0
halobamabino 13 września 2018 21:15
Kilkudniowa objazdówka w lutym 2018.


DSC_0113.jpg



Chociaż na Sri Lance spędziliśmy tylko tydzień, poszczególne dni i zdarzenia zlewają mi się w jedno kolorowe i rozmyte wspomnienie, które jest jak kurczak tikka masala - kilka wyrazistych kawałków, ale większość to słodki i pikantny, esencjonalny sos, w którym wszystkie składniki harmonijnie ze sobą współgrają. Z pierwszych godzin po przylocie pamiętam wiele drobiazgowych zdarzeń i obrazków (większość tego kurczaka trafiła mi się na początku) - kobiety w tradycyjnych strojach zachęcające do kupienia sprzętu AGD - rzędy pralek i lodówek w ciasnych przejściach, łazienkę, w której cała podłoga była mokra (nie wiedziałam wtedy jeszcze, że kraniki do podmywania to najpowszechniejszy sposób na zachowanie higieny po skorzystaniu z ubikacji na Sri Lance, a papier toaletowy pojawia się sporadycznie w hostelach i pensjonatach jako ukłon w stronę europejskich przyzwyczajeń). Pamiętam falę gorącego powietrza, która zmusiła mnie do bezzwłocznego wejścia do tej łazienki i zmienienia zimowych ubrań na lekką spódnicę, top i sandały. Po wyjściu z lotniska czekał na nas nasz „serek” - jak pieszczotliwie nazwaliśmy gospodarza z Airbnb (na Sri Lance powszechne jest tytułowanie przyjezdnych Sir i Madame). Syn tego Pana napisał nam wcześniej jak rozpoznać jego ojca „he’s shorter and his face color is black” precyzja tego opisu bardzo nas rozbawiła - trudno spotkać Lankijczyka, który nie jest niski i ciemnoskóry.



Niski i ciemnoskóry Pan zabrał nas tuk tukiem do pensjonatu. Jechałam już wcześniej tego typu pojazdem w Peru (nazywanym tam mototaxi), jednak lankijskie tuk tuki miały swój specyficzny koloryt - choć każdy z nich był trochę inny, jak ponoć płatki śniegu. Było już ciemno, ale zewsząd zalewało nas azjatyckie powietrze, w którym mieszały się cudowne zapachy - egzotyczne kwiaty w nucie głowy, morski świeży wiatr w nucie serca i ciepły kurz w nucie bazy.



Byliśmy w naszym pensjonacie około północy lokalnego czasu - podekscytowani i wciąż w euforii chcieliśmy wyjść na spacer, jednak gospodarze powiedzieli, że nie jest to dobry pomysł. Teraz wiemy, że chodziło nie tyle o względy bezpieczeństwa, ile o to, że ci bardzo zapracowani ludzi chcieli położyć się w końcu spać i odpocząć choć kilka godzin przed przyjęciem kolejnych podróźników przylatujących pierwszym rannym lotem - pensjonat był położony w Negombo, które jest dobrą bazą noclegową jeżeli nie zamierza się zostać pierwszych dni w stolicy. W pokoju nad łóżkiem ze śliskimi poduszkami wisiała różowa moskitiera, ale komary pogryzły mnie wcześniej pod prysznicem. Wiatrak przyjemnie chłodził temperaturę i szumiał wiatrakową kołysankę. Ze ściany spoglądał na nas Jezus oraz hinduskie bóstwa. Witaj nowy, wspaniały świecie.Dzień drugi

Wstajemy wcześnie i wychodzimy na spacer. Wszystko co widzimy, słyszymy i czujemy dzieje się po raz pierwszy. Podróż zaznacza się w przestrzeni, czasie i hierarchii społecznej. Chcemy spróbować małych bananów z targu (ja już jadłam, Marian jeszcze nie) niestety mamy tylko gruby hajs i Pani ze stoiska nie może nam wydać reszty, więc dostajemy je za darmo. (Spokojnie, jeszcze zostaniemy naciągnięci na dużo większą kwotę. Karma na Sri Lance działa ze zwielokrotnioną siłą, jak kiedyś tam będziecie bądźcie dobrzy i hojni.)


DSC_0033.jpg



Ulica jest głośna i ruchliwa więc skręcamy na drogę bez asfaltu. Mijamy skromne domki z nieskromnymi ogrodami - jak gdyby nigdy nic rosną tam palmy, bananowce i kwiaty o imponujących kielichach. Myślimy jak to zrobić, żeby zostać tam na stałe.


DSC_0047.jpg



Na śniadanko pijemy koktajl z lokalnych owoców. W pensjonacie dostajemy jeszcze herbatę z mlekiem i prezent (ja) - naszyjnik na gumce z plastikowymi paciorkami. Marian wychodzi zapalić i wraca z czymś dziwnym (później dowiadujemy się, że to betel, lokalna używka i ze skrupulatnością badaczy testujemy na sobie). W tej chwili jednak odstręczający smak i dziwna forma sprawiają, że wyrzucamy pakunek. (Gdzie jest jakiś kosz na śmieci? Najbliższy chyba w stolicy)


DSC_0124.jpg



Obowiązkowa fotka z gospodarzami na pożegnanie i prośba o opinię na Airbnb i zostajemy zapakowani w tuk tuka, który wiezie nas na dworzec, gdzie szukamy busa do miasta Dambulla.

Podróż busem jest super - 10/10. Mamy miejsca siedzące, jest bardzo kolorowo i gra muzyka (czasem lokalna, czasem „last christmas i gave you my heart”)


DSC_0099.jpg



Zostawiamy rzeczy w hostelu, bierzemy szybki prysznic (tzn. dwa, każde z nas swój) i wychodzimy na tak zwane miasto. Jest popołudnie, ale na Sri Lance ściemnia się już ok. 19. Świątynie są czynne tylko kiedy jest jasno, z resztą bez sensu byłoby patrzyć złoto pozbawione koloru. A złota jest tam mnóstwo - gigantyczny posąg buddy, złota świątynia, pozłacane usta buddy i malowidła na ścianach. W ogromnej skale wykuty jest cały kompleks świątyń, w których jest panuje półmrok i bardzo przyjemnie jest chodzić bosymi stopami. Posadzka jest wygładzona przez tysiące nóg stąpających po niej wcześniej. Wszędzie budda w pozycji horyzontalnej i wertykalnej. Zdecydowana większość odwiedzających to turyści, co kilka kroków poprzyklejano tabliczki z zakazem robienia sobie selfie z postacią buddy oraz odwracania się bo niej tyłem. Na zewnątrz palą się kadzidła i skaczą rozbrykane małpy (mogą być umiarkowanie niebezpieczne kiedy wyczują jedzenie bo po prostu się na nie rzucą.) Widzę to wszystko po raz pierwszy w życiu i czuję, że naprawdę jestem daleko od domu.


DSC_0210.jpg



DSC_0211.jpg



Na koniec spotyka mnie przemiła niespodzianka. Uwielbiam robić zdjęcia ludziom. Lankijczycy mają arcyciekawe twarze, jednak nie mam śmiałości stawać z aparatem w kilkunastocentymetrowej odległości od ich twarzy (obiektyw do portretów, który mam nie pozwala na większe oddalenie). Przed wejściem do kompleksu świątyń ustawia się w rzędzie cała wycieczka szkolna i dzieci pozują grzecznie do grupowego zdjęcia. Pomyślałam, że podkradnę to ujęcie. Kucam sobie z boku i zaczynam fotografować. Kiedy dzieci to zauważają zrywają się z miejsc (nauczyciel nie jest zadowolony) i z okrzykami radości przeciskają się jedno przez drugie żeby stanąć przed obiektywem. Oblega mnie ta dziecięcia masa. Śmiejemy się wszyscy. Marian widzi to zbiegowisko i sam wyciąga telefon, żeby to uwiecznić i wtedy wszystkie dzieci zlatują się do niego. Co za autentyczna, spontaniczna radość. One miały fun a ja mam całą serię zdjęć z dziesiątkami splątanych, ciemnych, dziecięcych rąk, twarzy i świecących zębów. I kilka udanych portretów.


DSC_0247.jpg



DSC_0240.jpg



DSC_0233.jpg



DSC_0228.jpg



DSC_0231.jpg



W pensjonacie czekają na nas równie towarzyskie karaluchy (karaluchy pod poduchy) jednak w mniejszej ilości. Trochę się boję, więc pijemy arak z colą. Zadziwia mnie i cieszy moja zdolność do czucia się luksusowo w skromnych warunkach. Kto tej cechy nie ma powinien wypić więcej araku. Piękny koniec pięknego dnia. Miło myśleć, że to dopiero początek.

Dodaj Komentarz