0
Mapper 25 listopada 2018 19:06
Zdajemy sobie sprawę, iż relacji z Jordanii z okazji debiutu połączeń z Polską Ryanaira jest ostatnio sporo, jednakże z racji dość oryginalnej naszym zdaniem trasy zamieszczamy propozycję połączenia zwiedzania Jordanii z Cyprem i Gruzją. Początkowo trasa miała dotyczyć tylko Cypru i Jordanii, ale z uwagi na ograniczenia budżetowe, jak i konieczność wykorzystania 2 tygodniowego urlopu wybraliśmy opcję uwzględniającą tygodniowe zwiedzanie Gruzji.

Loty zostały zakupione z około miesięcznym wyprzedzeniem, najpierw wylot z Warszawy do Kutaisi Wizzair za około 230 zł, następnie przelot z Kutaisi do Larnaki za niecałe 60 lari (około 90 zł), po czym po dwóch dniach spędzonych na Cyprze przelot Ryanair z Paphos do Ammanu i po tygodniu powrót debiutanckim lotem z Ammanu do Modlina (oba loty za 10 euro).

W Kutaisi wylądowaliśmy po 21, po czym po dokonaniu pierwszej wymiany pieniędzy (po atrakcyjnym jak na lotnisko kursie – około 2,63 lari za 1 USD) skierowaliśmy się do stanowiska firmy OMNIBUS celem kupienia biletu do Tbilisi. Podróż kosztowała 20 lari od osoby i trwała około 3,5h wraz z 15 minutowym postojem. Na drodze jakiś bardzo niebezpiecznych sytuacji nie odnotowaliśmy, jednakże z uwagi na ciężką nogę kierowcy jazda była dość dynamiczna, w związku z czym byliśmy zadowoleni, iż podróż odbywała się w godzinach nocnych, gdy ruch był mniejszy i tym samym nie prowokował do wyprzedzania na trzeciego.

Około 2 w nocy zameldowaliśmy się w zarezerwowanym wcześniej DIWAN HOSTEL, którego niewątpliwą zaletą był widok z okien na miasto oraz bardzo dobre położenie (około 500 metrów od Alei Rustaweli). W Tbilisi spędziliśmy 3 dni. Pierwszego pojechaliśmy z wspominanym już wcześniej na forum fly4free Gareji Line do monastyru Dawit Garedża (po 25 lari od osoby), w drodze powrotnej mieliśmy w polskim Oasis Club w Udabno postój na lunch.

Drugiego dnia zgodnie z prognozami wyszło słońce w związku z czym pojechaliśmy metrem do Didube po czym ze stacji wzięliśmy taxi do monastyru Dżwari. Za kurs z Didube do Dżwari i Mschety (aby zwiedzić katedrę Sveti Schoweli) taksówkarze początkowo chcieli 35 lari za samochód. Po kilku odmowach skończyło się na 25 lari. Po zwiedzeniu dawnej stolicy Gruzji wróciliśmy do Tbilisi.
Z obecnej perspektywy można zastanowić się nad zasadnością zwiedzania Soboru Świętej Trójcy. Obiekt ten choć pięknie położony w środku nie ma nic ciekawego do zaoferowania. Ponadto z racji, iż był to poniedziałek na powyższej mapie nie zostało zaznaczone Gruzińskie Muzeum Narodowe mające w swej kolekcji m.in. kolchidzkie złoto. Tego samego dnia kupiliśmy również bilety na nocny pociąg odjeżdżający następnego dnia do Zugdidi (w kasach bez problemu można było porozumieć się po angielsku).

Ostatniego dnia w Tbilisi po zostawieniu bagażu w hostelu ponownie pojechaliśmy metrem do Didube celem złapania transportu do Kazbegi. Nie zdążyliśmy wyjść z przejścia podziemnego i usłyszana na forum zasada iż w Gruzji transport sam ciebie znajdzie ponownie się potwierdziła. Zostaliśmy zaczepieni przez mieszkańca Kazbegi, który zaoferował nam dojazd na miejsce wraz z przystankami pod twierdzą Ananuri i przy punkcie widokowym w Gudauri w cenie 20 lari od osoby. Transport odbył się nowoczesnym japońskim minivanem (oprócz nas w samochodzie był jeszcze jeden Gruzin oraz dwóch mieszkańców Hong Kongu, których w tym momencie chcielibyśmy serdecznie pozdrowić :)
W Kazbegi z racji dość ograniczonego czasu zdecydowaliśmy się na dojazd jeepem pod monastyr (jeszcze tego samego dnia mieliśmy nocny pociąg do Zugdidi). Za ww. podróż wraz z 40 minutowym oczekiwaniem na górze zapłaciliśmy 50 lari. Samego miejsca nie trzeba specjalnie reklamować. Jest ono głównym punktem wycieczek po Gruzji. Nie będziemy ukrywać, ale ciężko było nam z niego wyjeżdżać, zresztą sami oceńcie to po zdjęciach. Podróż z powrotem odbyła się minivanem brata naszego porannego kierowcy. Podobnie jak to miało miejsce przedpołudniem, również w tym wypadku zatrzymaliśmy się pod Gudauri oraz twierdzą Ananuri. Wieczór poświęciliśmy na spacer po mieście i kolację w Tifliso Georgian Restaurant.

Podróż pociągiem odbywała się komunistycznym składem – usnąć było dość ciężko, ale za cenę 34 lari od osoby (miejsce w dwuosobowym przedziale) nikt z nas jakiś specjalnych warunków nie oczekiwał. Po 6 rano zgodnie z rozkładem dojechaliśmy do Zugdidi i po wyjściu z pociągu zostaliśmy otoczeni przez taksiarzy. Krótko mówiąc ceny za przejazd do Mestii padały różne (najpierw chcieli 120, potem schodzili do 100). My ostatecznie zdecydowaliśmy się na minivan, za który zapłaciliśmy po 20 lari od osoby. Dzięki temu udało nam się poznać przesympatycznego kierowcę z Mestii – Beso (+995 599 425 688, tylko po rosyjsku) oraz parę Rosjan, z którymi już na miejscu w Mestii pojechaliśmy następnego dnia do Ushguli. Podróż do Mestii zazwyczaj powinna trwać około 3h, w naszym wypadku z uwagi na zablokowaną przez mieszkańców drogę wydłużyła się do godzin 7. Nie będziemy ukrywać, iż początkowo zamierzaliśmy podróż pomiędzy stolicą a Mestią odbyć samolotem Vanilla Sky, ale z uwagi na niepewne prognozy pogody jak i późniejszy brak miejsc w samolocie plan musiał ulec zmianie.

W Mestii nocowaliśmy w SWEET NIGHT GUESTHOUSE. Niewątpliwym plusem tego miejsca była niewielka odległość od centrum miejscowości i jej kafejek (ze wszystkich najbardziej polecamy Cafe Ushba). Następnego dnia z omawianym już kierowcą wyjechaliśmy na cały dzień do Ushguli. Z uwagi na chęć zobaczenia miejscowości w otoczeniu jak najmniejszej liczby turystów wyjazd został ustalony na godzinę 8 (podobno zazwyczaj o tej porze roku marszrutki ruszają dopiero o 10).

W Ushguli poszliśmy drogą w kierunku na lodowiec do punktu widokowego na najwyższy szczyt Gruzji – Szkcharę, następnie powłóczyliśmy się po miejscowości wstępując przy okazji na zupę charczo do jednej z kawiarenek. Za całą wycieczkę zapłaciliśmy po 35 lari od osoby.

Ostatniego dnia w Mestii zakupiliśmy bilet na marszrutkę do Zugdidi (20 lari od osoby za około 2,5h podróż), skąd w godzinach popołudniowych udaliśmy się do Kutaisi (10 lari – około 2h). W Kutaisi nocowaliśmy w GUEST HOUSE KOFE, którego właściciel – Dawid po zapoznaniu się z naszymi planami zaproponował poranny transfer na lotnisko wraz z wcześniejszym zwiedzaniem monastyru Gelati, monastyru Motsameta oraz katedry Bagrati (wylot do Larnaki był planowany na 12.45). Ze wszystkich ww. atrakcji najbardziej podobał się nam monastyr Gelati (naszym zdaniem najpiękniejszy jaki zobaczyliśmy w Gruzji). Za całą wycieczkę wraz z noclegiem Dawid zażyczył sobie 100 lari. Po krótkich negocjacjach cena została ustalona na 85 lari.

Jeżeli chodzi o wycieczkę po Cyprze – to relację z tego miejsca ograniczylibyśmy do minimum. Z racji wylotu do Jordanii z Paphos w pierwszej kolejności za pośrednictwem Limassol Express dojechaliśmy do Lemessos skąd pojechaliśmy Intercity Bus do Paphos (w tym miejscu pragniemy ostrzec, iż w autobusie nie ma przewidzianych miejsc stojących w związku z czym sami byliśmy świadkami sytuacji jak kierowca odmówił wejścia kilku turystom). W Paphos nocowaliśmy w starej części miasta – z zamiarem obejrzenia Parku Archeologicznego, Grobowców Królewskich oraz jeszcze kilku innych atrakcji. Z restauracji najsmaczniej wspominamy kolację w The Moorings, zaś najlepsze lody jedliśmy w E Cosi Gelateria (oba lokale znajdują się w pobliżu terminala autobusowego przy porcie).

Przygodę z Jordanią rozpoczęliśmy od lądowania na lotnisku Queen Alia pod Ammanem. Z racji posiadania kilkudziesięciu dinarów (kupionych wcześniej w kantorze w Polsce), po przejściu kontroli paszportowej (z wykorzystaniem zakupionego w Polsce Jordan Pass) skierowaliśmy się do postoju taksówek, z którego za 21,5 JOD pojechaliśmy do Madaby do BLACK IRIS HOTEL. Podróż trwała niecałe 0,5h dzięki czemu już po 14 mogliśmy odbyć pierwsze wyjście na miasto w Jordanii. Z racji braku lokalnych pieniędzy na początku poszliśmy do banku (wybór padł na Jordan Kuwait Bank). Co tu ukrywać, byliśmy w tej instytucji nie lada odkryciem, a jeszcze większe było zdziwienie, gdy okazało się, że chcieliśmy wymienić 1000 USD. Jak się potem okazało, Bank posiadał tylko 2 banknoty 50 dinarowe, w wyniku czego cały portfel został wypełniony dość drobnymi nominałami (w tym kilkunastoma 10, 5 i 1). Na szczęście kurs był bardzo dobry, dzięki czemu wyszliśmy „bogatsi” o 704 JOD. Z perspektywy czasu lepszy kurs otrzymaliśmy tylko w exchange poincie w Ammanie niedaleko bazarów (70,9 JOD za każde 100 USD). Z kolei najmniej korzystne kursy były oferowane w Petrze (0,69 przy Visitor Centre, 0,67 w The Basin Restaurant już na terenie parku archeologicznego).

Po załatwieniu formalności rozpoczęliśmy zwiedzanie miasta. W tym momencie doskonałym doradcą okazał się zakupiony wcześniej przewodnik Lonely Planet, zgodnie z którym przechodziliśmy punkt po punkcie po wszystkich atrakcjach miasta. Największe wrażenie wywarły na nas wnętrza Kościoła św. Grzegorza oraz mozaiki w Kościele św. Apostołów (zwłaszcza po wyczyszczeniu ich wodą przez obsługę – oczywiście jak się potem okazało za symboliczną dopłatą ????)

Celem na drugi dzień w Madabie była góra Nebo oraz plaża nad Morzem Martwym. Za około 50 JOD wykupiliśmy z hotelu dojazd do ww. punktów z odpowiednio 1 i 2 godzinnym postojem uzupełniony o punkt widokowy na Morze Martwe oraz Wadi Zarqa (podana przez hotelarza alternatywa Wadi Mujib). O ile z zarówno góry Nebo jak i Oh Beach byliśmy bardzo zadowoleni, o tyle już Wadi Zarqa można by było sobie odpuścić.

Trzeciego dnia mieliśmy zaplanowany na 7.30 transfer do hotelu w Wadi Musa (miasteczka niedaleko wejścia do Petry) przez King’s Road z postojami przy punkcie widokowym na Wadi Mujib oraz 1h przy zamku w Karaku. W przypadku tego transferu początkowo spotkaliśmy się ze zdziwieniem odnośnie godziny odjazdu. Obsługa hotelowa poinformowała, iż zazwyczaj takie przejazdy rozpoczynają się nie wcześniej niż o 8.30. Nam jednak bardzo zależało na czasie (nie ukrywamy iż swoje dołożyła również prognoza pogody dla Petry na następne 2 dni). Ostatecznie udało się wyjechać nie tylko o 7.30 ale również hotel znalazł 3 chętnego na taki przejazd w związku z czym jednostkowy koszt przejazdu spadł z 30 do 20 JOD. Przejazd tą drogą był jednym z głównych punktów naszego wyjazdu do Jordanii, gdyż umożliwił połączenie przejazdu między znanymi turystycznie miejscowościami ze zwiedzaniem twierdz Krzyżowców (tak oprócz Karaku za dopłatą w wysokości 3 JOD od osoby zobaczyliśmy również twierdzę w Shobaq) – która z nich była ładniejsza, trudno jednoznacznie ocenić – nam „wielbicielom zamków i twierdz” podobały się obydwa te miejsca.

W Wadi Musa nocowaliśmy jak to określił nasz kierowca poza miejscowością w uroczym THE LITTLE B&B ON THE HILL (nawiasem mówiąc straszył nas, iż transport do centrum miejscowości będzie kosztował co najmniej 10 JOD i będziemy mieli bardzo długą drogę do Visitor Center). W rzeczywistości w miejscu tym zjedliśmy najlepsze w Jordanii śniadanie, mieliśmy okazję poznać przemiłą właścicielkę i jej psa, a dojście do Visitor Center dzięki skrótowi nie zajęło więcej niż 15 minut. Jeżeli chodzi o plan zwiedzania Petry to w naszym przypadku już w Polsce zdecydowaliśmy, iż będziemy ją zwiedzać 2 dni. Początkowo chcieliśmy poświęcić jeden pełny dzień i jedno przedpołudnie. Niestety z racji nadchodzącego załamania pogody, do Petry udaliśmy się jeszcze po południu tego samego dnia. Z tego powodu pierwsze spotkanie z tym miejscem było w pośpiechu – kontrolę Jordan Passa przeszliśmy dopiero przed 15, co oznaczało iż mieliśmy około 3h czasu na zwiedzanie. Pomimo tak niewielkiej ilości czasu udało nam się przejść cały szlak z Visitor Center do punktu widokowego na The Holy Place of Sacrifice i dokończyć szlak (już w samotności) drugą stroną doliny.

Drugiego dnia pogoda bardziej przypominała lato nad Bałtykiem niż klimaty znane choćby z planu filmowego Indiany Jonesa. Krótko mówiąc tego dnia było wszystko (od deszczu i burzy przez wiatr, na słońcu kończąc). Na szczęście w Petrze znajduje się wiele miejsc umożliwiających przeczekanie chwil niepogody, w związku z czym nawet dynamicznie zmieniająca się aura nie zagroziła realizacji ambitnych planów, w ramach których było m.in. wejście po 850 stopniach do Klasztoru, zaliczenie punktu widokowego nad Skarbcem czy też obejrzenie zachodu słońca z Grobowców Królewskich. Z racji zaplanowanej dość długiej trasy tuż przed 13 wpadliśmy na lunch w formie bufetu do The Basin Restaurant (po 17 JOD od osoby). W tym miejscu chcielibyśmy zaznaczyć, iż jest to miejsce oblegane przez wycieczki autokarowe, których w Petrze rzecz jasna nie brakuje w związku z czym lepiej być na miejscu między 12 a 13 gdy jeszcze część gości nie dotarła na miejsce. Później bowiem możemy po prostu obejść się smakiem.

Ostatni dzień w Wadi Musa został poświęcony na załatwienie popołudniowego transportu do Wadi Rum (45 JOD za taxi), jak również pobieżne obejrzenie okolicy miejsca, w którym spaliśmy. Z racji wykorzystanego już 2 dniowego wejścia do Petry, za namową właścicielki guesthouse’a zdecydowaliśmy się pojechać taksówką za 15 JOD (cena wraz z około godzinnym oczekiwaniem na miejscu) do oddalonej o 8km Little Petra, której główną atrakcją są zachowane we wnętrzach grobowców freski.
Jeżeli chodzi o transfer do Wadi Rum to został on ustalony za pośrednictwem kuzyna naszego kierowcy z Madaby, który okazał się być przemiłym starszym panem. Niestety imienia jego nie pamiętamy ????, wiemy natomiast że był on pracownikiem Karim Company, do której numer telefonu to: +962 777 202 061 (najlepiej kontaktować się za pośrednictwem WhatsApp).

Co do samej pustyni to była ona naszym zdaniem najładniejszym punktem całej wycieczki po Jordanii jak i całej naszej podróży. Z racji bardzo pozytywnych opinii na forum zdecydowaliśmy się na nocleg w SALMAN ZWAIDH CAMP, z którego też wybraliśmy się na popołudniowy i poranny Jeep tour (3 warianty cenowe: 2h – 35 JOD, 3h – 50 JOD, 4h – 65 JOD). W ramach omawianych wycieczek udało się nam zobaczyć najpiękniejsze zdaniem przewodnika Lonely Planet fragmenty pustyni. Gdybyśmy mieli teraz wymienić najlepsze z nich to na pewno warto zobaczyć Khazali Canyon, The Hasawy red sand dunes oraz Burdah Rock Bridge. W tym momencie pragniemy również serdecznie pozdrowić turystów z Tarnowskich Gór (mamy nadzieję, że nasz plan zwiedzania Gruzji okaże się dla nich pomocny ????

Po południu zaplanowaliśmy z naszym kierowcą transfer taksówką do Aqaby (pomimo zarezerwowanego noclegu w Ammanie zdecydowaliśmy się na dotarcie w pierwszej kolejności do Aqaby i krótki pobyt w kurorcie celem zobaczenia m.in. najstarszego kościoła na świecie, a następnie podróż autobusem do Ammanu). Za transfer do Aqaby zapłaciliśmy po 10 JOD od osoby, zaś za przejazd JETT busem pobrano od nas po 7,6 JOD. Obydwa transfery odbyły się w bardzo dobrych warunkach – jedyne do czego moglibyśmy się przyczepić to niezależne od kierowcy korki na autostradzie, które wydłużyły podróż do Ammanu z planowanych 4 do około 6h.

W Ammanie spaliśmy w NOMADS HOTEL. W ramach noclegu mieliśmy wykupione śniadanie, które sprowadzało się do wyboru jednego z trzech dań na ciepło, na których przyrządzenie trzeba było niestety swoje odczekać (ostatniego dnia obsługa potrzebowała 45 minut na zrobienie 2 omletów...
Niewątpliwą zaletą hotelu było położenie w bezpośrednim sąsiedztwie Rainbow Street jak i bazaru w Ammanie.

Pierwszy dzień w Ammanie został przeznaczony na poranny wyjazd do Jerash aby zobaczyć najlepiej zachowane ruiny antycznego miasta na Bliskim Wschodzie. Wyjazd początkowo miał się odbyć minibusami, jednakże z uwagi na dość późne wyjście z hotelu (około 8.30) zdecydowaliśmy się na dojazd taksówką w jedną stronę (za przejazd z rejonu centrum zapłaciliśmy 20 JOD) i jeszcze przed 9.30 zameldowaliśmy się u wejścia na teren strefy archeologicznej. Ruiny są ogromne, na ich zwiedzanie przeznaczyliśmy około 3h, a miejsce jest warte zobaczenia zwłaszcza będąc w rejonie Ammanu. Druga część dnia przeznaczona została na zwiedzanie samej stolicy. Do Ammanu dojechaliśmy za 1 JOD od osoby minibusem na dworzec południowy (Tabarbour), a następnie taksówką za 3 JOD przejechaliśmy pod miejską cytadelę, skąd rozpoczęliśmy spacer po mieście.
Po zwiedzeniu do tej pory tylu atrakcji, ammańskie zabytki nie robiły już na nas takiego wielkiego wrażenia. Sama cytadela choć stanowiąca bardzo dobry punkt widokowy na miasto, sprawiała lepsze wrażenie nocą gdy spoglądało się na nią z hotelowego tarasu. W przypadku pozostałych atrakcji, najładniej prezentował się teatr rzymski. Najważniejszym jednak elementem wyjazdu do stolicy nie było zobaczenie jej zabytków, lecz eksploracja bazarów wraz z możliwością zasmakowania w specjałach lokalnej kuchni. Z tego powodu jednym z punktów programu było wstąpienie na lunch do legendarnej Hashem Restaurant słynącej ze sprzedaży falafeli, a następnie wejście do znajdującej się w bliskim sąsiedztwie cukierni Habibah na kunafę (arabski odpowiednik naszego sernika). Za cały lunch z deserem zapłaciliśmy łącznie 7,4 JOD.

Ostatniego dnia, podczas którego mieliśmy wieczorny wylot do Modlina, umówiliśmy się zawczasu z naszym kierowcą z Madaby z omawianej już wcześniej Karim Company na całodniowe zwiedzanie zamków na pustyni. Cała wycieczka obejmująca zwiedzanie pałacu Qasr Al-Harrana, łaźni Amra oraz zamku Azraq wraz z transferem na lotnisko miała kosztować po 30 JOD od osoby. Wyjazd rozpoczął się bez przeszkód (nasz kierowca był pod hotelem już 15 minut przed umówioną godziną odjazdu). O zamkach na pustyni krążyły różne opinie. Naszym zdaniem były one ciekawym zwieńczeniem naszej podróży (największe wrażenie zrobiły na nas pokryte freskami sprzed 1300 lat wnętrza łaźni). Napisaliśmy iż mieliśmy zapłacić po 30 JOD, gdyż niestety ale po dojechaniu do trzeciej atrakcji okazało się, że mieliśmy jeszcze sporo czasu do wylotu, w związku z czym nasz kierowca zaproponował obejrzenie jeszcze dodatkowo Qasr Al-Hallabat oraz Hammam al-Sarah, a my naiwnie myśleliśmy że punkty te uwzględni w swojej pierwotnej wycenie. W związku z czym na przyszłość radzimy ustalać dokładną cenę wycieczki przed wejściem do samochodu, a w razie konieczności modyfikacji programu dowiedzieć się od razu czy nie będzie się ona wiązała z dodatkowymi kosztami. W sumie jednak najgorzej nie wyszło – wycieczka zawierająca wszystkie ww. punkty ostatecznie kosztowała nas po 39 JOD od osoby, ale pewien niesmak po niej pozostał ☹

Podsumowując koszty wyjazdu to tydzień w Gruzji kosztował około 700 zł od osoby, pobyt na Cyprze – około 500 zł, zaś Jordania mniej więcej 2400 zł, tak więc cała 17 dniowa podróż zamknęła się w okolicy 4000 zł.

Dziękuję za uwagę

Z pozdrowieniami,
Mapper z bratem

Dodaj Komentarz

Komentarze (2)

sibart 28 listopada 2018 22:05 Odpowiedz
Mało poetycka relacja, ale dużo bardzo praktycznych informacji. Tak w temacie Jordanii gdzie będę z dzieciakami w lutym, jak o Gruzji, gdzie będę czwarty raz z rzędu pierwszy raz w pojedynkę.
mapper 1 grudnia 2018 08:58 Odpowiedz
Sibart - dzięki za pierwszy komentarz pod moją relacją, luty to też bardzo dobry okres na zwiedzenie Jordanii - pamiętać tylko trzeba że noce potrafią być bardzo zimne. Nam przez niemal cały pobyt towarzyszył wiatr co za dnia było czymś przyjemnym, ale na pustyni po zachodzie słońca już tak miło nie było.