0
kasiak80 5 grudnia 2018 22:16
Cześć.
W listopadzie tego roku odbyłam z mężem podróż po wschodnim wybrzeżu Australii. Była to dla nas i dla pary znajomych podróż życia (dotychczasowego ;)). Kierunek, przynajmniej dla mnie, do tej pory pozostawał w sferze marzeń i nawet teraz, w kilka dni po powrocie nadal nie mogę uwierzyć, że byłam, zobaczyłam i – niestety – już wróciłam.
Wróciłam z kilkoma dodatkowymi kilogramami – wrażeń, wspomnień i doświadczeń. Na szczęście nie doliczono mi ich do bagażu rejestrowanego i teraz mogę się nimi z Wami ‘na gorąco’ podzielić. ;)
To moja pierwsza relacja, proszę więc o wyrozumiałość - mam nadzieję, że opis okaże się pomocny i rzeczowy.
Zacznę więc od początku, a na początku był … zakup biletów.
W lutym zakupiliśmy bilety na trasie TAM Londyn-Pekin-Melbourne (wylot 10 listopada) i Z POWROTEM Brisbane-Pekin-Londyn (wylot 30 października) w Air China. Od tego dnia zaczęły się wielkie przygotowania.
Zaplanowaliśmy przejazd camperem z Melbourne do Brisbane po drodze zahaczając o Sydney. Wyliczyliśmy, że spokojnie zdążymy zrobić planowaną przez nas trasę (Melbourne – GOR – Grampiany – Sydney – Brisbane). Po przeczytaniu wielu opinii i przekalkulowaniu cen wybraliśmy - i nawet już zarezerwowaliśmy - 2-osobowego campervana Jucy Crib (odbieramy w Melbourne, oddajemy tuż przed wylotem w Brisbane), gdy WTEM Air China zafundowało nam zupełnie za darmo niespodziankę w postaci zmiany miasta powrotu z Brisbane na Sydney (w związku z wycofaniem się Air China z Brisbane na okres zimowo-wiosenny). W sumie okazało się, że nie było to dla nas złe rozwiązanie – ale o tym później. Zmieniono nam też godzinę wylotu z Londynu z 15.30 na 20.25.
Dotarcie do Londynu – w związku z tym, że to była nasza pierwsza taka duża wyprawa i woleliśmy nie przegapić samolotu do Pekinu przez opóźnienia taniego przewoźnika postanowiliśmy już dzień wcześniej udać się do Londynu korzystając z oferty British Airways – cena wraz z bagażem nie była dużo wyższa niż w Wizzair czy Ryanair, a do tego odpadał dojazd z Luton na Heathrow.
Powrót z Londynu – tu już zdecydowaliśmy się na Wizzair.
Finanse – Revolut i asekuracyjnie karta Aliora w USD. Generalnie Revolut przez całą podróż spisywał się świetnie- tylko raz odrzuciło mi płatność – ale pod ręką na szczęście był bankomat.
Podsumowanie kosztów postaram się wrzucić na koniec relacji.
Dzień 1- 9.11.2018 r.
Wylot mieliśmy z Krakowa o 19.40 – na lotnisku byliśmy ok. 2 godzin wcześniej – szybka odprawa i oddanie bagażu. W Londynie zameldowaliśmy się ok 21.10 w Terminalu 5. Szybko przemieściliśmy się na Terminal 2, z którego kolejnego dnia mieliśmy lot i pozostawiliśmy bagaż w przechowalni (cena za sztukę bagażu 12,5 funta za 24 h). Stamtąd bezpłatnym metrem dostaliśmy się na terminal 4, a następnie autobusem do miejsca, w którym zarezerwowaliśmy nocleg - Harlington Apartments – tanio i blisko lotniska – i tylko tyle napiszę. ;)
Dzień 2 – 10.11.2018
Wczesna pobudka i ruszamy w miasto – pieszo udajemy się do najbliższej stacji metra i jedziemy na stację Green Park. Bez pośpiechu zwiedzamy pobieżnie miasto – jako że jesteśmy w Londynie pierwszy raz ta wycieczka przysparza nam wiele wrażeń. Obfotografujemy Buckingham Palace, Westminster Abbey, Big Ben (który aktualnie jest remoncie i długo się zastanawiałam czy to aby na pewno ‘ to’ ;)), Downing Street, Admiralty Arch oraz Trafalgar Square, następnie spokojnie wzdłuż Tamizy kierujemy się ku Tower of Bridge. Ok. 16 powoli zmierzamy ku metru i o 17.30 jesteśmy na lotnisku. Odbieramy bagaże i idziemy się odprawić. W tym dniu nie działały automaty/kioski do odpraw dla Air China i odprawa przebiegła w tradycyjny sposób. Co ciekawe jednak zanim nas przepuszczono do stanowiska z odprawą dwóch różnych pracowników asystowało nam, żeby się przekonać, czy aby na pewno nie da się odprawić w kiosku (umilając nam czas m.in. komplementowaniem moich okularów;) - taka mała dygresja: bardzo pomocna obsługa).
Ok 20.10 jesteśmy na pokładzie ‘maszyny latającej’ i zgodnie z rozkładem 15 minut później startujemy. Samolot nowy (siedzenia 3-3-3), system rozrywki moim zdaniem fajny, ale nie mam porównania. W każdym razie monitorek sprawny, bo w drodze powrotnej już nie miałam tyle szczęścia. Zaraz po starcie możliwość skorzystania z napojów (m.in. do wyboru piwo i wino), a następnie posiłek (kurczak z ryżem lub wieprzowina z puree).

IMG_20181110_221449.jpg


Dzień 3 – 11.11.2018
W Pekinie lądujemy ok. 15.00 czasu miejscowego (wcześniej jeszcze śniadanie w samolocie – generalnie mnie i mężowi te posiłki smakowały). Wbrew informacjom z forum już 10 minut po wylądowaniu dotarliśmy do terminalu 3. Jednak w związku z tym, że kolejny lot mamy zaraz po północy rezygnujemy z udania się do miasta – dodatkowo zniechęca nas długa kolejka po wizę 72-godzinną. Po wcześniejszej rezerwacji korzystamy z saloniku, jaki mamy zapewniony w cenie biletów. W saloniku (tzw. longue) bez ograniczeń możemy częstować się kawą, przekąskami (jakieś bliżej nieokreślone w smaku orzeszki) lub napojami gazowanymi (np. cola czy sprite). Jest również możliwość naładowania telefonów czy skorzystania z wi-fi, trzeba jednak pamiętać ,że nie ma dostępu do wielu stron – m.in. google, facebook, instagirls również nie poszaleją.
Dzień 4- 12.11.2018
O godz. 0.40 startujemy do Melbourne – samolot Airbus, również nowy, a system rozrywki pokładowej identyczny jak wcześniej. Tak jak poprzednio otrzymujemy możliwość napicia się piwa i wina na osłodę długiego lotu(że nie wspomnę o chińskiej herbatce, sokach itp.) oraz dwa posiłki.
Po godzinie 15.00 lądujemy szczęśliwie w Melbourne. Jeszcze w samolocie uzupełniamy deklarację/kartę pasażera. Zaznaczamy że posiadamy leki (czym później nikt właściwie nie był zainteresowany – ważne że nie narkotyki) oraz wpisujemy nasze dane. Od momentu wyjścia z samolotu mija może 15 minut i mamy już nasze bagaże i zmierzamy ku odprawie. Tam trafiamy na Polkę, której matka pochodzi z Krakowa – krótka rozmowa o walorach grodu Kraka, zachęcamy do odwiedzenia stolicy Małopolski i … tym sposobem po chwili jesteśmy już na Australijskiej ziemi!!! Z lotniska SkyBusem za 19 AUD od osoby dostajemy się do naszego hotelu, w którym spędzimy kolejne 2 dni. Jeszcze w sierpniu zarezerwowaliśmy w promocyjnej cenie apartament 4-osobowy na 2 noce - Experience Bella Hotel Apartments. Apartament świetny – dobra lokalizacja i wszystko co potrzeba (kuchnia, wifi i wygodne łóżko – po samolotowych fotelach doceniliśmy je podwójnie).
Szybkie odświeżenie i ruszamy na spacer – kierujemy się ku Flinders Street Station, a następnie do knajpy, którą ‘gdzieś tam’ polecano - Mekong na 241 Swanston Street . Jedzenie dobre – bardzo syte danie za ok. 14 AUD. Ale jak się później okazało w Australii można lepiej i dużo taniej zjeść.
Potem spokojnie wracamy do mieszkania i ok. 22.00 padamy.


IMG_20181112_192329.jpg



IMG_20181112_212410.jpg



20181112_212916.jpg

Dzień 5 – 13.11.2018
Melbourne budzi się… a my wraz z nim! Jet lag chyba o nas zapomniał, tak jak i my zapomnieliśmy o długiej podróży - noc przespaliśmy bez żadnych problemów i o poranku jesteśmy zwarci i gotowi, by poznawać miasto w świetle dziennym. Pierwszy rzut oka z balkonu nie wygląda zbyt zachęcająco – szereg drapaczy chmur przedzielonych ulicą, po której ciągną się kolumny samochodów. Gdzieniegdzie spogląda na nas skrawek zieleni, na którym jednak tętni życie – jeszcze nie raz przekonamy się o tym, że Australijczycy nie lubią uprawiać kanapingu i o każdej porze dnia w parkach, na trawnikach czy innych tego typu miejscach jest ich pełno.
Ale nie zrażamy się! Szybkie śniadanie i przygoda ‘AUSTRALIA’ czas start! A że wszystko zaczyna się od kontaktu ze światem kierujemy nasze kroki do salonu Optusa celem zakupu karty – przeczytaliśmy sporo opinii o australijskich sieciach komórkowych, przeanalizowaliśmy oferty i wybraliśmy Optus, gdyż – podobno - ma dobry zasięg i równocześnie za 30 AUD dostaliśmy 35 GB internetu na miesiąc (telefon z kartą posłużył nam jako router wifi, dzięki czemu internet mieliśmy w trzech telefonach, a i tak po całej wycieczce zostało nam sporo GB).
Wyposażeni w dostęp do sieci jesteśmy gotowi do podboju miasta. Nasz POM (Powolny Obchód Melbourne :P) pokrywa się z linią wytyczoną przez przystanki bezpłatnego tramwaju City Circle Tram. Kierujemy się na ulice ACDC oraz Hosier – zgodnie z informacjami znalezionymi w internecie ulice te są znane ze względu na graffiti. Cóż, graffiti a i owszem, znaleźliśmy, jednak ich ilość nas przytłoczyła, a jakość większości rozczarowała. Prawdziwe perełki są niestety przysłonięte bohomazami.


20181113_111624.jpg



IMG_20181113_110425.jpg



IMG_20181113_110318.jpg



Po zapoznaniu się ze ‘sztuką’ wielkiego miasta ruszamy do Fitzroy Gardens, w którym jedną z głównych atrakcji jest Cooks' Cottage, czyli chatka rodziców Jamesa Cooka (nie mylić z Cook’s Cottage – miejsce apostrofu robi różnicę i wywołało niemałą dyskusję :D). Co ciekawe, najstarszy budynek w Australii wcale nie został wybudowany na tym kontynencie, ale przeniesiony z Wielkiej Brytanii dopiero w 1934 r. W tle dżungli składającej się z drapaczy chmur na nas zrobił naprawdę bardzo fajne wrażenie.


IMG_20181113_113527.jpg



Kolejny przystanek i … kolejne ogrody, czyli Carlton Gardens wraz z budynkiem Wystawy Królewskiej (wpisane na listę UNESCO). Akurat podczas naszej wizyty pół budynku było w remoncie i przesłaniały go rusztowania. Dodatkowo w tym terminie odbywały się egzaminy i cały dziedziniec i park opanowali studenci (90% to Azjaci). W parku mieliśmy jednak możliwość przyjrzeć się, jak przerwę w pracy wykorzystują rodowici Australijczycy –tak jak już wcześnie wspomniałam, wydaje się, że uwielbiają oni ruch i nawet przerwę w pracy wykorzystują na aktywność fizyczną –ćwiczą jogę, grają w rugby bezdotykowe, biegają itp. Moją szczególną uwagę zwrócił pewien dżentelmen ubrany jak z okładki pisma biznesowego - dżentelmen ów siedział na ławce i czytał książkę (papierową!), a obok niego leżał lunchbox i zapomniany na chwilę smartfon. To się nazywa dobrze wykorzystana przerwa w pracy!
Po chwili zostawiamy w tyle rugbystów, biegaczy i Azjatów i tramwajem udajemy się w kierunku Queens Victoria Market – znajdujemy w nim m.in. polski sklep oraz stoisko z pysznymi regionalnymi piwami (swoją drogą w Australii bardzo zaskoczyły mnie ceny piwa – za 6 butelek 0,385 l płaci się od 16 do 25 dolarów).


IMG_20181113_135907.jpg



IMG_20181113_135107.jpg



Małe piwo wzmaga apetyt, w związku z czym zapoznajemy się z ofertą azjatyckich knajp, od których roi się w okolicach rynku. Jak się okazało na Elizabeth Street można zjeść tani (jak na australijskie standardy – w okolicach 10 AUD), syty i bardzo dobry posiłek.

Po obiedzie udajemy się na mały spacer do doków, a następnie wzdłuż rzeki Yarra (oglądamy z zewnątrz Rod Laver Arena). Przekraczając rzekę wchodzimy do Royal Botanic Gardens, a następnie obowiązkowy punkt programu - Shrine of Remembrance, z którego roztacza się widok na Melbourne.


20181113_200206.jpg



IMG_20181113_163854.jpg



IMG_20181113_171226.jpg



IMG_20181113_172135.jpg



Zbliżał się koniec dnia, w związku z czym postanowiliśmy kierować się już w kierunku St. Kilda i … pingwinów! Spacerek – bagatela! – półtoragodzinny i oto ‘on’, OCEAN! Obowiązkowy test wody (no ciepła to ona nie była, brrr!!!) i możemy już wyczekiwać pingwinów. Powoli traciłam nadzieję, gdy WTEM! pojawił się jeden na otarcie łez. :) a potem kolejne. Nie wiem, czy za późno przyszliśmy czy też mieliśmy pecha, ale widzieliśmy w sumie tylko (albo aż) trzy.

Podsumowując Melbourne – miasto bardzo ładne i zadbane, przyjazne dla mieszkańców, miasto, w którym liczą się detale, takie małe 'smaczki' umilające zwiedzanie.

IMG_20181113_111435.jpg



IMG_20181113_111823.jpg



IMG_20181113_123427.jpg



Na mnie największe wrażenie zrobiło to miasto nocą, gdy zabłysły światła wieżowców. No i mieszkańcy - sympatyczni, pełni energii, cieszący się życiem, i w codziennym pośpiechu potrafiący się zatrzymać i zapytać rozmarzoną turystkę z mapką: "Wiesz, gdzie idziesz?". :):) Tak, tak, tą turystką byłam ja.

Jednak to miasto nie ma nawet 200 lat, więc jeden dzień spokojnie wystarczy, aby zwiedzić najważniejsze miejsca. Gdyby nie to, że baliśmy się jet lagu i w związku z tym zaplanowaliśmy dwa noclegi na Melbourne, to tak naprawdę już w tym dniu powinniśmy wziąć kampera i ruszyć w dalszą drogę.Tak zupełnie subiektywnie w temacie Melbourne - był to początek naszej australijskiej przygody, więc ze wszystkich sił szukaliśmy pozytywów. :) I nie skreślamy całkowicie tego miasta, ale gdybyśmy mieli jeszcze raz planować wycieczkę, na zwiedzanie Melbourne zarezerwowalibyśmy pół dnia - wystarczyłoby.

Dzień 6 – 14.11.2018

Ostatnia noc w Melbourne za nami. Pora odebrać kampera, który przez następne dni będzie nam służył za środek transportu i poniekąd sypialnię. Człowiek to taka istota przyzwyczajona mimo wszystko do wygody i jestem bardzo ciekawa jak sobie poradzimy.

Do wypożyczalni docieramy Uberem (przy czterech osobach najbardziej się opłacało).

Na miejscu już czeka na nas Jucy Crib. Widać że troszkę wysłużony, dlatego też zgodnie z radami obfotografujemy samochód, by nie było niespodzianek podczas oddawania. Dostajemy też kartkę ze schematem samochodu i zaznaczonymi uszczerbkami/ryskami. Formalności z Australijczykami to sama przyjemność, dlatego już niedługo pakujemy na tylne siedzenie nasze bagaże (no dobra, nas obsługiwała Belgijka, ale 'przesiąknięta' cudowną mentalnością Australijczyków, do której długo nie mogłam się przyzwyczaić. :)) (lata praktyki w PL).

Mała dygresja: w Jucy są takie półeczki, na których można znaleźć rzeczy zostawione przez poprzednich użytkowników kamperów + gifty od Jucy w postaci kart do gry, ogrzewaczy do kubków itp, wszystko z ich logo, wszystko zza darmo. Warto zajrzeć, bo a nóż widelec okażemy się Januszami biznesu i za free wyposażymy się np. w oliwę, płyn do naczyń, przyprawy itp.

Ruszamy w drogę. W GPS wklepujemy Brighton i ...
I to był 'pierwszy raz' mojego męża jako kierowcy w ruchu lewostronnym! I mój pierwszy raz, kiedy czułam się komfortowo siedząc z przodu po lewej stronie! Dość powiedzieć, że obojgu nam poszło dobrze, aczkolwiek stresik i walka z przyzwyczajeniami towarzyszyły nam całą drogę. Dla zainteresowanych: przetrwaliśmy i nadal jesteśmy małżeństwem.
Tak więc docieramy na plażę i ... wpadamy w szał pstrykania fotek kolorowym domkom, nam i kolorowym domkom, przypadkowym Azjatom i kolorowym domkom! Konfiguracje przeróżne. Uwierzcie, to naprawdę robi wrażenie, a do tego można poczuć się jak dziecko. :) Planowaliśmy odpuścić tą atrakcję, ale WARTO ZOBACZYĆ!


20181114_121322.jpg



IMG_20181114_122103.jpg



IMG_20181114_122605.jpg



IMG_20181114_123323.jpg



Ale to co dobre musi się skończyć, żeby zaczęło się coś innego, jeszcze lepszego! Coś, na co czekałam od momentu zakupu biletów do Melbourne - ruszamy w kierunku GREAT OCEAN ROAD, drogi zbudowanej przez żołnierzy, którzy wrócili z I wojny światowej jako pomnik ku pamięci poległych.

Po drodze równie epokowe, choć dość prozaiczne wydarzenie - zaliczamy nasze pierwsze zakupy w Coles (Torquay), które ku naszemu zaskoczeniu cenowo były do zaakceptowania.

No i jesteśmy na GOR. Po drodze zatrzymujemy się na Bells Beach oraz udajemy się na nasz pierwszy LOOKOUT, czyli Eagle Rock Lookout.


marine national park bells beach.jpg



eaglerocklookout3.jpg



eaglerocklookout1.jpg



eaglerocklookout5.jpg



eaglerocklookout4.jpg



I wreszcie... WIDZĘ TO! Memorial Arch! Moje MUST SEE! Moje MUSZĘ MIEĆ FOTO ZATRZYMAJ SIĘ! I mam. :) (kto z Azjatami przestaje, sam seryjnym fotografem się staje)


memorial arch at Eastern View gor.jpg



Teraz już na spokojnie możemy zameldować się na naszym pierwszym kempingu w Kennett River Holiday Park. Ale to nie koniec emocji, bo na tymże kempingu czeka na nas nasza pierwsza koala, spokojnie paradując sobie tuż obok naszego samochodu, wręcz pozując do zdjęć i wywołując większe emocje niż mecz Polski z Portugalią na Euro 2016 r.


20181114_183528.jpg



20181114_183342.jpg



Teraz tylko pozostaje udać się w objęcia Morfeusza. Dobranoc, GOR. :)Dzień 7 - 15.11.2018
Kennett River o poranku, czyli... KAKADU usiadło mi na ramieniu!!! Znajoma koala z wczoraj gdzieś zniknęła, za to zrobiła się jakaś grubsza ptasia impreza i to akurat na naszym samochodzie i na mnie (jedna papużka usiadła mi nawet na głowie). Spokojnie, pełna kulturka, kolorowe towarzystwo nie zostawiło żadnych 'śladów' i żadnych zarysowań (ani na karoserii, ani na głowie!:)). Awanturka wynikła tylko dlatego, że mój małżonek zagapił się i ani myślał uwiecznić mnie i moich nowych przyjaciół na wspólnych zdjęciach (a było warto, bo wyglądałam prawie jak ta pani z gołębiami w filmie Kevin sam w Nowym Jorku).
Suma sumarum, Kennett River Holiday Park to nie tylko oaza koali, ale również kakadu i innych papug. Ptaszyska ujęły mnie za serce i na całej wyprawie zajęły sporo MB na mojej karcie pamięci.

20181115_065400.jpg



IMG_20181115_075139.jpg



IMG_20181115_075501.jpg



W temacie campingu - według nas było wszystko, co potrzeba. Zamykana kuchnia (nie wszystkie campingi mają takowe, a przy temp. 5 stopni o poranku jest to dość istotne), prysznice (z ciepłą wodą), cena w kontekście całego wyjazdu okazała się najwyższa (35 AUD), ale było warto.
IMG_20181115_080637.jpg



20181114_190551.jpg



No ale w końcu trzeba było zostawić pierzastych znajomków i po śniadaniu ruszamy! Z Kennett River kierujemy się na Marriners Lookout (okolice Apollo Bay - naprawdę widok nas zauroczył), a następnie w Great Otway National Park decydujemy się przejść Maits Rest Rainforest Walk - jest to bardzo łatwy, kilometrowy spacerek przez las deszczowy, który zajmuje ok. pół godziny. Oczywiście nie ominęła nas obowiązkowa sesja fotograficzna w korzeniach ogromnego drzewa. :)
IMG_20181115_093631.jpg



IMG_20181115_094155.jpg



IMG_20181115_094937.jpg



IMG_20181115_095021.jpg



Długo zastanawiałam się, jak ująć temat Great Ocean Road i jej atrakcji. No bo jak opisać drogę, która swoimi widokami odkrywanymi prawie za każdym zakrętem przyprawiła mnie o palpitacje serca, wprawiła w zachwyt i sprawiła, że kilka razy zaniemówiłam? Postanowiłam więc - niech przemówią zdjęcia, aczkolwiek uwierzcie, nawet one nie oddają przytłaczającego niekiedy piękna monumentalnych formacji skalnych: Gibson Steps, 12 Apostołów, The Razorback (!!!), Loch Ard Gorge, The Arch, London Bridge, The Grotto. Przed wyjazdem moje nadzieje na piękne widoki były ogromne, ale rzeczywistość przerosła oczekiwania. I jeszcze jedno: w listopadzie GOR może nie była pusta, ale nie spełniła się też moja największa obawa, czyli tłumy turystów z Azji. Jeśli więc chcecie mieć np. The Grotto tylko dla siebie, polecam początek australijskiej wiosny. :)


1.GibsonSteps (2).jpg



2.12Apostles2.jpg



3.GibsonSteps.jpg



12Apostles.jpg



4. snakes.jpg



5. GOR (2).jpg



6. TheRazorback2.jpg



6.1.TheRazorback.jpg



7. Loch Ard Gorge.jpg



8. TheArch.jpg



9. LondonArch.jpg




Dodaj Komentarz

Komentarze (3)

zzeke 7 grudnia 2018 09:33 Odpowiedz
Wchodzę na pokład tej relacji i będę śledził z przyjemnością;-) Tak się składa,że właśnie 13.11 kończyliśmy naszą australijską przygodę w ...Melbourne:-)Nie przeszkadzając w relacji, pozwolę sobie jedynie na mały subiektywny wtręt i napiszę,że to miasto było największym i jedynym na szczęście rozczarowaniem w tej podróży. Jest bardzo,bardzo słabe... Wszystkim planującym wizytę tamże sugeruję, by się dobrze zastanowili, bo szkoda cennego czasu gdy tyle innych, pięknych miejsc w Australii. Dobrze,że można było "uciec" na GOR:-) Czekamy na ciąg dalszy!
grzegorz40 13 grudnia 2018 22:18 Odpowiedz
Ciekawie się czyta. Sporo dobrych zdjęć :)
grzegorz40 15 grudnia 2018 17:29 Odpowiedz
Widoki super :)