to przeliczyliśmy to wyszło dosyć drogo i cenowo porównywalnie jak u nas w Polsce, a przecież paliwo miało być tam tak tanie jak woda. Wiem, że są różne ceny w zależności od stanu, ale i tak myślałam, że wychodzi dużo mniej za benzynę. Potem już zwracaliśmy uwagę na ceny, ok.3,50-3,70 $ za galon to było w miarę ok, raz chyba widziałam tylko cenę poniżej 3 $, a w samej Kalifornii jest najdrożej, bo ponad 4 $. Na tej stacji było ponad 5 $, ale ogółem wg mnie to paliwo w USA nie jest takie tanie i jednak trzeba liczyć, że się więcej wyda niż się myśli :P.


Fot.23

DSC00488.JPG



Fot.24

gas station.JPG



Fot.25

roy's.jpg



Fot.27

ec7ecd0c-8d10-4387-8204-63db5d03986c.JPG



Fot.28

IMG_4638.JPG



Fot.29

IMG_4394.jpg



Fot.30

f5986666-6be1-47b9-96d7-e34331207584.JPG



Fot.31

IMG_4378.jpg




Jednym z naszych sposobów na zachowanie tylu cudownych wspomnień była kamerka GoPro (pożyczona – bardzo dziękujemy :)) oraz sprzedany patent (również dzięki ;)) na fajne ujęcia z przebytej drogi – otóż mieliśmy specjalny magnes przymocowany do dachu zaraz nad głową pasażera, na którym była umiejscowiona kamerka, a dzięki temu można było wystawiać przez okno ze strony pasażera tylko rękę do góry i klikać na play. GoPro oczywiście w obudowie ochronnej, zabezpieczone dodatkowo sznurkiem, który był pociągnięty przez okno do środka. Trzymało się znakomicie, jechaliśmy z tym ponad 120 km na godzinę i nigdy się nie odczepiło ;). Więc mamy nagrane kilkadziesiąt minut przejazdów przez różne drogi, w wielu miejscach – polecam, naprawdę ciekawa perspektywa :).
Zdążyłam już trochę takich filmików przejrzeć i jakież było moje zdziwienie i jednocześnie beka na maksa z siebie samej, gdy wjeżdżamy właśnie do kolejnej miejscowości Oatman (o której za dużo nie wiedziałam, tylko to, że jest na trasie Route66 i może są tam jakieś sklepy poświęcone historii tej drogi), a tam tak po prostu po ulicy chodziły sobie osły! A że uwielbiam zwierzęta to w pewnym momencie słychać przez zamknięty samochód, zamknięte okno, kamerka w obudowie, wiatr wieje, a na filmiku stłumiony pisk: "M.! O ja pie...lę, tu chodzą sobie osły, ale zaj...e, stawaj szybko, bo chcę juz wysiąść” (coś tak mniej więcej hehehe). Może miasteczko urządzone troszkę pod turystów, ale tak naprawdę żadnej takiej innej mieściny nie widziałam na swojej drodze, więc klimat był super, do tego żywe zwierzęta na "wolności", byłam tam posikana :P (nie za dużo przeklinam i takie tam???).
No więc zaczęło się "ciu ciu ciu ciu" "a dokąd idziesz osiołku" "a chodź ze mną" "a jaki jesteś słodki" "a daj się pogłaskać" – czułościom nie było końca przez 2 minuty :P, osły były dosyć oswojone, ale raczej wolały chodzić swoimi ścieżkami ;) (jestem troszkę głupiutka, wiem :P).
Przeszliśmy się trochę po Oatman (jedna droga na wprost), zaszliśmy do sklepu z różnymi rzeczami i tu też kupiłam moje ulubione amerykańskie stare tablice samochodowe :) - koniecznie chciałam mieć taką pamiątkę. Kamerka go pro została na dachu, nie pilnowana przez nikogo, ale nie mówcie moim znajomym, bo po co mają się denerwować, skoro nic się nie stało :P (przecież po pół godzinie byliśmy z powrotem w aucie :)).

Fot.32

DSC00497.JPG



Fot.33

DSC00500.JPG



Fot.34

IMG_4452.jpg



Fot.35

DSC00504.JPG



Fot.36

IMG_4444.jpg




Wyjeżdżamy z Oatman i kierujemy się dalej w stronę Williams - cdn. :)3. Dzień Route 66 cdn.


Dalej kierujemy się w stronę Kingman i Peach Springs. Droga bardzo fajna, klimatyczna. Około godziny 18 dojeżdżamy do Hackberry, przy którym znajduje się takie jakby muzeum Route 66. Niestety na pierwszy rzut oka dla nas wyglądało to na trochę starą (ale naprawdę fajną) ruderę, która była zamieszkiwana, ale myśleliśmy, że po prostu stoi tam stara buda i różne oldschoolowe auta itd. Okazało się, że do środka można było wstąpić, ale zorientowaliśmy się dopiero w momencie jak ktoś stamtąd wyszedł, a właścicielka zamknęła za nimi drzwi na klucz. Czy ktoś z Was był w środku i wie co tam jest? Sama miejscówa wygląda super, taki prawdziwy amerykański klimat, bardzo nam się tam podobało :), kolejny fajny przystanek na naszej trasie.


Fot.37

DSC00517.JPG



Fot.38

DSC00523.JPG



Fot.39

DSC00526.JPG



Fot.40

DSC00531.JPG



Fot.41

IMG_4485.jpg



Fot.42

DSC00536.JPG



Fot.43

IMG_4496.jpg



Fot.44

IMG_4497.jpg



Fot.45

IMG_4495.jpg





I tak, jadąc tam, chciałam poczuć wolność i zmierzać ku zachodzącemu słońcu........ no i tak było :)! Nie zawiodłam się kolejny raz, długie kilometry prostej, niekończącej się drogi, pustynia, zachodzące słońce - to było to :)!!! Tak właśnie wyobrażałam sobie jazdę przez Stany i spełniło się moje marzenie :)


Fot.46

IMG_4520.jpg



Fot.47

DSC00541.JPG



Fot.48

IMG_4523.jpg



Fot.49

IMG_4640.JPG




Po godzinie 20 dojechaliśmy do Williams - dzisiaj mieliśmy nocleg w motelu El Rancho, tuż przy drodze wylotowej na Grand Canyon. Motel ok, taki typowy amerykański (na co oczywiście liczyłam). Tym razem w ofercie nie było basenu, ale z góry zakładałam, że możemy dojechać bardzo późno i będzie to tylko nocleg na samo spanie. Natomiast tak nam się spodobało Williams, że postanowiliśmy od razu iść na miasto.

Pierwsza niespodzianka spotkała nas gdy zajechaliśmy pod motel i okazało się, że recepcja jest już nieczynna (a w opisie miała być otwarta do 21, natomiast wiedziałam, że jeśli będziemy później to powinniśmy im dać znać, ale tu nie było tego problemu), więc pytanie „co teraz”. Na szczęście czytałam kilka relacji na forum i wiedziałam, że w takiej sytuacji kluczyki są zostawiane w różnych miejscach przez personel. Więc z nastroju „bezradności” szybko przeszliśmy do nastroju „radości” gdy obok recepcji znaleźliśmy skrzynkę z kluczykami dla późnych przyjezdnych (wyobrażacie sobie coś takiego u nas? - ja się z tym nigdy nie spotkałam). Pomyślałam „ale tu jest fajnie w tej Ameryce!” i „ja to umiem załatwić nocleg” i „my nie jesteśmy w ciemię bici, ze wszystkim sobie poradzimy” („nie jesteśmy w ciemię bici” towarzyszyło nam już do końca wyjazdu jak udało nam się coś załatwić lub mieliśmy z czymś szczęście :P). Po fali euforii przyszła fala rozgoryczenia, gdy okazało się, że nasz zamek do drzwi jest popsuty i nijak nie da się go zamknąć. Nawet pomagał nam sąsiad z innego pokoju, ale też nie mógł sobie poradzić, bowiem wyglądało to tak, że mieliśmy inną klamkę niż wszyscy. Potem przyszła już mega złość, gdy dodatkowo wyszło, że w pokoju klimatyzacja jest zepsuta i grzeje zamiast chłodzić! Na dworze 35 stopni, a w pokoju chyba jeszcze więcej! Na suficie kręcił się wiatrak, który był tak głośny, że nie dało się przy nim spać, dodatkowo rozdmuchiwał ciepłe powietrze. Coś tam pokombinowaliśmy z tą klimą, mając nadzieję, że po powrocie będzie chłodniej. Dzwoniłam na telefon recepcji, ale oczywiście nikt nie odbierał (myślałam, że to może komórka, którą w razie czego właściciel ma ze sobą). No więc wartościowe rzeczy schowaliśmy z powrotem do auta i tak niezamknięty pokój na klucz zostawiliśmy i wyruszyliśmy na „melanż” ;). Stwierdziłam jednak, że nie wiem czemu, bo z natury taka nie jestem, ale tam w Stanach czułam się jakoś bardzo bezpiecznie, nie wiem z czego to wynikało.

Zatem poszliśmy się przejść i weszliśmy do super fajnego baru, który też był dla mnie takim typowym, amerykańskim miejscem i nie mogłam wyrobić z radości, tak się cieszyłam, że to wszystko widzę i mogę przeżyć :). Akurat było karaoke, prowadzone przez „kowboja”, leciała klimatyczna muzyka i w ogóle mogłabym stamtąd nie wychodzić. Tam też wypiliśmy nasze pierwsze piwo, a jako że jestem typową kobietą to wybrałam smakowe - cydr Angry Orchard, bardzo dobry :).


Fot.50


Dodaj Komentarz

Komentarze (134)

zloty 8 sierpnia 2018 22:46 Odpowiedz
Czekam!Wysłane z mojego SM-G930F przy użyciu Tapatalka
88309 9 sierpnia 2018 11:17 Odpowiedz
Fajnie się zaczyna. Czekam z niecierpliwością na dalszą część relacji :)
farmer 9 sierpnia 2018 12:22 Odpowiedz
@Bubu69 super, dajesz dalej:) sam w tym roku zabiorę się za pierwszą moją relację!
oszukani 9 sierpnia 2018 18:15 Odpowiedz
Czekam na dalszą część :) za miesiąc robimy prawie identyczną trasę :)
manix2 10 sierpnia 2018 10:12 Odpowiedz
Fajna, szczegołowa relacja. Minęło zaledwie 4 lata kiedy tam byłem a wydaje się, że to wieki temu. Czekam na więcej.
correos 10 sierpnia 2018 10:18 Odpowiedz
@Bubu69mozesz wrzucic chocby najbardziej prowizoryczna mapke z pokonanej trasy?
farmer 10 sierpnia 2018 10:54 Odpowiedz
@Bubu69możesz też się pokusić o podsumowanie kosztów ;) założyłaś, że tego nie zrobisz, ale może jednak :) na pewno się przyda realny koszt innym forumowiczom
monroe 10 sierpnia 2018 11:23 Odpowiedz
@Bubu69Z którego dokładnie miejsca zrobiłaś tak fajne zdjęcie znaku Hollywood?
cerro 10 sierpnia 2018 14:43 Odpowiedz
Zaczęłam czytać, jestem zachwycona, czekam na dalszy ciąg. :PDo USA jakoś mnie nigdy nie ciągnęło, ale ostatnio moje podróżnicze ambicje rosną i czuję, że zdjęcia tamtejszej przyrody mogłyby mnie przekonać. :D
jerry90 10 sierpnia 2018 21:40 Odpowiedz
Super relacja. Robimy z żoną podobną - choć krótszą - trasę na początku września. Widzę parę nowych patentów (GoPro), które można wykorzystać:DCzekam na ciąg dalszy:)
88309 11 sierpnia 2018 21:12 Odpowiedz
Fajny dzień! Sporo jeżdżenia, ale tak jak pisałem w naszych wiadomościach, że to sama przyjemność :) My jechaliśmy z LA do LV i potem do GC, ale za drugim razem zrobiłbym właśnie taką trasę jak Wy. Hackberry w środku to nic innego jak sklep + jakieś pamiątki po Route 66. Zauważyliście to w Hackberry? :)
bubu69 13 sierpnia 2018 05:08 Odpowiedz
Hej @Ruben$ :), tak widzieliśmy ten podpis :lol: ! Na zdjęciu 44 tez można coś małego wypatrzeć, tak że nasi są wszędzie ;).Trasa faktycznie długa, ale uspokoiłeś mnie, że jazda tam to zupełnie co innego, więc nie miałam obaw planować takiej kilometrówki, zreszta codziennie mieliśmy długie dystanse (i tak jak pisałeś, automat, tempomat i można rozglądać się na boki :P).Bardzo Ci dziękuję za wszelką pomoc, przysłużyłeś się do fajnych wakacji :) i milo mi, że teraz Ty czytasz moją relację :).
manix2 14 sierpnia 2018 10:26 Odpowiedz
Quote:Około godziny 18 dojeżdżamy do Hackberry, przy którym znajduje się takie jakby muzeum Route 66. Niestety na pierwszy rzut oka dla nas wyglądało to na trochę starą (ale naprawdę fajną) ruderę, która była zamieszkiwana, ale myśleliśmy, że po prostu stoi tam stara buda i różne oldschoolowe auta itd. Okazało się, że do środka można było wstąpić, ale zorientowaliśmy się dopiero w momencie jak ktoś stamtąd wyszedł, a właścicielka zamknęła za nimi drzwi na klucz. Czy ktoś z Was był w środku i wie co tam jest?W środku jest sklep z pamiątkami i niewielki bar (można wypić kawę albo coś zimnego). Zabawna jest wizyta w toalecie ;) zarówno damskiej jak i męskiej.Pamiątki takie jak wszędzie przy Route 66 więc nie ma czego żałować. Warto na pewno tam się zatrzymac bo miejscówka na zdjęcia jest super.
correos 14 sierpnia 2018 10:49 Odpowiedz
Bardzo mi sie spodobalo to zdanie :) hahaha :)..... trafilas do raju za życiacodziennie jakiś burger, frytki, kurczak lub burrito, a dodatkowo w czasie jazdy autem ciasteczka i chipsy :), masakra (nie to żeby mi było źle :P)
bubu69 14 sierpnia 2018 13:45 Odpowiedz
Zarówno @Manix2 jak i @Ruben$ - dzięki za odpowiedź odnośnie Hackberry, czyli aż tak nie straciliśmy, ale jestem ciekawa zatem co się dzieje w tej toalecie :). Miejscówka tak czy inaczej bardzo fajna i klimtyczna :)Hahaha, @correos uwierz, że mi się też podobało takie menu, niestety to nie najzdrowsze jedzenie jest zawsze najsmaczniejsze, ale czego się nie robi, żeby jakoś "przetrwać" hehehe :lol:
bozenak 14 sierpnia 2018 17:41 Odpowiedz
Podoba mi się Twoja relacja :D ... jest taka ...radosna :lol: ;) . Zdjęcia piękne :)
japonka76 14 sierpnia 2018 18:51 Odpowiedz
Fajnie się Ciebie czyta. Ale narobiłaś mi smaka na te okolice, i ...mam nadzieję już niedługo sama tam pobuszować.Nie, nie przeklinasz za bardzo, bo stosujesz zdrobnienia. ;) A co do antybiotyków na wyjazdach - to czasami się przydadzą. Napiszę na PW. Czekam na więcej, i na zdjęcia koniecznie.
travelerka 15 sierpnia 2018 10:36 Odpowiedz
Bardzo lubię czytać takie historie. Mam tu na myśli, relacje pisane przez osoby, które nie są jeszcze podróżniczo zblazowane (przynajmniej takie sprawiasz wrażenie :)) i naprawdę potrafią czerpać przyjemność z wyjazdu w każdym jego aspekcie. Potrafią się po prostu z niego cieszyć. Nie zapomnę nigdy mojej podróży na Hawaje. Choć widziałam już wtedy nieco świata to jednak zrobiły one na mnie tak niesamowite wrażenie, że do dziś wspominam je z wielkim sentymentem. Spotkałam tam natomiast parę Polaków (myślę, że nacja nie ma tu nic do rzeczy, ale Ci akurat byli naszymi krajanami), którzy kręcili nosem dosłownie na wszystko, od pogody, poprzez ludzi, a skończywszy na krajobrazach, za każdym razem podkreślając, że na Jamajce to było tak, a w Tajlandii tak, itp. Brakowało im tego entuzjazmu i takiego pierwotnego zachwytu. Wtedy myślałam, że to dlatego, że zwiedzili pół świata i wszystko już dla nich wygląda podobnie. Obiecałam sobie wtedy, że jeśli też zacznę taka być to przestanę podróżować, bo to będzie tylko strata kasy. Na szczęście jeszcze nic nie zaoszczędziłam ;) i tym bardziej chętnie czytam relacje osób, które nadal mają w sobie tę dziecięcą radość z okrywania świata. Piękna podróż @Bubu69!
bubu69 15 sierpnia 2018 11:07 Odpowiedz
@bozenak , @Japonka76, @travelerka - dziękuję za miłe komentarze :)! @bozenak - owszem, na całej wyprawie czułam się radośnie i wesoło (ale przysięgam, że nie zapaliłam tam ani jednego skręta :P, jakby mogło się wydawać hehehe) - po prostu cieszyłam się bardzo tym wyjazdem!@Japonka76 - taki właśnie miałam zamiar, aby ktoś, kto mnie czyta, nabrał ochoty na wycieczkę w te strony, więc życzę Ci, aby się udało :). Czekam na info i zdjęcia oczywiście, że będą :)!@travelerka - zgadzam się z Tobą w 100%! Niestety znajdą się i tacy, którzy narzekają na wszystko i też nie wiem po co w ogóle gdzieś jadą. Na przykład nie mogę również wyrobić z osób, których wymagania chyba zawędrowały wyżej niż ich wzrost i piszą w opiniach o noclegach "dywan był brudny" albo "brak mydełka" albo "było głośno na ulicy"... no naprawdę? Jakby to miało znacząco wpłynąć na udany wyjazd... Gdy coś rezerwujesz widzisz opis, widzisz zdjęcia, jak można się wtedy do czegoś przyczepić? Uważam, że trzeba doceniać wszystko co dane jest zobaczyć i przeżyć, cieszyć się każdym dniem - jak ma się takie podejście z góry, to każdy wyjazd będzie udany, gwarantuję (a jak coś się nie uda, to przynajmniej będzie potem co opowiadać ;))! Dziękuję bardzo za miłe słowa :), mam nadzieję, że też kiedyś odwiedzę Hawaje, bo wydają się piękne ze zdjęć, a Tobie życzę kolejnych podróży :)!
dziabulek 15 sierpnia 2018 11:41 Odpowiedz
Także czytam z zaciekawieniem i uwagą, tym bardziej, że za trochę ponad miesiąc robię podobną trasę. Trochę zamartwiłaś mnie tylko tym, że w okolicy Venice Beach nie kręciła byś się w nocy. My mamy 3 noce obok plaży, bo chcemy trochę odpocząć i po wylegiwać się w słońcu. Nie zakładałem, ze po zmroku zostanie mi tylko pokój hotelowy.
88309 15 sierpnia 2018 12:06 Odpowiedz
Po prostu przy deptaku na Venice Beach bardzo dużo bezdomnych i różnej maści "dziwaków" niekoniecznie trzeźwych (i nie myślę tu o alkoholu, raczej o narkotykach). W ciągu dnia jest tam w miarę bezpiecznie bo sporo jest patroli policyjnych. Wieczorem może byc mniej przyjaźnie.
bubu69 15 sierpnia 2018 12:13 Odpowiedz
Zgadzam się z @Ruben$, kręci się tam wielu dziwnych ludzi, gadających do siebie i na pewno pod wpływem. Jak już wracaliśmy, to deptak był raczej opustoszały i było dosyć ciemno. @dziabulek pomyślcie o jakichś fajnych knajpkach w okolicy lub o nocnych przejażdżkach po atrakcjach LA (tj. np. Griffith Observatory), a w dzień śmiało możecie plażować!P.S. Dziś kolejny post z relacji :)
channel 15 sierpnia 2018 15:06 Odpowiedz
Wspaniale się czyta. :) Czekam z niecierpliwością na jeszcze. Chciałabym pojechać ale kaskę trzeba odłożyć i zejdzie mi pewnie z 5 lat :-D
bubu69 17 sierpnia 2018 17:04 Odpowiedz
@channel To dokładnie tak jak mi, ale wyczekałam i się udało :), więc życzę powodzenia, a póki co zapraszam do lektury :)!
katka256 17 sierpnia 2018 20:21 Odpowiedz
Piszesz tak ciekawie, że aż chce się, żebyś od razu opisała całą trasę. A tak trzeba czekać na kolejną wrzutkę.
bubu69 18 sierpnia 2018 09:46 Odpowiedz
@katka256 Dziękuję bardzo :), staram się pisać jak najszybciej :P, ale przygotowanie tekstu i zdjęć zajmuje naprawdę duuużo czasu! Myślę też, że czasami fajniej zobaczyć coś po trochu, niż wszystko naraz, dłużej trwa (tak jak z sezonem serialu :P). Ale miło mi za tak pozytywne komentarze, postaram się codziennie 1 dzień wrzucić ;)
dziabulek 18 sierpnia 2018 09:46 Odpowiedz
Ja także czekam, tym bardziej, że aktualnie planuje noclegi w tych okolicach na podobnej trasie i chętnie wyszukuje wszystkich rekomendacji. Co prawda część już mam zaklepane, ale sporo jest z anulacją więc kto wie czy nie posłucham się Ciebie:)
bubu69 18 sierpnia 2018 10:20 Odpowiedz
@dziabulek - to super :), ja mogę polecić naprawdę każdy nocleg w którym byłam, co prawda w jednym będzie jeszcze mały problem, ale to dopiero opiszę (za jakieś 6 dni :P). Również rezerwowałam z możliwością anulacji, to jest dobra opcja. Ale fajnie by było, jakbyście byli w tym samym miejscu, może akurat coś Ci przypadnie do gustu :)!
dziabulek 18 sierpnia 2018 15:30 Odpowiedz
No póki co czekam na dalsze odcinki aby mieć kompletną listę noclegów:)
sranda 18 sierpnia 2018 15:59 Odpowiedz
Bubu69 napisał:Widok z okna był oszałamiający, więc ustawiłam kamerkę GoPro na time lapsa, a my poszliśmy standardowo na basen.A to tak zaraz po zrobieniu tatuażu można iść na basen? ;)
cerro 18 sierpnia 2018 17:53 Odpowiedz
!!!Zgodnie z przewidywaniami, zaczęły się zdjęcia kanionów i jestem zakochana. :o Tak podobne a jednocześnie tak inne od wysokogórskich "księżycowych" widoczków - wow, wow, wow!
bubu69 18 sierpnia 2018 20:17 Odpowiedz
@dziabulek - myślę, że kolejny nocleg też Ci się spodoba, tak że jest szansa, że coś wybierzesz huhuhu :P@sranda - a no można :) - otóż w takiej małej, niepozornej mieścince jak Page, nasz "więzienny" kolega :P polecił nam super patent na gojenie się tatuażu, podobno mega nowość i bardzo się sprawdza - mianowicie przeźroczysty plaster/opatrunek o nazwie Tegaderm firmy Nexcare lub Saniderm, który nakleja się od razu bezpośrednio na tatuaż, po pierwszej dobie się zdejmuje i zakłada kolejny i zostawia już na tydzień! Rewelacja, nie trzeba nic smarować, tatuaż się sam goi, opatrunek nieprzemakalny, można z nim robić wszystko!@Cerro - oj tak, tam jest tak pięknie, że aż sama nie mogłam uwierzyć w to co widzę :)!
channel 19 sierpnia 2018 16:05 Odpowiedz
Uuuuu, czekam na "wincyj" :-)
mikus 21 sierpnia 2018 11:30 Odpowiedz
Początkowo widząc kolejną relacje z Zachodu USA, myślałem że znów powieje standardem, tymczasem Twoja relacja jest tak naturalna i spontaniczna, że czytając ją, człowiek sam się uśmiecha :) Dołączam do czytelników i...keep going !
mikus 21 sierpnia 2018 11:50 Odpowiedz
Początkowo widząc kolejną relacje z Zachodu USA, myślałem że znów powieje standardem, tymczasem Twoja relacja jest tak naturalna i spontaniczna, że czytając ją, człowiek sam się uśmiecha :) Dołączam do czytelników i...keep going !
bubu69 21 sierpnia 2018 11:50 Odpowiedz
@channel i @mikuś - dzięki wielkie, to moja pierwsza relacja :), no i jakoś tak idzie :)! Będzie więcej :P
correos 21 sierpnia 2018 11:51 Odpowiedz
:) prenumerujelink do relacji juz w ulubionych :)
88309 22 sierpnia 2018 11:02 Odpowiedz
Tak jak myślałem. Angels Landing tylko tak strasznie wygląda na zdjęciach i filmach :) Na pewno trzeba uważać bo każde poślizg może źle się skończyć. Gratuluje podejścia :)
bubu69 22 sierpnia 2018 17:56 Odpowiedz
@correos - bardzo mi miło, mam nadzieję, że kolejne posty także przypadną Ci do gustu :)!@Ruben$ - I vice versa - również gratuluję wejścia :) (cieszę się, że czytasz dalej ;))
channel 22 sierpnia 2018 22:22 Odpowiedz
Kurka, podziwiam :-) Ja mam duuży lęk wysokości do Kasprowego podchodziłam 2 razy, udało mi się dopiero od Hali Gąsienicowej ;) Może zapodaj swój filmik, z przyjemnością obejrzę. :-D
bubu69 23 sierpnia 2018 20:25 Odpowiedz
Jasne @channel , jak uda mi się jakiś filmik zmajstrować, to prześlę tu linka :). Ja też mam trochę lęk wysokości, ale naprawdę nie było tak źle ;), myślę, że tam również podjęłabyś próbę, która mogłaby z całą pewnością zakończyć się sukcesem ;)
luki 23 sierpnia 2018 20:25 Odpowiedz
Rewelacyjna relacja. Odpowiednia ilość zdjęć okraszonych ciekawym opisem, bez narzekania na cokolwiek. Czysta przyjemność podróży i czyta przyjemność czytania jej przebiegu. Aż chce się pojechać waszymi śladami.
kama1978k 24 sierpnia 2018 07:03 Odpowiedz
Boskie zdjęcia!!!Czy one sa jakość "podrasowane" czy zupełnie bez filtra? Świetna relacja- gratuluję! USA nigdy jakoś nie było na pierwszym miejscu moich podróżniczych planów ale po takim opisie......
channel 24 sierpnia 2018 10:47 Odpowiedz
O ja Cię! Dolina Śmierci była zawsze moim marzeniem! Zobaczyć wschód słońca na Zabirskie Point, Wydmy, Badwater …. taaa a mam lęk wysokości, panicznie boję się latać, i mam klaustrofobię - w sam raz na road tripa po USA :lol: :lol: Zdjęcia bajeczne! Tak pozytywnie zazdraszczam :) A jak wygląda tankowanie samochodu ? Chodzi mi o ilość i dostępność stacji paliw tak aby np. w Dolinie Śmierci nie brakło paliwa? I nie tylko, bo dotyczy to wszystkich Parków które się odwiedza.
niciej 24 sierpnia 2018 10:47 Odpowiedz
W Death Valley jest stacja - jak byłem z miesiąc temu chcieli tam 5$ za galon (w tym samym czasie koło LV płaciłem 3$/galon, a w SF 4$/galon;))
bubu69 24 sierpnia 2018 14:36 Odpowiedz
@kama1978k - dzięki :), niektóre zdjęcia mają zmieniony odcień, ale to widać, natomiast większość ma troszkę wzmocnione kolory, ale tylko dlatego, że w aparacie jednak te kolory bledną, a na żywo wyglądają tak jak właśnie na załączonym obrazku :). Więc mam nadzieję, że po przeczytaniu nabierzesz chęci na podróż tam i zobaczysz na własne oczy :).@channel - hahaha, no słuchaj, wcale nic straconego, na czas lotu idź spać :P i już będziesz mogła poczuć to co ja w DV :).Co do tankowania to tj. @niciej napisał jest tam stacja, ale droga, my wtedy zatankowaliśmy w Vegas i tak chyba dojechaliśmy do Ridgecrest. Po drodze są stacje bez problemu, dodatkowo też są znaki, kiedy następna, więc z tym nie ma żadnych kłopotów, paliwa naprawdę starczało na długo (oczywiście zależy jakie auto).
88309 24 sierpnia 2018 15:48 Odpowiedz
Generalnie nie dopuszczać do sytuacji, żeby poziom benzyny spadł poniżej 1/2 albo 1/4 baku. No i właśnie przed takimi miejscami jak Yosemite czy DV lepiej tankować do pełna bo potem cena za galon rośnie. Ceny benzyny w danym stanie sprawdzisz na stronie gasbuddy.com
handsome 24 sierpnia 2018 16:37 Odpowiedz
Zrobiłaś wrażenie!!. Extra relacja i extra foto :P :P :P
brzemia 25 sierpnia 2018 19:29 Odpowiedz
Ogromne sekwoje to jest coś co zawsze chciałem zobaczyć na żywo i kiedyś to na pewno zrobię. Twoja relacja skróciła ten czas znacząco. Czy w tym parku jest ten słynny przejazd przez drzewo?Wysłane z taptaka.
bubu69 25 sierpnia 2018 19:43 Odpowiedz
@brzemia - niestety ten słynny przejazd już nie istnieje :(. Chyba w zeszłym roku drzewo się zawaliło i też nad tym ubolewam, że nie zdążyłam. Ale sekwoje zawsze chciałam zobaczyć na własne oczy i wydaje mi się, że na Ciebie też poczekają ;)
qbaqba 26 sierpnia 2018 19:29 Odpowiedz
W tym parku nadal jest przejazd przez drzewo, ale zwalone. Tylko z tego co kojarzę turyści nie mogą tam wjeżdżać, natomiast przejść przez "tunel" można bez problemu.
dashyss 26 sierpnia 2018 21:03 Odpowiedz
przeczytałam z zapartym tchem jak książke... niesamowicie opisane z cennymi wskazówkami :) Jaki mniej więcej końcowy koszt takiej podróży w $ ? Pozdrawiam
dashyss 26 sierpnia 2018 21:41 Odpowiedz
przeczytałam z zapartym tchem jak książke... niesamowicie opisane z cennymi wskazówkami :) Jaki mniej więcej końcowy koszt takiej podróży w $ ? Pozdrawiam
bubu69 26 sierpnia 2018 21:41 Odpowiedz
@QbaqBA - z tego co wcześniej czytałam, to drzewo, przez które przejeżdżało się samochodem zawaliło się :/ , ale na szlaku do Generała Shermana jest mały tunel dla pieszych, to się zgadza :)@dashyss - super, że Ci się podobało :), to jeszcze nie koniec ;)! Koszty podam mniej więcej w podsumowaniu, jeszcze zostało mi parę dni do opisania :)
channel 26 sierpnia 2018 21:49 Odpowiedz
eeeee, a ja miałam nadzieję, że już jest nowy post..... :-D
bubu69 26 sierpnia 2018 22:23 Odpowiedz
@channel - daj mi 15 minut ! (w porywach do pół godziny :P)
qbaqba 27 sierpnia 2018 11:00 Odpowiedz
Bubu69 napisał:@QbaqBA - z tego co wcześniej czytałam, to drzewo, przez które przejeżdżało się samochodem zawaliło się :/ , ale na szlaku do Generała Shermana jest mały tunel dla pieszych, to się zgadza :)Ja pisałem o tym: I w maju jeszcze wyglądało to tak samo jak na zdjęciu.
bubu69 27 sierpnia 2018 11:30 Odpowiedz
Tak, ja też miałam to na myśli! Czyli jednak stoi? Czytałam na jednym blogu gdzieś, że ten tunel już nie istnieje, bo drzewo się zawaliło... Przepraszam, jeśli wprowadziłam kogoś w błąd, jeśli nadal można tamtędy przejechać, to coś cudownego :)! My właśnie tam nie dotarliśmy... @QbaqBA, a czy mógłbyś sprecyzować, w którym miejscu się on znajduje?
qbaqba 27 sierpnia 2018 12:47 Odpowiedz
Przejechać chyba aktualnie nie można, bo droga jest (była w maju) zamknięta dla turystów. Dokładnej lokalizacji nie pamiętam, ale wydaje mi się że jest zaznaczona na mapce parkowej, a już na pewno są znaki jak się idzie na Moro Rock (swoją drogą polecam, dość blisko od głównej drogi przez park a ładny widok). W każdym razie na południe od Generała Shermana i na północ od Moro Rock. Najbliższy parking to chyba ten przy Giant Forest Museum.
channel 27 sierpnia 2018 15:19 Odpowiedz
Obrazki z parku powalają :) Ten szlak, którym wchodziliście jest mocno ekspozycyjny? Tzn, czy dużo wąskich ścieżek przy bliskości przepaści? No jak być w "Hameryce" i frytek nie jeść ? :-D Ładnie wyglądają :lol:No i oczywiście czekam na kolejny "odcinek" ;)
bubu69 27 sierpnia 2018 17:57 Odpowiedz
@channel - szlak na szczęście jest w miarę łagodny, jeśli chodzi o chodzenie przy przepaści :). W zasadzie to prawie w ogóle czegoś takiego nie ma, głównie osłaniają Cię drzewa, a droga jest w miarę szeroka, możesz śmiało iść, bez zastanawiania :) (chyba że sobie wjedziesz autem :P). Fajnie, że czytacie :)!
channel 27 sierpnia 2018 18:22 Odpowiedz
@Bubu69 dzięki za odpowiedź, tak sobie gdybam (patrząc na Twoje zdjęcia), że fajnie by było w Yosemite zostać ze 2-3 dni..., pięknie tam...
maginiak 27 sierpnia 2018 18:47 Odpowiedz
Czytam z wielką przyjemnością i pewną nutką nostalgii, bo trafiłam na forum dzięki relacji @Maxima0909, planując prawie identyczną podróż.Planowaliśmy wtedy trasę przez dobrych kilka tygodni i w końcu nie pojechaliśmy ;)Dzięki Tobie apetyt powrócił ze zdwojoną siłą!
as-pe 27 sierpnia 2018 19:52 Odpowiedz
Wiedziałam, że kiedyś będę chciała odwiedzić zachodnie Stany, ale dzięki Tobie ten kierunek znacznie się przybliżył. Dziękuję za inspirację i wyznaczenie kierunku następnego tripu (na razie w marzeniach, ale oby jak najszybciej w planach)! Pozdrawiam, Asia :) ... oczywiście czekam na dalszą część relacji!
as-pe 27 sierpnia 2018 19:59 Odpowiedz
Wiedziałam, że kiedyś będę chciała odwiedzić zachodnie Stany, ale dzięki Tobie ten kierunek znacznie się przybliżył. Dziękuję za inspirację i wyznaczenie kierunku następnego tripu (na razie w marzeniach, ale oby jak najszybciej w planach)! Pozdrawiam, Asia :) ... oczywiście czekam na dalszą część relacji!
bubu69 27 sierpnia 2018 19:59 Odpowiedz
@maginiak - jak to nie pojechaliście :), ja nie wiem co to się mogło stać, że zostaliście w domu, pewnie miała w tym udział jakaś złamana noga czy coś :P. Ale cieszę się, że dzięki mojej relacji wróciliście do swoich myśli o wyjeździe tam :), dawajcie!@As.Pe - proszę bardzo, ja też inspiruję się czytając relacje innych, sami fajni tu Forumowicze, z ciekawymi wyprawami :)
mixsa 27 sierpnia 2018 20:55 Odpowiedz
Super, świetnie się czyta :)Ja swój trip zaczynam 5 września a patrząc na te zdjęcia to już nie mogę doczekać się campingu i trekingu w Yosemite :)
bubu69 27 sierpnia 2018 21:06 Odpowiedz
@Mixsa - ooo, to już niedługo!! Zazdroszczę :), sama bym tam wróciła! Uważaj na misie ;)
maginiak 27 sierpnia 2018 21:10 Odpowiedz
Bubu69 napisał:@maginiak - jak to nie pojechaliście :), ja nie wiem co to się mogło stać, że zostaliście w domu, pewnie miała w tym udział jakaś złamana noga czy coś :P. Przeszkodziła nam może nie złamana noga, ale kula - no dobra, niech będzie - kuleczka u nogi w postaci kilkuletniego potomka ;)Planując stanęliśmy przed wyborem, albo zostawiamy tę kuleczkę u rodziców, albo bierzemy ze sobą. U rodziców mógł zostać max na 10 dni, bo na dłużej bym nie miała sumienia - więc ta opcja odpadła, bo nam się kilometry nijak nie chciały wpasować w ilość dni.Zabieranie dziecięcia ze sobą na taki rodzaj wycieczki też nam się nie składało w sensowną całość.Tak więc akurat ta wyprawa musi jeszcze chwilę poczekać do czasu, gdy moje dziecko zacznie się fascynować westernami:)Dobra wiadomość jest taka, że zaczęliśmy planować przed zakupem biletów ;)
kat-lee 28 sierpnia 2018 02:36 Odpowiedz
Z tatuażami jak z kotami - nigdy nie kończy sie na jednym :DSuper relacja!
jerry90 28 sierpnia 2018 11:05 Odpowiedz
Całkiem fajne to miasteczko Bodie, może też się tam wybierzemy jak czas pozwoli.A co z tymi filmami?:P Jesteś w stanie udostępnić jakiś, chociażby timelapse z trasy?
bubu69 28 sierpnia 2018 11:17 Odpowiedz
@kat_lee - to prawda, już nawet mnie to nie dziwi, a takie pamiątki z wycieczki to coś fajnego :)! Ja osobiście nie mam, ale za to kota (póki co - jednego) mogę potwierdzić :P@Jerry90 - miasteczko super, mimo że jest troszkę zorganizowane pod turystów, to nie straciło swojego ducha (z jednej strony to może niedobrze :P). Filmów mam dużo, jeszcze nie do końca przejrzane, no ale może coś by mi się udało udostępnić (tylko najpierw dokończę przez parę dni tę relację) - tylko jak to zrobić :P? Wrzucić na yt? Jak Wy to ogarniacie :)?
brzemia 28 sierpnia 2018 12:05 Odpowiedz
Musiałabyś siąść i coś zmontować. Z doświadczenia wiem że wielu godzin filmu nikt potem nie ogląda i nie próbuj pokazywać znajomym kilkunastu godzin podczas odwiedzin. Nawet na przewijaniu.Zrób zwiastun z całości do pokazywania dalszym znajomym tak ok 15min max oraz odcinki z poszczególnych części wyjazdu też max 20min na odcinek. Dla ciebie to jest wyprawa życia ale znajomi i rodzina nie koniecznie muszą wiedzieć każda skale i drzewko. I nie pisze tego złośliwie. Pisze to z własnego doświadczenia. Pierwsze filmy z wypraw miałem ok. Godzinne i po latach sam jestem w szoku że to oglądali.Wysłane z taptaka.
bubu69 28 sierpnia 2018 12:20 Odpowiedz
@brzemia - tak, ja to doskonale wiem :)! Co innego oglądać siebie i sobie wspominać, a co innego obce osoby, które nie miały z tym nic wspólnego :) (i też się dziwię, że Wam chce się czytać moją dłuuugą relację :P). Dokładnie zrobię tak jak piszesz, zwiastun, plus dodatkowo krótkie odcinki z poszczególnych dni, ale to faktycznie tylko dla rodziny i znajomych, a tutaj bardziej miałam na myśli nie sam montaż (bo i tak chyba chodziło o jakieś pojedyncze filmiki z trasy), ale udostępnianie, jakich narzędzi do tego używacie :)
brzemia 28 sierpnia 2018 12:39 Odpowiedz
YouTube w trybie udostępniania linku. Chyba że chcesz udostępnić całemu światu ale to już trzeba samemu zdecydować czy chce się być celebrytka.Wysłane z taptaka.
bubu69 28 sierpnia 2018 12:48 Odpowiedz
Do samej chęci zostania celebrytką jeszcze mi daleko, tak więc dzięki za podpowiedź trybu udostępniania filmu tylko z linka (jeszcze tego nie robiłam) ;)
badmoon 28 sierpnia 2018 14:22 Odpowiedz
@brzemia filmik 15 min nie ma nic wspólnego ze zwiastunem (bo nie wiem czy dobrze Cię zrozumiałem). 15 min to max sensowna długość całego filmu. A zwiastun to tak 2-3 min max. Jak się robi coś dłuższego, nawet dla siebie, to potem nawet samemu już się tego nie chce oglądać. Tutaj genialna inspiracja do takiego filmu z wyjazdu, tylko podstawa, trzeba mieć w głowie zarys filmu już na etapie nagrywania, a co najmniej rodzaj muzyki, który użyjemy, bo inaczej będzie katastrofa przy montażu.https://youtu.be/nPtDYYqdrAQ
bubu69 28 sierpnia 2018 14:35 Odpowiedz
@badmoon - aaa, coś pięknego :)!!! Chciałabym coś takiego umieć zmontować, ale na bank temu nie dorównam, może za 20 lat ;) (to Twoje dzieło?). Dokładnie, zwiastun 1-2 min, już robiłam taki po wycieczce z Włoch, także wiem o co chodzi ;) (jakiś tam pomysł na filmiki teraz też był ;))
dziabulek 28 sierpnia 2018 14:49 Odpowiedz
Takie filmiki jak ten z Australii są świetne. Jest tylko jedno, a nawet dwa ale...1. mnóstwo czasu, dziesiątki godzin spędzone na nagrywaniu, wybieraniu i montażu2. sprzęt, zarówno do nagrywania (tutaj był dron i to lepszej niż gorszej jakości) oraz do montażu.Ale pamiątka jest na lata:) @Bubu69 co nie zmontujesz to i tak będziesz miała fajną pamiątkę.
channel 28 sierpnia 2018 15:05 Odpowiedz
Jeśli o mnie chodzi to mogą być filmiki z każdego dnia. :-D Czasami oglądam vlogi z podróży, takie 9-12 minutowe. Fajnie się ogląda :) Przygodę mieliście....jechać gdzie indziej i gdzie indziej się znaleźć :lol: A co do rezerwacji, w sumie dobrze się skończyło, gorzej by było jakbyście bardzo napięty budżet mieli. Tak się zastanawiam, że chyba najłatwiej byłoby tak całkiem "przed" wyjazdem, czyli przed rezerwacjami wyrobić sobie kartę kredytową walutową i na niej zdeponować budżet na paliwo, noclegi i takie tam....jak myślisz?
brzemia 28 sierpnia 2018 15:09 Odpowiedz
Ja codziennie ogladam filmy z podróży innych ludzi na YouTube. Niektóre są naprawdę rewelacyjne. Wolę to niż politykę[emoji16]Wysłane z taptaka.
bubu69 28 sierpnia 2018 16:59 Odpowiedz
@dziabulek - zgadzam się ze wszystkim co napisałeś :P@channel - dobra, jak coś zmontuję to dam Ci znać :)!Ja też lubię oglądać filmy z podróży innych, zwłaszcza jak są fajnie zrobione. Ten wyżej z Australii to coś pięknego, fajnie pooglądać też ciekawe vlogi.Ale żeby tradycji stało się zadość, to dziś powinnam zdążyć z kolejnym postem, tak więc kto ciekaw przygód w SF - zapraszam ;)
badmoon 28 sierpnia 2018 18:12 Odpowiedz
@Bubu69 film z Australii nie jest mój. Raczej nie doszedłem jeszcze do takiego poziomu, ale staram się. Tak jak napisałem, żeby nagrać fajny film z wyjazdu w takim stylu jak powyższy, to trzeba mieć już jakiś zarys obrazu w głowie zanim w ogóle cokolwiek zaczniesz nagrywać. Wtedy dużo łatwiej idzie składanie tego w całość.@brzemia użyte w tym filmie sprzęty nie są jakoś wybitnie pro. Dron to DJI Mavic Pro. Równie dobry Mavic Air kosztuje w tej chwili 3500 zł. Do tego bezlusterkowiec Sony a6300 to koszt ok. 2700 zł no i jakieś szkła do tego. Razem wyjdzie to pod 10k PLN, ale jak się zbiera stopniowo zabawki, to aż tak bardzo się tego nie odczuje. A dużą zaletą jest mobilność takiego sprzętu w porównaniu np. do lustrzanek.
badmoon 29 sierpnia 2018 11:14 Odpowiedz
Będzie w końcu zdjęcie z policjantem? :)
bubu69 29 sierpnia 2018 11:22 Odpowiedz
@badmoon - Hahaha :), no cóż, musisz jeszcze chwilkę poczekać, aby się przekonać ;). Ale dobra, podpowiem trochę, nadzieja jest, ale marna :P
sergio 29 sierpnia 2018 12:43 Odpowiedz
@Bubu69 Mega relacja, lekko i zabawnie napisana, do tego świetne zdjęcia. Nas tak samo zauroczyło West Cost i ta niesamowita radość, wolność i wszechobecny luz który się tam czuje. Naprawdę świetnie się to czyta mimo że byliśmy tam raptem 3 miesiące temu :DQbaqBA napisał:Przejechać chyba aktualnie nie można, bo droga jest (była w maju) zamknięta dla turystów chcących przejechać samochodem. Ale z buta przejść można ;) Dokładnej lokalizacji nie pamiętam, ale wydaje mi się że jest zaznaczona na mapce parkowej, a już na pewno są znaki jak się idzie na Moro Rock (swoją drogą polecam, dość blisko od głównej drogi przez park a ładny widok). W każdym razie na południe od Generała Shermana i na północ od Moro Rock. Najbliższy parking to chyba ten przy Giant Forest Museum.Co do przejazdu pod zwalonym drzewem to jak byliśmy 24 maja to można było bez problemu samochodem przejechać, poniżej lokalizacja z Google Maps:https://www.google.com/maps/place/Sequo ... 18.7613823
channel 29 sierpnia 2018 16:05 Odpowiedz
Ha, codziennie rano zaglądam czy już jest "nowy odcinek" (urlop się skończył i czas wrócić do pracy :lol: )San Fransisco fajnie przedstawiłaś, do teraz wogóle nie myślałam że chciałabym je zobaczyć, zawsze bardziej Los Angeles mnie pociągało, ale teraz...poczekam na kolejny odcinek! :-DTwoje relacje bardzo fajnie się czyta!Też lubię zwiedzać "na dziko", czyli iść przed siebie i chłonąć klimat miejsca (zabytki można nadrobić, a pierwszego wrażenia i klimatu nie :-) )
bubu69 29 sierpnia 2018 18:01 Odpowiedz
@badmoon - A co do Twojego wcześniejszego komentarza, bo pominęłam, to też dążę do tworzenia fajnych filmików, ale dużo jeszcze przede mną, no i marzę o takim dronie :)! I bardzo mi miło, że moja relacja jest w Twoich zakładkach :)@Sergio_ - Dzięki za miły komentarz :), to prawda, tam jest mega luz! Ja jestem z natury radosna, to sobie wyobrażacie co dopiero tam się ze mną działo :)! Ale myślę, że kto tam nie pojedzie, to każdemu zmienia się nastawienie i podejście do świata ;) (oczywiście na bardziej pozytywne)@channel - Oj coś wiem o skończonym urlopie, dlatego jak piszę tę relację, to piękne wspomnienia wracają :). No i super, że dzięki temu nabrałaś ochoty na odwiedzenie SF, naprawdę warto :)
mixsa 30 sierpnia 2018 06:18 Odpowiedz
Co do skręcania w prawo na czerwonym to czytałam ze można chyba ze jest wyraźnie napisane ze tu nie, czyli dobrze to rozpracowaliście ?
sergio 30 sierpnia 2018 09:14 Odpowiedz
Co do skręcania na czerwonym w prawo to dokładnie tak jest. Jak nie ma znaku że nie można skręcić to znaczy że można, proste jak wiele rzeczy w USA :)
bubu69 30 sierpnia 2018 09:22 Odpowiedz
@Sergio_ i @Mixsa - ooo, no to dobrze ogarnęliśmy, czyli trochę jesteśmy kumaci :P. A tak poza tym, to super tam z tym wszystkim mają :)!
channel 30 sierpnia 2018 16:52 Odpowiedz
Ulice w San Fransisco faktycznie są strome :o znając moje szczęście pewnie samochód by mi się stoczył :lol: Fajna wiktoriańska zabudowa, i super że nie byliście nastawieni na "muszę zobaczyć" tylko na "chcę poczuć", a to robi wielką różnicę.Z zapowiedzi wnioskuję że ...do Los Angeles jechaliście Big Sur, ale chyba wtedy nie była cała otwarta. Teraz już ponoć jest, tak pisał Paweł - Interameryka. No i czekam na cdn. ;) :)
badmoon 31 sierpnia 2018 11:41 Odpowiedz
Przeczytane od deski do deski z ogromną przyjemnością. Rozbawił mnie ten Baywatch Patrol +5 kg. Bardzo pozytywne +5kg :)Co do Twin Peaks, to kultowy hotel nad wodospadem znajduje się w Snoqualmie w stanie Waszyngton (www.salishlodge.com). Jest to mój nr 2 przy kolejnej wizycie w USA, zaraz po The Stanley Hotel w Kolorado z Lśnienia Stephena Kinga.
don-boorak 31 sierpnia 2018 12:19 Odpowiedz
Fenomenalna relacja! :!: :!: :!: Jeśli z jakiegoś powodu nie wygra konkursu na relację miesiąca, kwartału, półrocza i roku, to znaczy, że już wszystko na tym łez padole jest rigged i fixed. :( Niesamowita radość płynąca z każdego postu, taka... niewinność(? :mrgreen: ). Oj, jak tego brakuje tak na co dzień.
brzemia 31 sierpnia 2018 12:23 Odpowiedz
Z tą niewinnością to pojechałeś ale faktycznie relacja wyróżnia się lekkością i optymizmem! Tak trzymać. Czekamy na podsumowanie kosztów. Może być w zaokrągleniu do 1 tys PLN Wysłane z taptaka.
bubu69 31 sierpnia 2018 12:50 Odpowiedz
@badmoon - hahaha, dzięki :), fajnie że mogłam rozbawić, a dodatkowo przyjemnie się czytało, jeszcze zostanie Ci ostatni post do przejrzenia :)! Oj tak, koniecznie trzeba będzie podjechać w te dwa miejsca przy okazji, jak już iść tropem kultowych rzeczy i tego co w filmach :)@Don_Boorak - Super, dziękuję bardzo :)! Jeśli wystartuję w konkursie to zobaczymy, fajnie będzie jak innym też się spodoba :). Oczywiście wiem, co masz na myśli, ale skoro niewinność nie każdemu pasuje, to może nazwijmy to "powiewem świeżości" :P... chociaż "młoda" też już nie jestem, to lepiej nie... może zostańmy po prostu przy radosnej relacji, bo taki był mój cel, a sama też taka jestem :). Dzięki!@brzemia - dzięki za przeczytanie, a co do kosztów, to jednak się wstrzymam ;), bo jeszcze się pomylę o 5 tys. i co będzie? Pozdrawiam! :)
qbaqba 31 sierpnia 2018 13:26 Odpowiedz
Bubu69 napisał:Potem musiałam stanąć przed wyborem : czy jechać dalej do Lucii, w której nie wiem czy jest przejazd (chociaż czytałam, że jest jakaś wąska droga prowadząca przez góry w kierunku autostrady) albo wracać do Monterey i kierować się na 101.Jest przejazd. Nie wiem czy czasowo wychodzi krócej, ale jest wąskimi serpentynami przez góry i lasy a potem obok/przez tereny jakiejś bazy wojskowej, więc moim zdaniem warto i super ;) Choć po zmroku bym już chyba nie polecał.
bubu69 31 sierpnia 2018 13:39 Odpowiedz
@QbaqBA - no właśnie ja czytałam, że tam coś jest, ale szkoda, że nie było jakichś informacji czy znaków, że można przejechać, tylko same tablice "przejazd tylko do Lucii". Więc już do końca nie wiedziałam, czy tego też nie zamknęli. Na szczęście dla innych cała trasa jest już otwarta :)
yeahbunny 31 sierpnia 2018 16:54 Odpowiedz
W zeszłym roku byliśmy na podróży po zachodzie USA i fajnie sobie przypomnieć tamte rejony dzięki Twojej relacji w 90% odwiedziliśmy te same miejsca:)Super relacja! Macie mój głos na relacje miesiąca i roku;)
katka256 31 sierpnia 2018 17:37 Odpowiedz
szkoda, że już powoli koniec :(ale koszty orientacyjne musisz podać, bo bez nich chyba nie da się zgłosić do konkursu. Czy się mylę?Albo podaj, bez sumowania :D nie będzie ci się rzucać koszt w oczy, a dociekliwi sami zsumują :D
bubu69 31 sierpnia 2018 18:41 Odpowiedz
Ale Wy wszyscy jesteście fajni :)! Dzięki za komentarze i za głosy, że na relację miesiąca itd, jestem w szoku, w ogóle o tym nie myślałam :)! @YeahBunny Fajnie jak tak się było w tych samych miejscach, można sobie poprzypominać :P!@katka256 no dobra, coś tam podam :P, bo widzę, że dużo osób jest ciekawych, więc nie ma problemu ;). Ciekawe czy faktycznie trzeba podać te koszty, aby móc wystąpić w konkursie? Zresztą nie ważne, liczy się, czy Wam się podoba i do czegoś przyda :). Poza tym pewno jest wiele wspaniałych relacji, a moja gdzieś tam między nimi się schowa ;)
szarik 31 sierpnia 2018 18:46 Odpowiedz
Bo rzadko zdarza się relacja pisana z taką radością i optymizmem, bez psioczenia, narzekania jak to chcieli wykorzystać czy oszukać Prawdziwego Podróżnika :)
brzemia 31 sierpnia 2018 18:48 Odpowiedz
Do relacji nie trzeba podawać wydatków. Wydaje mi się że jeśli kogoś bardzo interesuje to może na prw zapytać. Ogólnie to się każdy domyśla że nie był to wypad na konserwach i autostopem. Wysłane z taptaka.
szarik 31 sierpnia 2018 18:51 Odpowiedz
Podsumowania finansowe relacji pozwalają całkiem dobrze oszacować koszty planowanych wyjazdów.
88309 31 sierpnia 2018 19:44 Odpowiedz
Ja uważam, że nie pozwalają. Chociaż na pewno trzeba je traktować jako ciekawostkę. Bo można sobie jechać samochodem tanim i drogim, mieszkać w drogich hotelach i tańszych motelach. W Stanach ceny moteli mogą się różnić nawet 2x razy w zależności od terminu. I ktoś będzie mieć potem pretensje bo jedzie w lipcu i ma motel droższy o 200% niż w maju.Nie neguje oczywiście wrzucania podsumowań, ale planowane koszty wyjazdu to każdy sam może sobie oszacować mając plan wyjazdu :)
szarik 31 sierpnia 2018 19:50 Odpowiedz
Nie miałam na myśli kosztów hotelu czy wynajmu samochodu bo to zależy od poziomu własnych finansów, ale dodatkowych atrakcji, jedzenia czy restauracji, lokalnych knajpek itp.
jerry90 31 sierpnia 2018 19:52 Odpowiedz
@Bubu69 Super relacja. Jutr wylatujemy do SF, także w samą porę:D Skorzystam z doświadczeń.
don-boorak 31 sierpnia 2018 21:19 Odpowiedz
Koniec :cry: :( :cry: I co jutro robić?
badmoon 31 sierpnia 2018 21:22 Odpowiedz
Czyli musisz wrócić, bo nie ma foty z policjantem :D Jakby co, to w NYC jest to bardzo łatwe, bo policja na każdym rogu stoi i z reguły nie mają nic przeciwko robieniu sobie zdjęć z nimi. Nawet jak są uzbrojeni po zęby w długą broń :D No i wyprawa znacznie tańsza niż objazdówka po zachodzie.
bubu69 31 sierpnia 2018 21:40 Odpowiedz
@Don_Boorak - hahaha, a mówiłam nie pospieszać, bo będzie jak z serialem (oby to był dobry serial :P)@badmoon - Dokładnie tak :)!! Muszę wrócić, nie ma opcji, a jak jeszcze mi teraz mówisz, że tam jest tyle "copsów", to już w ogóle (zwłaszcza, że do Nowego Jorku też bardzo chcę ;)). A zdjęcie z długą bronią to koniecznie :P hahaha! Też tak myślę, że wyszłoby dużo taniej, jeśli sam NYC, to bez auta i jeden nocleg. Ktoś jedzie ze mną :P???
badmoon 31 sierpnia 2018 22:02 Odpowiedz
Tak na zachętę. Jedno mam z Kanady jak udaję, że mnie skuwają :D Sorry za zaśmiecanie wątku z taką piękną relacją ;) (jakby co, to usunę)
bubu69 1 września 2018 11:31 Odpowiedz
@badmoon - oj, nawet nie zdążyłam zobaczyć :)! Nie ma problemu, wcale by nic nie zaśmiecali ;)
badmoon 1 września 2018 11:31 Odpowiedz
@Bubu69 pytanie na czasie. Przy mojej planowanej na przyszły rok wyprawie na północny zachód USA i Kanady, mogę ustawić sobie dogodną, całodobową przesiadkę w SF lub LA. Co byś wybrała na 1 dzień? Pierwsza myśl to właśnie San Fran z kultowym Golden Gate, wiktoriańskimi domkami i słynnym tramwajem. Mam wrażenie, że LA byłoby trudniejsze i bardziej męczące na 1 dzień. Co sądzisz?
bubu69 1 września 2018 14:16 Odpowiedz
@badmoon - o, widzę że u Ciebie też szykuje się super wyprawa, a Kanada jest piękna :)! Co do Twojego pytania, to w tym wypadku również wybrałabym SF. Miasto jest mniejsze, do ogarnięcia na piechotę albo cable carem (jako super rozrywka :p), wszystkie atrakcje blisko siebie i dużo można zobaczyć. LA jest jednak duże i na pewno straciłbyś trochę czasu w korkach. ;)
katka256 1 września 2018 17:19 Odpowiedz
No szkoda, że wyprawa nie trwała miesiąc, aż chce się dalej czytać. Brakuje mi jeszcze zdjęć tych tatuaży- czy one jakieś wielkie były?Do konkursu zgłoszone.
don-bartoss 1 września 2018 18:40 Odpowiedz
Świetna relacja, w sumie jedyna z USA, która czytałem do końca. Zdjęcia wspaniałe. Widać, że się przyłożyłaś do organizacji i czułaś pewnie na miejscu. Tak trzymać! Powodzenia.
bubu69 1 września 2018 20:57 Odpowiedz
@katka256 - dzięki wielkie za zgłoszenie :)!!! Jeśli chodzi o tatuaże to tak na szybkiego można zrobić tylko takie małe, właśnie 3-4 cm, nie wymagają wcześniejszych projektów itp., no i zwłaszcza jak się wejdzie tak z marszu bez umówionego terminu. A co do zdjęć, to raczej ciężko, M. jest nieśmiały ;) hehe!@Don_Bartoss - bardzo mi miło to czytać :)! Tak, organizacja wyjazdu trwała kilka miesięcy, ale czego się nie robi dla spełnienia marzeń :)! Pozdrawiam :)!!!
channel 2 września 2018 21:45 Odpowiedz
Fantastyczna relacja :) szkoda że już się skończyła! No, zdjęcie z policjantem trzeba koniecznie nadrobić, więc teraz poczekamy na relację z New York :lol:Masz ogromny dar pisania lekko, ciekawie. Będzie mi brakowało codziennych odcinków!
kiew 2 września 2018 22:40 Odpowiedz
Dzięki za zawołanie w innym wątku, bo na forum już właściwie nie bywam, ale do Twojej relacji wszedłem i póki co pobieżnie poczytałem i przeglądnąłem zdjęcia - wygląda na to że było świetnie i cieszę się jeśli cokolwiek pomogłem ;) Z tego co pamiętam z dyskusji w trakcie planowania to do wielu wskazówek, które tam padały się nie zastosowaliście (zresztą wiele było zapewne sprzecznych ze sobą, choćby w kwestii podejścia do noclegów), ale to świetnie pokazuje że te rejony dają tak wiele możliwości, że grunt to znaleźć swój własny rytm i nie zmuszać się do niczego, a satysfakcja gwarantowana! :) I po waszej relacji widać, że mieliście w tej podróży własny rytm, własne małe przyjemności i smaczki (tatuaże!), a dzięki temu tak dobrze się to czyta/ogląda, bo ma odciśnięte to piętno indywidualność. A no i fajna z was para ;) Podobają mi się zdjęcia, ktoś ma rękę do kadrów, szczególnie zdjęcia z drogami w rolach głównych. Jakie obiektywy? Tele i jakaś stałka? Gatuluje, jeśli dobrze zrozumiałem, pierwszej takiej dużej wyprawy, ale i ostrzegam... Podróże ogólnie, ale Stany szczególnie, uzależniają i to zapewne dopiero początek. Hawaje, Alaska, północna część zachodniego wybrzeża, NYC + okolice, wschodnie wybrzeże, bible belt, yellowstone... Dużo tego ;)P.S. Byłem przekonany, że to 69 w nicku to tradycyjnie od roku urodzenia. Po zdjęciach już wiem, że źle to zinterpretowałem... :twisted:
rasing 3 września 2018 09:50 Odpowiedz
co do prawa jazdy miedzynarodowego to na pewno nie zaszkodzi, ode mnie mila Pani z alamo na hawajach chciala wlasnie miedzynarodowe prawo jazdy plus polskie ;) wiec wszystko jak zwykle zalezy od czlowieka ;)
bubu69 3 września 2018 09:50 Odpowiedz
@channel - Fajnie, że tak Ci się podobało :), ale jeśli pojadę do NYC to na bank nadrobię to zdjęcie i pewnie też napiszę relację z tego wyjazdu :) (ale to pewnie najwcześniej za dwa lata?). A póki co, to serdecznie Cię pozdrawiam ;)!!!@kiew - oj tak, rad było dużo, wszystkie mi pomogły, ale wielu nie zdążyłam ogarnąć, np. jakieś punkty widokowe czy fajne miejscówki. Ale masz rację, zrobiliśmy to po swojemu i było fantastycznie :)! Dzięki za komplement co do zdjęć, fakt że lubimy je robić, jednak daleko nam do profesjonalizmu ;). Oczywiście chciałabym mieć super aparat, czy właśnie dobre obiektywy, ale nie dość, że to jednak drogie zabawki, to trzeba się lepiej znać na obsłudze ;). Jeśli chodzi o lustrzankę, to był stary nikon d3100 z obiektywem nikkor af-s 55-200 vr. Och tak, podróże uzależniają! Przed wyjazdem myślałam, że odbędę swoją wymarzoną tak daleką podróż i starczy mi na jakiś czas, ale nic bardziej mylnego! Od razu bym gdzieś znowu pojechała i tak jak piszesz : Hawaje, Alaska, czy Oregon lub Wyoming, a nie mogę opuścić też NYC :) i reszty ze wschodu (zostaje też cała środkowa część!), a co dopiero inne kraje itd. Może kiedyś :)P.S. Hahaha, nie mogę, bo ja Ciebie też wywołałam jako dziewczynę, zamiast chłopaka, nie doczytając, że przecież piszesz w 100 % jako facet :P, a do tego ten wielki miś, jako avatar, no nie mogło być inaczej :P! A co do mojego nicka, to uchylę rąbka tajemnicy, żeby nie było :p, że mój nick to od tego, że my z mężem jesteśmy Yogi i Bubu (tak, wiem, że Bubu to był chłopczyk, ale kto go tam wie :P), a 69 to po prostu stary adres mieszkania i akurat ten nr był wolny, oj tam :P. No i właśnie powinniśmy odwiedzić też Yellowstone, ale było nie po drodze, jednak nie może być inaczej, musimy tam pojechać ;)
katka256 4 września 2018 17:05 Odpowiedz
Gratulacje z udziału w konkursie
katka256 4 września 2018 17:06 Odpowiedz
Gratulacje z udziału w konkursie, trzymam kciuki teraz, a potem w rocznym.
booboozb 4 września 2018 17:32 Odpowiedz
Quote:tak, wiem, że Bubu to był chłopczykdokładnie, skandal! ;) :Pa sama relacja bardzo przystępna, zdjęcia fantastyczne, fajnie było zjechać Stany razem z Wami.pozdrawiam
bubu69 4 września 2018 17:38 Odpowiedz
@katka256 - Dziękuję Ci bardzo :), udało się dostać do konkursu! Ale widzę, że jest wiele ciekawych relacji, tak więc zobaczymy ;). Mimo to dziękuję za nominację i życzę wszystkim powodzenia :)!@BooBooZB - ooo, cześć drugi BooBoo :) (taki bardziej zagraniczny :P)! Dziękuję za miłe słowa i za przeczytanie relacji, pozdrawiam :)!
qba85 10 września 2018 10:48 Odpowiedz
Bubu69 napisał: Tam też wypiliśmy nasze pierwsze piwo, a jako że jestem typową kobietą to wybrałam smakowe - cydr Angry Orchard, bardzo dobry :). Cydr to nie piwo, to coś o wiele lepszego ;)A poza tym fajna relacja, tylko szkoda, że aż tak długa :D
bubu69 10 września 2018 12:18 Odpowiedz
@Qba85 - Oj tam, wiadomo, że cydr to nie piwo, tylko coś mega super, dlatego wzięłam :PHaha, tak coś czułam, że relacja może być przydługa, zwłaszcza do przeczytania na raz, ale jakoś nie mogłam się powstrzymać :P (a może bardziej - nie umiałam ;))
qba85 11 września 2018 11:16 Odpowiedz
@Bubu69 Czytając czuję się tak, jakby ktoś mi to opowiadał na żywo. Wszystkie te emocje, które zazwyczaj w relacjach internetowych są ukrywane, bo "to będzie głupio brzmiało" :) A może Ty nie pisałaś tylko użyłaś programu, który zamienia głos na tekst? :D Quote:No więc najpierw zabrałam się do jedzenia lodów, a jakże by inaczej, nabrałam ich pełną łyżkę i włożyłam do buzi......, a to k...a było masło!!!! Czy wyobrażacie sobie, że myślicie, że zjecie coś innego, a okazuje się, że to nie to co widzały twoje oczy, tylko coś przeciwnego, a wielka porcja naraz smakuje tak obrzydliwie jak nic nigdy! Masakra Hahaha też kiedyś zrobiłem podobnie w Austrii. Na "szwedzkim stole" leżały różne egzotyczne, niektóre kompletnie nieznane mi owoce, a obok masło w kulkach, więc pomyślałem, że to też jakiś owoc :lol:
bubu69 11 września 2018 12:20 Odpowiedz
@Qba85 - czyli rozumiem, że też skosztowałeś tej smakowicie wyglądającej kuleczki :P??? Hahaha, tak, to było dobre... mmm, mniam :)!Hehe, programu do przetwarzania głosu nie używałam, niestety wszystko musiałam pisać ręcznie, ale podczas tego mówiłam do siebie na głos, więc to prawie to samo :P!I tak, chciałam przekazać wszystkie emocje, które nam tam towarzyszyły, bo tak naprawdę przecież wszyscy jesteśmy po prostu ludźmi, większość rzeczy przeżywamy podobnie, przemyślenia mamy raz mądrzejsze raz mniej ;), więc nie zastanawiałam się jak to będzie brzmiało, po prosto samo wyszło :) (i przynajmniej na wesoło mam nadzieję ;)). Dzięki za miłe słowa i przeczytanie mojej relacji (jak nie w całości, to chociaż w części :P). Pozdrawiam :)!
qba85 12 września 2018 11:16 Odpowiedz
@Bubu69 jeszcze nie przeczytałem, ale przeczytam...jak widać systematycznie odnoszę się do jej fragmentów :D
cerro 21 września 2018 06:45 Odpowiedz
Bubu69 napisał:Dzień 8. Zion - Las Vegas 14.06.2018Springdale – Zion NP – Las VegasDzisiejszy dzień zaczął się dosyć wcześnie. Wieczorem mieliśmy wyprowadzać na spacer tygrysa Mike'a Tysona (uwielbiam ten film :P) i wygrać milion w kasynie - w mieście rozpusty i grzechu Las Vegas, a póki co szykowaliśmy się na szlak Angels Landing. Trochę się naoglądałam filmików jak to wszystko tam strasznie wygląda i obawiałam się, że jednak nie wejdę, bo mam minimalny lęk wysokości. Pół metra ścieżki to dla mnie trochę za mało, ale do pójścia pchały mnie opinie, że wchodzą nawet dzieci i starsi ludzie, to czemu ja miałabym nie dać rady... Miejsce, w którym może wylądować tylko anioł intrygowało mnie do szpiku kości! Liczyłam się też z tym, że dostanę opieprz w momencie, gdy staniemy pod najgorszym podejściem, a ja zrezygnuję ("no i po co my tu szliśmy, bla bla bla") albo i jeszcze lepiej, gdy ja tam zostanę, a M. pójdzie sam na górę. A że on nie wiedział dokładnie na co się piszemy, to jeszcze mu mówiłam "Ty nawet nie wiesz gdzie my będziemy włazić" i "ale będzie hardcore" i takie tam cytaciki, żeby potem za bardzo nie kozaczył :P.Wyszykowaliśmy się i po godzinie 6 byliśmy już na śniadaniu w restauracji obok, w której wymieniliśmy voucher z motelu na przyzwoite śniadanie (czyli jajecznica, smażone ziemniaczki, grzanki, bekon, warzywa(?) i sok pomarańczowy, normalka). Potem zostawiliśmy klucz od pokoju w skrzynce obok recepcji jako wymeldowanie i szybciutko pojechaliśmy już naszym autem do Zionu. Po godz.7 było już ostatnie wolne miejsce na parkingu przy muzeum, w związku z czym stanęliśmy i udaliśmy się na przystanek shuttle bus. Spotkaliśmy tam grupę facetów w średnim wieku, którzy oczywiście się z nami przywitali, jak to bywa na codzień w Ameryce. Nauczona już swobody sama dalej do nich zagadałam, z ciekawości dokąd się wybierają, gdyż zauważyłam przyczepioną kamerkę GoPro u jednego z nich. Wiedziałam już jaka będzie odpowiedź, bo sama byłam tak przygotowana na ten szlak – kamerkę miałam zamiar przypiąć do klatki piersiowej i nagrywać te wszystkie niebezpieczne momenty, w których mieliśmy uczestniczyć. Naturalnie rozwinęła się bardzo miła pogawędka "skąd jesteśmy, co robimy, co oni robią, co robią ich żony, ile kto ma dzieci, gdzie kto pracuje, jakie czasy są teraz w Polsce i USA, co z tą polityką i kościołem...", no a przede wszystkim, że w przypadku naszego dzisiejszego szlaku kiepska sprawa, że bardzo mocno wieje. Przysięgam Wam, że naprawdę wyobrażałam sobie, jak ten wiatr porywa nas w otchłań przepaści, ale z uśmiechem mówiłam do nich, że mój mąż cały czas nie wie gdzie idzie, oni podłapywali i podkręcali, żeby mocno trzymał się łańcuchów. W końcu przyjechał wyczekiwany autobus i wszyscy wsiedliśmy z nadzieją powodzenia dzisiejszej wyprawy.Dojechaliśmy do punktu (w busie mówią przez głośnik na jaki szlak można iść z tego przystanku, tak więc nie można się zgubić) i zaczęliśmy wędrówkę. Na początku szlak prowadzi prostą drogą, najpierw normalnie, potem stopniowo pod górkę. W końcu dochodzimy do pierwszego zawijasa, po którym już trzeba „lekko” się wspinać. Specjalnie wybrałam ten szlak z samego rana, za radą wielu osób, które mają to doświadczenie już za sobą, by te najgorsze podejścia pokonywać w cieniu, zanim koło południa zrobi się tam patelnia. W miarę szybkim tempem szliśmy do przodu. Nie pamiętam ile dokładnie wynosi czas wg znaków informacyjnych na samą górę, ale mieliśmy w planie uwinąć się szybciej. Fot.161 Fot.162 Fot.163 Fot.164 Fot.165 Fot.166 Potem było trochę prostej drogi, aby znów po chwili pojawiła się serpentyna, tym razem o jeszcze bardziej stromym podejściu. Było mi już trochę ciężko, mąż wyprzedził mnie o dobry kawał drogi, ale nie pozostało mi nic innego jak iść dalej. Fot.167 W końcu po godzinie marszu dotarliśmy do płaskiego terenu, z którego rozpościerały się widoki już na całą dolinę. Pojawiła się też górka z widocznymi łańcuchami i byłam pewna, że to ostatnie, najgorsze podejście, po którym czeka mnie koniec, jeśli oczywiście dam radę. No i zaczęło się – wspinanie się po krawędzi za pomocą łańcuchów, raz z jednej strony, raz z drugiej, trochę stopni w górę, hop tu, hop tam i raz dwa trzy – jestem! Nie było takie straszne! Jednak moim oczom ukazał się właśnie ten hardcore, bo to przed chwilą to był pierwszy, króciutki odcinek tego szlaku, najgorsze miało się dopiero zacząć :) (i szybka myśl „przecież ni ch… tam nie wejdę, po jakiejś cienkiej krawędzi góry”).Fot.168 Fot.169 Fot.170 Fot.171 Fot.172 Fot.173 Fot.174 Ale szliśmy dalej, w miarę ostrożnie, ale dość szybko. Starałam się nie patrzeć w przepaść, tylko po prostu iść do przodu i zastanawiałam się kiedy przyjdzie ten moment, w którym nie postawię dalej stopy. Okazało się jednak, że nie było wcale takiego momentu :)! Nie taki diabeł straszny jak go malują, a raczej anioł :). Droga z filmików o szerokości pół metra nagle zmienia się w całkiem pokaźnych rozmiarów ścieżkę, a obawy o zadrżeniu stopy nad urwiskiem odfrunęły do nieba. Jest naprawdę super :)! Obawiałam się tylko jak będzie z powrotem, bo pojawiało się już coraz więcej ludzi na szlaku, a trzeba było wracać tą samą drogą.Dotarliśmy na koniec, skalną półkę już o szerokości 4 metrów, gdzie można było spokojnie odpocząć, zjeść i podziwiać widoki :). Co kto nie przyszedł to krzyczał „i did it”, „we did it”, „yes, you did it” i ogółem radościom nie było końca! Widoki cudowne z każdej strony, w dole ledwo widać samochody, słońce powoli wschodzi ku górze, a Ty wiesz że było warto tu wejść :).No ale przecież to było z góry wiadomo, że dam radę, ani razu w to nie wątpiłam ;). Słuchajcie, dla nas Polaków wprawionych w bojach po Śnieżce, Giewoncie, a co dopiero Gubałówce to nie ma szans, żeby tam nie wejść. Jak potem to przeanalizowałam, to dużo ciężej było wspinać się po tych serpentynach, tzn. wymagało większego wysiłku niż po łańcuchach i stromym zboczu. Oczywiście trzeba uważać, ale naprawdę nie jest to takie straszne jak się myśli, bądź jak widać na zdjęciach. Sama jestem ciekawa filmików, które nagrałam, czy wygląda to jednak niebezpiecznie :). W dół zeszliśmy już dosyć szybko i ogólny czas mieliśmy ok.2:30 h.Fot.175 Fot.176 Fot.177 Fot.178 Fot.179 Fot.180 Fot.181 Fot.182 Fot.183 Fot.184 Fot.185 Dotarliśmy do auta i wyruszyliśmy w trasę do Las Vegas. Zion bardzo mi się podobał, jest pięknym parkiem, mam nadzieję, że jeszcze tu kiedyś wrócę :)! A tymczasem podziwiałam amerykańskie ciężarówki, które uwielbiam, zawsze się za nimi oglądałam i robiłam fotki. Po autostradach jeździ się bardzo bezpiecznie, większość osób nie przekracza dozwolonej prędkości, a jak już to znacznie niewiele. Niestety nie bardzo za to znają zasadę jazdy prawym pasem (chyba że u nich nie ma czegoś takiego) i ciężko było ich jakkolwiek wyprzedzić, oba pasy zawalone. Być może wiąże się to z tym, że są wysokie kary za przekroczenie prędkości, po kilkaset dolarów, a nawet grozi sąd lub w najgorszym wypadku areszt. Czytałam już historię, że jakąś parę zatrzymali pośrodku pustkowia za zbyt szybką jazdę i policja chciała ich wysłać właśnie do więzienia, bo gdyby spowodowali wypadek, to na helikopter z pierwszą pomocą czekaliby tam godzinę. Prawo restrykcyjne, ale widocznie mają w tym słuszność, inna sprawa, że po tych drogach pustynnych to faktycznie mało kto jeździ i szansa jakiejkolwiek stłuczki jest bliska zeru. Niemniej jednak w miastach staraliśmy się trzymać dozwolonej prędkości, za to po autostradach czy tych bocznych drogach dodawaliśmy trochę gazu ;P (absolutnie do tego nie namawiam ;)).Fot.186 No i w końcu zbliżamy się do Vegas :)! Już z daleka widać wysokie hotele, wyróżniające się na tle pustyni. Sama trasa też bardzo ciekawa, niesamowite krajobrazy, formacje skalne, cały czas nie mogłam się napatrzeć. W nawigacji mieliśmy wbity adres hotelu, ale wiedzieliśmy, że jeszcze za szybko na zameldowanie, więc stwierdziliśmy że sobie pokrążymy po okolicy. No i mój mąż wpadł na kolejny świetny pomysł - chce pójść do prawdziwego amerykańskiego barbera! Kuźwa, że też ja nic sobie takiego nie wymyśliłam (oprócz całej wycieczki :P)! Mój jedyny pomysł na siebie to zrobienie sobie zdjęcia z prawdziwym, amerykańskim policjantem. Scenariusz byłby mniej więcej taki, że podchodzę, mówię czy zrobi sobie ze mną zdjęcie i tu wyjścia są dwa. Albo przychyla się do mojej prośby i odrywa się od swojej ciężkiej pracy, jaką zapewne jest tropienie przestępców, albo bierze mnie za podejrzanego i od razu skuwa w kajdanki (potem test na trzeźwość, pokój przesłuchań i takie tam). Jednak byłam gotowa zaryzykować :). No ale wróćmy do tego barbera. Znaleźliśmy jakiś adres w necie i tam podjechaliśmy, ale okazało się że nie mają teraz wolnego miejsca. Więc wróciliśmy dalej do poszukiwań, jest ich tam bardzo dużo, zwłaszcza w dzielnicy Downtown (nie wiem czy to zbieg okoliczności, ale wszystkie dzielnice Downtown mają jakąś złą renomę, gangi i te sprawy). Udaliśmy się więc pod kolejny adres, no i tu mieliśmy farta. Ale jak tam weszliśmy to miałam po raz kolejny uczucie „ja pierdzielę, tu nas na bank zaciukają!”, no gdzie ten mnie znowu wywiózł! W środku sami Kubańczycy z łańcuchami na szyi, a pośrodku ojciec interesu, facet z siwym wąsem. Naprawdę, nie to że mam coś do Kubańczyków, ale tam był taki klimat jak z filmów, że samo mi się nasunęło (zresztą przecież chciałam tak jak na tych wszystkich filmach, to nie mogłam teraz wyjść). Mój mąż zajarany, siada na fotel i mówi gościowi, żeby zrobił z nim co chce (tzn. z fryzurą). Ja już w lekko poddenerwowana czy nasze auto jeszcze stoi, mówię że „nie, nie, nie” i jedyne co on może zrobić, to to samo jak jest, tylko krócej. Chłopak zdawał się rozumieć co mówię, chociaż nie wyglądał na takiego co umie po angielsku. No i zaczęło się : golenie, strzyżenie i skracanie. Jakież było moje przerażenie to widział tylko mój mąż, bo fryzjer zajęty był swoją pracą. Mówię więc do M. ,że „ja pierdolę czy on jest tego pewien, co on mu robi”, a on że oczywiście, raz się żyje, więc zamilkłam do końca strzyżenia. Robiłam tylko zdjęcia i filmiki i z upływem czasu miałam coraz większą bekę :). Po skończeniu strzyżenia i zapłaceniu chyba ok.10 $ wyszliśmy zadowoleni z kolejnym ciekawym doświadczeniem na naszej wycieczce. Naprawdę polecam ten zakład, jeśli chcecie wyglądać a’la Ronaldo i mieć więcej włosów na głowie w postaci równych linii z czarnej farby w „zakolach” to śmigajcie do barbera Gerardo :)!Fot.187 Fot.188 Fot.189 Ale to nie koniec zajebistych pomysłów mojego męża! Kiedy to on robił ostatni tatuaż? Ja już nie pamiętam (gdzie jest do cholery ten policjant). No to teraz już szukaliśmy studia tatuażu. Tyle się działo na tej wycieczce, że trzeba było to jakoś uwiecznić, a Kac Vegas musi się jakoś rozpocząć. Oczywiście natrafiliśmy po drodze na takie studio, o wdzięcznej nazwie „Precious slut” (co jeszcze się dzisiaj wydarzy!?). Wchodzimy do środka i bez problemu można sobie zrobić u nich tatuaż. Przyjął nas bardzo sympatyczny chłopak, o oczach błękitnych jak niebo i od razu go polubiliśmy. W myśl zasady „polub i zaufaj” to mój mąż znowu „rób co chcesz”. No i wymyślił wzór, rach ciach i po sprawie :). Bez zbędnej dezynfekcji, tylko same podstawy :). Ale bardzo miło się gadało, przybliżył nam ukryte atrakcje w okolicy, o których nie wiedzą nawet lokalsi, naprawdę polecam to studio :).W końcu nastała godzina zameldowania, więc udaliśmy się do naszego hotelu Treasure Island, mieszczącego się na początku Stripa, czyli głównej ulicy Vegas. Zastanawiałam się nad wyborem hotelu, gdyż okazało się, że noclegi w LV w tych najlepszych i największych hotelach, znanych z filmów, są takie tanie, że możesz wybrać jaki tylko chcesz. Kierowałam się jednak przede wszystkim darmowym parkingiem oraz lokalizacją, aby daleko nie chodzić. Wybór padł na ten właśnie hotel, cena przystępna, a zaraz obok, na tyłach budynku, jest wielki, kilkupoziomowy parking dla gości hotelowych, do którego wjazd zdążyłam oblukać wcześniej na google street view. Znaleźliśmy miejsce i bez walizek udaliśmy się najpierw do recepcji zrobić check-in. Nie wiem jak inni, co byli w Las Vegas, ale my recepcji szukaliśmy pół godziny. Cały dolny hol to jedno wielkie, niekończące się kasyno, poprzeplatane różnymi sklepami. Niby są jakieś znaki, ale tu przebudowa, tam inna ścieżka i już nie wiesz gdzie jesteś. A że pierwszy raz byliśmy w czymś takim, to była to dla nas sama przyjemność chodzenia po tym labiryncie w te i nazat, najpierw zameldowanie, potem po walizki i z powrotem, już do pokoju. Nasze piętro miało inne windy, niż piętra wyżej czy niżej, mieliśmy dostęp do 6 wind, prowadzących do wybranych 10 pięter . Ale super! W końcu dojechaliśmy, a że w momencie rezerwacji wybrałam pokój z widokiem na Strip, to jak weszliśmy do środka, znowu nie mogliśmy uwierzyć, że tu jesteśmy :). Fot.190 Fot.191 Fot.192 Po krótkim odpoczynku stwierdziliśmy standardowo, że idziemy na basen widoczny z naszego okna. Nie wiedziałam jaka etykieta tu obowiązuje, czy paradowanie w samym stroju z ręcznikiem pośrodku luksusowego hotelu to norma, ale okazało się, że tak. Nie wiem co sobie myślałam, że przyjeżdżają tam sami biznesmeni w garniturach, ale tak naprawdę to wszędzie byli zwykli ludzie tacy jak my i nie było czym się przejmować. W ogóle w całej Ameryce nikt się niczym nie przejmuje, jak wygląda, czy jest gruby czy chudy, nikt na nikogo nie patrzy, nie ocenia, jesteś tam sobą i to jest najlepsze. Bardzo mi się tam podobało pod tym względem, kompleksy odeszły na bok, a każdy był każdemu równy. Oczywiście nie zeszłam w samym stroju, ale w klapkach już tak ;). Ogólnie tego dnia było najgoręcej ze wszystkich dni na naszym roadtripie, ok.40 stopni o godz. 17, tak że basen w sam raz. Natomiast tym razem okazało się, że tu się nie pływa, tylko przemierza basen na stojąco z drinkiem w ręku :). Całości przygrywał DJ, z podestu nad nami, a wszyscy się dobrze bawili. Wokół palmy, słońce, czego chcieć więcej. Moje myśli "ale zajebiście, jestem właśnie w basenie w Vegas, nie każdy mógł tu być, wokół słychać muzykę, jest tak jak na tych wszystkich filmach" dostarczały mi tyle radości, że aż czasami śmiałam się do siebie samej w głos.Po jakimś czasie wróciliśmy do pokoju i już szykowaliśmy się na dalszy podbój LV. Plan był taki, że zrobimy sobie spacerek wzdłuż Stripa, czyli nic nadzwyczajnego :). Najpierw trzeba było wyjść z naszego hotelu, co wcale nie okazało się takie znowu łatwe (mimo że już trochę znaliśmy rozkład tych ścieżek). W końcu wyszliśmy na zewnątrz i droga tak prowadziła, że trzeba było przejść na drugą stronę do następnego hotelu i znowu jego środkiem iść dalej. Spacer pomiędzy tymi dwoma hotelami zajął nam godzinę. Tam się nie da iść normalnie :). Z samego hotelu możesz nie wychodzić przez cały dzień, a i tak nie obejrzysz wszystkiego. Ale jak tak dalej pójdzie to my nawet nie zdążymy dojść do następnej przecznicy. No nic, długo się nie zastanawialiśmy dokąd nas to zaprowadzi i tak chodziliśmy od jednej strony do drugiej, zwiedzając po kolei każdy hotel na naszej drodze. Natrafiliśmy na pokaz fontann przed Bellaggio, całkiem przyjemny, ale były tam takie tłumy, że powoli traciliśmy siły na przedostawanie się na kolejne ulice. Do tego dochodziła taka duchota, że wejście do hotelu z klimatyzacją było zbawieniem, ale potem znowu trzeba było szukać wyjścia. Po kilku godzinach stwierdziliśmy, że już starczy, a nie doszliśmy nawet do końca Stripa, nie oglądając innych znanych hoteli, tj. New York, New York, czy Luxor. Wizyta w Vegas nie mogłaby się odbyć oczywiście bez zagrania w kasynie! Jako że nie jesteśmy częstymi bywalcami takich nocnych uciech to wybraliśmy najprostszą opcję, czyli grę na maszynach. Moja wygrana to 62 centy!!! A raczej przegrana, bo wydałam na to dolara. Ale voucher na odbiór wygranej jest, jak kiedyś tam wrócę to na pewno spieniężę :)Fot.193 Fot.194 Fot.195 Fot.196 Fot.197 Fot.198 Fot.199 Fot.200 Fot.201 Fot.202 Fot.203 Fot.204 Fot.205 Fot.206 Fot.207 Fot.208 Fot.209 Las Vegas zaskoczyło nas pozytywnie, a podobno można to miasto pokochać albo znienawidzić. Po pierwsze: być, a nie być w Vegas, to już jest na plus. Niby kiczowate, ale wg mnie wcale nie, a nawet tam to tak zajebiście wygląda, że nie wyobrażam sobie tego inaczej. Niestety ten tłum ludzi, niemiłosierny skwar oraz mnóstwo różnych innych bodźców, takich jak świecące neony i hałas sprawiają, że po jakimś czasie masz trochę dosyć i chcesz wracać do ciszy hotelowego pokoju. A tam w namiastce luksusu można oddać się …. no cóż, co się dzieje w Vegas, zostaje w Vegas ;). Z pewnością pokochałam to miasto :)!Nadrabiam powoli relację, dlatego mam takie tyły... ale na widok tych zdjęć to aż mi się zachciało w góry (jakiekolwiek). ;) Wysłane z TupTapTok
cerro 26 września 2018 22:32 Odpowiedz
Nadrabiam powoli relację, dlatego mam takie tyły... ale na widok tych zdjęć to aż mi się zachciało w góry (jakiekolwiek). ;) Wysłane z TupTapTok
d4fc4 11 października 2018 09:10 Odpowiedz
Świetnie napisana relacja, szkoda tylko, że tak późno na nią trafiłem, żeby na nią zagłosować (nie trafiłem jeszcze na tak radosną).W przyszłości mam z żoną plan polecieć do NY, a na moją następną okrągłą rocznicę urodzin planujemy podróż do Kalifornii (czyli za kilka lat, żeby nasza latorośl zapamiętała jak najwięcej) i już wiem że wiele skorzystam z Twojej relacji.
bubu69 11 października 2018 11:17 Odpowiedz
@D4fc4 - Dziękuję za przeczytanie relacji i miłe słowa :)! Mam nadzieję, że marzenia się spełnią, a wyjazdy udadzą! Cieszę się, jeśli moja relacja w czymś pomoże! Pozdrawiam :)!