+1
watsky 5 października 2018 20:43
Szybki wstęp

*Plan podróży zakładał odwiedzenie:
Lwowa, Sum, Kurska, Moskwy, Kazania, Nowosybirska, Irkucka, Bajkału i wyspy Olchon z miastem Chużyr, Charkowa, Odessy, Kiszyniowa, Komratu i Czerniowców.
*Bilety na kolej rosyjska (z niemałymi problemami) i część biletów ukraińskich kupiliśmy w ostatnim tygodniu sierpnia online.
*Noclegi rezerwowaliśmy na bookingu i hostelworld (dziś wiemy, że warto również sprawdzić ich opinie w google).
*Wizę robiliśmy przez pośrednika Wadi w Bielsku- Białej (ten sam co rok temu), cena bez zmian 495 zł.
*Budżet około 3500zł ze wszystkim.
*Wszystkie koszty, informacje i inne kwestie, które uważamy za ważne zostaną podsumowane na końcu. Jeśli są pytania, będziemy starać się odpowiadać na bieżąco.
*Koniec podróży przewidziany na 28 września ponieważ 29 wesele :C


-Kurka rurka, zostały dwa tygodnie jedziemy czy nie?
-Ehh ryzyk fizyk. Jedziemy.

16.08

Idziemy zrobić zdjęcia i złożyć wnioski o wizy. Pan w biurze trochę nie pewnie patrzy gdy oświadczamy, iż ostatniego września musimy mieć je w dłoni. Niedowiarek. 29 wizy już były u nas. Całe szczęście podczas ostatniej wizyty w Rassiji Michał nie narozrabiał, nie był spisany ani nie brał udziału w żadnych manifestacjach, inaczej musiałby pożegnać się z wyjazdem.

02.09

Początek ale nie całkiem. Wyjazd z Bielska- Białej do Krakowa w połowie studiów jest raczej jak odwiedziny u babci. Tyle, że lodówka jest pusta. Oczywiście zapomnieliśmy wcześniej kupić biletów. Oczywiście Lajkonik prawie pełen. Jest 12 20, plecaki w luku bagażowym, a my na fotelach. Przejazd autobusem dłuższy niż 3 minuty powoduje jak zwykle senność u Joanny, a u mnie znudzenie. Czymże jednak są te niepełne 2 godziny w porównaniu z dniami, które mamy przesiedzieć w podróży.
Kraków latem jest pełen turystów i spalin. Chociaż spalin jest pełen cały rok. Szybkie zakupy, kilka zupek chińskich, gorących kubków i herbata. Dwa 11 kilogramowe plecaki lądują w mieszkaniu. Każde z nas zabrało 4 tshirty, bluzkę z długim rękawem, 2 pary krótkich spodenek, dżinsy, spodnie i dres. DO tego 3 bluzy, trampki i newbalance. Kosmetyczka pełna antybiotyków, bo dlaczego by nie złapać anginy na 2 dni przed wyjazdem. Do tego wszystkiego kubek, ręcznik i bielizna. Kurtka z softshelem i odzież termiczna.
Wzięliśmy mniej niż brałem ostatnio, a i tak wciąż za dużo. 2 pary spodni i 2 bluzy spokojnie by wystarczyły.

03.09

5:32 Pociąg do Przemyśla. Mieliśmy kupione bilety tramwajowe ale od kiedy są promocje na taxify z plecakami łatwiej dojechać z panem Ukraińcem.
Pociąg był najlepszym jakim mieliśmy jechać podczas całej podróży. No i był. Kontakt dla każdego, wygodne siedzenia z wysokim oparciem, klimatyzacja. Już na pierwszy rzut oka było widać że z połową składu spotkamy się w busiku do granicy.
8:53 Dworzec autobusowy w Przemyślu i jego okolice. 1:1 wygląda jak Ukraina, jeśli ktoś nie ma paszportu albo chce się dowiedzieć co go czeka po przekroczeniu granicy można przyjechać, popatrzeć i zdecydować.
Idziemy do pobliskiej 'galerii' po witaminę C. Na parkingu witają nas stragany, na których można kupić wszystko.
Do granicy wiezie nas MINIAUTOBUS, czyli delikatny postęp, bo w środku na ostatniego pasażera czeka drewniane, ogrodowe krzesło. Cena bez zmian, stabilne 2zł i nawet dostaliśmy paragon. Standardowa podróż do granicy, połowie wieje po uszach, reszcie jest gorąco. Po dotarciu witają nas panie sprzedające 'zagraniczny' alkohol i dziewczynka, której żołądek najwyraźniej nie wytrzymał drogi.
Granica szybko jak zawsze po tej stronie. 15 minut i ukraińscy taksówkarze proponują nam podwózkę do Lwowa za 15zł za osobę. Gdybyśmy wtedy wiedzieli, że w marszrucie nie będzie nawet pół otwartego okna...
Kurs przy granicy 7,32. Wymieniamy po 20zł żeby mieć na dojazd, wodę i przechowalnie bagażu na dworcu.
Nauczeni doświadczeniem sprawdziliśmy jak dostać się spod Metro do centrum jednak, ku naszemu zaskoczeniu, tym razem kierowca odwozi nas pod dworzec i co więcej ma w planach jechać aż do stryjskiego.
30 UAH za szafkę w przechowalni automatycznej za cały dzień. Spokojnie wystarczył nam jeden luk, i 3 plecak też by tam wszedł.
Resztę dnia spędziliśmy w centrum z koleżanką, gdzie oczekiwaliśmy na pociąg do miejscowości Sumy (jakkolwiek się odmienia nazwę tego miasta), który mieliśmy o 3:32 rano. Kurs 7,5 na rynku, wymieniliśmy po 500zł.
Aby utrzymywać kontakt z bazą (nasze dwie zmartwione Mamy) kupiliśmy starter Vodafone i nieimitowany internet za łączną kwotę 95UAH (działał super w miastach na terenie całej, odwiedzonej przez nas Ukrainy. Na wioskach i w pociągu bywało w kratkę.)
Wieczór cieplutki i przyjemny. Jak zawsze odwiedziliśmy Khinkali gdzie wzięliśmy nasze ulubione Chaczapuri po Adżarsku i karafkę czystej Czaczy. Odwiedziliśmy również Bańkę, która mieści się niedaleko pałacu Potockich i serwuje bardzo fajne drinki i szoty w słoiczkach. Na Polska kieszeń bardzo przystępne ceny, warto jednak przyjrzeć się dokładniej menu i zamówić zestaw 10 szottów w jeszcze lepszej cenie (bo na jednym na pewno się nie skończy (: ) . Obsługa mówiła po angielsku i świetnie doradzała drinki pod każdy smak.
Zajrzeliśmy także do lokalu otwartego tuż obok Teatru Piwa (nazywało się to jakoś "wszystko po 35UAH') ale była to straszna lipa i zdecydowanie nie warto.
Po 1 zamówiliśmy Ubera od koleżanki na dworzec (około 4,5 km) co wykosztowało nas zawrotne 55UAH. Do 3 popijaliśmy herbatki w knajpach w pobliżu dworca, odebraliśmy bezproblemowo plecaki i naładowaliśmy telefony.
Wchodząc do naszego wagonu (po wcześniejszym wylegitymowaniu) okazało się, że nasze miejsca już zajęły panie, na których biletach również widniał wagon 11 i te same łóżka. Prowadnica dopiero po dłuższej chwili odnalazła się w sytuacji i odesłała nas do drugiego wagonu. Również opatrzonego numerem 11.

04.09

Pierwsza podróż Joanny plackartnym wagonem. Spała na dole więc nie bałem się, że wypadnie z górnej, pozbawionej poręczy kuszetki. Gdy przyzwyczai się już do panującego wewnątrz zapachu jest całkiem ok. Rano pani prowadnik przyniosła nam herbatkę, do której spożyliśmy przywiezione z Polski mleczne bułeczki (dobre w każdej, nawet wygniecionej postaci). Toaleta w pociągu była całkiem ok, a przynajmniej nie pamiętamy żeby było inaczej. Pozostałe toalety w ukraińskich kolejach zapadły nam w pamięć, jak najgorszy sen polskiego PKP, którego nie mamy prawa już pamiętać.
Pierwszy raz spotkałem się z pociągiem, który zamiast jechać całą noc jechał cały dzień. O 18:02 dotarliśmy do miejscowości Sumy gdzie odebrała nas nasza Couchsurferka Olga ze swoim przyjacielem Valerą.
Znaleźliśmy ją na Couchsurfingu jeszcze będąc w Polsce. Od razu zadeklarowała się nas przyjąć i przenocować. Mimo, iż jej znajomość angielskiego była porównywalna z naszą biegłością w rosyjskim, łamanym przeplatańcem miło nam się rozmawiało. Bardzo pomocny okazał się być Valera, który spędził w Polsce pół roku.
Zabrali nas do parku gdzie poznali nas ze swoimi znajomymi yoggistami. Jako, że zarówno dla Joanny jak i dla mnie napełnienie brzuszków było ważniejsze niż wygibasy na trawie, Olga zabrała nas do stołówki, gdzie jada na co dzień. Za (docelowo) kotlet, sok i risotto zapłaciłem całe 3zł, a Joanna za takie same danie ale z połową ryżu 2,5zł. Nie wiem czy to ze względu na wygłodnienie popociągowe czy zwyczajnie mamy inną florę bakteryjną ale toaleta była następnym miejscem jakie odwiedziliśmy w Sumach. Jedzenie spełniło jednak swoja rolę i nie byliśmy głodni aż do poranka.
Dołączył do nas,mówiący nieco lepiej po angielsku Roma (yoggista) i zaprowadzili nas pod główny deptak, pokazali pomniki kostki cukru, Altankę i plac Czerwony. Pokazali monumenty i murale oraz zawieźli nas pod kościół katolicki. Nazwa miasta pochodzi od sumek (torebek), które znajdują się w herbie. Olga zaznajomiła nas z całą legendą dotyczącą tego miejsca. Wykazała się ogromną wiedzą na temat swojego miasta (hegemona cukru), mało kto byłby w stanie z biegu tyle opowiedzieć o miejscu, w którym żyje.
Miasto sprawiało wrażenie strasznie smutnego i przygnębiającego. Na głównym deptaku nie świeciły się lampy, chodnik był w kawałkach i stanowił raczej wyspy pośród żwiru, jednak czuliśmy się tam bezpiecznie w przeciwieństwie do Krzywego Rogu wieczorem (odwiedziłem go w ubiegłym roku).
Około 22 Roma odwiózł nas pod blok Olgi. Zawsze chcieliśmy odwiedzić takie osiedle i zobaczyć jak jest w środku więc w sumie się ucieszyliśmy, że mieszka w takim miejscu. Przywitały nas blaszane wrota, zapach spalonego gulaszu i piąte piętro do wdrapania się z plecakami. W środku wyglądało jak w opuszczonym psychiatryku z gier komputerowych. Ściany odrapane, żarówki ledwo świecą, a schody się sypią. Nie mieliśmy zbyt tęgiej miny ale po wejściu do pokoju (bo był to jeden pokój należący do Olgi) czuć było Euroremont jak to mówią na wschodzie. Olga na wstępie mówi nam, że są u niej karkany, których nie zabija, bo w niczym jej nie przeszkadzają (że niby też stworzenia żywe). Wzięliśmy to za mrówki jednak Olga szybko wyprowadziła nas z błędu i pokazała translator gdzie widniało 'karaluchy"..W tamte chwili odechciało nam się spać na podłodze. Olga zaproponowała nam kanapę (Valera powiedział nam dnia następnego, że ona zawsze śpi na podłodze) i kąpiel. Obie te propozycje nieco nas udobruchały. No więc poszliśmy w otchłań piwnicy. Ja się nie umyłem, bo nie dało się włączyć światła. Joanna poszła z Olgą do damskiej jednak mina z jaką wróciła wcale nie wskazywała na jej zadowolenie. Były to łaźnie wspólne dla wszystkich pań, pod którymi również światła nie było. Poszliśmy więc spać.

05.09
Ze względu na obecność naszych plecaków Olga zdecydowała się rano jechać do pracy trolejbusem, dzięki temu mogliśmy spać do 6. Rano zaproponowano nam kaszę i herbatę. Ze śniadania zrezygnowaliśmy ale napar z domowym miodem bardzo przypadł mi do gustu. W ramach podziękowania daliśmy jej magnes przedstawiający Bialsko- Białą oraz sypaną herbatę (przeczytaliśmy na jej profilu, że taką lubi).
Trolejbus pełen ludzi. Za bilet zapłaciliśmy 2,5 UAH od głowy. Po dotarciu do centrum zostawiliśmy plecaki u Olgi pracy gdzie piastuje stanowisko pracownika socjalnego (zajmuje się weteranami, inwalidami, i innymi ludźmi skazanymi na pomoc państwa). Umieraliśmy z głodu ale ze względu na wczesną porę wszystko było zamknięte toteż wstąpiliśmy do sklepu gdzie zaopatrzyliśmy się w sumską wódeczkę, która okazała się, w dalszej części podróży, tragiczną w smaku. Za dnia Sumy nie były już takie odpychające, można nawet rzec, iż sprawiały miłe wrażenie. Udaliśmy się na śniadanie do Al'bion. I było fantastycznie! Zamówiliśmy z oferty śniadaniowej leniwe pierogi i syrniki oraz po kawie, zapłaciliśmy w sumie za to 90 UAH. Spokojnie mogłoby być to obiadem, następny posiłek zjedliśmy dopiero wieczorem.
Pokrzątaliśmy się po mieście, kupiliśmy magnes gdy zadzwonił do nas Valera z propozycja zaprowadzenia nas na dworzec autobusowy skąd mieliśmy jechać do Kurska. Po drodze po plecaki pokazał nam jeszcze Eurostadion przygotowany na Euro 2012. Tutaj wszystko co ma przedrostek 'euro-' oznacza, iż zostało kilka lat temu trochę odnowione w celu podwyższenia standardu jednak zrobione jest to marnie i nie ma nic wspólnego z europejskim i polskim remontem.
W drodze na dworzec Valera chętnie odpowiadał na nasze pytania dotyczące Ukrainy jak i zadawał własne o Polsce, planuje on bowiem powrót tutaj do pracy. Dowiedzieliśmy się wszystkiego. Ceny pięcioletniego samochodu, sposobu funkcjonowania służby zdrowia jak i wymianie pieniędzy poza kantorem. Pomógł nam kupić bilet do Kurska za 220 UAH za osobę, poczekał z nami chwile i tak się rozstaliśmy czekając na busa do Matki Rassiji.
ciąg dalszy nastąpi.........05.09
Przepłaciliśmy. Ah te prowizje. Gdybyśmy zaopatrzyli się w bilet u kierowcy po 20 UAH mielibyśmy w kieszeni.
Szesnasta. Po około 4h w busie i przeprawie przez granice jesteśmy w Rosji. Na granicy zostałem wzięty na prywatną pogadankę (ze względu na mój pobyt w Rosji w roku ubiegłym). Jako, że z moim rosyjskim jest nie mnogo, a z ich angielskim podobnie pokazałem wydrukowane bilety i mnie puścili. Pasażerowie mówią, że jechaliśmy bardzo szybko, że normalnie to 6 godzin, faktem jest, iż pan w Sprinterze miał dość ciężką nogę.
Jak zwykle dworzec autobusowy jest całkowicie poza miastem, szukamy więc przystanku. Dołączył się do nas młody Ukrainiec, który wieczorem miał pociąg do Gruzji. Mówił po angielsku i, jak sam stwierdził, ma dużo czasu więc ponudzi się z nami. Najpierw marszruta na dworzec kolejowy gdzie Ramon (bo tak miał na imię) zostawiał swój bagaż. Nie wymienialiśmy jeszcze pieniędzy jednak mieliśmy przy sobie 60 rubli, które idealnie wystarczyły na dojazd na dworzec i z dworca do centrum. Zatrzymaliśmy się w banku, który miał na tę chwilę jeden z najlepszych kursów wymiany dolara tj 68.75. Każde z nas w Polsce kupiło 300$ (kurs 3,65 więc za 600$ daliśmy łącznie 2190zł). Pani w banku oczywiście dokładnie sprawdziła czy są to nowe dolary (z dużymi głowami), czy nie pomięte, czy nie potargane, czy nie popisane i w ogóle najlepiej aby były świeżo z produkcji.
Kursk to stosunkowo ładne miasto, jednak pozbawione rynku, a centrum w nim stanowi główna ulica ciągnąca się przez około 7 km. W planie mieliśmy iść pieszo do hostelu jednak pod ciężarem plecaków i odczycie na Google Maps, że czeka nas około 5km spacer złapaliśmy kolejną marszrutę.
Zatrzymaliśmy się w Guest House no 1 gdzie zapłaciliśmy 1250 rubli za pokój dwuosobowy. Pomimo, iż nie był on w samym centrum jest najlepiej wspominanym przez nas hostelem. Miła pani, klimatyzowany pokój, osobna łazienka, czysto, z dostępem do kuchni i automatu z wodą.
Szybki prysznic po podróży (właścicielka dała również ręcznik naszemu znajomemu i pozwoliła mu się wykąpać) i poszliśmy eksplorować miasto. Była już 18, a ostatni posiłek (bardzo pyszne śniadanie w Sumach, o którym już pisałem) jedliśmy o 9. Całe szczęście Ramon nie był typem człowieka, który lubi fast foody i udało mu się znaleźć dla nas miła knajpkę ukrytą przy Dzierżyńskiego - Genatsvale Cafe, kuchnia gruzińska. Był to strzał w dziesiątkę, zamówiliśmy Khinkali, soliankę i po piwerku co i tak było nie do zjedzenia na nas dwoje. Zapłaciliśmy za to 350/400 rubli na osobę ale najdroższe z tego było piwo. Wcześniej odwiedziliśmy jeszcze piekarnie gdzie kupiliśmy pyszne drożdżówki z kartoszkami i mięsem na śniadanie. Pożegnaliśmy naszego nietypowego znajomego (pobierał on energię z ukąszeń komarów, bardzo mocno wierzył w równowagę i naturę, twierdził, że wszystko jest uduchowione) i wróciliśmy na kwaterę. Kursk nocą był znacznie przyjemniejszy aniżeli Sumy o tej samej porze.

06.09
Wieczorne pranie jeszcze nie wyschło na szczęście właścicielka pozwoliła nam zostawić plecaki i wywiesić ubrania. Mieliśmy cały dzień na zwiedzenie Kurska bowiem pociąg do Moskwy odjeżdżał o 23:32.
Zaczęliśmy od kupienia startera z internetem po całej Rosji, wybraliśmy Megafon, który zaoferował nam 25GB i 110 rubli do wykorzystania na rozmowy i sms (zużyliśmy je na coś zupełnie innego ale o tym potem). Wykosztowało nas to 220 rubli. Zwiedzanie Kurska ogranicza się do przejścia głównej ulicy, ewentualnie niekiedy skręcenia z niej w jakąś poboczną. Tym sposobem trafiliśmy pod sobór, na plac czerwony i pod Lenina aż do kościoła katolickiego (niestety zamkniętego). Największa atrakcja całego miasta, Łuk Triumfalny, znajduje się na jego rubieżach, na samym końcu (lub, jadąc od Moskwy, na samym początku) Kurska. Dojście do łuku poprzedzają małe placyki (w sumie to brukowa kostka, która momentami ułożona jest w większe formy) noszące imiona słynnych bohaterów wojennych. Czym bliżej łuku można spotkać czołgi, rakietnice i inne wojskowe pojazdy. Przed samym monumentem postawiono ogromny pomnik gen. Żukowa na koniu.
Szczerze powiedziawszy to tyle z atrakcji Kurska. Zobaczenie tego wszystkiego zajęło nam zdecydowanie za mało czasu (jakieś 4h), więc udaliśmy się na obiad do Pasta Masta. Swoją porcje mogę nazwać za małą i średnio dobrą, Joanna swoją się przynajmniej najadła. Nie jest to miejsce, do którego wróciłbym na posiłek.
Wolny czas spędziliśmy głównie spacerując albo leżąc na ławkach w parku obok wesołego miasteczka. Początkowo myśleliśmy, że jest ono zamknięte jednak około godziny 15 pojawiło się pierwsze dziecko i uruchomiono dla niego karuzelę. Wtedy pomyśleliśmy, że fajnie byłoby zobaczyć miasto z diabelskiego młynu (Kursk jest usadowiony na wzniesieniu) jednak gdy zaśpiewano sobie 150 rubli za przejażdżkę od osoby (2l piwa i to nie najtańszego kosztują 120), zrezygnowaliśmy.
To właśnie tutaj spróbowałem, pierwszy i ostatni raz, napoju z tarhunem. Smakiem nie przypomina to niczego czego do tej pory bym próbował, powiem jedynie, że oboje wzięliśmy po łyku, a resztę zostawiliśmy na murku obok kosza. Tutaj także był najtańszy Ruski Standard jaki widzieliśmy w całej Rosji (350 rubli, potem najtaniej 399, a średnio 500), w godnym polecenia sklepie '5'.
Około 19:30 odebraliśmy nasze rzeczy i poszliśmy próbować złapać marszrutę na dworzec kolejowy. Przydatna okazała się być aplikacja "Yandex transport" pokazująca dokładnie którym busem mamy jechać i gdzie pojazd aktualnie się znajduje.
Na dworcu w specjalnych biletomatach wymieniliśmy nasze elektroniczne bilety na klasyczne. Ze względu na nadmiar czasu usadowiliśmy się w tamtejszej kawiarni (otwartej 24/7) gdzie podładowaliśmy telefony i wypiliśmy herbatę.
Na peron oczywiście wchodzi się przez bramki, należy ściągnąć plecak i przepuścić go przez maszynę z promieniowaniem X. Jako iż była to krótka trasa (tylko 6h) zdecydowaliśmy się na miejsca siedzące zamiast kuszetek.
Do Moskwy dotarliśmy około 4:30 na dworzec kurski. Tam przeczekaliśmy do 5:30 (gdy zaczyna jeździć metro).

07.09
Moskwa najpiękniejsza jest nad ranem. Zarówno plac czerwony jak i całe miasto najwspanialsze są o świcie, gdy nie ma turystów ani przechodniów.
Zatrzymaliśmy się w Makarov hostel, miejsce obskurne ale 10 minut pieszo od Mauzoleum Lenina. Ze względu na odległości i oszczędność zdecydowaliśmy się na zakup karty Trojka (50 rubli, które zwracane są przy jej oddawaniu, bilety na metro zamiast kosztować 55 są za 36. Kupiliśmy jedną kartę na nas dwoje i nie było z nią żadnego problemu. Doładować ją można zarówno u pani w okienku jaki i w automacie, my skorzystaliśmy z opcji doładowania telefonem i właśnie na bilety zużytkowaliśmy nasze 110 rubli z Megaofona.) Bardzo przydatna jest aplikacja 'Yandex metro' pozwalająca na odnalezienie się wśród tych wszystkich linii.
Na Kremlu kupiliśmy bilet tylko na Dzwonnice (w poprzednim roku wziąłem pakiet rozszerzony i nie miało to najmniejszego sensu, chyba, że ktoś lubi płacić 300 rubli za możliwość wejścia i spędzenia 3 minut w soborze lub zbrojowni.) Roztacza się stamtąd widok na całą Moskwę. Zdecydowanie wystarczy sama przechadzka wewnątrz murów i wejście na szczyt bo jest tam bardzo ładnie, a ja nie przepadam za zwiedzaniem kościołów.
Obiad zjedliśmy w barze ZSRR, czeburek i rosół z jajkiem. Porcje nieduże i nie porywające jednak cena adekwatna do jakości. Wieczorem pojechaliśmy jeszcze zobaczyć zachód słońca na osiedlu nowych wieżowców, widok naprawdę ładny, tak jak i same budowle. Stamtąd udaliśmy się na spacer po Nowym Arbacie, nocą może on robić wrażenie, widać jednak, iż część z tych budynków jest sztucznie udekorowana, pod klimat nowoczesności. Coś a’la Time Square tylko rosyjski. Tego dnia zrobiliśmy na nogach ponad 30km, które poczuliśmy dopiero następnego dnia rano gdy oboje mieliśmy problem z dłuższym marszem.

08.09
W hostelu pozwolono nam zostawić plecaki więc poszliśmy z zamiarem odwiedzenia wiecznie żywego. W piątki Mauzoleum jest zamknięte, stąd też wybraliśmy sobotę, pech chciał, że odbywały się akurat Dni Goroda (Dni Miasta) dlatego nie udało nam się zobaczyć wiecznie żywego (dopiero gdy wróciliśmy z Irkucka do Moskwy dane nam było wejść i, jak to mówią tutejsi przewodnicy, pozdrowić Dziadka Lenina).
W centrum poszliśmy na Stary Arbat gdzie wypiliśmy kawę w MuMu (wybraliśmy ten lokal głównie ze względu na fakt, iż w każdym innym za zwykłe americano chciano 150 rubli).
Pojechaliśmy pod Uniwersytet czyli jedną z sióstr (w piątek widzieliśmy już 3), niedaleko też zatrzymaliśmy się na burgery w Burger&Frais. Jeśli ktoś będzie akurat w pobliżu można tam zajrzeć, jedzenie w przystępnych cenach, mięso właściwych rozmiarów. Chyba musieliśmy trafić na ofertę lunchową, bo od naszego rachunku odjęto jeszcze dodatkowe 10%. Jedyny mankament stanowiła bułka, która była zimna, nie podpieczona ani nie chrupiąca jednak dziś mogę powiedzieć, że chyba w całej Rosji burgery po prostu się z takimi podaje.
Odwiedziliśmy jeszcze Sobór Chrystusa Zbawiciela skąd widzieliśmy ogromny pomnik Piotra Wielkiego (98m!), niedaleko usiedliśmy na ławce aby chwilkę odpocząć. Siedzieliśmy tak może 20 minut gdy nadjechał (2 raz) radiowóz, wysiadło 2 panów policjantów i wylegitymowało nas sprawdzając przy tym plecaki i pytając o bombę, broń i narkotyki. Nie wiem czy miało to miejsce ze względu na Dni Goroda czy to zwyczajna procedura ale nigdy więcej już nie pozwalaliśmy sobie na tak długie postoje poza miejscami typu park.
Ze względu na obchody wieczorem odbywała się transmisja na żywo koncertu filharmonii, pokaz był wyświetlany w nowo wybudowanym parku w centrum. Zebrało się sporo ludzi i przyznać muszę, że o ile nie jestem fanem muzyki klasycznej o tyle rzeczywiście wykonanie było warte wracania do hostelu okrężną drogą (wojsko dla bezpieczeństwa odgrodziło połowę miasta i z placu czerwonego, na który potem przeszliśmy aby popatrzeć na podświetlony nocą GUM, musieliśmy nadkładać około 5km (ale dzięki temu byliśmy pod jeszcze jedną siostrą)).
W hostelu jak już wspominałem nie było zbyt ciekawie, sami ludzie pracujący. Dodatkowo okazało się, iż pracownicy się ze sobą nie komunikują, Joanna poprosiła panią o paragon (miał być gotowy już poprzedniego dnia rano, zwykłe potwierdzenie płatności) ta natomiast dała nam karteczkę registracyjną (za którą nie płaciliśmy). Miejsce tego plusy są więc 3: blisko, dają kartki meldunkowe i mają przechowalnie bagażu.
Dworzec kazański jest najdziwniejszym dworcem jaki odwiedziliśmy, prawie w całości jest niezadaszony. Pociąg odjeżdżał o 22:37 mieliśmy więc czas aby, jak uprzednio, wymienić bilety.
Plackarnty pociąg w Rosji nieco różni się od tej samej klasy ukraińskiego. Przede wszystkim ma barierki przy górnym łóżku (od tamtego czasu Joanna już zawsze chciała spać nade mną). Łóżka są nieco szersze a pościel nie pachnie tak bardzo wybielaczem. Ręczniki milsze w dotyku, a toaleta szersza i bardziej cywilizowana (chociaż do polskich pociągów (europejskimi nigdy nie jeździliśmy) wciąż bardzo daleka droga). Okna się domykają i są relatywnie czyste (w pociągu do Sum zerkając przez okno miało się wrażenie, że jest wieczna mgła). Warto przy wejściu spojrzeć na rozkład przystanków, dzięki temu wiadomo ile czasu pociąg zostanie na danej stacji i czy zdąży się wyjść i kupić coś u babuszek. Na długich dystansach ważna jest także druga rubryka, na której zaznaczone są zmiany czasu. Dobrym rozwiązaniem, przy podróży we 2, jest wybranie dolnej i górnej kuszetki. Dzięki temu w dzień na pewno ma się gdzie siedzieć i gdy któreś się zmęczy ma się gdzie spać (w przypadku 2 górnych trzeba się prosić o miejsce na dole, a gdy 2 dolne trzeba przyjąć kogoś z góry). O 22.37 odjechaliśmy z Moskwy aby o 12.47 dotrzeć do stolicy Tatarstanu...09.10
Dworzec w Kazaniu był naprawdę ładny i imponujący. Umówiliśmy się z Ferdinandem (Couchsurfer), który mieszkał na obrzeżach w dzielnicy sypialnej lub jak kto woli przemysłowej. Ze względu na brak autobusów (na najbliższy musielibyśmy czekać ponad godzinę) zamówiliśmy taksówkę (niezawodne w całej Rassiji okazało się być Yandex Taxi), kupiliśmy w pobliskiej budce Tubatai po hm, jak to nazwać bułeczce (?). Moja była gorąca (popatrzyłem sobie język!) i pełna jabłek, Joanna trafiła na ziemniaki i pieczarki (koszt jednej to około 35 rubli). 12km taksówką wykosztowało nas 190 rubli. Ferdinand mieszkał na typowym osiedlu (ale o standardzie znacznie, znacznie wyższym aniżeli Olga w Sumach). Wyszedł po nas przed klatkę no i się zaczęło. Od początku wiedzieliśmy, że on po angielsku nic a nie, a on wiedział, że przyjmuje dwoje nierosyjskojęzycznych gości. Jeszcze przed przyjazdem pytał nas o szczegóły, sprawdzał czy na pewno nie jesteśmy jakimiś łobuzami. W kontakcie z nim dobrą robotę zrobił Yandex Translator (znowu Yandex! To niesamowita sieć aplikacji porównywalna z użytkowanym przez nas Google), działa on w trybie offline więc nawet nie mając internetu można z niego korzystać.
Ferdinand poczęstował nas herbatą i tradycyjnym tatarskim jedzeniem. Każdy z nas dostał podgrzaną, ogromną bułkę- Elesh (podobną do tej w Tubatai tylko ze 3 razy większą) wypełnioną mięsem i ziemniakami. Do tego czekał na nas placek na słodko z serem (nie porównywalny do żadnego ciasta jakie jedliśmy w Polsce) oraz Czakczak (ciasto jakby na pączki , wysmażone i oblane miodem). Gdy wróciliśmy wieczorem po obejrzeniu miasta czekały na nas szynki, rogaliki i cała reszta wyżej już wymieniona.
Do centrum jechaliśmy autobusem (Yandex Transport zawsze pomocny) co zajęło nam jakieś 40 minut. W busie zatrudniona jest specjalna osoba, taki ludzki kasownik, u której kupuje się bilet z rolki. Przystanki zapowiadane były w trzech językach: rosyjskim, tatarskim i angielskim.
Wysiedliśmy w centrum i już na pierwszy rzut oka było widać, że jest to piękne i niesamowite miasto. Zupełnie inne od pozostałych w Rosji. Dziś mogę powiedzieć, z własnego doświadczenia, iż ładniejsze nawet niż Petersburg.
Wysiedliśmy pod Teatrem Opery i Baletu na przeciwko pomnika Lenina. Następnie spacer parkiem do Czarnego Stawu (w internecie wyglądało to jak ładne jeziorko, w rzeczywistości to wybetonowany basen stanowiący miejsce wypoczynku dla tubylców). Udaliśmy się na bardzo zadbaną ulicę Kremlowską gdzie podziwialiśmy kamieniczki, na jej końcu, jak sama nazwa wskazuje, był Kreml. Nie jest na pewno tak imponujący jak w Moskwie jednak zachowano go w bieli. W jego obrębie znajduje się cerkiew oraz największy (od 2009 drugi największy) meczet w Rosji (i chyba najładniejszy)- Kul Sharif. Jest on prawdziwie imponujący, wielki, monumentalny. Można zwiedzać go za darmo, wewnątrz kobiety dostają chusty i zapaski (mężczyźni w krótkich spodenkach także muszą zakryć nogi). Widać tam rywalizację miedzy prawosławnymi, a muzułmanami, którzy prześcigują się co do wielkości i wystroju swoich świątyń. Znajduje się tak również krzywa wieża (już nie tak krzywa jak kiedyś ale wciąż). Można spotkać tam wielu ludzi ubranych po tatarsku, my trafiliśmy także na kilka ceremonii ślubnych oraz na przemarsz opozycjonistów (przeciwników podwyższenia wieku emerytalnego).
Stamtąd bardzo blisko jest na Pałac Rolników, w którego bramie znajduje się ponoć prawdziwe drzewo (jak dla mnie było ono plastikowe, nie można go nawet było dotknąć).
Kolejnym miejscem była ulica Baumana, ładna, turystyczna, pełna knajpek. Zatrzymaliśmy się tam w Pelmeniya. Joanna wzięła manty z dynią i marchewką (były spore i bardzo smaczne, śmietana była w gratisie. Kosztowały coś około 140 rubli), ja wybrałem rosół z pelmieni (jak wszystko tutaj był pełen koperku i trochę za mały. Kosztował ciut więcej). 0,47l Baltiki 120 rubli. Nie było to miejsce godne powrotu ale nie było też najgorsze.
Wieczorem wróciliśmy na Kreml zobaczyć podświetlony meczet. Błękitne światła wyglądały naprawdę super, zdecydowanie warto było na to poczekać i trochę pomarznąć. Z murów Kremla widać także cyrk i stadion, całość dopełnia rzeka dzieląca miasto na dwie części.
Komunikacja miejska działa tutaj całkiem sprawnie. Nie wsiedliśmy do metra ale nie mieliśmy również problemów z autobusem wieczornym(około 22), bilet za każdym razem wynosił 25 rubli. Przed powrotem do Ferdinanda odwiedziliśmy jeszcze sklep 5, w którym odkryliśmy najwspanialszy smakołyk pod słońcem czyli serki (trzymane w lodówce lub w zamrażarce (w lodówce lepsze), w różnych smakach i odmianach (od waniliowych, czekoladowych i owocowych po ziemniaczane). Niebo w gębie.)
Nasz couchsurfer czekał z opisana już wyżej kolacją i herbatą. Wymieniliśmy się z nim informacjami na temat sportu, wypoczynku, i wszystkich różnic międzykrajowych, doszedł on do wniosku, że w Polsce może i są droższe mieszkania i paliwo ale żyje się lepiej. Na koniec obejrzeliśmy wspólnie mecz Francja- Holandia (okazało się, że włączony przez niego program niemiecki nie był zrozumiały dla żadnego z nas).

10.09
O 7:30 zjedliśmy śniadanko i rozstaliśmy się na przystanku z Ferdinandem.
Przechowalnia bagażu na dworcu kolejowym była automatyczna i kosztowała około 280 rubli za cały dzień (był podział na 3 wielkości bagażu, my wzięliśmy średnią szafkę gdzie zmieściły się oba nasze plecaki)
Stamtąd udaliśmy się na szybkie zakupy do Auchana (który tu był wielskości średniego marketu w Polsce). Kolejnym przystankiem było Muzeum Życia Sowieckiego. Dla studentów takich jak my bilet był za 150, normalny wynosił 250 (gdybym miał tyle zapłacić to bym się 2 razy zastanowił i raczej zrezygnował. Tym bardziej, że dla nas nie był to powrót do dzieciństwa, a jedynie spojrzenie wstecz.) Można było tam robić zdjęcia, dotykać wszystkiego, przebierać się. Zagrać w stare gry i kupić niektóre rzeczy, ot co muzeum na godzinkę zwiedzania.
Na ulicy Kremlowskiego odwiedziliśmy restaurację (nie taką budkę jak uprzednio) Tubatai. Jest to taki tatarski fast food ale z jedzeniem bardzo dobrej jakości. Zamówiliśmy po zestawie lunchowym po 180 rubli. W skład wchodziła zupa (rosół z makronem), tatarska herbata (z jakimś ziołem ale bardzo dobra) oraz swego rodzaju placek z ziemniakami i pieczarkami. Wszystko było smaczne i gdybym był tam kiedyś jeszcze to odwiedziłbym to miejsce na sto procent.
Po południowy spacer zakończyliśmy w barze Sol na ulicy Profsoyuznaya gdzie Joanna wzięła kawę na dolewki (ona wszędzie bierze kawę bez względu na miejsce i godzinę), ja przygarnąłem piwerko. Rachunek zamknął się w 250 rublach.
O 15:47 wyruszyliśmy w dwunocną drogę do Nowosybirska mając 2 miejsca u góry wzdłuż korytarza.
Na szczęście Panie pod nami były koleżankami i pozwoliły nam siedzieć na jednym miejscu we dwoje. Około godziny 19 grupa ludzi koło nas nie wytrzymała i po 4h zastanawiania się skąd jesteśmy w końcu zapytali skąd jesteśmy (obstawiali Włochy lub Hiszpanię). Wyjaśniliśmy, że jesteśmy turystami z Polski i jedziemy nad Bajkał, wspomnieli coś, że tam to chłodno jest i na tym skończyła się rozmowa.

11.09

W pociągu jak to w pociągu, oprócz 5krotnej zmiany czasu nic się specjalnie nie działo.

12.09
Rano przyjechaliśmy na dworzec gdzie wzięliśmy prysznic za 150 rubli na łeb. Następnie zostawiliśmy bagaże w przechowalni (niestety automatyczną znaleźliśmy dopiero wieczorem) gdzie 250 kosztował jeden plecak (watro się zastanowić czy nie taniej wyszłoby wynajęcie dla jednej osoby hostelu, gdzie prysznic byłby za darmo, do tego byłoby miejsce na zostawienie bagażu i odpoczynek)
Nowosybirsk przywitał nas zimnem i chłodem (było to najmniej przyjazne turystycznie miejsce jakie odwiedziliśmy). Marszrutką pojechaliśmy do zoo popatrzeć na misie polarne (studenci tylko rosyjscy 150, więc musieliśmy dać po 300). ZOO w stanie tragicznym, klatki małe, mapy brak. Zwierzęta poprzenoszone nie wiadomo gdzie, żadnej informacji. Misie polarne widzieliśmy dwa jeden w jakimś przypadkowym miejscu koło ptaków, a drugi w pokazowym wybiegu (sztuczne góry lodowe, pusty basen i te sprawy).
Stamtąd marszrutą za około 15 rubli pojechaliśmy na lunch do Miaso Roob na Vokzalnaya Zestaw burger+pyszna serowa zupa krem+ mors (napój a la kompot)kosztował ok 300.
Następnym punktem był Teatr Opery i Baletu i stojący przed nim Lenin. Śmieszna sprawa, bo tuż obok groźnego wodza stały po jednej stornie pomniki żołnierzy, a po drugiej tancerzy. Budynek, jak na jedne z największych teatrów w Rosji nie był wcale imponujący. Nie był on nawet ładny. Przez następną godzinę szukaliśmy pomnika elektryka, nie udało nam się go jednak zidentyfikować.
Ze względu na warunki pogodowe (odczuwalna temperatura max 0, deszcz i przenikliwy wiatr) poszliśmy na ulicę Lenina 3 gdzie znajdowała się jedna z najlepeszych kawiarni w tym 3 co do wielkości mieście Rosji - Akademia Cafe. Joanna wzięła (bez zaskoczenia) kawę, tym razem wybrała 500ml w jakimś dziwnym zaparzaczu, ja wziąłem chińską herbatkę. Cena niewygórowana, za litr napojów, ciepło, angielskojęzyczną obsługę i miłe miejsce zapłaciliśmy łącznie niecałe 250 rubli.
Wyruszyliśmy więc w poszukiwaniu magnesów (z każdego miasta przywieźliśmy magnes). Chodziliśmy tam i tu i zdobyliśmy je dopiero w galerii handlowej naprzeciwko dworca.
Na ulicy Lenina znaleźliśmy mapę zabytków. Postanowiliśmy więc odnaleźć kwartał ze starymi kamienicami. Problem polegał na tym, iż nigdy więcej nie zobaczyliśmy już podobnej mapy, a w samym Nowosybirsku były co najmniej dwie ulice o tej samej nazwie. Wróciliśmy więc jeść, bo co można robić do 1:32 w takim miejscu przy takiej pogodzie.
Wybór padł na uzbecką restauracje Chuchvara. Zamówiliśmy chuchvarę (6,5/10), samsę (8,5/10) i jakiś dziwny naleśnik pełen czosnku niedźwiedziego (2/10). Do tego dzbanek uzbeckiej herbaty (10/10), do której dano nam żelki (9/10). Rachunek wyszedł coś koło 650 rubli. Mieściło się to na tej samej ulicy do Miaso Roob. Obok tego oddział miała Academia Cafe. W sumie to wszystko co warte było zobaczenia mieściło się w okolicach tej jednej ulicy. Cały Nowosybirsk sprawił na nas wrażenie smutnego, przygnębiające i niemiłego. Było to najgorsze miasto podczas całej naszej podróży. Ostatnie 4h oczekiwania na pociąg spędziliśmy w poczekalni pełnej bezdomnych i śpiących ludzi (typowy widok na każdym dworcu w Rosji) jedząc chałwę i dzwoniąc do rodziców.

13.09-14.09
Podróż do Irkucka. Rano 14 dosiadł się mały Mongoł z Mamą, który bardzo zainteresował się moim aparatem i ciągle chciał robić zdjęcia. Był to także jedyny raz kiedy pociąg się spóźnił. Zamiast o 10:33 dotarliśmy po 12. Zamówiliśmy więc szybko Yandex taxi (około 100 rubli) aby dotrzeć do Terra Baikał na ulicy Marata 38 skąd o 13 odjeżdżał nasz umówiony bus na wyspę Olchon. (Kwota 2000 w dwie strony za osobę, jednak można na spokojnie znaleźć taki sam taniej na dworcu autobusowym).
CDN...14.09
Podróż na Olchon przebiega bezproblemowo ale dłuży się bardzo. W busie oprócz nas
jedzie para Rosjan, 3 Niemców, Szwajcar z Chińczykiem, a reszta to zwykli mieszkańcy
wyspy. Po około 3 godzinach następuje przerwa w przydrożnej kafoszce na szybki posiłek i
toaletę. Można było kupić to co zwykle do jedzenia czyli samsę, bliny, czebureki itd. Ceny
niewygórowane ale trochę wyższe niż normalnie, ok. 60 rubli za sztukę. My jednak bierzemy
lody i wracamy do pojazdu. Po przeprawie promem zaczyna się wesoła jazda off roadowa,
brak asfaltu jest odczuwalny ale widoki za oknem zdecydowanie pomagają znieść 7 godzin
podróży. Po dotarciu do Chużyru kierowca odwozi każdego po kolei do ośrodków, z czego
nas na samym końcu bo nie wiedział, z której strony ma podjechać. Docieramy dopiero o 21,
okropnie wieje, pada deszcz, jest ciemno, latarni jak na lekarstwo i może 3 stopnie powyżej
zera. Do tego trochę przerasta nas toaleta ( 4 metrowa dziura w ziemi otoczona blachą
falistą (do której mają na Olchonie zamiłowanie), bez światła ale z zapachem wyczuwalnym
10m dalej) i odległość do łazienki. Pokój całkiem przyjemny 2 osobowy i jak się rano okazało
z widokiem na Bajkał (ośrodek Solonechnaya 3600 rubli za 3 noce w pokoju 2 osobowym).
Po rozpakowaniu poszliśmy do stołówki zapytać o coś do jedzenia. Energiczna buriatka
zaproponowała zupę, na co przystaliśmy, zrezygnowaliśmy jednak z podjerzanie
wyglądającej ryby. Strawa będąca połączeniem jarzynowej i kapuśniaku okazała się być
całkiem ok, (możliwe, że tylko dlatego, iż była ciepła, a my umieraliśmy z głodu. Kosztowała
około 130 rubli za porcje). Po posiłku zapytaliśmy o najważniejszą dla nas rzecz, czyli
wycieczkę na północ wyspy. Cena trochę inna niż się spodziewaliśmy bo 1200 rubli ale
zgodziliśmy się nie chcąc zostać na lodzie.

15.09
Wstajemy o 8 i udajemy się na śniadanie, które okazuje się tak tragiczne, że wypijamy tylko
herbatę, jemy słodkie ciasto, a resztę ( np. zimny omlet i kleik owsiany) zostawiamy. Koszt
śniadania 180 rubli.
O 10 stawiamy się w wyznaczonym miejscu i ku naszemu zaskoczeniu nie podjeżdża uazik
(których jest tu pełno i na który tak liczyliśmy), a gazela. Zawiedzeni wsiadamy, a miły pan
Buriat pobiera jeszcze od każdego po 100 rubli “opłaty” za wjazd do parku. Zakładamy, że
zapłaciliśmy aż 1300 rubli tylko za to, że nie jechaliśmy uazem, a gazelą, która niby ma
reprezentować wyższy standard. Całe szczęście kierowca jest bardzo fajny i stara się omijać
dzikie stada chińskich turystów. Odwiedzamy wszystkie obowiązkowe punkty na północnym
Olchonie (według nas zdecydowanie najładniejsze skały to Trzej Bracia), w trakcie robimy
przerwę na pyszną uchę, sałatkę warzywną, domaszny chleb, herbatę z jakimś dziwnym
ziołem i pierniki (wszystko to przygotowane przez naszego przewodnika). Cały czas
próbujemy zrozumieć jak najwięcej z tego co mówi kierowca ale w ogólnym rozrachunku
może z 40% informacji do nas dociera (co i tak jest sporym osiągnięciem w porównaniu do
towarzyszących nam Anglików, którzy mieli problem pojąć o której godzinie mamy zbiórkę).
Ok 17 kierowca odwozi nas pod skałę Szamankę skąd mamy 10 minut na nogach do
naszego pokoju. Zdecydowanie warto udać się na tą wycieczkę, fantastycznie spędzony
czas. Można podziwiać Bajkał jako Małe i Wielkie More, niesamowite jest gdy stojąc 50m
nad turkusową taflą wody, mając pod sobą przy brzegu kolejne 10m widać leżące na dnie
kamienie. Nie wiem jak jest tu w okresie typowo turystycznym (lipiec, sierpień) ale we
wrześniu wciąż byla tutaj spora liczba Chińczyków dla których my byliśmy dodatkową
atrakcją (dwie odważne panie nawet łamanym angielskim poprosiły nas o wspólne zdjęcie).
W okolicach Szamanki pałęta się sporo bezpańskich psów dokarmianych przez turystów.
Udaliśmy się w stronę centrum wioski, gdzie kupiliśmy magnesy i odwiedziliśmy knajpę Kafe
Dalay. Nie było to najlepsze miejsce na obiad ale dało się zjeść. Joanna zamówiła zupę z
ciecierzycy i pozy, a ja barszcz i bliny. Do tego oczywiście herbata. Za wszystko wyszło nie
więcej niż 400 rubli. W stoliku znajdującym się w rogu właściciel ze znajomymi, jak gdyby
nigdy nic, pił sobie wódeczkę. Po opuszczeniu tego miejsca nie przeszliśmy 50 metrów i już
piliśmy kawę i gorąca czekoladę w chyba najlepszym miejscu w Chużyrze, Kafe
Vaskrisenya. 400 rubli za obie te rzeczy to dość sporo ale były tego warte. Dowiedzieliśmy
się od anglojęzycznej pani za barem, że można tutaj zamówić obiad na dzień następny, z
czego skorzystaliśmy (650 rubli za osobę). Miła kobieta pożegnała nas po polsku i udaliśmy
się jeszcze do bazy u Nikity (restauracja nazywała się jakoś Francuska) na pierogi i piwo.
Koszt ok 600 za dwie osoby, bardzo smaczne z obsługą mówiącą po angielsku. Nie powiem,
że próby dotarcia do pokoju przez wieś w prawie całkowitej ciemności były najfajniejszą
rzeczą jaką przeżyłem, wcale też krowa wyskakująca z ciemności nas nie wystraszyła, ale
na pewno było wesoło i ciekawie. Wieczorami (rankami też) po ulicach spaceruje tutaj sporo
krów, które same zatrzymują się przy bramach domów swoich właścicieli.
Po powrocie zastaliśmy Rosjan pijących i grających w karty przed naszym domkiem.
Zaprosili nas do wspólnej gry, na co też chętnie przystaliśmy. Próby zrozumienia dziwnych
zasad ichniejszej gry spełzły na niczym ale grali naszymi kartami więc było fajnie. Dwójka
Rosjan piła świeże mleko i zagryzła do tego chleb, a para z Moskwy, która wróciła z
Mongolii, raczyła się winem i koniakiem. Jakież było ich zdziwienie gdy wyjęliśmy wódkę.
Według nich, w Rosji wódkę piją biedni ludzie czyli jak dla mnie z tego wynika, że Rosja
musi być biednym krajem. Po bardzo miło spędzony wieczorze umówiliśmy się z Artyomem i
Kirsten, że spotkamy się w Moskwie w drodze powrotnej.
Nawiasem mówiąc z rozmowy z nimi dowiedzieliśmy się, że popełniliśmy spory błąd nie
interesując się samolotami z Irkucka do Moskwy. Jeśli ktoś marzy o kolei transsyberyjskiej,
zdecydowanie wystarczy przejażdżka w jedną stronę, bo, jak sami dopiero się przekonamy,
4 dni w pociągu to męczarnia. Bilet lotniczy Irkuck Moskwa około 500-600 zł, a jest się na
miejscu w godzinę biorąc pod uwagę zmianę czasu. Pociąg 400zł plus jedzenie, czyli
wychodzi na to samo, a zaoszczędzony czas można przeznaczyć chociażby na
krugobajkałkę lub Ułan Ude, na które nam zwyczajnie zabrakło czasu.

16.09
Postanowiliśmy się wyspać więc wstajemy ok 9. Nauczeni doświadczeniem nie jemy w
naszym ośrodku tylko udajemy się na plażę i jemy we własnym zakresie. Pogoda dopisuje.
Na ten dzień w planie mamy zwiedzanie wioski i okolicy. Idziemy pod cerkiew, na Szamankę
(po raz drugi jednak inną trasą) i do portu. W centrum miejscowości robimy zakupy w
jedynym dużym sklepie samoobsługowym “haroszy market”, gdzie ku naszemu
niezadowoleniu nie chcą nam wydać reszty z 1000 rubli, więc płacimy kartą. Sam Chużyr
wygląda jakby ktoś przeniósł dziki zachód na Syberię. Wszędzie unoszą się tumany pyłu,
krowy i psy chodzą po ulicach, a widok dopełniają wszechobecne uazy. Nie powiem bardzo
mi się to podobało. Na drugie śniadanie udajemy się do Kafe bar Paluba. Miejsce bardzo
przyjemne w środku ale jedzenie fatalne. Zamówiłem sandwicha (tak było w menu), a
dostałem suchy chleb z serem i margaryną. Joanna wzięła omlet, jednak przyszło coś co
nijak miało się do omleta. Konsystencja galaretki, kolor śnieżnobiały, a smak taki jak wygląd.
Dobrze, że kawa i herbata z mlekiem była całkiem ok. Rachunek ok 350 rubli. Warto przyjść
na kawę ze względu na całkiem ładnie urządzone wnętrze. Następnie chcieliśmy znaleźć
ruską banie. Niestety była niedziela więc ciężko było o cokolwiek. Jedyne co znaleźliśmy to
dwupiętrowa sauna z basenem dla 6 osób za 1300 rubli. Nie skorzystaliśmy :D obiad
mieliśmy umówiony dopiero na 19 więc musieliśmy 4 godziny się poszwędać. Przeszliśmy
chyba całą wioskę i trafiliśmy na piękny zachód słońca. Obiad w kawiarni Vaskrisenya był B
A R D Z O dobry. Składał się z przystawki (sałatka z serem i szynką), zupy (barszcz),
drugiego dania (łosoś i ryż), deseru (szarlotka) i nieskończonej ilości herbaty. Wyszliśmy
stamtąd najedzeni i zadowoleni, pierwszy raz na Olchonie. (Nie licząc uchy u pana Buriata).
Bardzo polecam to miejsce, cena jak na Olchon nie najniższa (ale też nie najwyższa) a
zdecydowanie warto. Po kolacji udaliśmy się spać ponieważ rano ok 10 mieliśmy
załatwionego busa do Irkucka.

17.09
O 10.30 przyjeżdża kolejny pan Buriat aby zabrać nas do Irkucka. Okazuje się, że będziemy
jechać tylko w trójkę, bo dosiadł się jeszcze do nas Czech. Podróż mija fantastycznie. Ani na
minutę nie jest cicho, ciągle słyszymy jakieś historie (chociażby o obszarach dzisiejszej
Irkuckiej Oblasci w ZSRR lub o historii Buriatów i Mongołów), kierowca po drodze
zatrzymuje się w paru miejscach, które chce nam pokazać. Jemy też obiad w kafoszce na
całkowitym pustkowiu (pozy i solianka) ok 300 rubli na osobę. Podczas przeprawy promem
Buriat zabiera nas na górę do kajuty kapitana (okazało się potem, że był jakimś ważnym
człowiekiem bo znał wszystkich i był szefem). Widoki z góry fajne i można popatrzeć jak
wygląda praca na promie. Trzeba przyznać, że nasz kierowca lubi szybką jazdę bo nie
schodziliśmy poniżej 100 km/h. Po około 6 godzinach lądujemy pod naszym hostelem w
Irkucku gdzie mamy wykupiony pokój...@cccc

Dokładnie tak :D z tego co wywnioskowaliśmy to obaj byli turystami, z czego Chińczyk był tak jakby jego tłumaczem i pomagierem bo znał rosyjski. Szwajcar płacił za niego część rachunków i za bilety.

Tak, tak. Ferdynand nam mówił, że minimalna to 7500, jeśli ktoś zarabia 15000 ( w Kazaniu) to można powiedziec, że się powodzi.

Zupa przygotowana przez Buriata była z omula.17.09
Około 16 meldujemy się w hostelu, płacimy 1300 rubli za 2 osobowy pokój i załatwiamy kolejną registracje. Montana hostel znajduje się na ulicy Karla Libknekhta 6, czyli blisko centrum. W internecie opisany był jako jeden z lepszych hosteli i rzeczywiście nie było źle, takie solidne 7/10. Dużo kontaktów w pokoju i widok z okna na popiersie Lenina na podwórzu :D Gorzej w łazience ale akceptowalnie. Rzucamy plecaki i udajemy się do centrum. Pogoda am sprzyjała, około 16 stopni i słońce. Idziemy ulicą Karla Marksa w stronę Angary ale najpierw odwiedzamy chińską restaurację Kimchi znalezioną w internecie. Byliśmy tam dwa razy i bardzo, bardzo polecamy. Porcje duże, bardzo dobre i w rozsądnych cenach. Zamówiliśmy kurczaka z dziwnym brązowym sosem, grzybami i makaronem sojowym oraz kurczaka w panierce w sosie a la słodko-kwaśnym. Do tego chcieliśmy lokalne piwo ale niestety się skończyło więc zadowoliliśmy się Krusovicami. Niesamowicie najedzeni zapłaciliśmy 1000 rubli. Pełni sił poszliśmy w stronę kwartału 130. Najpierw jednak trafiliśmy na ulicę Lenina i oczywiście pomnik Wodza. Zaraz obok był jeden z teatrów (całkiem ładny z cegły). Po dotarciu na kwartał 130 byłem nieco zawiedziony, całkiem inaczej sobie to wyobrażałem. Domki ładne, odnowione i drewniane ale miejsce samo w sobie niesamowicie tandetne i nastawione na zysk. Dużo ładniejsze są kamieniczki rozrzucone po całym Irkucku, zdecydowanie bardziej autentyczne. Następnie udaliśmy się pod Cerkiew Podniesienia Krzyża Pańskiego, która znajduje się bardzo blisko zabytkowego kwartału. Na terenie świątyni jest ładny ogródek z huśtawkami, można tam usiąść i wypocząć. Na sam koniec gdy złapał nas już zmierzch, przespacerowaliśmy się nad Angarą, gdzie znaleźliśmy pomnik Gagarina i Aleksandra III. Wracając kupiliśmy magnesy od pana, który samodzielnie namalował obrazek, znajdujący się na nich. Pożegnaliśmy się po polsku i szybko powróciliśmy do pokoju żeby mieć siły na kolejny dzień.

18.09

Pobudka i odświeżenie wcześnie, bo około 8, niestety pogoda zmieniła się diametralnie. Było 8 stopni, pochmurno i deszczowo. Nie wystraszyło nas to i ruszyliśmy najpierw na śniadanie, do znalezionej wcześniej kawiarni Traveler's Coffee. Kawa była bardzo smaczna natomiast śniadanie fatalne. Nie dość, że czekaliśmy 40 minut to było zimne i po prostu niedobre. Zapłaciliśmy w sumie około 450 rubli. Na kawę polecam, na śniadanie zdecydowanie nie. Następnie pojechaliśmy marszrutą na tamę na Angarze (bilet nie więcej niż 20 rubli). Ciężko powiedzieć czy robi wrażenie, bo jest to droga dla samochodów, a to co ciekawe jest albo za płotem albo odgrodzone drutem kolczastym, na pewno jest duża. Wracając do miasta postanowiliśmy skorzystać z fantastycznego ułatwienia czyli zielonej linii na chodniku. Idąc wzdłuż niej doszliśmy do wszystkich wartych zobaczenia zabytków miasta. Początek jest, jeśli dobrze pamiętam, obok pomnika Aleksandra III. Po drodze minęliśmy Teatr dramatyczny, Cerkiew objawienia, Polski kościół katolicki (w remoncie), bramę Moskwa i wiele innych mniejszych atrakcji. Po drodze mija się dziesiątki zapadniętych, drewnianych kamieniczek. To najbardziej przyciąga wzrok. W trakcie zwiedzania (było zimno) odwiedziliśmy Lenin Street Coffee gdzie zamówiłem gorącą czekoladę z bitą śmietaną, a Joanna kawę. Moja czekolada była wspaniała natomiast napój Joanny był ledwo pijalny (rachunek ok.300 rubli). Po przejściu całej zielonej linii, postanowiliśmy poszukać kartek żeby wysłać je z Irkucka do Polski. Niestety, okazało się to niemożliwe, nawet na poczcie nie mieli nic innego, oprócz kartek urodzinowych. Dopiero późnym wieczorem kupiliśmy zestaw pocztówek na dworcu kolejowym. Spacerując po Irkucku ma się wrażenie, że miasto stara się być przyjazne turystom, w odróżnieniu od chociażby Nowosybirska. Napisy są w większości miejsc w 3 językach (angielskim, rosyjskim i chińskim), jest co robić, gdzie usiąść i jest jakoś tak przyjemnie. Popołudniu zaatakował nas głód (po takim śniadaniu to nic dziwnego). Udaliśmy się do Antrykot Szaszłyk bar. Zamówiliśmy porządny dzbanek herbaty, zupę i dwa burgery z kurczakiem i frytkami. Zupa była dobra, tak jak i herbata, ale burger pozostawiał wiele do życzenia. Za cały obiad zapłaciliśmy około 750 rubli. Następnie spacerkiem poszliśmy na centralny rynek. Bardzo fajne miejsce, duży wybór wszystkiego, od jedzenia po spodnie. Kupiliśmy trochę owoców, warzyw i sera do pociągu i poszliśmy popatrzeć na Dom Wołkonskiego, w którym mieści się muzeum Dekabrystów. Nie wchodziliśmy do środka, tylko oglądaliśmy z zewnątrz. Bardzo ładny budynek ale troszkę zaniedbany. Na sam koniec udaliśmy się popatrzeć na Cerkiew Kazańskiej Ikony Matki Bożej, gdzie zaraz przy wejściu zostaliśmy zaatakowani przez żebraków. Świątynia niekonwencjonalna, zwraca uwagę i wyróżnia się na tle miasta. Z ciekawym ogrodem, natomiast okolica jest tragiczna. Takie przemysłowe peryferia, jak u nas, tylko 10x bardziej brudne, zaniedbane i niebezpieczne. Źle się tam czuliśmy, bo wszyscy się na nas gapili. Do pociągu zostało nam parę godzin, więc poszliśmy na kawę i herbatę do Inżynierii Kawy, zaraz obok naszego hostelu. Świetne miejsce, kawy i herbaty wybiera się z razem z obsługą według własnego upodobania i dopiero potem dostaje się ją do stolika. Posiedzieliśmy tam godzinkę i udaliśmy się na większe zakupy do pociągu (w końcu czeka nas 4 dni jazdy). Kupiliśmy sery, orzechy, chleb itd. i zdecydowaliśmy zjeść kolację w Kimchi. Tym razem wybór padł na ramena i kurczaka teryaki. Wszystko było bardzo dobre i najedliśmy się do syta. Rachunek około 650 rubli. Było już ok 21, rozpadało się, a pociąg mieliśmy dopiero o 00.32, więc wzięliśmy taksówkę. Ściągnąłem aplikacje maxim i dostałem bodajże 50 rubli zniżki dzięki temu kurs z hostelu na dworzec wyniósł nas 100 rubli plus, nie wiedzieć czemu, 15 rubli za plecaki. Po przybyciu chcieliśmy wymienić wirtualne bilety na fizyczne ale napotkaliśmy na problem gdzie to zrobić. W Irkucku są 3 wejścia, każde dla innego rodzaju pociągów. Dopiero za 3 razem udało się trafić :D Wydrukowaliśmy bilety, kupiliśmy kartki i czekaliśmy ok 2 godzin na pociąg, który miał być naszym domem na 4 kolejne dni.

19.09-22.09

W podróży oprócz czytania książek, łapania internetu, jedzenia i wychodzenia na stacje po jedzenie (w Krasnojarsku urządziliśmy sobie dłuższy spacer do sklepu poza dworcem) nic się nie działo, ani nikt nie miał specjalnej ochoty z nami rozmawiać, jedynie na nas zerkali. Dopiero przed Kazaniem dosiadło się do nas dwóch Rosjan, jeden młodszy bardziej pokojowy, a drugi starszy i trochę bardziej wrogi (wiózł ze sobą ogromny słoik dżemu, a całą resztę, jak kawę, herbatę , jedzenie czy papierosy próbował wydębić u innych, co się udawało) Zaczęliśmy grać w karty, (znów ta durny durak…) ale szybko rozmowa przeniosła się na płaszczyznę historczyno-polityczną (o ile nasze zdolności lingwistyczne pozwalają na jakąkolwiek wymianę argumentów :D). Pan Rosjanin przekonywał nas, że zostaliśmy oswobodzeni, że szkoda, że Finlandia i Polska już nie są razem z Rosją, że Ruski język jest bogaty i my Polacy nie możemy mieć takiego pięknego języka, bo nie jesteśmy takim wspaniałym i licznym narodem. Również mówił nam, że ich nienawidzimy i niszczymy ich pomniki (może część się demontuje ale nie sądzę, żeby każdy Polak latał ze sprejem i pisał po radzieckich monumentach, a on tak sądzi) i opowiadał nam o Puszkinie i Dostojewskim. Koniec końców, jednak my wszyscy jesteśmy Słowianami i tak w sumie to się lubimy.

22.09
O 4.42 przyjeżdżamy na znany już nam dworzec kazański, idziemy spacerem około 1.5 kilometra na dworzec kurski, skąd mamy o 21.45 pociąg do Biełgorodu. Zostawiamy rzeczy w przechowalni bagażu i jedziemy do centrum. W końcu, dopiero za 3 razem, zobaczyłem Plac Czerwony bez trybun. Cała okolica wygląda wspaniale bez tysięcy Chińczyków. Tak naprawdę byliśmy tylko my, parę przypadkowych osób po imprezie i ekipy sprzątające. Żeby coś zjeść przycupnęliśmy w nowym parku zaraz obok Kremla (rok temu jak byłem to jeszcze go budowali) i poszliśmy na bardzo ładny punkt widokowy nad rzeką Moskwą. Potem udaliśmy się na kawę do Kafe Haus, całkiem dobra była, a i cena niska bo 200 rubli za dwie. O 10 ustawiliśmy się w kolejce do Mauzoleum Lenina aby w końcu zobaczyć wiecznie żywego. Bardzo mi się spodobał sama budowla, w której on spoczywa, jednak sama atrakcja jest niezbyt fascynująca.
Następnie metrem pojechaliśmy do muzeum kosmonautyki. F A N T A S T Y C Z N Y pomnik stoi nad?, obok? Muzeum. Jest przeogromny i na końcu ma rakietę. Samo muzeum bardzo ciekawe, i ładnie zrobione, można wejść do stacji kosmicznej, ubrać rękawice i zobaczyć jak to jest coś naprawiać w kosmosie. Dużo jest też prawdziwych eksponatów ale też miniaturek z klocków. Jedynym mankamentem jest fakt, iż wsszystko jest po rosyjsku. Wejście dla studentów 150 rubli dla reszty chyba 300. Zaraz obok znajduje się pomnik pracownika i kołchoźnicy i miejsce, które odkryliśmy przypadkowo czyli VDNKh. Jest to, z tego co przeczytałem, centrum wystawowe, w którym każdy kraj byłego ZSRR ma pawilon. Można tam kupić różne przysmaki i przedmioty z danego kraju, zjeść dania ale największą atrakcją są same pawilony. Są piękne, w okolicach zbudowane są złote fontanny i całość wygląda na prawdę zjawiskowo. Cała masa ludzi przyszła tam w sobotnie popołudnie, duża część na spacer inni na obiad, a część na śluby, których w okolicy było naprawdę dużo. Byliśmy już bardzo głodni ale nie mogłem przegapić budynku hotelu Kosmos. Dopiero jak pod niego podeszliśmy to pojechaliśmy na Stary Arbat do Mosburga na Bałkańskie burgery z różnymi ciekawymi dodatkami. Za obiad i 2 piwa zapłaciliśmy ok. 800 rubli. Na wieczór mieliśmy zaplanowanie spotkanie z Rosjanami poznanymi na Olchonie i chcieliśmy obejrzeć pokaz świetlny na Teatrze Bolszoj ponieważ akurat w ten weekend odbywał się Light Festiwal. Ze spotkania nic nie wyszło bo nie mogliśmy się odszukać, a i samo przedstawienie było co najmniej średnie. Do piosenek przedstawiano w animacji różne państwa np. Malezję, Chiny czy Hiszpanię. Niezbyt nas to interesowało więc pojechaliśmy na dworzec kurski skąd o 21.45 wyruszyliśmy do Biełgorodu...23.09
6:30 dojeżdżamy do Biełgorodu. Według wstępnego planu mieliśmy zjeść tam śniadanie, zobaczyć miasto (chciałem pokazać Joannie to co można, sam spędziłem tu kilka dni w poprzednim roku). Jednak gdy tylko wyszliśmy z pociągu znaleźliśmy się na dworcu autobusowym. 6:40 najbliższy do Charkowa, 300 rubli. No to jedziemy (w pociągu pan prowadnik zaproponował nam, że za 800 od głowy przewiozą nas dalej, nie dzięki).
Przewidywany czas dojazdu na miejsce 9:33. Przewidywany, bo o 9:33 tak jak i o 10:33 wciąż staliśmy jeszcze na granicy. W sumie to nie wiem czemu nasz bus tyle trzymali, ani nie było większego problemu z indywidualną odprawą (no poza nami ale tym razem nikt nawet nie próbował z nami rozmawiać skąd, dokąd i dlaczego), ani nie było dużej kolejki, po prostu, staliśmy.
Około 12 wysiedliśmy w Charkowie. Było zimno, padało i do tego między dworcem kolejowym, a autobusowym (o dziwo umiejscowionymi obok siebie, a nie jak to zazwyczaj bywa na dwóch skrajnych końcach miasta) gromadziło się dość szemrane towarzystwo. Jak zwykle szukamy przechowalni bagażu, jak zwykle jest problem ze znalezieniem automatycznej. 12:30 głodni przeokrutnie ale już bez plecaków schodzimy do metra. Niestety, żeby kupić bilet trzeba do automatu włożyć banknot max 10 UAH, a nasz najmniejszy to 20..Nikt ze sprzedających w pobliskich sklepach nie chciał nam tego rozmienić, więc jeszcze bardziej głodni wracamy na powierzchnię i zamawiamy taksówkę (najpierw maxima, ale gdy kierowca nie dojechał na umówione miejsce wzięliśmy ubera).
Najdroższe śniadanie na Ukrainie- Lumber. Było spore i ciepłe ale takie 4/5 (w tej cenie to powinno być 12/10, 240 UAH za dwie osoby). Joanna wzięła angielskie, a ja gofra z łososiem.
Z pełniejszymi brzuchami przeszliśmy się po mieście. Opera, rzeka, sobór. O 17:04 odjeżdżał nasz pociąg więc weszliśmy na obiad do tureckiej knajpy Hanedan . Wzięliśmy dwie tradycyjnie podane herbaty (bardzo dobre), pite, zupę z kurczaka (ale nie rosół) oraz zapiekany ser. Wszystko było całkiem smaczne i godne polecenia gdyby nie fakt, że do rachunku automatycznie naliczany był serwis 10%..
Czas naglił więc zamówiliśmy yandexa na dworzec, ku zadowoleniu Joanny przyjechała czerwona łada (ona nigdy wcześniej nie jechała takim samochodem, osobiście średnio je lubię, bo siedząc z tyłu nie mieści mi się głowa i muszę być pochylony). Drobne hrywny zainwestowaliśmy na herbatę (8uah za jedną!) w miejscu, które wydawałoby się ze względu na swoją lokalizacje powinno być bardzo komercyjne- Kulynychi (na wjeździe do dworca).
Ten kawałek podróży postanowiliśmy przejechać wagonem kupe. Komfort podróży był odczuwalnie lepszy. Dłuższe i szersze łóżka, zamykany, 4 osoby. Dla śpiącego na górze znacznie więcej miejsca na głowę oraz puchowe, ciepłe kołdry zamiast kocy. Prócz nas jechał także weterynarz, rozmawialiśmy z nim pobieżnie po angielsku, dodatkowo rozumiał on trochę polski, gdyż spędził tu kilka miesięcy na szkoleniu. Wieczorem dosiadła się również matka z niesamowicie głośnym 5 latkiem, trzeba więc było zakończyć wspólne picie piwa i pójść spać.

24.09
6:30 wysiadamy w Odessie. Tutejszy dworzec niesamowicie pięknie wyglądał na tle wschodzącego słońca. Już wcześniej zarezerwowaliśmy hostel Krovat na Deribasovskoy, gdybyśmy tego nie zrobili pewnie skorzystalibyśmy z ofert jednej z pań ogłaszających wolne kwatery na dworcu (stały z kartkami albo nawoływały). Około 7:30 dotarliśmy pod hostel, właścicielka akurat stała przed bramą więc nie mieliśmy problemów z kodem. Przemiła kobieta, mimo, iż doba hotelowa rozpoczynała się o 13 od razu dała nam pokój, pokazała co i jak i pozwoliła się przespać i wykąpać (cena to 500 UAH za dwuosobowy pokój).
Około 9 wyszliśmy na miasto. Odwiedziliśmy operę, schody Potiomkowskie, park aż znaleźliśmy na Puszkińskiej ulicy coś między kawiarenką a restauracją. Typowe lata 90, ubrane błyszczącym materiałem krzesła i stoły, wielkie lustro na końcu. Ale śniadanie było smaczne, typowo domowe, jajka i naleśniki ale nie takie puste tylko 3 ogromne, w całości wypchane serem i polane czekoladą naleśniki (70 UAH). Udaliśmy się na plaże, może nie było zbyt ciepło (jakieś 18 stopni na zewnątrz) ale planowaliśmy się wykąpać, powstrzymała nas dopiero czerwona flaga.
Postanowiliśmy zaopatrzyć się w bilet do Kiszyniowa na następny dzień więc pojechaliśmy na targ. Ogromy i pełen wszystkiego, jak to targ na Ukrainie.
Bilet kupiliśmy za 220 na 7:50.
Słuchając nalegań Joanny odwiedziliśmy Puzatą Hatę (w żadnym innym miejscu nie pozwoliłem jej tam jeść). Ona wzięła kurczaka z serem, ja spaghetti, syrniczek i po zupie dla obojga (135 UAH).
Po południowa drzemka i wychodzimy znowu. Tuż obok hostelu otwarła się Pijana Wiśnia, do której zajrzeliśmy i ze względu na okropną ulewę zostaliśmy na dwa kieliszki :D . Stamtąd udaliśmy się pod sobór Przemienienia Pańskiego, a potem do pasażu gdzie Joanna kupiła śliczną matrioszkę w dobrej cenie (ok. 30zł, 5 elementów, ręcznie malowana).
Wieczorem poszwędaliśmy się po mieście i zatrzymaliśmy na kolacji w Bufet Stolova Utochkino. Jedzenie na wagę albo na sztuki. KATASTROFA. Zimne, niesmaczne, suche i drogie. Zdecydowanie nie polecam.

25.09
Jechał a u t o b u s. Prawdziwy, duży autobus. Pokonywałem tę trasę 3 raz i nigdy nawet nie widziałem takiego na dworcu.
Ze względu na wielki korek w centrum Kiszyniowa na miejsce przyjechaliśmy około 13. W godzinę doszliśmy do hostelu wymieniając po drodze pieniądze (ruble wymieniliśmy już na granicy po kursie 0,251, a hrywny po 0,6). Chisinau Chill Hostel (302 leje)w ogóle nie wyglądał jak hostel. Wchodziło się przez bramę z blachy falistej na wspólny dla kilku posesji ogródek. Aby dojść do naszego pokoju trzeba było przejść przez pokój wieloosobowy, koedukacyjny. Z okna widzieliśmy okno innego domu, łazienka jak w Polsce 15 lat temu no i dość daleko od centrum (przynajmniej dla mnie, swój poprzedni hostel miałem tuż obok pomnika Stefana Wielkiego). Właśnie ze względu na odległość poruszaliśmy się tu albo pieszo albo taksówką (zawsze kosztowało nas to około 10zł, Maxim Taxi).
Pierwsze odwiedzone miejsce to oczywiście La Placinte gdzie wybraliśmy placinte z bryndzą, karafkę wina oraz mięsne, tradycyjne kotleciki. Wszystko było jak zwykle pyszne (200 lei około).
Było późne popołudnie więc szybko poszliśmy na targ, potem do parlamentu i wokoło centrum. Wieczorem raz jeszcze odwiedziliśmy La Placinte, tym razem wybór padł na kulki z mamałygi i ciasto francuskie z mięsem (chyba jeszcze smaczniejsze niż obiad). Łącznie z dzbankiem herbaty wyszło 120 lei.

26.09
W planach mieliśmy odwiedzić Komrat jednak, ze względu na niepewność transportu publicznego zrezygnowaliśmy.
Śniadanie zjedliśmy w biznesowym miejscu (obok ambasady któregoś kraju) Urban. Za spoko śniadanie z kawą zapłaciliśmy po 50 lei. Na targu kupiliśmy domowej roboty wino (w plastikowej butelce od pani, która ma męża Polaka tak ładnego jak ja (: )
Kolejne godziny uciekały nam na zwiedzaniu miasta, zaglądaliśmy również w dzielnice oddalone nieco od centrum. Obiad zjedliśmy w Horst Cafe, było to najprzyjemniejsze miejsce w Kiszyniowe. Bar ten prowadzi bardzo miły, angielskojęzyczny pan koło 50. W ramach oferty lunchowej zaproponował nam barszcz i kasze z gulaszem, do tego kompot (80 lei za dwie osoby). Byliśmy w tym miejscu już wcześniejszego wieczora i ze względu na miła obsługę wróciliśmy znowu.
Ostatni posiłek przed podróżą zjedliśmy w Andy’s pizza. Pizza była niby ok ale czułem ja w brzuchu do następnego ranka, lasagne Joanny było smaczne tylko czekaliśmy na nie 40 minut.
Przed odebraniem plecaków postanowiliśmy jeszcze odnaleźć hotel Kosmos. Znajduje się on w dzielnicy gdzie przejścia podziemne nie są oświetlone ale stoi, jest i ma się dobrze.
Autobus do Czerniowców odjeżdżał około 22. Czekała nas całonocna podróż w autobusie pełnym chrapiących ludzi…@cccc tak, tak. Mapka będzie zawarta w podsumowaniu.27.09

Wczesnym rankiem przybywamy do Czerniowców. Jest ciemno i zimno, nie widać żadnych autobusów więc z dworca autobusowego na kolejowy dostajemy się taksówką (potwierdziła się tu nasza teza o wyższości zamawiania taksówki z aplikacji niż brania stojącego pana. Taksówkarz na postoju chciał od nas 120 UAH podczas gdy z Maxim Taxi dojechaliśmy za 60UAH). Powodem, dla którego zdecydowaliśmy się na odwiedzenie dworca było poszukiwanie przechowalni bagażu (no gdzie jak nie tam). Nie mieliśmy jednak szczęścia, miejsce to było pełne psów i bezdomnych. Ani jednego pasażera tylko odosobniona pani w kasie biletowej, która poinformowała nas, że czegoś takiego jak przechowalnia tutaj nie ma. AHA. (dopiero po południu gdy wsiadaliśmy do wagonu zobaczyliśmy na zewnątrz budynku przechowalnie jednak nie automatyczną). Była jakaś 5:30 gdy wciąż z plecakami opuściliśmy tę siedzibę brudu. Na przystanku znaleźliśmy dwie starsze panie i to one pomogły nam dojechać do centrum. Naszym celem było odnalezienie otwartej knajpki. W końcu trafiliśmy na całodobowego fast fooda Appeti. Zaopatrzyliśmy się tam w kawę i pączka jednak nie pozwolono nam usiąść (strefa stolikowa najwyraźniej otwierana była w późniejszych godzinach) więc poszliśmy zwiedzać miasto. Plac, ratusz, i inne napotkane po drodze fajności. W końcu, przytłoczeni plecakami i głodem, usiedliśmy na murku i czekaliśmy na 8 (wtedy dopiero otwierane są kawiarnie). O 8:02 w The Best Coffee Shop on the Universytetsky Street złożyliśmy zamówienie na omlety (z kiełbasą oraz ze szpinakiem), do tego dzbanek herbaty (około 85UAH za osobę). Prawdziwie się tam najedliśmy. Kolejnym punktem podróży był uniwersytet. Wiele osób twierdzi, iż jest to największa atrakcja tego miasteczka i chyba jesteśmy gotowi się z tym zgodzić. Z daleka robi wrażenie ogromnego gmachu jednak znaczną, i chyba najładniejszą jego cześć stanowi kolegiata. Obciążenie wymogło na nas kolejną przerwę więc zatrzymaliśmy się w Potato House. Zamówiliśmy tutaj kawę gdy zadzwonił znajomy Roman. Jest to mówiący po polsku biznesman sukni ślubnych, który gdy tylko się dowiedział, że będziemy w mieście postanowił nas oprowadzić. Spotkaliśmy się z nim na placu teatralnym skąd wziął nas na przejażdżkę. Pokazał nam wszystkie sobory i cerkwie w obrębie całego miasta. Do tego każdy możliwy plac i fontanny. Jako człowiek, który zobaczył trochę zachodniego świata, różnił się nieco poglądami od typowego Ukraińca. Wiedział co trzeba by zmienić i co naprawić. Bardzo narzekał na poziom remontów i dróg (pokazał nam m.in. plac turecki, który był remontowany przed Euro 2012, a który obecnie znajduje się w ruinie, zasypany śmieciami). Mieliśmy jeszcze trochę czasu do pociągu więc zabrał nas 15km za miasto aby pokazać na ławrę. Klasztor z kompleksem świątyń sprawiał wrażenie bardzo przytłaczającego miejsca, wszędzie złoto i przepych, niestety główna świątynia była zamknięta z powodu obchodów święta. Obiad jedliśmy w restauracji o nazwie Bartka, z tego co zrozumieliśmy jest to jedno z droższych miejsc, które odwiedzane jest zazwyczaj przez ludzi o wyższym statusie społecznym. Zamówiliśmy, a w sumie to Roman zamówił nie słuchając naszych propozycji, deskę wysmażanych mięs i warzyw, barszcz z sałem dla każdego i piwo (ja dostałem też zestaw degustacyjny składający się z 5 rodzajów piw). Ceny nie były bardzo wygórowane, takie wyższe ukraińskie. Nie wiemy ile nas wyniósł ten obiad gdyż w całości płacił za niego nasz znajomy (cytując jego słowa: „gości trzeba ugościć”). Wypity browar wcale nie przeszkadzał mu w prowadzeniu samochodu więc odwiózł nas na dworzec skąd o 15:33 wyjechaliśmy do Lwowa. O 21:32 przywitał nas znany już nam dworzec kolejowy. Taksówką podjechaliśmy do koleżanki, u której nocowaliśmy i z którą dnia następnego mieliśmy jechać do domu. Ze względu na późną porę oraz fakt, iż pobudka była zaplanowana na 5 rano, wieczorem odwiedziliśmy tylko znaną już nam żeberkownie i wróciliśmy spać.

28.09
5:00 pobudka. Szybki prysznic i 5:30 wyjeżdżamy. W drodze do granicy zatrzymujemy się jeszcze tylko w Lviv Croisaint gdzie każde z nas kupuje śniadanie (budka otwarta 24/7). Około 7 przyjeżdżamy na przejście graniczne w Korczowej. Na pierwszy rzut oka widać, że stania jest na 10h. Jedziemy na Budomierz (około godzina jazdy drogą momentami pozbawioną całkowicie asfaltu, do tego przyozdobioną wyrwami głębokimi na kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt centymetrów). Budomierz też stoi, po pół godzinie dowiedzieliśmy się, że padł system po stronie ukraińskiej i od 4 godzin przez żadne z przejść granicznych nie da się przejechać. Czekaliśmy kolejne pół godziny i ruszyło. Po stronie polskiej znaleźliśmy się około 14. Skierowaliśmy się na autostradę i w końcu wieczorem dojechaliśmy do Bielska- Białej. Idealnie żeby się wyspać na wesele, które czekało nas dnia następnego.





PODSUMOWANIE

Zdecydowanie zachęcam każdego do pojechania nad Bajkał, jest na prawdę piękny. Na zdjęciach w internecie nie robi takiego wrażenia jak na żywo. Z miast oprócz Moskwy, która jest must see, warto odwiedzić Kazań, Irkuck i Czerniowce.( przede wszystkim, bo każde z miejsc, w których byliśmy jest warte zobaczenia) Dzięki, że mogłem podzielić się z wami naszymi przeżyciami, dla każdego zainteresowanego, zamieszczam poniżej najważniejsze informacje. (Zamieszczam je ponieważ gdy przygotowywałem się do wyjazdu, na wiele pytań rodzących się w mojej głowie, nie znalazłem odpowiedzi)

-Bilety kolejowe RŻD kupowałem przez internet na stronie https://pass.rzd.ru/main-pass/public/en
Trzeba uzbroić się w cierpliwość bo nie zawsze transakcje przechodzą.(bank musi obsługiwać 3Dsecure)
-Ceny poszczególnych biletów (plackartne wagony):
*Kursk-Moskwa 760rub (miejsce siedzące)
*Moskwa-Kazań 1673rub
*Kazań-Nowosybirsk 3978rub
*Nowosybirsk-Irkuck 3130rub
*Irkuck-Moskwa 6230rub
*Moskwa-Biełgorod 1253rub
-Kartę sim Megafon mogę polecić, w miastach i na Olchonie szybki internet, w drodze było w kratkę. Cena za 25GB i jakiś tam pakiet 210rub (bardzo tanio, a były też tańsze oferty)
-Przed wyjazdem polecam ściągnąć kilka aplikacji:
*Yandex metro
*Yandex transport
*Yandex taxi
*Yandex translator
*Maxim taxi
*Uber
-Ceny komunikacji miejskiej wahają się od 55(Moskwa, z kartą Troika 36rub) do nawet 15 rub. Średnio nie więcej niż 20 rubli.
-W Moskwie bardzo opłaca się karta Troika, która kosztuje 50rub. Bilety nabyte na tą kartę kosztują 36rub. Kaucja jest zwracana po oddaniu plastiku do kasy.
-Taksówki mają bardzo rozsądne ceny. Standardowy kurs kosztuje między 90, a 150 rubli. Oczywiście mowa o braniu samochodu przez którąś z aplikacji, a nie z ulicy.
-Muzeum kosmosu kosztuje od 150rub(studenci) do 300(dorośli)
-Wejście na Kreml i na dzwonnice kosztuje, jeśli dobrze pamiętam, 350rub. Jeśli chcemy wejść też do innych miejsc i do zbrojowni, wtedy cena to 750rub.
-W Kazaniu Kreml jest za darmo
-Busy na Olchon można spokojnie złapać na dworcu w godzinach popołudniowych. Cena poniżej 1000rub osiągalna.
-W Chużyrze polecam kawiarnie Vaskrisenya, można wypić dobrą kawę i zamówić pyszny obiad.
-Wycieczka po wyspie kosztowała 1200+100rub ale wydaje mi się, że co najmniej 300rub przepłaciliśmy.(zamawialiśmy u szefowej ośrodka i przyjechał nowy samochód)
-Na dworcach kolejowych nadal sporo jest babuszek więc nie ma problemu z jedzeniem


-Bilety na pociągi na Ukrainie kupowałem na ich stronie. https://booking.uz.gov.ua/en/
*Lwów-Sumy 169uah (plackarta)
*Charków-Odessa około 300uah(cupe)
*Czerniowce-Lwów 90uah
-Karta sim Vodafone z nielimitowanym internetem 85uah
-Komunikacja miejska bardzo tania, a taksówki w cenie biletu normalnego w Polsce(przy podziale na 2 osoby)
-Bus Biełgorod-Charków 300rub
-Bus Odessa-Kiszyniów 220uah
-Bus Kiszyniów-Czerniowce ok. 180lei
-W Mołdawii jest tak 15% drożej niż na Ukrainie.
-Noclegi średnio wynosiły nas 70/80 zł za pokój.

Przepraszam za jakość mapki ale nie wiem jak zrobić więcej niż 9 punktów w mapach google, Odwiedziliśmy: Lwów, Sumy, Kursk, Moskwę,Kazań, Nowosybirsk, Irkuck, Olchon z Chużyrem, Charków, Odessę, Kiszyniów i Czerniowce. 25 dni i około 17000km lądem.

Jeśli macie jakiekolwiek pytania z chęcią odpowiem.

Dodaj Komentarz

Komentarze (11)

cccc 6 października 2018 22:18 Odpowiedz
Fajna relacja i czekam na CD!watsky napisał:Zatrzymaliśmy się w banku, który miał na tę chwilę jeden z najlepszych kursów wymiany dolara tj 68.75. Widze, ze kurs $ sie nie wiele zmienil od 2015.
don-bartoss 7 października 2018 20:52 Odpowiedz
Kazań to piękne miasto, mam bardzo dużą ochotę do niego wrócić i chyba niedługo pojawi się okazja. Dużo fajnych knajpek można znaleźć po drugiej stronie rzeki, a sam spacer mostem przy ładnej pogodzie jest atrakcją.Następnym razem, gdy będziesz w Kazaniu, rozważ poranny rejs do twierdzy Swijażsk (samo miasto zostało wybudowane na wodzie za czasów Iwana Groźnego). Swijażsk stanowił bazę do chrystianizacji regionu.
cccc 7 października 2018 21:09 Odpowiedz
Rzeczywiscie Kazan to wspaniale miasto, miedzy innymi jeden z najladniejszych meczetow jakie widzialem, ale Kazan jak dla mnie St. Petersburga nie przebil. ;) Btw jest b. ciekawa historia o ikonie Matki Bozej Kazanskiej za czasow Stalina, podczas oblezenia Moskwy w 1941, pisalem wczesniej w jednym z moich postow. :)
katka256 7 października 2018 21:58 Odpowiedz
czekam na cd
cccc 9 października 2018 02:20 Odpowiedz
watsky napisał:Podróż na Olchon przebiega bezproblemowo ale dłuży się bardzo. W busie oprócz nasjedzie para Rosjan, 3 Niemców, Szwajcar z Chińczykiem, a reszta to zwykli mieszkańcywyspy. Szwajcar z Chińczykiem? :D watsky napisał:Według nich, w Rosji wódkę piją biedni ludzie czyli jak dla mnie z tego wynika, że Rosjamusi być biednym krajem. Wiele osob zyje na granicy skrajnej nedzy, minimalna pensja w Rosji to chyba 7500 rubel, niecale 100 Euro!Biednych nawet nie stac na ta wodke, pije sie samogon, a w skrajnych przypadkach srodki chemiczne, jak np. bojarysznik. ;)BTW probowaliscie slynna rybke Omul?Jadlem suszony, ale najbardziej smakowal grillowany. :D
watsky 9 października 2018 07:38 Odpowiedz
@ccccDokładnie tak :D z tego co wywnioskowaliśmy to obaj byli turystami, z czego Chińczyk był tak jakby jego tłumaczem i pomagierem bo znał rosyjski. Szwajcar płacił za niego część rachunków i za bilety.Tak, tak. Ferdynand nam mówił, że minimalna to 7500, jeśli ktoś zarabia 15000 ( w Kazaniu) to można powiedziec, że się powodzi.Zupa przygotowana przez Buriata była z omula.
cccc 10 października 2018 20:18 Odpowiedz
watsky napisał:17.09Do tego chcieliśmy lokalne piwo ale niestety się skończyło więc zadowoliliśmy się Krusovicami. Pamietam, degustowalem nawet niezlego nalewanego browarka Три медведя, chyba najlepszy z tych ktre pilem w Irkucku. :D BTW swietne fotki, rzeczywiscie przypominajace wczesne lata 90, albo czasy komuny.A macie moze mapke calej trasy?
watsky 10 października 2018 20:35 Odpowiedz
@cccc tak, tak. Mapka będzie zawarta w podsumowaniu.
firley7 11 października 2018 22:12 Odpowiedz
Super sprawa taki trip. Szacun za przebycie tysięcy kilometrów, odwiedzenie wielu ciekawych miejsc, poznanie nietuzinkowych ludzi :) I najważniejsze: przekazanie tego wszystkiego w relacji.Bardzo miło mi się czytało i oglądało.
cccc 11 października 2018 22:59 Odpowiedz
@watsky dzieki za fajne podsumowanie, mapke i koszty.Teraz wiem, ze ostro przeplacilem i da sie taniej. :D A moglbym zapytac jeszcze raz jak dzis z czarnym kawiorem z jesiotra, czy nadal tylko na czarnym rynku?
watsky 12 października 2018 06:58 Odpowiedz
@ccccNajlepsze jest to, że da się jeszcze taniej. Nie ograniczaliśmy się za bardzo.Niestety nigdzie go nie widziałem ani nie próbowałem go znaleź więc w tej kwestii nie będę pomocny.