+3
Grzegorz Firlit 26 września 2018 11:04
Szukając inspiracji na kolejną wyprawę w Alpy przeczytałem gdzieś, że na szlaku Sentiero Bove w Val Grande (Piemont) częściej można spotkać żmiję niż turystę. To mi wystarczyło, żeby zapałać chęcią przekonania się na własnej skórze o dzikości tego zakątka Alp. Nie dlatego, że wolę żmije od ludzi, ale moja miłość do Alp jest bezwarunkowa, często platoniczna (w ubiegłym roku zostałem strasznie sponiewierany przez Dolomity), ale przede wszystkim jestem zazdrosny o moją miłość i niechętnie dzielę się tym uczuciem z innymi. Chciałbym chociaż kilka dni pobyć z moją kochanką sam na sam…
Ironia losu dopełniła się kiedy gdzieś pomiędzy 3 a 4 piwem, przyjaciel zasłuchany w moje górskie opowieści powiedział „pojechałbym z Tobą w Alpy”. No cóż, są osoby z którymi można konie kraść, za innymi wskoczy się w ogień, no i są tacy, których zabierze się na „samotną” wyprawę w Alpy. Mariusz deptał skałę w Tatrach, zmierzył się z rumuńskimi Karpatami, postawił swoje buty na wielu innych szlakach, ale z Alpami to miał być ten pierwszy raz.

W ten sposób, późnym popołudniem znaleźliśmy się w samym sercu Val Grande, w miejscowości Cicogna. Ulokowaliśmy się w Ostello del Parco. Serca wyrywały się w góry, ale było już za późno nawet na krótki rekonesans. Za to wystarczyło czasu na pogawędkę z jedynym oprócz nas gościem hostelu – sześćdziesięciokilkuletnim Niemcem. Zagadnięty o góry stwierdził że jest nurkiem, zapytany czy nurkował w Lago Maggiore odpowiedział, że jest nurkiem jaskiniowym. Nie spodziewałem się występowania jaskiń w tym regionie, Niemiec potwierdził moje przypuszczenia, przyznał że przyjechał tutaj ponieważ ma kłopoty w domu… Wolni od jakichkolwiek trosk, z głowami pełnymi nadziei na piękną przygodę poszliśmy spać.


Widok z Ostello del Parco na Cicognę i Val Grande

Poranek był bezchmurny. Zostawiliśmy w samochodzie niepotrzebne rzeczy i wyruszyliśmy na szlak.


Wszystko jasne - można ruszać

Wspinając się pod górę mijaliśmy liczne ruiny opuszczonych, kamiennych domów. W takich okolicznościach nie można zapomnieć o tragedii jaka rozegrała się w tym rejonie. Pod koniec wojny, w czerwcu 1944 roku Niemcy wzięli odwet za prężnie działającą włoską partyzantkę antyfaszystowską. Wielu mieszkańców zginęło, a reszta opuściła dolinę. Przez wiele lat region ten był zupełnie niezamieszkany, a w czasach teraźniejszych może 20 procent domów jest zasiedlonych. Sytuację miało zmienić, poprzez pobudzenie ruchu turystycznego, najpierw w 1967 roku utworzenie obszaru chronionego, a później w roku 1992 parku narodowego. Chyba nie do końca ten zamiar powiódł się.


Opuszczone zabudowania Cicogny

Aż do schroniska Casa dell'Alpino na wysokości 1250 m wędrowaliśmy wygodnym szlakiem, prowadzącym przez piękny las kasztanowy. Schronisko było zamknięte, ale jego otoczenie i tak nadawało się idealnie na pierwszy odpoczynek. Napełniliśmy bukłaki i od razu poczuliśmy dodatkowe 3,5 kg na naszych plecach. Nie było wyboru, zaraz mieliśmy wejść na grań, gdzie nie było najmniejszej szansy na jakikolwiek wodopój.


Przed schroniskiem Casa dell' Alpino


Opuszczone zabudowania pasterskie


To dopiero początek wędrówki

Mariusz prowadził, sprawnie pilnując ścieżki. Nie było to proste zadanie, bo szlak był dość słabo oznakowany, widniał tylko na mapie wydawnictwa Kompass, a na mapach „parkowych” w ogóle nie był zaznaczony. Las kasztanowy zmienił się w bukowy, żeby po kolejnych metrach ustąpić alpejskim halom. Rozpoczęliśmy mozolne podejście na Cima Sasso (1916 m). Pot lał się z nas strumieniami, a zapas wody szybko się kurczył. Nadciągnęły chmury i szczyt osiągnęliśmy w zupełnej mgle.


Grań osiągnięta, ale to dopiero połowa sukcesu


Począkowo szlak nie zapowiadał żadnych trudności


Cima Sasso skryta w chmurach

Znaleźliśmy się na grani i teraz miało być miło, łatwo i przyjemnie. Spodziewałem się spacerku jak po Czerwonych Wierchach, tymczasem grań była ostra i postrzępiona jak piła. Do biwaku zostało nam w linii prostej ok 3 km, a my prawie nie przybliżaliśmy się do celu, wspinając się tylko 100 m w dół i 100 m w górę. Kijki przypiąłem do plecaka, bo w tym terenie były zupełnie bezużyteczne. Mijały kolejne godziny, zdobywaliśmy kolejną przełęcz, za którą otwierał się widok na głęboki żleb i kolejną przełęcz. Tempo mieliśmy straszne. Na pokonanie 1 km w linii prostej potrzebowaliśmy 1,5 – 2 godzin. Zostało nam po 200 ml wody i od jakiegoś czasu moczyliśmy tylko usta. Na dodatek chmury robiły się coraz gęstsze i ciemniejsze, podchodziły na grań z obu stron.


Pogoda się psuła, a teren stawał się coraz trudniejszy


Szlak trekkingowy zamienił się w skalną wspinaczkę

Po chwili rozległ się pierwszy grzmot, a po nim kolejne. Zanim zdążyliśmy wyciągnąć z plecaka kurtki przeciwdeszczowe, lunęło i w minutę byliśmy zupełnie przemoczeni. Przeczekaliśmy chwilę pod skałą, gdy mieliśmy wrażenie że grzmoty oddalają się, a nie biją z każdej strony, ruszyliśmy z miejsca. Po kilku krokach Mariusz usiadł i zaczął zastanawiać się czy nie rozsądniej będzie przeczekać w tym miejscu do rana. Poklikał w jakiejś aplikacji, stwierdził że mamy jeszcze 2 godziny do biwaku. Zaproponował, że z kijków zrobimy stelaż, osłonimy się kurtkami i poczekamy do rana. Takiego pomysłu w ogóle nie brałem pod uwagę, noc w mokrych ubraniach w ogóle mi się nie uśmiechała. Zerknąłem na niebo i jakimś cudem wypatrzyłem kawałek błękitu. Krzyknąłem – rozjaśnia się, ruszamy! Wiedziałem że luka w chmurach za 10 sekund zamknie się i nie ma na co czekać. Poszedłem przodem, ukradkiem zerkając czy Mariusz podniósł się z ziemi. Wstał i powoli stawiał krok za krokiem. Na pokrzepienie krzyknąłem tylko, że tutaj są poręcze i rozpocząłem zejście tyłem w głęboki żleb. Nie czekając na kolejny kryzys, gramoliłem się na kolejną przełęcz. Deszcz zelżał i zrobiło się jaśniej. Usłyszeliśmy szmer wody. Po ulewnym deszczu w kolejnym żlebie zrobił się mały strumyk. To dodało nam animuszu i szybko osiągnęliśmy jego dno. Łapczywie piliśmy wodę ściekającą ze skał i napełnialiśmy bukłaki. Woda zadziałała jak najlepszy energetyk i szybko pokonaliśmy kolejne kilkudziesięciometrowe podejście. Pierwszy stanąłem na przełączce i moim oczom ukazał się upragniony widok – biwak Bocchetta di Campo. Dzieliło nas od niego kilkaset metrów łatwego trawersu. Radość na naszych twarzach była wprost wymalowana.


Biwak Bocchetta di Campo

Po przekroczeniu progu biwaku szybko zrzuciliśmy mokre ubrania. Woda na maszynce już się gotowała, a ja zająłem się rozpalaniem ognia w kominku. Kolację zjedliśmy w blasku płomieni i dźwięku strzelających szczap. Ogrzani, najedzeni i bezpieczni zaczęliśmy komentować dzisiejszy dzień. Zadziwiające jak w takich ekstremalnych sytuacjach budzą się w człowieku głęboko skrywane atawizmy – potrzeba schronienia, zaspokojenia pragnienia i głodu. Wszystkie inne problemy odchodzą gdzieś na bardzo daleki plan, umysł je po prostu wymazuje. Mariusz stwierdził, że ten dzień trzeba uczcić i wyciągnął z plecaka 2 butelki pysznego, kraftowego IPA. Wypiliśmy za szczęśliwe zakończenie dzisiejszego dnia, analizując to co nam się przydarzyło. Mariusz ocenił naszą dzisiejszą trasę na trudniejszą niż Orla Perć, bo nie było drabinek, łańcuchów i tych wszystkich zabezpieczeń. Pozostaje mi wierzyć na słowo, Tatry znam bardzo słabo. Wyszedłem jeszcze na zewnątrz zerknąć w niebo. Pojawiły się gwiazdy, a odległe błyskawice podświetlały chmury na horyzoncie.


Wieczór przy świecach i przy kominku w Bocchetta di Campo


Noc na grani

Obudziłem się sporo przed świtem i z kubkiem kawy obserwowałem jak niebo zmienia barwy. Słońce oświetliło okoliczne szczyty, co zachęciło nas do wymarszu z biwaku. Dzisiaj jak na dłoni było widać trasę naszej wędrówki.


Wschód słońca nad Val Grande


Bocchetta di Campo w promieniach wschodzącego słońca

Szybko zdobyliśmy szczyt Pedum (2025 m) i otworzył się przed nami niesamowity widok, który towarzyszył nam przez resztę szlaku. Za plecami zostawiliśmy biwak, który po jakimś czasie był ledwo widoczną białą kropką, po lewej stronie mieliśmy ośnieżone szczyty masywu Monte Rosa, niezliczone wierzchołki regionu Ticino, a po prawej stronie całą Val Grandę i migoczące w świetle poranka wody Lago Maggiore. Dzisiejszy szlak był dużo łatwiejszy, chociaż na grani mogło się zakręcić w głowie od przestrzeni wokoło i urwisk pod stopami. Na Cima Marsicce (2135 m) zrobiliśmy przerwę na uzupełnienie płynów, ale najwięcej czasu zajęło nam fotografowanie pięknych widoków.


Bocchetta di Campo


Jesienne kolory na Sentiero Bove





Na szlaku Sentiero Bove


Ledwo widoczny budynek Bocchetta di Campo


Widok na Val Grande



































Musieliśmy również podjąć decyzję co dalej z naszą wędrówką. W planie było zamknięcie koła Sentiero Bove i otoczenie całej doliny. Mieliśmy obawy, że może nam zabraknąć czasu, bo szlak okazał się bardzo wymagający, chociaż nie są to wysokie góry. Zdecydowaliśmy się zejść do Bocchetta di Terza (1836 m) i dalej w dolinę do biwaku Alpe Pian di Boit na wysokości 1122 m. Samo zejście 1000 m w dół dało nam nieźle w kość i pod koniec odczuwałem trudy wędrówki. Zmęczenie minęło, kiedy wkroczyliśmy na piękną, zieloną polanę, na której stały trzy kamienne domki. W jednym z nich urządzony był biwak. Nieopodal znajdowało się źródełko oraz strumień. Najbardziej ucieszyła nas możliwość kąpieli. Chwilę po nas dotarła do biwaku trzy osobowa grupa Szwajcarów (2 kobiety i mężczyzna po 60-tce), którzy również zamierzali zatrzymać się w tym miejscu. Byli nieźle zaopatrzeni w prowiant, na dodatek nazbierali dużo grzybów po drodze, ale nie mieli na czym tego ugotować. Połączyliśmy siły i w efekcie zjedliśmy pyszne risotto z grzybami. Kiedy zapadł zmrok, las obudził się do życia. W oddali słychać było porykiwania jeleni, pod biwak podchodziły dziki wydając przeróżne dźwięki, z każdej strony pohukiwały sowy, a ze szpar w kamiennym domku wylatywały nietoperze na łowy. Bardziej przysłuchiwaliśmy się chwilę temu spektaklowi, niż mieliśmy możliwość jego oglądania, ale uświadomiło nam to z całą mocą, że jesteśmy tutaj tylko gośćmi.


Nasza kolacja


Biwak Alpe Pian di Boit


Biwak Alpe Pian di Boit


Biwak Alpe Pian di Boit


W biwaku nie ma oczywiście toalet, za to nieopodal jest naturalne spa ;)

Kolejnego dnia mieliśmy zaplanowane zejście do Cicogny, więc poranek był wyjątkowo leniwy. Długo jedliśmy śniadanie – ja tylko rodzynki, bo chleb razowy z dżemem wychodził mi już uszami. Jeszcze dłużej zajęło nam pakowanie plecaków. Ruszyliśmy w dół strumienia. Po jakimś czasie szeroka dolina przeszła w wąski wąwóz, a okolica zrobiła się bardzo urokliwa. Mając pod dostatkiem wrażeń z poprzednich dni szliśmy raczej niewzruszeni otaczającym nas pięknem. Fakt, że jesteśmy coraz bliżej Cicogny potwierdzał las kasztanowy, który zastąpił wysokie buki oraz coraz większa liczba spacerowiczów. Niemal wszyscy z malutkim plecakiem ewentualnie z butelką wody w ręce i białych supermodnych bucikach sportowych.


Kamienny most w Val Grande


Wąwóz w Val Grande


Wąwóz w Val Grande


Górska osada


Górska osada


Ostello del Parco - giro zamknięte


Dotarliśmy do hostelu. Na tarasie siedział znajomy Niemiec i wpatrywał się w przestrzeń. Wyglądał jakby jego problemy jeszcze się nie rozwiązały. Po szybkim prysznicu udaliśmy się do przylegającego do hostelu baru. Oczekiwanie na otwarcie kuchni umijaliśmy sobie Birra Morertti. Co prawda dzisiaj w menu nie było żadnego wyboru, była tylko potrawa dnia – pasta z cukinią i wieprzowina, ale nie pamiętam kiedy nam tak smakował obiad. W głowie kotłowały się na zmianę myśli o szczęśliwym zakończeniu naszej przygody, jak również niedosyt. Przecież przyjechaliśmy tu z myślą „andiamo a fare un giro”, a to giro wyszło takie kanciate, niepełne. Taki stan ducha po zakończonej przygodzie w Alpach nie jest dla mnie czymś nowym. Zawsze mi mało, zawsze chciałbym chociaż jeden dzień więcej. To jest jednoznaczny sygnał, że ciągle jestem zakochany w Alpach.

Dodaj Komentarz

Komentarze (3)

fly12312 26 września 2018 21:29 Odpowiedz
Jak zwykle super relacja ze świetnymi zdjęciami. Świetna trasa - gratuluję:)
grzegorz-firlit 26 września 2018 22:10 Odpowiedz
Dziękuję :)
grzegorz-firlit 26 września 2018 22:18 Odpowiedz
Kilka informacji praktycznych: - lot Katowice - Malpensa - samochód wypożyczony w Locauto. Bez problemów, szybko sprawnie. Blokadę na karcie odblokowali po ok 5 dniach, - nocleg w Ostello del Parco - 20 euro/noc/osoba - bardzo przyzwoite warunki, - obok hostelu bar - menu dnia (makaron + 2 danie - mięso) - ok 13 euro - gaz (kartusze) kupione w Castelletto sopra Ticino w Decathlonie - po drodze. W ofercie mają Primusa i Campingaz (CV) - akurat CV zabrakło i musieliśmy kupić palnik - biwaki darmowe, w środku kominek. Spanie na podłodze, jest zostawionych kilka karimat