+1
As.Pe 9 sierpnia 2018 22:34
CZĘŚĆ III.
PERU


3.1. Cusco

Dla nas Cusco to oczywiście miejsce wypadowe do Machu Pichcu. Pierwszego dnia w Cusco szukamy transportu do Hydroelektrowni, aby później wzdłuż torów dojść do Aquas Calientes. Znów biur podróży jest pełno, znów biuro podróży to biuro podróży a kierowcy to kierowcy, także zawsze znajdzie się miejsce i można bus kupić spokojnie kilka godzin wcześniej. Kupiliśmy bilety w obie strony i następnego dnia o 8:00 byliśmy już umówieni pod biurem podróży.

W Cusco chcieliśmy kupić pamiątki, dlatego z polecenia udaliśmy się do centrum handlowego: Mercado Artesanal. Nakupiliśmy na nim sporo prezentów dla rodziny i dla nas – od swetrów po skarpetek z alpaki … Ceny okazały się odziwo korzystniejsze niż w Boliwi.




3.2. Machu Picchu


Na MP zarezerwowaliśmy sobie całe 3 dni, pierwszy na dojazd, drugi na zdobycie MP i trzeci na powrót.
Wybraliśmy niskobudżetową opcję dotarcia do Aquas Calientes. Busem do Hydroelektrowni, a później ok 10km pieszo drogą wzdłuż torów. Generalnie trasa busem miejscami ekstramalna – serpentyny, przepaście i szalony kierowca spowodował, że „ucałowałam” ziemię gdy dotarliśmy na miejsce. Natomiast trasa wzdłuż torów – polecam jak najbardziej, nie jest niebezpieczna, dosyć płaska i naprawdę przyjemnie się idzie.
Takie przepaście, takie zakręty i nie zwalnianie przed nimi mam na myśli:



Trasa piesza:



Wejście na MP wykupiliśmy wcześniej – zdecydowanie trzeba kupić wcześniej. Generalnie dostępne są 3 rodzaje biletów: wejście na MP (z wyborem godziny porannej lub południowej), wejście na MP + góra Huayna (wejście tylko rano), wejście na MP + góra Montana (wejście tylko rano).



My wybraliśmy opcję z górą Huayna (jest spory limit wejść więc jeśli zależy Ci na tej opcji, szczególnie ważne jest kupienie biletu wcześniej). Na samo MP również postanowiliśmy wejść samemu (kursują lokalne busy) jednak wejście pieszo zajmuje ok. 30mim. Generalnie w bramach MP stanęliśmy chwilę po 6:00. I te pierwsze minuty tam okazały się najlepsze.
Najmniejszy tłok, wschodzące słonce i opadająca mgła zagwarantowały nam takie widoki:



Pochodziliśmy chwilę po starym mieście i udaliśmy się pod wejście na Huayna (Wayna) Picchu. Góra nie jest trudna, wejście i zejście zajmuje tak optymalnie 2-3h.





Ok. 16-17 byliśmy już w hostelu.

Następnego dnia busy z Hydroelektrowni odjeżdżają ok 13:00-14:00. Wieczorem po eksramalnym powrocie busem bezpiecznie dotarliśmy do Cusco. Tym razem nocujemy w Hosteria de Anita i to był jeden z lepszych noclegów podczas tych 3 tygodni.



3.3. Cusco c.d.

Kolejny dzień w Cusco zarezerwowaliśmy na Salinas de Maras. Wykupiliśmy dojazd autobusem – zorganizowana wycieczka – której tym razem nie polecam. Dlaczego:
- po drodze wjechaliśmy do „tradycyjnej” peruwiańskiej rodziny, która przedstawiła proces przerabiania wełny alpaki na włóczkę, ale która miała na celu przede wszystkim zmusić nad do kupienia swoich wyrobów.
- później wjechaliśmy do Moray, ale jak się okazało na miejscu, żeby tam wejść, trzeba kupić bilet za ok 130 soles (jest do również bilet wejścia do kilku innych miejsc np. muzea w Cusco) ponieważ nie ma czegoś takiego jak bilet jednorazowego wejścia… dlatego czekaliśmy na naszą wycieczkę i cieszyliśmy się taką panoramą



- na końcu dotarliśmy do Salinas de Maras – miejsce polecam – jednak forma zwiedzania (chyba jakieś 40min wolnego) trochę mnie rozczarowała. Nie sądziłam, że będzie taki pośpiech …





Gdy wróciliśmy już do Cusco, zachęceni opinia tubylców udaliśmy się na plac Plaza Tupac Amaru, na którym w niedziele organizowane są „pikniki”. Pojawiliśmy się tam za późno ponieważ zostały same desery, a na scenie grał jakiś lokalny grajek.



Niemniej jednak obok tego placu jest taki jakby plac z budkami z różnym jedzeniem (zaras obok placu – nad wejściem slogan Gran Altiplano) . Ponieważ to miejsce zostało nam polecone z dobrą świnką morską postanowiliśmy zjeść tam obiad. Zamówiliśmy świnkę, jakieś inne lokalne danie i do picia dwie chici.
Porcje zdecydowanie za duże, smak (szczególnie świnki – którą próbowaliśmy tu pierwszy i ostatni w życiu) nie pował, do tego wieczorne problemy żołądkowe - szczerze NIE POLECAM.
Co najlepsze (jak się później dowiedzieliśmy w innych częściach Peru) wielu turystów w Cusco przeżywa problemy żołądkowe. Dlatego zalecam zabezpieczyć się w lekarstwa i zachować szczególną ostrożność.

3.4. Iquitos

Po Cusco naszym celem jest Iquitos. Dlatego lecimy z samego rana na samolot do Limy i kilka godzin później do Iquitos. Znów podróż zajmuje nam cały dzień i dopiero wieczorem dotarliśmy do Iquitos
Uwaga
Lot liniami Star Peru trwa ok. 3,5 godziny, ponieważ w miejscowości Tarapoto mamy międzylądowanie na zatankowanie samolotu. Podobno tylko te linie tak robią

Wysiedliśmy z samolotu, lotnisko jest bardzo małe, więc szybko wychodzimy i łapiemy tuk-tuk do hostelu – Posada Allpahuayo, który polecamy.

Pierwszego dnia w Iquitos zwiedzamy miasto (tuk-tuk do centrum to 2 sole). Miasto brzydkie, gorące i zaniedbane. Daliśmy się skusić na wizytę w targowisku – będącym bramą do Belen.
Gorąco, smród straszny, w dziale „mięsnym” chodzące między ludzmi sępy. Wyszliśmy stamtąd tak szybko jak weszliśmy.





Iquitos wybraliśmy ze względu na dżunglę, istnieją różne warianty zorganizowanych wycieczek: my wybraliśmy 3d/2n w Rezerwacie Pacayma Samira. W mieście jest dużo agencji, nam jednak w organizacji pomogła właścicielka hostelu. Finalnie nie będę polecać tej agencji (Jungle Explorer Orlando's Expeditions) bo nie byliśmy z nich w pełni zadowoleni – głównie z powodu przewodnika, który nie wykazywał wielkich chęci, a już „na dzień dobry” było czuć od niego wczorajszą imprezę.
Generalnie w tym mieście spotkaliśmy najwięcej naciągaczy, począwszy od kierowców tuk-tuków, którzy znają najlepszą agencję, restaurację itd… dlatego radzę być asertywnym.

Wycieczka zaczyna się następnego dnia, w którym przyjeżdżają po nas samochodem i przez ponad godzinę jedziemy do miasta Nauta. Tam przesiadamy się w łódkę i kolejne 3 h płyniemy do rezerwatu.







Warunki są bardzo podstawowe, prąd między 17:00-20:00 z miejscowego agregatu, prysznic nabierany miseczką z wodą z rzeki itd.

Generalnie przez następne dwa dni chodzimy po dżungli, szukamy różnych zwierząt (trafiliśmy tylko na leniwca, nie licząc miliona owadów, płazów i gadów których specjalnie szukać nie trzeba). Łowiliśmy ryby – w tym piranie, oglądaliśmy delfiny, tropiliśmy różne ptaki i szukaliśmy różnych gatunków drzew. Generalnie 3 dni w dżungli były wyborem, z którego najbardziej się cieszymy.





Powrót wygląda podobnie – płyniemy łódką do (tym razem z nurtem więc krócej) i godzinę samochodem pod hostel.

Po Iquitos najlepiej przemieszać się tuk-tukami, jest ich tyle że w mieście oddycha się spalinami.



3.5. Lima

Następnie wracamy do Limy i śpimy tu tylko jedną noc. Pod hostel z lotniska przyjechaliśmy busem Quicklama. Wieczór i cały kolejny dzień mieliśmy na zwiedzanie miasta.





Odwiedziliśmy także słynną restaurację La Mar, w której zamówiliśmy ceviche i krewetki patagońskie. Dosyć drogie dania, których akurat nie polecamy.





4. Dodatek
Meksyk


Wracając z Limy do Europy lądujemy w Meksyku na ok 12godz. Jest to wystarczająco duża czasu aby ruszyć na miasto. Nadajemy bagaż, idziemy na metro i jedziemy do centrum. Miasto jest przepiękne.



Do tego idziemy zjeść do tradycyjnej restauracji meksykańskiej Cafe De Tacuba. Polecam 



Tak na zachętę:
1. pomimo tego, że umieliśmy po hiszpańsku tylko policzyć do 10, a tubylcy bardzo często nie znali nawet podstawowych słów po ang daliśmy radę. Na wycieczce w Boliwi czy w Iquitos trafiliśmy na ekipę w której zawsze ktoś mówił po hiszpańsku i angielsku i bardzo chętnie nam tłumaczyli i wyjaśniali wiele rzeczy.
2. Że generalnie było bezpiecznie, oprócz jednego epizodu (o nim poniżej)
3. Że da się samemu ogarnąć intensywne trzy tygodnie na drugim końcu świata, zrealizowaliśmy wszystko co zakładaliśmy i choć wiem, że większość to były zorganizowane wycieczki, to jak na pierwszy raz i tak intensywny plan w 3 tygodnie jesteśmy mega zadowoleni.
4. Podobny zakres z biurem podróży jest zdecydowanie dwa razy droższy.

Ku przestrodze:
1. Choroba wysokościowa, nie wiem czy dopada każdego, nas dopadła ok. 5 dnia.
2. W Meksyku w drodze powrotnej już na samolot do Paryża w metrze Markowi ukradli telefon (zapomniał się i schował do kieszeni w spodniach)
3. Sanfly`e na Machu Picchu – małe komary, których ślady schodziły ponad miesiąc.
4. Rewolucja żołądkowa w Cusco – gdyby nie antybiotyk, który mieliśmy ze sobą, raczej nie wstalibyśmy na drugi dzień na nogi.


Gdyby ktoś coś …. bardzo chętnie podzielę się detalami wyjazdu, ew. podpowiem jak to było u nas i czy się sprawdziło.

Dodaj Komentarz