+1
Tom Stedd 6 stycznia 2019 12:38
Pojechać do kraju, o którym za wiele się nie wie. Pojechać do kraju, gdzie jest stosunkowo blisko. Pojechać do kraju, gdzie nie ma turystów. Taka była pokrótce geneza wyjazdu do Mołdawii, a konkretniej do Kiszyniowa. „Skutkiem ubocznym” była również wizyta w Tyraspolu – podobno jedynej komunistycznej enklawie w Europie.

Mówisz Mołdawia – myślisz wino. Na pytanie o stolicę Mołdawii część z was na pewno odpowie, że to Kiszyniów. Jednak po pytaniu, czy znacie inne mołdawskie miasta, zapadnie prawdopodobnie cisza. Ja również ich nie znałem, a wielkie zdziwienie przeżyłem, gdy dowiedziałem się z mapy otrzymanej w informacji turystycznej, że w całym kraju jest tylko DZIEWIĘĆ miast o liczbie ludności większej, niż 25.000 mieszkańców. Patrząc od północy kraju to Soroca, Balti, Orhei, Ungheni, Kiszyniów, Bender, Tyraspol, Comrat, Cahul. Znane metropolie, prawda? Warto dodać, że językiem urzędowym jest wprawdzie rumuński, ale KAŻDY mówi po rosyjsku, więc posługując się samym polskim nie stoimy na straconej pozycji. Od pewnego czasu do Mołdawii można wjechać wyłącznie na podstawie dowodu osobistego, więc nie trzeba mieć paszportu.



Jako że do Mołdawii trudno dotrzeć tanimi liniami, dostaliśmy się do Kiszyniowa LOT-em. Lotnisko docelowe jest na normalnym europejskim poziomie, w hali przylotów można wymienić walutę na mołdawskie leje (nie za dużo, bo kurs jest średnio korzystny). Warto również zaopatrzyć się w kartę SIM – w Mołdawii liczą się praktycznie tylko dwaj operatorzy, tj. Orange i Moldcell. My kupiliśmy dwie karty tego drugiego operatora: z samym Internetem (4 GB za 50 lei) i kartę do rozmów lokalnych (120 minut/smsów i internet 500 MB za 40 lei). Co ważne, internet Moldcell działał również prawie bezproblemowo w Tyraspolu.



Spod samego wejścia na lotnisko odjeżdża do centrum miasta trolejbus nr 30 (na przystanku wyświetla się informacja, za ile minut będzie odjazd). Przejazd kosztuje 2 lub 3 lei (w zależności od tego, czy bileterka policzy wam za bagaż). Bileterka? Tak, bileterka, bo bilety kupuje się w trolejbusie. Po prostu wchodzi się do środka i wkrótce podejdzie do was pracownica w bordowym fartuszku, mająca założone na palce ciekawe urządzenie – rolkę z nawiniętymi biletami. Papierka już się nie kasuje, po prostu należy go zachować. Jeśli w autobusie będzie duży tłok lub niezbyt przejęta swoimi obowiązkami bileterka, to jest szansa, że za przejazd nic nie zapłacicie.

W Kiszyniowie jest dużo kantorów, ale trzeba uważać, bo niektóre mogą naliczać prowizję. Jeśli zobaczycie w kantorze napis „Fara comision”, to nie będzie prowizji. Kurs sprzedaży euro to około 19,30-19,50 MDL (leje mołdawskie), czyli można przyjąć w zaokrągleniu, że 1 euro = 20 MDL, 1 złoty to 4,7 MDL, a 1 MDL to 0,22 zł. Próżno szukać waluty mołdawskiej w polskich kantorach na lotnisku – należy wziąć ze sobą twardą walutę. Przy jej nabywaniu przed odlotem z Kiszyniowa za wiele nie stracimy, bo różnice kursowe są nieznaczne. Niektóre kantory kupują / sprzedają również złotówki.



Lecąc do Kiszyniowa spodziewaliśmy się miasta sprzed wielu dziesięcioleci, biedy na ulicach, dziwnych ludzi i wielu innych niezbyt fajnych spraw. Tymczasem prawda jest inna. Mołdawia będzie rajem dla tradycjonalistów – marki światowe dopiero wchodzą do tego kraju (w centrach handlowych – tak, mają ich kilka i to na wysokim poziomie – połowa marek jest znana, połowa lokalna i nieznana), na ulicach dziewczynki chodzą w różowym, a chłopcy w ciemniejszych kolorach, nie widać nadmiernie wytatuowanych osób, mieszkańcy noszą skromne, niekrzykliwe ubrania. Prawie nikt nie próbuje zwrócić na siebie uwagę swoim dziwnym strojem, czy wyglądem. Są banki, są restauracje, jest transport publiczny, jest mnóstwo busów, internet działa super, są dwie firmy taksówkowe działające z poziomu aplikacji (Yandex, ITaxi).

W sklepach jest pełno towaru, który jest w większości przypadków droższy, niż w Polsce. Zaopatrując się w Polsce w dyskontach można złapać się często za głowę, gdy w Kiszyniowie na półce znajdzie się mały napój energetyczny za ok. 5 zł, czy najtańsze piwa za ok. 3 zł, nie wspominając o wędlinach. Na bazarze najzwyklejsze buty kosztują ok. 100 zł, a np. czapki od 30 zł. Bardzo dużo towarów jest z importu, głównie z Rosji, Ukrainy, Rumunii, ale można także spotkać produkty z Polski. Ceny wysokie, a dochody sporej części obywateli niskie – pani bileterka w jednym z muzeów stwierdziła, że otrzymuje równowartość 70 euro emerytury i równowartość 100 euro pensji.

Jeśli ktoś widział i przeżył harmider i zamieszanie związane z handlem i transportem w którymś z krajów postsowieckich (np. na Ukrainie, czy w Gruzji), to będzie w Kiszyniowie w siódmym niebie. Okolice dworca autobusowego (którego nazwa jest szumnie tłumaczona na Central Bus Station), to jeden wielki targ, nieporządek, setki ludzi, dziesiątki busów, czyli to, co ja bardzo lubię. Z dworcem sąsiaduje bazar w stylu typowo wschodnioeuropejskim, czyli mnóstwo handlujących wszystkimi możliwymi dobrami, począwszy od wkładek do butów, przez kosmetyki, odzież, po sprzęt elektroniczny. Biedni ludzie wystawiają wagę domową, na której można się zważyć, czy sprzedają znoszone buty i ubrania. Kupić można tutaj kiszone lub marynowane owoce i warzywa (w tym tak nietypowe, jak arbuzy), wędliny (zawartość tłuszczu minimum 45%), czy ryby. Mięso ważone jest często na starych szalkowych wagach (jeśli masz minimum 30 lat, to powinieneś je pamiętać z naszych sklepów).

Jest również sporo „babuszek” z serami i winami. U nas starsze panie sprzedają czasami na bazarze mleko lub jajka z własnego gospodarstwa, a tam wino. Plastikowe butelki po napojach, zero banderoli, akcyz, nazw własnych wina – jeśli nie masz obaw przed takimi niesanepidowo-niepodatkowymi „klimatami”, to śmiało można kupić takie wino. Chętni mogą zakosztować, czy im smakuje. A jak to się odbywa? Pani odkręca butelkę, leje ciut wina do nakrętki i można przeprowadzić degustację. Oczywiście nakrętka nie jest potem w żaden sposób myta, więc wino mogło być już wcześniej degustowane przez innego klienta. Aha, pytacie o cenę. Otóż 1,5 litra wina białego lub czerwonego kosztuje przeważnie 20 lei, czyli niecałe 5 zł. Czy kupować? Ja kupiłem dwa razy takie wino i nie było żadnych problemów żołądkowych.

Główną ulicą miasta jest Stefan Cel Mare, przy której usytuowane są budynki rządowe, najlepsze sklepy, instytucje kulturowe i informacja turystyczna (prawie naprzeciwko McDonalds’a). Można dostać w niej mapę centrum miasta (nie liczcie na mapę całego Kiszyniowa, który jest rozległym miastem) i uzyskać informacje o nielicznych atrakcjach turystycznych. Pracownicy mówią po angielsku. Co ciekawe, udało nam się znaleźć kilka ulotek po polsku. Poziom merytoryczny pracowników oceniam na średni, ale na pewno przekażą wam podstawy, które można zgłębić samemu w internecie.



Transport w Kiszyniowie i po kraju to również ciekawe doświadczenie. Zdecydowana większość transportu publicznego to trolejbusy (dla mniej zorientowanych – autobusy na prąd pobierany z trakcji nad ulicami) i busy. Takie pojazdy jeżdżą po Kiszyniowie. Kilkuletnie pojazdy stanowią mniejszość na ulicach, a zdarza się trafić kilkudziesięcioletnie „perełki” o metalowej podłodze i zniszczonych siedzeniach. Poza miasto jeżdżą busy, zwane często marszrutkami. Poziom ich zdezelowania jest różny, ale da się nimi spokojnie przejechać z punktu A do punktu B. Stają praktycznie na każde żądanie. Należy tylko spytać kierowcy, gdzie jedzie, bo często tabliczka z napisem np. Kiszyniów-Orhei znaczy, że może jechać lub do Kiszyniowa, lub do Orhei. Płatności za przejazd dokonuje się w kasach na dworcach lub u kierowcy (nie poznałem tajemnicy, w jakich sytuacjach płaci się w kasach, a w jakich w busie, ale nawet wydawane są paragony, co nieco burzyło moją wizję dzikiego, pięknego kapitalizmu).

Po tym bardzo długim wstępie pora zdać relację z pobytu w Kiszyniowie. Otóż przyjechaliśmy do centrum, wysiedliśmy niedaleko jakiejś cerkwi i dziewczyna powiedziała, żebyśmy tam szybko poszli. Co się stało? – pomyślałem i ujrzałem wkrótce … orkiestrę Świętych Mikołajów, grających świąteczne przeboje. Po chwili z cerkwi wyszło kilkanaście osób i tajemnica została ujawniona – orkiestra robiła akompaniament do chrztu. Fajny pomysł, prawda? Później ta sama orkiestra mikołajowa przygrywała na jarmarku.

Kilka minut później byliśmy już na pobliskim dużym jarmarku bożonarodzeniowym. Przypomnę, że katolicy mają swoje święta w grudniu, a prawosławni – w zależności od przynależności do skomplikowanego „systemu kościelnego” – mogą mieć swoje święta albo w grudniu, albo w styczniu. Długi jarmark bożonarodzeniowy zadowala wszystkie strony.
Klimatyczny wystrój, piosenki na żywo, wesołe miasteczko, parada kukiełek, teatrzyk, lodowisko, dziesiątki stoisk z jedzeniem i rękodziełem to typowy zestaw jarmarkowy. Nie inaczej było i w Kiszyniowie. W czym odstaje on od Europy? W niczym.





















Co ciekawe, z kilometr dalej odbywał się kolejny jarmark bożonarodzeniowy, ale ten miał charakter imprezy sponsorowanej przez jedną firmę. Wyróżniki? Wielki miś, wielka panda i zjazdy na oponach.









Kiszyniów to na pewno nie miasto, w którym można znaleźć mega muzea na wzór najnowocześniejszych polskich obiektów. Są one standardowe, bez elektroniki i multimediów. Kto lubi takie klimaty, to będzie zachwycony. My odwiedziliśmy trzy obiekty, odpuszczając świadomie muzeum sztuki, ponieważ nie jesteśmy fanami tej dziedziny kultury.

Zaczęliśmy zwiedzanie muzeów od Muzeul National de Etnografie si Istorie Naturala (nie wymaga tłumaczenia, prawda?). Budynek duży, ale zimny. Raczej oszczędzają na kaloryferach.

















Kolejnym muzeum była Water Tower – wysoka budowla z widokiem na Kiszyniów, w której można znaleźć wiele dokumentów i przedmiotów związanych z historią tego miasta. Kilka pięter, kilka niewielkich sal ekspozycyjnych i znajdziemy się na najwyższym poziomie wieży.












Trzecie duże muzeum w Kiszyniowie to Muzeul National de Istorie. Wydaje się, że to obiekt najważniejszy pod względem ekspozycji, przedstawiający historię Mołdawii na przestrzeni wielu lat. Duże wrażenie robi diorama (instalacja) przedstawiająca walki o Kiszyniów podczas II wojny światowej.

























Wszelkie opisy wycieczek do Kiszyniowa wskazują jeszcze kilka miejsc koniecznych do zobaczenia. Posłuchaliśmy rad i tam się udaliśmy. A gdzie dokładniej? Pod Łuk Triumfalny z 1846 roku …





… pobliski Sobór Narodzenia Pańskiego …



… siedzibę mołdawskiego rządu …



… pomnik św. Stefana …



… alejkę z popiersiami najwybitniejszych przedstawicieli kultury mołdawskiej, zakończoną pomnikiem Puszkina …





… monumentalny budynek administracji prezydenckiej …





… budynek parlamentu …



… i Kościół Przemienienia Pańskiego z nietypowym, wielkim malowidłem, którego fragmenty mogłyby stanowić przykłady sztuki a’la horror …







Warto również przejść się krótką uliczką, na której usytuowano takie oto postaci …



… i zatrzymać się pod pomnikiem upamiętniającym żydowską społeczność Kiszyniowa …



Nieco dalej od centrum znajduje się kompleks „Wieczność”, który przypomina o żołnierzach poległych w stolicy Mołdawii i jej okolicach. Kompleks ma typowy radziecki charakter, ale mimo to warto go zobaczyć.









Niedaleko od centrum znajduje się monastyr św. Teodora.



Co można jeszcze robić w Kiszyniowie? Pójść do cyrku (mała, kameralna sala na 308 osób). Cudem zdobyliśmy bilety na świąteczne przedstawienie (cena ok. 45 zł), w trakcie którego zaprezentowano umiejętności akrobatyczne, występy klauna, zwierząt i innych cyrkowców. Ciekawe doświadczenie. W czasie samego przedstawienia nie można było robić zdjęć, więc zamieszczam tylko fotkę sprzed wydarzenia.



Kibice mogą spróbować odwiedzić kompleks sportowy Zimbru Kiszyniów (nie próbowaliśmy), dom Puszkina (nie próbowaliśmy) i miejscowe zoo (również nie próbowaliśmy). Chcieliśmy za to odwiedzić Muzeum Piękna znanej (podobno) firmy Viorica i wstąpić do Muzeum Wojskowości, jednak z powodu świąt prawosławnych były one nieczynne. Możne ponadto pospacerować po mieście, chociaż ciężko będzie znaleźć coś, co przyciągnie naszą uwagę. W mieście jest dość dużo różnych barów, restauracji, czy winiarni, ale tłumów w nich nie było. Może to okres przedświąteczny?

Jeśli na mieście zobaczycie sklep firmowy którejś z mołdawskich winiarni, to na pewno warto go odwiedzić. Wystrój będzie ciekawy, a miłośnicy wina będą w siódmym niebie. Niedaleko od naszej kwatery był sklep winiarni Cricova, więc odwiedziliśmy go. Wina można kupić już poniżej 10 zł za butelkę (musujące i zwykłe), a ich wybór jest naprawdę duży.















W internecie można przeczytać wiele opinii, że Kiszyniów jest najbrzydszą europejską stolicą. Według mnie nie jest to trafna opinia, ponieważ miasto wygląda dość normalnie. Jak w każdym mniejszym, czy większym mieście można znaleźć i ładne budynki, i architektoniczne koszmarki, i proste drogi, i dziurawe nawierzchnie. Chodniki czasami są normalne, czasami ich nie ma. Pojawiają się „wypasione” galerie handlowe, eleganckie butiki, szklane biurowce. Kontrastują z nimi bloki mieszkalne, różne dobudówki, porzucone budowle. To według mnie nie jest czymś nadzwyczajnym, bo takie kontrasty można znaleźć i w Bukareszcie, i w Kijowie, i w Warszawie.





















W Kiszyniowie trzeba zjeść kiszonki. Wybór spory, smak przedni. Do tego wino nabyte albo od babuszki, albo w sklepie firmowym, albo w jednym z wielu zwykłych sklepów spożywczych (również w butelkach plastikowych za niewielkie pieniądze). Kieliszki na wino również są słusznych gabarytów, więc nic tylko cieszyć się życiem. Nawet w szarym z pozoru Kiszyniowie.









Kiszyniów (przynajmniej na przełomie grudnia i stycznia) wyróżniał się brakiem turystów. Przez tydzień nie słyszeliśmy języka polskiego, widzieliśmy jednego zagubionego Azjatę. Na ulicach inny język, niż rumuński lub rosyjski, jest praktycznie niesłyszalny. Nie żałujemy, że odwiedziliśmy Mołdawię. Każde nowe doświadczenie jest na wagę złota.

A jeśli stwierdzisz, że nie masz co robić w Kiszyniowie, warto wybrać się na wycieczkę do jednej z wielu winnic lub do Tyraspola w Naddniestrzu. O tym już w odrębnych relacjach …





Polecam zajrzeć na blog http://radosc-zycia-plus.pl . Spojrzenie na świat i podróże kobiecym okiem.

Dodaj Komentarz