0
Kacperun 6 października 2018 22:40
PRZEDMOWA

Cześć,
w tej relacji chciałem podzielić się z Wami moimi doświadczeniami z podróży po krajach postsowiecich, jakimi są Kazachstan i Kirgistan. Mam nadzieję, że w mojej opowieści uda mi się zawrzeć istotne informacje dla tych, którzy mają podobny pomysł na siebie oraz nie znudzić zbyt szybko tych z Was, którzy mają ochotę po prostu poczytać o ciekawych przygodach w dość nieoczywistych miejscach. Zacznę zatem od informacji ogólnych:

termin: 22.08 - 11.09.2018
budżet: 300$ + bilety na pociąg Astana - Ałmaty - Astana (ok. 140 zł) + lot Warszawa - Astana - Warszawa PLL Lot (ok. 700 zł)
trasa: Astana - Ałmaty - Biszkek - Osz - Pamir - Osz - Biszkek - Tosor - Karakol - Czołponata - Biszkek - Ałmaty - Kanion Szaryński - Ałmaty - Astana

Życzę miłej lektury i zapraszam ;)


WSTĘP

Zacznę może od wyjaśnienia dlaczego akurat ta część globu. Szukając miejsca nieturystycznego, dziewiczego, niedrogiego, w wielu relacjach przewinął się Kirgistan. Dodatkowo obecność gór, które tak bardzo uwielbiam skłoniła mnie do rozpoczęcia poszukiwań taniego połączenia lotniczego do tego wydawałoby się kraju turystycznie idealnego. I tutaj trochę rykoszetem dostał Kazachstan. Po facie wiem, że to określenie jest niesprawiedliwe, bo ten kraj również da się lubić, lecz prawdą jest, że kupując bilety w styczniu do Astany miałem w głowie tylko jak w najszybszy sposób przedostać się z nowo wybudowanej stolicy do kraju położonego nieco na południe, który miał być spełnieniem moich marzeń.
Od stycznia do sierpnia jest aż 7 miesięcy. Jednak okres pomiędzy kupnem biletów, a miłym powitaniem przez stewardessę PLL Lot na pokładzie samolotu lecącego do Astany minął niepostrzeżenie. Pierwszy lot narodowym przewoźnikiem oceniam bardzo pozytywnie. Opinia zapewne jest nieco wypaczona, gdyż rzadko kiedy miałem okazję doświadczyć większego komfortu w powietrzu, co spowodowane jest korzystaniem głównie z usług tanich przewoźników. Dlatego też bezpłatny posiłek jest dla mnie wyjątkową atrakcją. Podróż minęła mi bardzo szybko, gdyż skupiłem się głównie na spaniu (lot o 23.00) i o 7:45 czasu lokalnego zameldowałem się w innym świecie.

Image


ROZDZIAŁ I
AZJA EXPRESS


Skąd ten tytuł? Ano głównym celem podróży był Kirgistan, dlatego też podróż przez ten ogromny azjatycki (w zależności od przyjętego kryterium i własnego widzimisię można go też nazwać za europejski) kraj jakim jest Kazachstan została odbyta w tempie ekspresowym. Po wylądowaniu w Astanie niezwłocznie przenieśliśmy się na dworzec kolejowy za pośrednictwem linii autobusowej nr 10, skąd po niedługiej chwili mieliśmy pociąg do Ałmatów. Po drodze podziwialiśmy rozmach nowo zbudowanej stolicy Kazachstanu.

Image

Bilety zakupiliśmy jeszcze w kraju ojczystym za 6721,50 Tenge, a sama podróż trwała 20 godzin. 4 osobowe przedziały z miejscami do spania były nie lada zbawieniem zważywszy, że poprzedniej nocy musieliśmy zadowolić się 4-godzinną drzemką na pokładzie samolotu. Pociąg był komfortowy i punktualny. W środku znajdował się wagon restauracyjny (gulasz z ryżem 1100 Tenge, piwo 500 Tenge), a podczas długich postojów można było skorzystać z oferty pobliskich sklepików i straganów. których w okolicach peronów nie brakowało. No i ten widok na niekończące się kazachskie stepy.

Image

Image

Image

W Ałmaty znaleźliśmy się wcześnie rano, gdzie zostaliśmy podwiezieni przez współtowarzyszy kolejowej podróży na dworzec autobusowy. Stąd za 3000 Tenge (po fakcie uważam, że da się znacznie taniej) dostaliśmy się na granicę kazachsko-kirgijską. Jeszcze tylko kontrola paszportowa i wreszcie: witaj wymarzona Kirgizjo! Teraz okaże się, czy byłaś warta tylu nieprzespanych nocy, podczas których marzyłem, żeby tu się znaleźć. Na tym etapie Kazachstanu nie oceniam, bo był to bardzo krótki pobyt. Kazachstan został przez nas tylko muśnięty i niewątpliwie było to przyjemne muśnięcie, jednak do obiektywnej oceny konieczny jest dłuższy dotyk, o którym w dalszej części opowieści.



ROZDZIAŁ II
KU SŁOŃCU, KU NIEBU


Spod granicy do stolicy Kirgistanu - Biszkeku dostaliśmy się za 300 Som/osobę (również za dużo, ale na początku zawsze trzeba się przejechać by zmądrzeć). O Biszkeku naczytałem i nasłuchałem się wielu opinii i wszystkie z nich przedstawiały to miasto jako nudne i nie mające nic do zaoferowania, a więc postanowiłem zaufać poprzednikom i po szybkim posiłku zaczęliśmy szukać transportu do Osz. W tego typu krajach transportu oczywiście szukać nie trzeba, gdyż znajduje cię on sam, także już chwilę po podjęciu decyzji siedzieliśmy w minibusie, który zabrał nas do Osz za 1200 Som/osobę.

Jedna z głównych kirgijskich dróg i dość nietypowi uczestnicy ruchu :)
Image

Image

Nasz kierowca był muzułmaninem, a więc mieliśmy kilka dodatkowych postojów na modlitwę
Image



Ludzie w tym kraju są niezwykle mili i weseli także podróż przebiegła nam w znakomitym humorze. W trakcie drogi kilkukrotnie zatrzymywaliśmy się na postój i podczas jednego z nich pierwszy raz doświadczyliśmy kirgijskiej gościnności, która opiera się na stawianiu kieliszka wódki zagranicznym turystom. :) Co ciekawe, wódka jest normalnie sprzedawana na kieliszki w zwykłych sklepach, a cena za szocika to tylko 20 Som. I zakąska gratis! A propos zakąski... właśnie dzięki lufce z lokalsem poznaliśmy kurut, czyli kirgijski przysmak podawany do wódki. Jest to formowane w kulki wysuszone zsiadłe mleko i może ta opinia dla wielu Polaków zabrzmi kontrowersyjnie ,ale wesług mnie jest to zakąska na miarę ogórka kiszonego. No i dla podróżników idealna ze względu na swój rozmiar i wagę. :)
Osz to już przedgórze Pamiru, który był naszym głównym celem, a więc kolejny raz zaszliśmy na dworzec w celu znalezienia właściwego transportu. I już po chwili byliśmy w autobusie do Kashka-suu - miejscowości będącej bramą do Pamiru. Do marzeń. Których spełnienie kosztowało nas 600 Som/osobę. Ahoj przygodo!

C.D.N.ROZDZIAŁ III
ZABAWA W DEKARZA


Jazda autobusem zajęła nam kilka godzin a z niej zapamiętałem przede wszystkim pierwsze ukazanie się najwyższych szczytów Pamiru na horyzoncie. I to nic, że było pochmurno i brzydko - to była miłość od pierwszego wejrzenia. Od razu zrozumiałem dlaczego Pamir nazywany jest Dachem Świata. Dochodzimy do momentu, w którym będzie mniej tekstu a więcej zdjęć, bo to one bardziej oddają piękno tego miejsca. Ale najpiękniejsze jest ono kiedy można spojrzeć na nie własnymi oczami, z centrum wydarzeń, czego wszystkim fanom klimatów górskich życzę.
Z Kashka-suu do base campu pod Pikiem Lenina prowadzi długa droga przez step. Transport jest tutaj podobno bardzo drogi, lecz nam udało się złapać podwózkę (a w zasadzie znowu ona złapała nas) za 100 Som/osobę. Podróż miała swój urok, gdyż jechaliśmy przez wertepy na pacę, co skutecznie podnosiło poziom adrenaliny.

Image

Image

I tak na wieczór byliśmy w base campie pod Pikiem Lenina. Mając kieszeń pełną dolarów można tutaj skorzystać z licznych udogodnień oferowanych przez agencje turystyczne, my jednak zadowoliliśmy się ciasnotą naszego namiotu. Polana, na które znajduje się BC ma wysokość ok. 3600 m n.p.m. i była ona dla nas noclegiem przez kolejne 3 noce. Już pierwszego wieczoru zaczęliśmy snuć plany trekkingowe. Stanęło na próbie dojścia w okolice Piku Pietrowskiego i zdobyciu C1 pod Pikiem Lenina. Przebywanie na Dachu Świata było dla nas samo w sobie spełnieniem marzeń. Nie potrzebne nam było do szczęścia wejście na najwyższą kalenicę, wystarczyły nawet najniższe partie Dachu, choć oczywiście przez cały pobyt w Pamirze kusiło, by zrobić jeszcze krok wyżej, pobić swój rekord osiągniętej wysokości o kolejny 1 metr.
Pierwsza noc dała się we znaki. Brak aklimatyzacji i temperatury schodzące poniżej zera pozwoliły tylko na przerywany, krótki sen. Rano okazało się, że podczas gdy nieskutecznie staraliśmy się zmrużyć oczy, natura zajmowała się malowaniem okolicy na biało. I tak po konsultacji z lokalsami dowiedzieliśmy się, że oto jesteśmy świadkami pierwszego śniegu w sezonie.

Image

Image

Image

Image

Image

Dzień przyniósł jednak słońce, a ono bardziej ludzkie warunki do życia, więc po krótkim obchodzie po BC zaczęliśmy pierwszy trekking w Pamirze. Śnieg stopniał, w dolinie szło się przyjemnie...

Image

Image

Image

...jednak po dotarciu na grań przywitał nas częsty gość takich miejsc, czyli silny wiatr. A reszta drogi prowadzi już cały czas granią... Ale nie, decydujemy, że idziemy dopóki starczy sił. I tak od szczytu do szczytu. Następny wydaje się wyższy, więc idziemy, odpalamy aplikację odczytującą wysokość... już prawie 4000 m n.p.m., ale jeszcze trochę brakuje. Kolejny szczyt już z pewnością osiąga wysokość powyżej 4000 m, no i my również ją osiągamy stając na jego wierzchołku. Cieszymy się, że przekroczyliśmy tą granicę, do tego oko radują wspaniałe widoki na okolicę.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Tylko ten wiatr... Ale nie może być za pięknie. Idziemy dalej, wiatr jakby osłabł, a wcześniej zdążył rozgonić chmury. I wtedy Pik Pietrowskiego ukazał nam się w całej okazałości.

Image

Poeta napisałby pewnie, że zasłany mgłą Pik Pietrowskiego zapraszająco otworzył przed nami swoje oblicze. Ja pomyślałem wtedy tylko: cholera, jak tu ładnie. A my dalej realizujemy plan, czyli idziemy dopóki starczy sił. Starczyło ich do wysokości 4270 m n.p.m., na których położony jest jeden z ostatnich szczytów na grani przed naszym początkowo głównym celem. Jednak ciągle jeszcze długa droga, zarówno w górę (Pik Pietrowskiego ma ponad 4700 m n.p.m.), jak i w dal, brak doświadczenia po śniegu na takich wysokościach oraz kurczące się siły sprawiły, że podjęliśmy decyzję o powrocie. I chyba była to dobra decyzja, bo Pik Pietrowskiego jakby się obraził, że zrezygnowaliśmy z jego zdobycia i ponownie pogrążył się w chmurach, a na nas zaczął padać lekki śnieg. Czy gdybyśmy zdecydowali się iść dalej uraczyłby nas dobrą pogodą przez cały dzień? Tego się nie dowiemy. W każdym razie udało się bezpiecznie wrócić do namiotu, gdzie przyrządziliśmy sobie posiłek i zaczęliśmy się szykować o przetrwanie w nocy.

Image

Tym razem spało się lepiej. Pogoda też lepsza, a więc dobrze, bo dziś celem C1. Dlatego też ruszamy z samego rana, po śniadaniu, bo droga w dwie strony długa. Początkowo jest lekko, gdyż trzeba przejść przez całą Cebulową Polanę.

Image

Image

Następnie wchodzimy już w wyższe partie gór i mozolnie brniemy pod górę w stronę Przełęczy Podróżników. Jest stromo, a rzadkie powietrze zmusza nas do częstych przystanków. W końcu jednak udaje się dojść do przełęczy, na której robimy przerwę i podziwiamy wspaniałe widoki.

Image

Image

Cały masyw robi ogromne wrażenie, wygląda jak biała ściana znajdująca się na końcu świata. Jest cudownie. Słońce przyjemnie grzeje w twarz, ale trzeba iść dalej. Schodzimy z przełęczy, wchodzimy na piarg i od tego momentu droga daje nam porządnie w kość. Szczególnie psychicznie. Długi czas idzie się wąską ścieżką, gdzie po jednej stronie ma się dużą przepaść, a po drugiej stok, na którym leża miliony kamieni, które tylko czekają by grawitacja wprawiła je w ruch. Strach miesza się z fascynacją cudowną okolicą i upartym dążeniem do osiągnięcia postawionego sobie celu.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Ostatecznie zwycięża jednak strach. Przed nami tworzy się lawinisko kamieni, które zasypuje ścieżkę. Stojąc przed przeszkodą nie mamy czasu na zastanowienie się jak ją pokonać, gdyż kamienie ciągle spadają w bliskiej odległości od nas. Podejmujemy więc decyzję o odwrocie i po kilku godzinach marszu tą samą drogą stajemy przed naszym namiotem. Cel nie został osiągnięty, jest duży niedosyt. Pocieszam się tym, że i tak ciężko byłoby dojść do C1 i wrócić do BC w jeden dzień. Póki świeci słońce wychodzimy na zewnątrz i robi sobie ucztę składającą się z najbardziej sycących liofilizatów jakie posiadamy. Miała być to nagroda za zrealizowanie marzenia, a jest nagroda pocieszenia. Słońce chyli się za zachodowi a spadająca temperatura wpycha nas do namiotu.
Ostatnia noc na wysokości 3600 m n.p.m. Ponownie nierówna walka z zimnem. Rano wita nas bezchmurna pogoda, a więc robimy ostatnie zdjęcia najwyższych partii Pamiru z perspektywy, która towarzyszyła nam przez ostatnie kilka dni.

Image

Image

Image

Image

Ruszamy więc w dół, przez step, do cywilizacji. Droga ma ok. 35 km i jest dość monotonna. Po horyzont z lewej i z prawej tylko trawa, przed nami gdzieś daleko majaczą zabudowania. No i tylko gdy odwracamy głowę w tył, ukazuje nam się ta przepiękna potęga natury.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image


Dodaj Komentarz

Komentarze (16)

cypel 7 października 2018 10:04 Odpowiedz
Jakim cudem zapłaciłeś 3000 za bilet z Ałmaty do granicy, skoro normalnie w kasie bez żadnego kombinowania bilet Ałmaty-Biszkek kosztuje 1800 KZT. Czytam z zainteresowaniem bo jestem świeżo po podróży po Kirgistanie i zakochałem się w tym kraju.Kilka razy podchodziłem do kurut i dla mnie jest to obrzydliwe :lol: ale faktycznie oni to jedzą jak tic taci zawsze i wszędzie, fu
kacperun 7 października 2018 14:50 Odpowiedz
Wiem, nie znając standardowych cen przepłaciłem mega, ale potem już nie popełniałem tego typu błędów. ;)Co do kurutu to rzeczywiście jest bardzo specyficzny, można go uwielbiać lub nienawidzić, mi akurat podszedł bardzo.
cccc 11 października 2018 04:44 Odpowiedz
Wow bomba, wielkie gratulacje, a tak czasem sie zastanawiam jaka gorke sobie obrac po Kili. :D
cypel 11 października 2018 08:36 Odpowiedz
Ech Kirgistan, przepiękny skrawek świata, aż mi ślinka pociekła.cccc napisał: jaka gorke sobie obrac po Kili. :D@cccc zacznij od obierania jabłek a później na dobry początek myślę, że пик Ленина spełni Twoje wymaganiabodajże Rafał Fronia powiedział, że zna ludzi, którzy weszli na Kilimandżaro a mieli problem ze Śnieżką ;)
cccc 11 października 2018 09:12 Odpowiedz
@cypel, bylem na Sniezce, duuuzzzo wczesniej zanim wybralem sie na Kili. :DBTW Kili nie jest trudny, gorzej sobie wyobrazalem jak o nim czytalem. :)
cypel 11 października 2018 11:04 Odpowiedz
@cccc reprymenda od mistrza offtopu i spamu przyjętanie ktoś tylko Rafał Froniao tym mówię, że Kilimandżaro w skali trudności nie jest trudny. I proszę nie porównuj coca-cola route (Marangu Route) z tragarzami i przewodnikami z dzikim Pamirem bądź nie bądź ;) Kilimandżaro jest na mojej liście do odwiedzenia w drugiej setce, jak nie dalej :lol:
cccc 11 października 2018 11:15 Odpowiedz
@cypel lubisz sie wymadrzac i cytujesz po raz wtory, przyjalem do wiadomosci, ale nie rob prosze smietnika z relacji! 8-) BTW dla Twojej wiadomosci, bo nic nie zrozumiales, ja nic nie porownywalem, wspomnialem tylko ze szukam kolejnej gory. ;) Jesli masz problem, napisz na pw, albo sklec nowy watek.
cypel 11 października 2018 11:26 Odpowiedz
Niepotrzebnie się napinasz.Zaproponowałem Ci kolejną "górkę do ogarnięcia" Pik Zwycięstwa ;) Przyznaję była złośliwość z mojej strony, ale wynikała ona z tego, że odebrałem to jako brak szacunku dla gór.A relacji nasza dyskusja raczej nie zaszkodzi, rzekłbym nawet, że przez to jest widoczna w aktywnych wątkach i więcej ludzi może do niej dotrzeć.Również życzę miłego dnia.
kawon30 17 października 2018 07:28 Odpowiedz
Fajna relacja a rejon inspirujący. Mam głupie pytanie - jaki to model namiotu na zdjęciach?
olajaw 17 października 2018 13:47 Odpowiedz
Extra wyprawa! Szkoda, że niektóre zdjęcia prześwietlone, ale i tak super widoki. Góry wyglądają niesamowicie! :)
kacperun 17 października 2018 21:39 Odpowiedz
@kawon30 używany przeze mnie namiot to jeden z tańszych tego typu sprzętów na rynku czyli Arbaqs Malwa 3.@olajaw z góry przepraszam, jeśli zdjęcia nie są najlepszej jakości, gdyż fotografem jestem niestety kiepskim. ;)
kawon30 18 października 2018 07:33 Odpowiedz
Ale grunt, że namiot dał radę. Czasami nie potrzeba jakiegoś super wypasionego.
cypel 3 listopada 2018 09:00 Odpowiedz
Okolice Karakol i Kirgistan moja nowa miłość. Fajna wyprawa.Osobiście w pierwszej wersji chciałem swój niedługi pobyt w Kazachstanie i Kirgistanie podzielić sprawiedliwie po połwie, ale tak mi się w Kirgistanie spodobało, że zostałem tam dłużej niż planowałem. O Kirgizach złego słowa nie powiem, świetni ludzie za to kilku wrednych Kazachów spotkałem na swojej drodze.Do Kirgistanu wrócę na 100%. Czekam tylko na dobre ceny od UIA do Ałmaty.
pietrucha 8 listopada 2018 00:37 Odpowiedz
Kacperun napisał:Poeta napisałby pewnie, że zasłany mgłą Pik Pietrowskiego zapraszająco otworzył przed nami swoje oblicze. Ja pomyślałem wtedy tylko: cholera, jak tu ładnie. Wisienka na torcie tej doskonałej relacji :) Do tego świetny kierunek i styl podróżowania. Głos oddany :)
kacperun 8 listopada 2018 21:48 Odpowiedz
Dziękuję za tę opinię! ;) Szczerze mówiąc w najśmielszych snach nie spodziewałem się, że moje wypociny mogą zostać nagrodzone tak miłym komplementem. To na pewno motywuje do pisania kolejnych relacji. ;)
bartibarry 14 listopada 2018 10:52 Odpowiedz
Bardzo fajna relacja! Gratulacje za organizację dobrego tripa!.