0
Bubu69 8 sierpnia 2018 22:23
Cześć wszystkim, niedawno odbyłam swoją wymarzoną podróż do USA i chętnie podzielę się z Wami swoimi przygodami :). Nie wydarzyło się co prawda nic niezwykłego, a podobne wyprawy były już opisywane, ale mam nadzieję, że jeszcze wniosę coś nowego :). A na przykład to, że jest to opowieść o tym jak NIE zaoszczędzić na wyjeździe :P i takie tam ciekawostki ;) (również jak przytyć ;)). Niestety nie jestem jeszcze tak wprawionym podróżnikiem, żebym mogła podzielić się z Wami tajnikami super zniżek na noclegi, wynajmu auta czy jedzenia, dla mnie było ważne, żeby w ogóle pojechać i to wszystko zobaczyć (a co się narobiłam nadgodzin w pracy to moje :P ), także jak ktoś chętny do poczytania to zapraszam :)!


Nasza wyprawa trwała 16 dni, przemierzyliśmy w tym czasie autem ok.5600 km po Kaliforni, Nevadzie, Utah i Arizonie. Wszystkie noclegi zdecydowałam się zabukować wcześniej, aby na miejscu nie zastanawiać się nad takimi rzeczami i nie tracić czasu na poszukiwanie miejsca do spania – z czego byłam bardzo zadowolona i polecam. Rezerwacje zrobiłam na stronie booking.com kilka miesięcy wcześniej, w zasadzie bez żadnych niespodzianek, aczkolwiek zdarzył się jeden problem, który opiszę później. Nie brałam pod uwagę, że będzie jakaś obsuwa i gdzieś nie dojedziemy, w takiej sytuacji na pewno byśmy improwizowali ;), ale akurat nic takiego się nie wydarzyło (wiem, nuda ;)). Polecieliśmy tam we dwójkę – ja i mąż, dla którego wszystkie odwiedzane miejsca były niespodzianką, gdyż ja wzięłam na siebie zaplanowanie całej trasy (dobrze ma, co nie ;)?), jako że było to moje marzenie od bardzo dawna.


A zaczęło się dosyć niewinnie, tylko od stwierdzenia "a może by zrobić w życiu coś fajnego, na przykład przejechać się kultową Route 66". Niestety dla mnie wyjazd do Ameryki te parę lat temu był niewyobrażalny, wręcz niemożliwy do zrobienia. Wyrobienie wizy (tzn. "przecież to musi być bardzo ciężkie ją dostać, "jak się w ogóle za to zabrać", "na pewno by mi nie dali" itp.) było już dla mnie początkowym problemem, a co dopiero dalsze plany. Jednak gdy pewna życzliwa koleżanka powiedziała mi tak od niechcenia "zrób to po prostu" uwierzyłam, że się da. Zaczęłam się interesować wszystkim po kolei i odkrywać piękno przyrody jakie kryje w sobie Ameryka. Zdaję sobie sprawę, że na świecie jest wiele wspaniałych miejsc wartych odwiedzenia, nie wiem czemu akurat USA tak mocno pobudziło moją wyobraźnię i chęć podróży tam, może to przez te wszystkie amerykańskie filmy, w których dzieją się niesłychane rzeczy, sprawiły, że chciałam zobaczyć to wszystko na własne oczy. Potem już dalsza wiedza o oszałamiającej przyrodzie pozwalała mi się dalej zakochać w Stanach.


Spędziłam długie godziny na czytaniu Forum Fly4free i z góry chciałam podziękować wszystkim, którzy pomogli zaplanować mi tę podróż, odpowiadali cierpliwie na moje pytania i te w dyskusjach ogólnych, jak i w prywatnych wiadomościach, dzięki czemu mogłam uniknąć błędów i odwiedzić te wszystkie niesamowite miejsca. Także DZIĘKUJĘ raz jeszcze i pozdrawiam wszystkich Forumowiczów – Wasza pomoc jest nieoceniona :)!

Wszystkie informacje, co, jak, gdzie, czym, dlaczego i po co będę opisywać w trakcie relacji, oszczędzę chyba sobie tylko podsumowania kwotowego, bo aż mi szkoda mojego portfela :P, na pewno można zrobić to dużo taniej i równie fajnie, a nawet i fajniej :). Z góry przepraszam, jeśli moje opisy będą aż nadto długie, ale czasem wplotę jakieś informacje być może dla jednych oczywiste, ale dla tych co jeszcze nie lecieli tak daleko całkiem przydatne (ja też szukałam odpowiedzi na wiele moich "głupich" pytań).


A więc zaczynamy :)!Dzień 1. 07.06.2018 LOS ANGELES (2 noce)

Santa Monica, Venice Beach

Wylot do LA 8:50 – przylot 14:30

Lecieliśmy liniami LOT, bilety zakupione w styczniu po "promocyjnej" cenie ok.5600 zł :) dla 2 osób w dwie strony. Wylot z Gdańska, przesiadka w Warszawie, wylot do LA. Lot trwał ok.12 h, siedzieliśmy we dwójkę na potrójnych siedzeniach, także było naprawdę ok. Nie jestem osobą, która miałaby się czepiać jakichś niedogodności, tak że jak dla mnie wszystko było super. Oglądanie filmów, patrzenie na chmury i wyczekiwanie amerykańskiej ziemi – coś wspaniałego :).


Fot.1

IMG_3656.jpg




Po wylądowaniu na lotnisku czekała nas odprawa imigracyjna, której też się z lekka obawiałam (robić normalne miny, zachowywać się naturalnie, nie wzbudzać podejrzeń :P), chociaż nie miałam nic na sumieniu :). Po wyjściu z samolotu z bagażem podręcznym, zgodnie z radami na forum "idź jak najszybciej, zero zatrzymywania w wc i takie tam", "popędziliśmy" prosto do odprawy (bez "januszowania" jakby co ;)), aby czas oczekiwania był jak najkrótszy. Najpierw trzeba było wypełnić formularz w takim stojącym komputerze, chyba to samo co dali nam na papierze w samolocie (co okazało się w ogóle niepotrzebne). Po chwili podchodzi do nas jakiś pracownik i mówi do mojego męża : "Pokaż mi swój rękaw." Moje myśli od razu "o kurde, wyglądamy na podejrzanych, zaraz nas będą sprawdzać, osobny pokój, koniec z nami, trzepanie rzeczy (czy czego tam jeszcze :P)" – jako że mąż ma wytatuowane całe ręce, co rzuca się od razu w oczy. Po chwili konsternacji oczywiście okazało się, że Pana zaciekawiły te wszystkie tatuaże i chciał po prostu je zobaczyć. I w tej chwili doświadczyliśmy już amerykańskiej życzliwości. Pan z nami od razu zagadał, popytał, pomógł wypełnić formularz , powiedział co najlepiej zaznaczyć i życzył udanej wycieczki. Od razu pomyśleliśmy – "ale tu zajebiście", a jeszcze nie zdążyliśmy wyjść z lotniska :). Rozmowa z urzędnikiem przebiegła szybko, pytania w stylu "po co przyjechaliśmy", "na jak długo" itp i po ok.45 min. od wyjścia z samolotu zostaliśmy wpuszczeni do USA :).


Fot.2

IMG_3666.jpg




Potem wszystko poszło już dosyć sprawnie, trzeba było odebrać bagaż, więc szukaliśmy taśmy z naszego samolotu przez kilka minut, nie wiem tylko czemu pracownicy lotniska zorientowali się po naszych poszukiwaniach, że jesteśmy z Polski, bo widząc nas błądzących po omacku pytają "Polish?" - "tak" – no to Wasz bagaż jest tam. Nie wiem czy Polacy są tam zawsze zagubieni (zwłaszcza, że obok taśm są wielkie monitory wskazujące nr taśmy i nr lotu), ale było to dosyć pocieszne :) (już więcej nie damy się tak zfrajerować ;) - ale jakby co, to jest info dla tych, co też rzadko bywają na lotniskach ;)). Tak że tak to wygląda po wylądowaniu.


Następnie czekamy na darmowego shuttle busa do naszej wypożyczalni – Alamo. Zdecydowałam się na nią po opiniach w internecie oraz dostępnych opcjach przy wynajmie, np. Wysokość wkładu własnego przy jakiejkolwiek szkodzie 0 zł. Auto rezerwowałam kilka miesięcy wcześniej poprzez stronę rentalcars.com, od razu z ich ubezpieczeniem, klasa SUV – za auto na 16 dni wyszło ok.1800 zł + ubezpieczenie ponad 500 zł, odbiór i zwrot w tym samym miejscu. Pan na miejscu zaproponował nam auto klasę wyżej, dokładnie Jeep Grand Cherokee za 30$ więcej za dzień! Oczywiście za drogo, no to zszedł do 20$ za dzień. Mimo tego, w życiu nie zdecydowalibyśmy się na taką stratę pieniędzy, ale z tego co wiem wielu osobom często trafiają się dobre okazje. Bardzo fajną "zabawą" jest wybieranie auta w alejce danej klasy :), pierwszy raz się z tym spotkaliśmy - "to który" "może ten" "a może ten" "teraz nie wiem jaki" "chyba ten lepszy" "a zajrzyjmy do środka" i takie tam podobne trudne, życiowe wybory :). Zdecydowaliśmy się na Nissana Rogue w kolorze mocca. W zasadzie pierwszy wybór, ponoć zawsze najlepszy.


Fot.3

IMG_3675-001.jpg




Po Stanach poruszaliśmy się z nawigacją z aplikacji Here, z mapami działającymi offline. Przed wyjazdem dodałam w niej do ulubionych wszystkie punkty, do których mieliśmy dojeżdżać tj. noclegi, parki, ale także punkty przez które chciałam, żebyśmy przejeżdżali, bo inaczej nawigacja by nas tak nie poprowadziła. Prosto z wypożyczalni pojechaliśmy do salonu T-mobile, którego adres wbiłam wcześniej do aplikacji, 3 min. jazdy samochodem od Alamo. Tam zakupiliśmy kartę sim za ok.40$ w pakiecie turystycznym na 3 tygodnie, darmowe rozmowy i smsy do USA, darmowe smsy do Europy oraz 2 gb internetu (m.in. polecana tu na forum). Karta była używana w dodatkowym telefonie, który służył za nawigację. Praktycznie cały czas bazowaliśmy na aplikacji Here offline, mapy działały świetnie, telefonu do dzwonienia użyliśmy może raz, kilka smsów i raz chyba internet. W większości korzystaliśmy z wifi w hotelach, żeby połączyć się z rodziną i znajomymi. Ale gdyby coś się stało chciałam mieć możliwość tanich/bezpłatnych połączeń i internetu.

Ponieważ nasz hotel był oddalony ponad godzinę od lotniska, plan był taki, że jedziemy od razu obok na plażę Santa Monica i zrobimy sobie spacerek wzdłuż promenady do Venice Beach i z powrotem. Pojechaliśmy na znaleziony wcześniej i wbity w nawigację płatny parking tuż przy plaży Santa Monica. No i stało się, zaczęlismy zwiedzanie :)!


Fot.4

DSC00108.JPG




Plaża była fajna, z jednej strony morze, z drugiej zielone wzgórza, ale zrobiliśmy tylko krótki spacer, gdyż nie są to białe piaski wysp karaibskich ;). Przeszliśmy się po drewnianym molo, gdzie jest pełno knajpek, budek z jedzeniem i sklepów z pamiątkami (ja nie wiem co to jest, ale na to wychodzi, że cały świat jest taki sam z tymi wszystkimi "kiczowatymi" pamiątkami, te same bluzki, kubki, torebki, magnesy są wszędzie gdzie się nie pojedzie :)). Tak że nie liczcie na kupno czegoś "innego" lub "oryginalnego" niż w Europie, co oczywiście niczemu nie ujmuje :), gdyż od razu mówię, że kilka takich, jakże przydatnych rzeczy zostało zakupionych. Tam też skosztowaliśmy pierwszego, amerykańskiego posiłku – nie mogło być inaczej – burger z frytkami. Nie wiem czego się spodziewałam, ale na pewno nie doświadczyłam rozkoszy na podniebieniu, był to po prostu burger :). A jako że ja aż tak nie przepadam za mięsnym jedzeniem, był to chyba mój pierwszy i ostatni raz. No ale taka wycieczka nie mogła się odbyć bez zjedzenia burgera, nie ma innej opcji, to jest mus taki sam jak Grand Canyon ;). Potem spacerowaliśmy po promenadzie w kierunku Venice, mijaliśmy bezdomnych, którzy tam "mieszkają" w swoich "namiotach" i pełno innych dziwnych ludzi. Ma to swój urok, jeśli można tak to nazwać. Chyba na stałe wpisali się w ten krajobraz, co być może jest smutne i trochę odstraszające, ale jednocześnie ciekawe. Czuliśmy się bezpiecznie, aczkolwiek byliśmy czujni i zdecydowanie po zmroku byśmy się tam nie zapuścili.


Fot.5

DSC00150.JPG



Fot.6

IMG_3743.jpg



Fot.7

DSC00180.JPG



Fot.8

IMG_3761.jpg




Po 10 sekundach namysłu mąż stwierdził "a chodź wejdźmy do jakiegoś studia tatuażu", których wiele mijaliśmy na swojej drodze. Wiedziałam, że inaczej się to nie skończy, jak tylko nie oponować przed kolejnym tattoo, ale helooołłł!, zrobionym w LA ;). No więc wybór na studio padł tak po prostu, weszliśmy, "czy można zrobić sobie u Was teraz mały tatuaż" "tak, nie ma problemu" i po kilkudziesięciu minutach już był :), wieczna pamiątka tej wycieczki i tego miasta :). 
Gdyby kogoś interesowały ceny, to są podobne jak u nas, tzn. za mały tatuaż 3-4 cm 100$ (to chyba takie minimum wszędzie).


Fot.9

DSC00195.JPG




Mój M. lubi też grać w kosza, więc sprawiło nam to obojgu radość (a przynajmniej mnie, mój mąż w życiu by tak nie powiedział :P), jak mijając kolejne boiska podszedł do jakichś grających i po prostu zaczął z nimi rzucać. Naprawdę fajnie tam mają, jeśli chodzi o infrastrukturę sportową, pełno różnych boisk, siłowni itd., mogliby do nas to przenieść. No i znowu "grać sobie tak po prostu w kosza w LA – zajebiście", nie wszyscy tu byli, także każda rzecz była dla mnie super i naprawdę dziękowałam, że mogę tego wszystkiego doświadczyć, nawet takich zwykłych, przyziemnych drobnostek, które mogą być dla jednych niczym niezwykłym, a dla mnie były cudowne :).


Fot.10

IMG_3786.jpg



Fot.11

DSC00215.JPG




Podczas naszego pobytu w Stanach bardzo szybko się ściemniało, więc drogę powrotną do parkingu po godz.20 przeszliśmy już w ciemnościach. Wtedy prosto do motelu Coral Sands w dzielnicy Hollywood, szczerze polecam, przez przypadek dostaliśmy ich najlepszy pokój, oczywiście bez żadnej dopłaty, ale recepcjonista prosił, żeby nikomu nie mówić, jak będziemy wystawiać komentarz ;). Od razu basen, hot tub i do spania ;). Prawie każdy nasz motel miał basen, z których zawsze korzystaliśmy, mimo napiętego planu. Zazwyczaj na miejsce noclegowe docieraliśmy między 17 a 19, a przy upałach, które tam były wspaniale było wskoczyć do basenu po kilkugodzinnej jeździe autem. Ogólnie tamtejsze hotele/motele mają późne godziny otwarcia basenów, 22:00 to standard, więc jak ktoś się zastanawia czy rezerwować noclegi również pod tym kątem, to jak najbardziej polecam, powinniście móc bez problemu skorzystać.


Fot.12

DSC00239.JPG

-- 09 Sie 2018 22:54 --

2. Dzień LOS ANGELES 08.06.2018

Universal Studios, Hollywood sign, Hollywood hills, Walk of Fame

Dziś z samego rana ruszyliśmy do Universal Studios. Bilety zakupiłam wcześniej na stronie online. Zastanawiałam się jakiś czas nad kupnem droższych biletów Universal Express – różnica w cenie dosyć duża, bo zwykłe kosztują 109 $ (w tym terminie, w okresie wakacyjnym są droższe), a Express 179 $. Natomiast uzyskuje się prawo do jednorazowego dla każdej atrakcji pierwszeństwa wejścia, co znacznie skraca czas oczekiwania. Po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw, zdecydowałam się na zakup tych droższych biletów. Decyzja okazała się najlepszą jaka mogła być. W parku byliśmy od 9 do ok.17, zdążyliśmy pójść na każdą atrakcję tylko po 1 razie, a nie czekaliśmy w kolejkach dłużej niż 10 minut. Jeżeli ktoś się zastanawia, a może sobie pozwolić na kupno tych droższych to naprawdę polecam. Nie mówię, że dla mnie nie był to spory wydatek, bo naprawdę ledwo mi na to starczyło, ale potem nie żałowałam tak wydanych pieniędzy. Ściągnęłam sobie wcześniej na telefon aplikację Universalu, w której jest mapka z zaznaczonymi atrakcjami oraz aktualny czas oczekiwania do nich. Do kilku były czasy stania w kolejce ponad 50 minut!, do niektórych 30 minut, a same atrakcje trwały czasami nie dłużej niż 5 minut. Chyba byśmy zwariowali jak byśmy mieli tam stać po tyle czasu, zwłaszcza że mojego M. często dotyka ból pleców, więc takie bilety okazały się dla nas zbawieniem. Mieliśmy wtedy osobne wejścia za okazaniem naszego biletu i prawie od razu wchodziliśmy.

Sam park na początku sprawiał wrażenie trochę już starego i kiczowatego, ale po całym dniu tam spędzonym mogę śmiało powiedzieć, że jest tam super :). Na początku poszliśmy na Studio tour, czyli przejażdżkę po studiu filmowym, która trwała około godzinę, jeździliśmy tam takimi wagonikami a'la melex.


Fot.13

IMG_3903.jpg




Potem po prostu zaczęliśmy chodzić po parku i zaliczać po kolei atrakcje. Przez przypadek na początku natrafiliśmy na nowy "nabytek" Universala, czyli kolejkę "Harry Potter and the Forbidden Journey" – było zajebiście :)! W ogóle się tego nie spodziewałam co zobaczyłam, nie byłam też nigdy na czymś takim, także emocje i wrażenia niezapomniane :)! To była chyba najlepsza atrakcja, może rzekłabym, najbardziej zaawansowana. Potem już szło wszystko po kolei, zresztą też bardzo do siebie podobne, więc wiedzieliśmy czego można się spodziewać i było naprawdę wesoło i fajnie :) - przejażdżki kolejkami lub atrakcje 5D. Na koniec mokra wyprawa po Jurassic World i można było iść do domu :).


Fot.14

IMG_3915.jpg




Po Universalu plan był taki, że nie było planu, po prostu zobaczenie znaku Hollywood, przejażdżka po wzgórzach Hollywood i spacer słynną aleją gwiazd.

Jeśli chodzi o jazdę po LA, to przez miasto prowadzą różne autostrady z 7-ma pasami, na których zazwyczaj są korki. Traktowaliśmy to na zasadzie "nie każdy mógł postać w korku w Los Angeles" i tym podobne, w ogóle nam to nie robiło, gdyż praktycznie cały czas się jechało, a zwłaszcza że dla nas dodatkowo był dostępny pas CAR POOL z lewej strony, którym mogły się poruszać auta z minimum dwoma pasażerami :). Także zawsze na car poola i do przodu, bo mało aut jeździ tym pasem, wszyscy jadą w pojedynkę.
Miałam też zainstalowaną aplikację Sygic, która pokazywała miejsca, gdzie są różne atrakcje i tak też skierowaliśmy się do punktu, skąd rozpościerał się widok na znak Hollywood, prawie u jego stóp. Nie wiem jakie na Was zrobił on wrażenie, ale mi się bardzo podobało, był nawet lepszy niż w moich oczekiwaniach (dobrze czasem poczytać, że znak niby taki sobie, mały i w ogóle nie warty zachodu ;)). Stanęliśmy obok czyjegoś domu i piaszczystą drogą weszliśmy na górkę. Wiadomo, fotki selfiaki się posypały, a jakże by inaczej :).


Fot.15

DSC00271.jpg




Potem po prostu patrząc na mapę jeździliśmy sobie po wzgórzach obserwując domy bogaczy, ich fury i podwórka :). Wszystkie uliczki wyglądają super, są wąskie i kręte, a niektóre domy przepiękne, no naprawdę jak w tych wszystkich filmach. Zresztą moją myślą przewodnią było zweryfikować, czy na żywo wszystko wygląda tak jak na filmach i potwierdzam – tak jest :). Natrafiliśmy nawet na jakiś park między wzgórzami, po którym prawie nikt nie chodził, a widok był piękny, nawet było tam jakieś jeziorko. Jeździliśmy tak do zachodu słońca, co naprawdę niesamowicie wyglądało, po czym udaliśmy się w stronę Walk of Fame. Niestety w tym momencie poczułam już, że wczorajszy spacer po wietrznym Los Angeles nad brzegiem morza oraz jazda w klimatyzacji sprawiły, ze zaczyna mnie boleć gardło i czuję się niewyraźnie. Na szczęście byłam przygotowana na taką ewentualność, a wręcz przekonana, że na bank spotka mnie coś takiego na mojej wymarzonej wycieczce, więc zabrałam ze sobą tonę leków,w tym również antybiotyk (na szczęście mam do nich nieograniczony dostęp – ktoś, coś - bez recepty :P?). Naprawdę zaczęłam się czuć kiepsko, ale że do jasnej cholery wiedziałam, że tak będzie, pomyślałam "przeziębienie, mam Cię w dupie, nie będę zwracać na Ciebie uwagi, rób sobie co chcesz (tego miałam nadzieję, że nie usłyszy), bawię się dalej i nic nie jest w stanie mi zepsuć mojej wycieczki". Do końca pobytu byłam przeziębiona, w tym kilkudniowy ból gardła, brak głosu, potem niekończący się katar i brak węchu, ale ogółem bawiłam się znakomicie :).


Fot.16

IMG_9558.jpg




Tak że przespacerowaliśmy się wzdłuż alei gwiazd i z powrotem do hotelu na kolejny i ostatni nocleg w LA (basen i hot tub zaliczone). Dziękowałam też sobie za wybór hotelu, który był rzut beretem stamtąd – naprawdę polecam tę lokalizację!


Fot.17

IMG_4100.jpg



Fot.18

IMG_4133.jpg




Podsumowując Los Angeles to naprawdę nam się podobało, ciekawie było to wszystko zobaczyć, postać w korkach, przewiać się nad morzem i dostać najlepszy pokój w motelu. Myślę, że mi po prostu wystarczyło, że jestem w USA i nic nie mogło mnie zrazić. Teraz jak oglądamy filmy, to zawsze kto pierwszy ten lepszy "o, tu byłam" " tu na pewno też" "tu też" "a tu to już w ogóle na bank" :). Na pewno jeszcze jest wiele ciekawych miejsc w centralnej lub wschodniej części LA, gdzie warto by pojechać. Nam już nie starczyło czasu, ale jeśli mielibyśmy okazję tam jeszcze wrócić, to na pewno byśmy nie ominęli tego ciekawego i jakże różnorodnego miasta.

-- 09 Sie 2018 23:07 --

Dziękuję za pozytywne komentarze :), dodajecie mi motywacji i na pewno będę pisać dalej :)! Obiecuję, że im dalej tym ciekawiej ;)
correos napisał:
@Bubu69
mozesz wrzucic chocby najbardziej prowizoryczna mapke z pokonanej trasy?


Bardzo proszę :)! Ogólna mapka z naszej wyprawy, w kolejnych postach będę wrzucać dokładne trasy z google :)

Mapa 1

Mapa.png



monroe napisał:
@Bubu69
Z którego dokładnie miejsca zrobiłaś tak fajne zdjęcie znaku Hollywood?


Dokładnie z tego :):

https://www.google.com/maps/@34.1306953 ... 744!8i3872

Właśnie, postaram się dodawać też niektóre punkty z mapy w linkach, jeśli będzie coś ciekawego :)

@farmer - być może jednak coś podsumuję - będzie wiadomo na czym oszczędzić ;), ale też ile jednak można wydać :/3. Dzień Route 66 09.06.2018

LA – Joshua NP – Amboy – Needles – Oatman – Kingman – Peach Springs – Seligman – Williams

Dzisiejszy dzień był naprawdę bardzo fajny, mimo że mieliśmy przed sobą dosyć długą, całodniową trasę ok.800 km. Na szczęście obydwoje lubimy jeździć, więc wiedziałam, że nie będzie to dla nas stanowiło większego problemu. Wyruszyliśmy z LA ok.8:00 rano i kierowaliśmy się do parku narodowego Joshua, przez który mieliśmy plan tylko przejechać.

Wcześniej zakupiłam u naszego Forumowicza kartę Annual Pass na wszystkie parki, która naprawdę jest bardzo przydatna, inaczej nie ma sensu jeździć wszędzie i płacić osobno, więc jak ktoś się wybiera na takie zwiedzanie to dobrze o tym wiedzieć. Kartę wraz z dowodem tożsamości (na obu musi być ten sam podpis) pokazuje się przy wjazdowych bramkach do parku. W budce u strażnika (wyglądają zajebiście, wszyscy jak z filmu misia Yogi – czyli jest kolejne potwierdzenie, że jest tak jak na filmach) dostaje się gazetkę z mapką parku i informacjami. Najlepiej jednak zorientować się wcześniej przed wyjazdem, co dany park ma do zaoferowania i wybrać interesujące miejsca/szlaki, które chce się zobaczyć, bo tak na szybkiego to nie bardzo się wie gdzie, co i jak.

Park był piękny, drzewka Jozuego wyglądały jak z kosmosu, bardzo ciekawe miejsce. Co chwilę zatrzymywaliśmy się na zdjęcia, ale tak naprawdę to można by to robić co 100 metrów, więc po jakimś czasie po prostu tylko jechaliśmy. Temperatura wynosiła około 30 stopni, lekki wiaterek, cud, miód i malina :).


Fot.19

DSC00435.JPG



Fot.20

DSC_0015.JPG



Fot.21

IMG_4269.jpg



Fot.22

IMG_4603.jpg




Po wyjeździe z parku skierowaliśmy się boczną drogą w kierunku Amboy, aby wjechać na kultową Route66, od której wszystko się zaczęło :). W pewnym momencie natrafiliśmy na jakiś mały objazd, ale mapy offline bez problemu przeliczyły trasę.

Stan dróg w USA, przynajmniej w zachodniej części jest naprawdę super, nawet te wszystkie boczne dróżki, ledwo widoczne na mapie, są w pełni przejezdne, bez żadnych dziur i uchybień, przynajmniej tak to zapamiętałam :). Po drugie, jadąc przez te rozległe tereny pustynne ma się wrażenie, że nasze auto jest jedyne, które wpadło na pomysł jazdy tamtejszą trasą. A co do ogólnego poruszania się po drogach i skrzyżowaniach – te bez świateł w większości są równorzędne i pierwszeństwo przejazdu ma ten, kto pierwszy podjedzie linii (nie ten z prawej). Niby można się zastanawiać "skąd kto będzie wiedział, która kolejność", ale naprawdę byłam w szoku, jak to płynnie wszystko szło. Nikt nie kombinował, a wręcz każdy każdego przepuszczał, uwielbiałam to obserwować. Podjeżdżało się, ktoś już stał, to wiadomo, że jego kolej, za nim jedzie następny, ale staje, bo widzi, że Ty już byłeś wcześniej. Czy u nas nie może być takiej mentalności kierowców? A światła na skrzyżowaniach umiejscowione są po drugiej stronie ulicy na przeciwko, więc nie trzeba wychylać się do szyby i zadzierać głowy, doskonale wszystko widać. Ot, takie różnice między nimi, a nami.

A więc dojechaliśmy do Amboy i zatrzymaliśmy się na stacji, pośrodku niczego – zajefajne miejsce :). Stacja w starym stylu z typowego filmu, wokoło prawie nic, z głośników leciała muzyka (nawet to było lekko straszne :P, ale ja lubię horrory), zero ludzi, w oddali jedzie pociąg – ideał. Tutaj właśnie na drodze były znaki Route 66 :)! - to było dopiero szaleństwo, tysiąc zdjęć z każdej strony :). Pracownik stacji bardzo miły, doradził nam również, że niedaleko jest krater (Amboy Crater), do którego można podjechać i zajrzeć do środka. Co prawda coś o nim czytałam, ale zdecydowaliśmy, że przez to iż troszkę byśmy musieli się cofnąć oraz, że jest bardzo gorąco i mamy długą trasę przed nami, to już tam nie jedziemy. Ale dobrze jest wiedzieć, że można taką ciekawostkę zobaczyć :).

Tutaj też pierwszy raz tankowaliśmy paliwo, rzecz jasna bez zastanawiania się ile to kosztuje. Po odjechaniu, już po jakimś czasie M. pyta się mnie ile zapłaciłam, a ja że nie wiem, coś około 70$ czy jakoś tak... „że co k…?” - "no tak mi się wydaje"- "chyba żartujesz" – jakoś tak mniej więcej przebiegała konwersacja :), może nawet trochę przesadziłam :P. Płaciłam gotówką, więc nie wiem dokładnie ile wyszło, bo kupiliśmy jeszcze napój itd., ale jak to przeliczyliśmy to wyszło dosyć drogo i cenowo porównywalnie jak u nas w Polsce, a przecież paliwo miało być tam tak tanie jak woda. Wiem, że są różne ceny w zależności od stanu, ale i tak myślałam, że wychodzi dużo mniej za benzynę. Potem już zwracaliśmy uwagę na ceny, ok.3,50-3,70 $ za galon to było w miarę ok, raz chyba widziałam tylko cenę poniżej 3 $, a w samej Kalifornii jest najdrożej, bo ponad 4 $. Na tej stacji było ponad 5 $, ale ogółem wg mnie to paliwo w USA nie jest takie tanie i jednak trzeba liczyć, że się więcej wyda niż się myśli :P.


Fot.23

DSC00488.JPG



Fot.24

gas station.JPG



Fot.25

roy's.jpg



Fot.27

ec7ecd0c-8d10-4387-8204-63db5d03986c.JPG



Fot.28

IMG_4638.JPG



Fot.29

IMG_4394.jpg



Fot.30

f5986666-6be1-47b9-96d7-e34331207584.JPG



Fot.31

IMG_4378.jpg




Jednym z naszych sposobów na zachowanie tylu cudownych wspomnień była kamerka GoPro (pożyczona – bardzo dziękujemy :)) oraz sprzedany patent (również dzięki ;)) na fajne ujęcia z przebytej drogi – otóż mieliśmy specjalny magnes przymocowany do dachu zaraz nad głową pasażera, na którym była umiejscowiona kamerka, a dzięki temu można było wystawiać przez okno ze strony pasażera tylko rękę do góry i klikać na play. GoPro oczywiście w obudowie ochronnej, zabezpieczone dodatkowo sznurkiem, który był pociągnięty przez okno do środka. Trzymało się znakomicie, jechaliśmy z tym ponad 120 km na godzinę i nigdy się nie odczepiło ;). Więc mamy nagrane kilkadziesiąt minut przejazdów przez różne drogi, w wielu miejscach – polecam, naprawdę ciekawa perspektywa :).
Zdążyłam już trochę takich filmików przejrzeć i jakież było moje zdziwienie i jednocześnie beka na maksa z siebie samej, gdy wjeżdżamy właśnie do kolejnej miejscowości Oatman (o której za dużo nie wiedziałam, tylko to, że jest na trasie Route66 i może są tam jakieś sklepy poświęcone historii tej drogi), a tam tak po prostu po ulicy chodziły sobie osły! A że uwielbiam zwierzęta to w pewnym momencie słychać przez zamknięty samochód, zamknięte okno, kamerka w obudowie, wiatr wieje, a na filmiku stłumiony pisk: "M.! O ja pie...lę, tu chodzą sobie osły, ale zaj...e, stawaj szybko, bo chcę juz wysiąść” (coś tak mniej więcej hehehe). Może miasteczko urządzone troszkę pod turystów, ale tak naprawdę żadnej takiej innej mieściny nie widziałam na swojej drodze, więc klimat był super, do tego żywe zwierzęta na "wolności", byłam tam posikana :P (nie za dużo przeklinam i takie tam???).
No więc zaczęło się "ciu ciu ciu ciu" "a dokąd idziesz osiołku" "a chodź ze mną" "a jaki jesteś słodki" "a daj się pogłaskać" – czułościom nie było końca przez 2 minuty :P, osły były dosyć oswojone, ale raczej wolały chodzić swoimi ścieżkami ;) (jestem troszkę głupiutka, wiem :P).
Przeszliśmy się trochę po Oatman (jedna droga na wprost), zaszliśmy do sklepu z różnymi rzeczami i tu też kupiłam moje ulubione amerykańskie stare tablice samochodowe :) - koniecznie chciałam mieć taką pamiątkę. Kamerka go pro została na dachu, nie pilnowana przez nikogo, ale nie mówcie moim znajomym, bo po co mają się denerwować, skoro nic się nie stało :P (przecież po pół godzinie byliśmy z powrotem w aucie :)).

Fot.32

DSC00497.JPG



Fot.33

DSC00500.JPG



Fot.34

IMG_4452.jpg



Fot.35

DSC00504.JPG



Fot.36

IMG_4444.jpg




Wyjeżdżamy z Oatman i kierujemy się dalej w stronę Williams - cdn. :)3. Dzień Route 66 cdn.


Dalej kierujemy się w stronę Kingman i Peach Springs. Droga bardzo fajna, klimatyczna. Około godziny 18 dojeżdżamy do Hackberry, przy którym znajduje się takie jakby muzeum Route 66. Niestety na pierwszy rzut oka dla nas wyglądało to na trochę starą (ale naprawdę fajną) ruderę, która była zamieszkiwana, ale myśleliśmy, że po prostu stoi tam stara buda i różne oldschoolowe auta itd. Okazało się, że do środka można było wstąpić, ale zorientowaliśmy się dopiero w momencie jak ktoś stamtąd wyszedł, a właścicielka zamknęła za nimi drzwi na klucz. Czy ktoś z Was był w środku i wie co tam jest? Sama miejscówa wygląda super, taki prawdziwy amerykański klimat, bardzo nam się tam podobało :), kolejny fajny przystanek na naszej trasie.


Fot.37

DSC00517.JPG



Fot.38

DSC00523.JPG



Fot.39

DSC00526.JPG



Fot.40

DSC00531.JPG



Fot.41

IMG_4485.jpg



Fot.42

DSC00536.JPG



Fot.43

IMG_4496.jpg



Fot.44

IMG_4497.jpg



Fot.45

IMG_4495.jpg





I tak, jadąc tam, chciałam poczuć wolność i zmierzać ku zachodzącemu słońcu........ no i tak było :)! Nie zawiodłam się kolejny raz, długie kilometry prostej, niekończącej się drogi, pustynia, zachodzące słońce - to było to :)!!! Tak właśnie wyobrażałam sobie jazdę przez Stany i spełniło się moje marzenie :)


Fot.46

IMG_4520.jpg



Fot.47

DSC00541.JPG



Fot.48

IMG_4523.jpg



Fot.49

IMG_4640.JPG




Po godzinie 20 dojechaliśmy do Williams - dzisiaj mieliśmy nocleg w motelu El Rancho, tuż przy drodze wylotowej na Grand Canyon. Motel ok, taki typowy amerykański (na co oczywiście liczyłam). Tym razem w ofercie nie było basenu, ale z góry zakładałam, że możemy dojechać bardzo późno i będzie to tylko nocleg na samo spanie. Natomiast tak nam się spodobało Williams, że postanowiliśmy od razu iść na miasto.

Pierwsza niespodzianka spotkała nas gdy zajechaliśmy pod motel i okazało się, że recepcja jest już nieczynna (a w opisie miała być otwarta do 21, natomiast wiedziałam, że jeśli będziemy później to powinniśmy im dać znać, ale tu nie było tego problemu), więc pytanie „co teraz”. Na szczęście czytałam kilka relacji na forum i wiedziałam, że w takiej sytuacji kluczyki są zostawiane w różnych miejscach przez personel. Więc z nastroju „bezradności” szybko przeszliśmy do nastroju „radości” gdy obok recepcji znaleźliśmy skrzynkę z kluczykami dla późnych przyjezdnych (wyobrażacie sobie coś takiego u nas? - ja się z tym nigdy nie spotkałam). Pomyślałam „ale tu jest fajnie w tej Ameryce!” i „ja to umiem załatwić nocleg” i „my nie jesteśmy w ciemię bici, ze wszystkim sobie poradzimy” („nie jesteśmy w ciemię bici” towarzyszyło nam już do końca wyjazdu jak udało nam się coś załatwić lub mieliśmy z czymś szczęście :P). Po fali euforii przyszła fala rozgoryczenia, gdy okazało się, że nasz zamek do drzwi jest popsuty i nijak nie da się go zamknąć. Nawet pomagał nam sąsiad z innego pokoju, ale też nie mógł sobie poradzić, bowiem wyglądało to tak, że mieliśmy inną klamkę niż wszyscy. Potem przyszła już mega złość, gdy dodatkowo wyszło, że w pokoju klimatyzacja jest zepsuta i grzeje zamiast chłodzić! Na dworze 35 stopni, a w pokoju chyba jeszcze więcej! Na suficie kręcił się wiatrak, który był tak głośny, że nie dało się przy nim spać, dodatkowo rozdmuchiwał ciepłe powietrze. Coś tam pokombinowaliśmy z tą klimą, mając nadzieję, że po powrocie będzie chłodniej. Dzwoniłam na telefon recepcji, ale oczywiście nikt nie odbierał (myślałam, że to może komórka, którą w razie czego właściciel ma ze sobą). No więc wartościowe rzeczy schowaliśmy z powrotem do auta i tak niezamknięty pokój na klucz zostawiliśmy i wyruszyliśmy na „melanż” ;). Stwierdziłam jednak, że nie wiem czemu, bo z natury taka nie jestem, ale tam w Stanach czułam się jakoś bardzo bezpiecznie, nie wiem z czego to wynikało.

Zatem poszliśmy się przejść i weszliśmy do super fajnego baru, który też był dla mnie takim typowym, amerykańskim miejscem i nie mogłam wyrobić z radości, tak się cieszyłam, że to wszystko widzę i mogę przeżyć :). Akurat było karaoke, prowadzone przez „kowboja”, leciała klimatyczna muzyka i w ogóle mogłabym stamtąd nie wychodzić. Tam też wypiliśmy nasze pierwsze piwo, a jako że jestem typową kobietą to wybrałam smakowe - cydr Angry Orchard, bardzo dobry :).


Fot.50


Dodaj Komentarz

Komentarze (26)

zloty 8 sierpnia 2018 22:46 Odpowiedz
Czekam!Wysłane z mojego SM-G930F przy użyciu Tapatalka
88309 9 sierpnia 2018 11:17 Odpowiedz
Fajnie się zaczyna. Czekam z niecierpliwością na dalszą część relacji :)
farmer 9 sierpnia 2018 12:22 Odpowiedz
@Bubu69 super, dajesz dalej:) sam w tym roku zabiorę się za pierwszą moją relację!
oszukani 9 sierpnia 2018 18:15 Odpowiedz
Czekam na dalszą część :) za miesiąc robimy prawie identyczną trasę :)
manix2 10 sierpnia 2018 10:12 Odpowiedz
Fajna, szczegołowa relacja. Minęło zaledwie 4 lata kiedy tam byłem a wydaje się, że to wieki temu. Czekam na więcej.
correos 10 sierpnia 2018 10:18 Odpowiedz
@Bubu69mozesz wrzucic chocby najbardziej prowizoryczna mapke z pokonanej trasy?
farmer 10 sierpnia 2018 10:54 Odpowiedz
@Bubu69możesz też się pokusić o podsumowanie kosztów ;) założyłaś, że tego nie zrobisz, ale może jednak :) na pewno się przyda realny koszt innym forumowiczom
monroe 10 sierpnia 2018 11:23 Odpowiedz
@Bubu69Z którego dokładnie miejsca zrobiłaś tak fajne zdjęcie znaku Hollywood?
katka256 10 sierpnia 2018 13:42 Odpowiedz
wybacz, ale nie mogę się powstrzymać:https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/takze ... 10620.htmlpoza tym sama relacje super, jak i zdjecia
cerro 10 sierpnia 2018 14:43 Odpowiedz
Zaczęłam czytać, jestem zachwycona, czekam na dalszy ciąg. :PDo USA jakoś mnie nigdy nie ciągnęło, ale ostatnio moje podróżnicze ambicje rosną i czuję, że zdjęcia tamtejszej przyrody mogłyby mnie przekonać. :D
jerry90 10 sierpnia 2018 21:40 Odpowiedz
Super relacja. Robimy z żoną podobną - choć krótszą - trasę na początku września. Widzę parę nowych patentów (GoPro), które można wykorzystać:DCzekam na ciąg dalszy:)
88309 11 sierpnia 2018 21:12 Odpowiedz
Fajny dzień! Sporo jeżdżenia, ale tak jak pisałem w naszych wiadomościach, że to sama przyjemność :) My jechaliśmy z LA do LV i potem do GC, ale za drugim razem zrobiłbym właśnie taką trasę jak Wy. Hackberry w środku to nic innego jak sklep + jakieś pamiątki po Route 66. Zauważyliście to w Hackberry? :)
bubu69 13 sierpnia 2018 05:08 Odpowiedz
Hej @Ruben$ :), tak widzieliśmy ten podpis :lol: ! Na zdjęciu 44 tez można coś małego wypatrzeć, tak że nasi są wszędzie ;).Trasa faktycznie długa, ale uspokoiłeś mnie, że jazda tam to zupełnie co innego, więc nie miałam obaw planować takiej kilometrówki, zreszta codziennie mieliśmy długie dystanse (i tak jak pisałeś, automat, tempomat i można rozglądać się na boki :P).Bardzo Ci dziękuję za wszelką pomoc, przysłużyłeś się do fajnych wakacji :) i milo mi, że teraz Ty czytasz moją relację :).
manix2 14 sierpnia 2018 10:26 Odpowiedz
Quote:Około godziny 18 dojeżdżamy do Hackberry, przy którym znajduje się takie jakby muzeum Route 66. Niestety na pierwszy rzut oka dla nas wyglądało to na trochę starą (ale naprawdę fajną) ruderę, która była zamieszkiwana, ale myśleliśmy, że po prostu stoi tam stara buda i różne oldschoolowe auta itd. Okazało się, że do środka można było wstąpić, ale zorientowaliśmy się dopiero w momencie jak ktoś stamtąd wyszedł, a właścicielka zamknęła za nimi drzwi na klucz. Czy ktoś z Was był w środku i wie co tam jest?W środku jest sklep z pamiątkami i niewielki bar (można wypić kawę albo coś zimnego). Zabawna jest wizyta w toalecie ;) zarówno damskiej jak i męskiej.Pamiątki takie jak wszędzie przy Route 66 więc nie ma czego żałować. Warto na pewno tam się zatrzymac bo miejscówka na zdjęcia jest super.
correos 14 sierpnia 2018 10:49 Odpowiedz
Bardzo mi sie spodobalo to zdanie :) hahaha :)..... trafilas do raju za życiacodziennie jakiś burger, frytki, kurczak lub burrito, a dodatkowo w czasie jazdy autem ciasteczka i chipsy :), masakra (nie to żeby mi było źle :P)
bubu69 14 sierpnia 2018 13:45 Odpowiedz
Zarówno @Manix2 jak i @Ruben$ - dzięki za odpowiedź odnośnie Hackberry, czyli aż tak nie straciliśmy, ale jestem ciekawa zatem co się dzieje w tej toalecie :). Miejscówka tak czy inaczej bardzo fajna i klimtyczna :)Hahaha, @correos uwierz, że mi się też podobało takie menu, niestety to nie najzdrowsze jedzenie jest zawsze najsmaczniejsze, ale czego się nie robi, żeby jakoś "przetrwać" hehehe :lol:
bozenak 14 sierpnia 2018 17:41 Odpowiedz
Podoba mi się Twoja relacja :D ... jest taka ...radosna :lol: ;) . Zdjęcia piękne :)
japonka76 14 sierpnia 2018 18:51 Odpowiedz
Fajnie się Ciebie czyta. Ale narobiłaś mi smaka na te okolice, i ...mam nadzieję już niedługo sama tam pobuszować.Nie, nie przeklinasz za bardzo, bo stosujesz zdrobnienia. ;) A co do antybiotyków na wyjazdach - to czasami się przydadzą. Napiszę na PW. Czekam na więcej, i na zdjęcia koniecznie.
travelerka 15 sierpnia 2018 10:36 Odpowiedz
Bardzo lubię czytać takie historie. Mam tu na myśli, relacje pisane przez osoby, które nie są jeszcze podróżniczo zblazowane (przynajmniej takie sprawiasz wrażenie :)) i naprawdę potrafią czerpać przyjemność z wyjazdu w każdym jego aspekcie. Potrafią się po prostu z niego cieszyć. Nie zapomnę nigdy mojej podróży na Hawaje. Choć widziałam już wtedy nieco świata to jednak zrobiły one na mnie tak niesamowite wrażenie, że do dziś wspominam je z wielkim sentymentem. Spotkałam tam natomiast parę Polaków (myślę, że nacja nie ma tu nic do rzeczy, ale Ci akurat byli naszymi krajanami), którzy kręcili nosem dosłownie na wszystko, od pogody, poprzez ludzi, a skończywszy na krajobrazach, za każdym razem podkreślając, że na Jamajce to było tak, a w Tajlandii tak, itp. Brakowało im tego entuzjazmu i takiego pierwotnego zachwytu. Wtedy myślałam, że to dlatego, że zwiedzili pół świata i wszystko już dla nich wygląda podobnie. Obiecałam sobie wtedy, że jeśli też zacznę taka być to przestanę podróżować, bo to będzie tylko strata kasy. Na szczęście jeszcze nic nie zaoszczędziłam ;) i tym bardziej chętnie czytam relacje osób, które nadal mają w sobie tę dziecięcą radość z okrywania świata. Piękna podróż @Bubu69!
bubu69 15 sierpnia 2018 11:07 Odpowiedz
@bozenak , @Japonka76, @travelerka - dziękuję za miłe komentarze :)! @bozenak - owszem, na całej wyprawie czułam się radośnie i wesoło (ale przysięgam, że nie zapaliłam tam ani jednego skręta :P, jakby mogło się wydawać hehehe) - po prostu cieszyłam się bardzo tym wyjazdem!@Japonka76 - taki właśnie miałam zamiar, aby ktoś, kto mnie czyta, nabrał ochoty na wycieczkę w te strony, więc życzę Ci, aby się udało :). Czekam na info i zdjęcia oczywiście, że będą :)!@travelerka - zgadzam się z Tobą w 100%! Niestety znajdą się i tacy, którzy narzekają na wszystko i też nie wiem po co w ogóle gdzieś jadą. Na przykład nie mogę również wyrobić z osób, których wymagania chyba zawędrowały wyżej niż ich wzrost i piszą w opiniach o noclegach "dywan był brudny" albo "brak mydełka" albo "było głośno na ulicy"... no naprawdę? Jakby to miało znacząco wpłynąć na udany wyjazd... Gdy coś rezerwujesz widzisz opis, widzisz zdjęcia, jak można się wtedy do czegoś przyczepić? Uważam, że trzeba doceniać wszystko co dane jest zobaczyć i przeżyć, cieszyć się każdym dniem - jak ma się takie podejście z góry, to każdy wyjazd będzie udany, gwarantuję (a jak coś się nie uda, to przynajmniej będzie potem co opowiadać ;))! Dziękuję bardzo za miłe słowa :), mam nadzieję, że też kiedyś odwiedzę Hawaje, bo wydają się piękne ze zdjęć, a Tobie życzę kolejnych podróży :)!
dziabulek 15 sierpnia 2018 11:41 Odpowiedz
Także czytam z zaciekawieniem i uwagą, tym bardziej, że za trochę ponad miesiąc robię podobną trasę. Trochę zamartwiłaś mnie tylko tym, że w okolicy Venice Beach nie kręciła byś się w nocy. My mamy 3 noce obok plaży, bo chcemy trochę odpocząć i po wylegiwać się w słońcu. Nie zakładałem, ze po zmroku zostanie mi tylko pokój hotelowy.
88309 15 sierpnia 2018 12:06 Odpowiedz
Po prostu przy deptaku na Venice Beach bardzo dużo bezdomnych i różnej maści "dziwaków" niekoniecznie trzeźwych (i nie myślę tu o alkoholu, raczej o narkotykach). W ciągu dnia jest tam w miarę bezpiecznie bo sporo jest patroli policyjnych. Wieczorem może byc mniej przyjaźnie.
bubu69 15 sierpnia 2018 12:13 Odpowiedz
Zgadzam się z @Ruben$, kręci się tam wielu dziwnych ludzi, gadających do siebie i na pewno pod wpływem. Jak już wracaliśmy, to deptak był raczej opustoszały i było dosyć ciemno. @dziabulek pomyślcie o jakichś fajnych knajpkach w okolicy lub o nocnych przejażdżkach po atrakcjach LA (tj. np. Griffith Observatory), a w dzień śmiało możecie plażować!P.S. Dziś kolejny post z relacji :)
channel 15 sierpnia 2018 15:06 Odpowiedz
Wspaniale się czyta. :) Czekam z niecierpliwością na jeszcze. Chciałabym pojechać ale kaskę trzeba odłożyć i zejdzie mi pewnie z 5 lat :-D
bubu69 17 sierpnia 2018 17:04 Odpowiedz
@channel To dokładnie tak jak mi, ale wyczekałam i się udało :), więc życzę powodzenia, a póki co zapraszam do lektury :)!
katka256 17 sierpnia 2018 20:21 Odpowiedz
Piszesz tak ciekawie, że aż chce się, żebyś od razu opisała całą trasę. A tak trzeba czekać na kolejną wrzutkę.