0
Pietrucha 8 stycznia 2019 22:59
„- …w porządku, czyli będzie przejazd komfortową Toyotą Land Cruiser do Wadi Rum Village. Czy życzą sobie Państwo kawę i przekąski w zestawie?
- Tak, poprosimy.
- Anglojęzyczny kierowca? No dobra, żartowałam, dam Państwu takiego, żebyście nie mogli się z nim dogadać. Czy interesuje Państwa nocleg u kierowcy z rozszerzoną klauzulą wykluczająca nocleg w dniu przejazdu?
- Również poprosimy.
- Ok, tutaj widzę, że mam tylko jednego dostępnego. Mr Talib. Mieszka w domu weselnym i napisał, że ma 30 łóżek do wyboru i „arabski prysznic”, cokolwiek ma to znaczyć. Zapewnia ciepłe posiłki, matczyną troskę, podwózkę we wszystkie pobliskie miejsca… dobra, to jest standard, to nie będę już dalej tego czytać. Jedzie do Shobak. Kurczę… Proszę dać mi chwilkę, sprawdzę stan Państwa konta.
.
.
.
Sprawdziłam i na naszym koncie mają Państwo wystarczającą liczbę kciuków, aby udało się zrealizować to połączenie. Kierowca przejedzie swoje miejsce zamieszkania, następnie podrzuci Was 130 kilometrów do punktu docelowego, po czym wróci samemu do siebie nie mając pewności czy się w ogóle później z nim skontaktujecie. Zgadzacie się Państwo?
- Jak na pierwszy raz brzmi ciekawie - bierzemy.
- Świetnie! W takim razie już go do Państwa przypisuję i pragnę poinformować, że dzięki realizacji tego połączenia w ramach naszego programu lojalnościowego Kciuk+ otrzymują Państwo jednorazowy bonus „Myszka”.
- Hmmm, a na czym ten bonus polega?
- Polega to na tym, że nie musicie nic robić. Tym razem, to nie wy jesteście kotem. Nie Wy łapiecie ich, lecz oni sami łapią Was! Haha!
- Szczerze mówiąc nie wiedzieliśmy o takiej możliwości, jesteśmy mile zaskoczeni i chętnie skorzystamy.
- Po wyjściu z lotniska proszę się kierować pieszo w kierunku autostrady. Usługa zostanie aktywowana w przeciągu dziesięciu minut zanim dojdą Państwo do autostrady. U mnie to już wszystko. Dziękuję bardzo za rozmowę i zachęcam do ponownego korzystania z usług Jordanian Hitchhiker’s Service.”


Tak zaczyna się nasza autostopowa przygoda w Jordanii, którą przeżyliśmy w dniach 23-30 listopada! :) Pierwotny plan prezentuje się następująco: mały plecak, Jordan Pass, po stówce dolarów do kieszeni i w drogę!
Dzień 1: przylot o 10:55 do Ammanu i przejazd do Wadi Rum
Dzień 2: Wadi Rum
Dzień 3: Wadi Rum
Dzień 4: Petra
Dzień 5: Wadi Ghuweir i Wadi Dana
Dzień 6: Wadi Zarqa Ma’in i Morze Martwe
Dzień 7: Madaba, Góra Nebo, Amman
Dzień 8: wylot z Ammanu o 11:20


Screenshot_12.jpg



Coraz więcej z Was będzie teraz latać w tamte zakątki, dlatego zdecydowałem się na podzielenie naszymi doświadczeniami pomimo kilku świeżych i ciekawych relacji. Równo rok temu spoglądaliśmy na ten kraj zza zachodniej granicy. Już wtedy rozważaliśmy liźnięcie Wadi Rum i Petry, ale cieszę się, że tego nie zrobiliśmy. Cieszę się również, że dałem się przekonać, aby lecieć na siedem (ósmego nie liczę), a nie na cztery dni – to byłby olbrzymi błąd. Wspólnie z drugą połówką Jordańskie Królestwo Haszymidzkie ugryźliśmy budżetowo, dlatego dużo będzie o stopie i o Jordańczykach, a i dla jakiejś wskazówki znajdzie się też miejsce. Poprzednie relacje są obfite w tyle zachwycających zdjęć, że ogólnie będę dość oszczędny we wrzucanie naszych, znacznie brzydszych fotek :) Ruszamy!

Dzień 1: przylot do Ammanu i przejazd do Wadi Rum Village

Gdzie u nas zobaczysz wielbłąda? A w Jordani? Biegają po autostradzie!


20181123_124926.jpg



Screenshot_2.jpg




Plan na stopa jest trochę jak butelka metanolu – niby ładnie to wygląda, ale na koniec może się okazać, że nic nie zobaczysz. Natomiast pierwszy stop siada hmmm. rewelacyjnie? To chyba mało powiedziane, ale o Mr. Talib, bo tak mówił o sobie w trzeciej osobie, będzie za chwilę. Pozytywnie podnieceni docieramy do Wadi Rum Village już po zmroku. Niestety m. in. przez progi zwalniające na autostradzie (sic!) przejazd 280 kilometrów trwa ponad 5 godzin. Żegnamy naszego nowego przyjaciela i udajemy się do hosta z Couchsurfingu, który przed chwilą, od razu po wysłaniu zapytania, zgodził się nas gościć. Przechodząc przez wioskę mijamy grupkę młodych lokalsów, którzy widząc chodzące dinary od razu do nas podchodzą. Informują nas o zapowiadanych deszczach na pustyni (niejednokrotnie to usłyszycie), proponują swoje wycieczki, rzucają kilka stopniowo malejących cen i po krótkiej, półtoraminutowej pogawędce puszczają nas dalej. Zaskakuje nas to, że naprawdę nie byli nachalni.

Świeżo wyremontowana łazienka naszego hosta, którego rodzina na biedną na pewno nie wyglądała

20181124_054138.jpg



Nasz host jest młodym beduinem i pewnie jak wszyscy w wiosce trudni się organizowaniem wycieczek na pustynię. Do pokoju gościnnego, w którym nas lokuj, co chwilę wchodzi ktoś inny. Na początku jest to jego brat, później jego brat, po nim jego brat, by po kilku minutach też wszedł jego brat :D Ojciec naszego gospodarza ma dwie żony, z którymi ma dwanaścioro dzieci (rozkład 10+2). Z rozmowy z Emadem wynieśliśmy ciekawostki (do których w późniejszym czasie się odniosę):
- nie ma świecie lepszego miejsca do życia niż Wadi Rum,
- Jordańczykom trudno się podróżuje, bo, aby gdzieś wyjechać za granicę muszą płacić 1000 dinarów,
- beduini mają silne plemniki, bo piją wielbłądzie mleko,
- obecny rekordzista wioski ma 38 dzieci z czterema kobietami.
Razem jemy kolację i idziemy spać, aby skoro świt ruszyć na pustynię.


Screenshot_1.jpg



Dzień drugi: rozpoczęcie wędrówki po Wadi Rum

Chleb, hummus, plecaki i w drogę! Pieszo. Gdy tylko wychodzimy z domu naszego hosta i dostrzegamy pierwsze barwy Wadi Rum, wiemy, że nadchodzą magiczne dwa dni :)


IMG_20181124_061325.jpg



I zaraz zaczyna padać. I pada tak przez pół dnia. I my idziemy, bo nie chcemy, żeby nas to powstrzymało. Do Siq Khazali nie udaje się wejść, bo kanion jest zalany. Bardzo blisko znajduje się Little Bridge. Kawałek dalej jest już bardziej zjawiskowy most większego kalibru Um Frouth.


IMG_20181124_080801.jpg



IMG_20181124_080459.jpg



IMG_20181124_105227.jpg



Miejsca te, są głównymi atrakcjami, więc zawsze jest tam kilka samochodów i na mosty wchodzimy po prostu podążając za turystami z przewodnikiem, lecz nawet gdybyście byli tam sami, to spoglądając po prostu do góry, bez problemu dojdziecie do tego jak tam wejść. Na górę obydwóch mostów wchodzi się 1-3 min. Problemy pojawiają się później, gdzie jesteśmy totalnie sami :)

Jebel Burdah Rock Bridge
Musicie wiedzieć, że na Wadi Rum jakbyście się nie starali, to po prostu nie ma zasięgu. Dlatego my korzystamy z maps.me i na mapce zaznaczone są miejsca, w których byliśmy i podpisane są właśnie tak, jak widnieją w tejże aplikacji. W internecie można znaleźć wiele śladów GSP prowadzących do mostu, ale poprawną trasę znajdziecie w maps.me pod hasłem „climbingtrack to Burdah Bridge”. Dojście do podnóżka góry od wyjścia z Wadi Rum Village zajmuje nam siedem godzin. Trasa zaczyna się w tym miejscu:


IMG_20181124_131422.jpg



Zostawiamy plecaki za krzakami i z ulgą dla naszych barków ruszamy na 274 metrowe podejście. Mostu nie widać z „powierzchni pustyni”, przynajmniej od strony, od której wchodzimy. Czytaliśmy wcześniej wiele opinii, że nie da się tam wejść bez przewodnika - nic bardziej mylnego :) Cała trudność polega raczej na znalezieniu trasy niż jej pokonaniu. Są momenty kiedy trzeba bardziej uważaj, ale pokusiłbym się o stwierdzenie, że z takim powiedzmy 13-letnim dzieckiem można się śmiało wybierać. Niestety nie ma tam żadnego wyznaczonego szlaku. Wspomagaliśmy się przede wszystkim wyżłobionymi strzałkami lub kopczykami kamieni, których było sporo więcej niż strzałek.


IMG_20181124_131454.jpg



IMG_20181124_134746.jpg



Jednak dochodzimy do wniosku, że mamy dużo szczęścia przemieszczając się przy ich użyciu, gdyż nie przetrwałyby one raczej żadnej mocniejszej wichury. Do góry wchodzimy praktycznie bez pomocy GPSA. Podejście jest lekkie i zajmuje nam ono 1h 13 min z czego znaczna część, to rozglądanie się i szukanie prawidłowej drogi. Trasa jest ciekawa, ponieważ idzie się gdzieś tam, to tu w lewo, tu w prawo, lecz ciągle jakoś pod górę, nie ma się pojęcia ile jeszcze pozostało, nie wiadomo do końca gdzie, aż tu most całkiem znienacka ukazuje się nam dopiero pod sam koniec – 2 minuty przed jego zdobyciem! Zamiast rozmyślać nad finezyjnym opisem widoków z tamtego miejsca, już teraz mogę Wam powiedzieć, że naszym zdaniem jest to najlepsza atrakcja na całym Wadi Rum. Ba! W całej Jordanii :)


IMG_20181124_144550.jpg



20181124_152120.jpg



IMG_20181124_144211.jpg



- Spójrz, a może to jest dobre miejsce, aby tu po prostu usiąść i umrzeć?

Pamiętacie jak przed chwilą pisałem, że trudne jest w zasadzie tylko znalezienie trasy? Schodząc w dół telefony mamy schowane w kieszeniach i wracamy kierując się na pamięć, bądź odnajdując strzałki czy kopczyki. W pewnym, kluczowym momencie mamy problem ze znalezieniem właściwej drogi, pomimo tego, że gdzieniegdzie widzimy kupki kamieni. Wyciągamy telefony, GPS pokazuje dziwne rzeczy, a obydwoje mamy nie najnowsze egzemplarze, więc stwierdzamy, że tym egzemplarzom nie ufamy, a zaufamy strzałkom i kamieniom, tak jak to zrobiliśmy wchodząc do góry. Schodzimy trochę niżej, wiemy, że na pewno tą drogą, a bardziej tymi skałami, nie szliśmy, ale generalnie spoglądając w dół stwierdzamy, że po wcześniejszych skałach wchodziło czy wspinało się bez problemu, to po tych też bez problemu się zejdzie. I to był największy błąd! Docieramy do miejsc, gdzie przed nami są same urwiska, nie ma żadnej innej drogi i po prostu musimy zawrócić. Żeby było jeszcze ciekawie,j idąc na skalnej półce natrafiamy na miejsce, w którym znajdujemy norkę jakiegoś zwierza. Żeby wspiąć się do góry konieczne było złapanie się skał znajdujących się powyżej i wsparcie nogami, w taki sposób, że norka ta, znajdowała się akurat na wysokości mojej twarzy. Gdy przygotowuję się do wejścia, jestem przyklejony do skały, słyszę, że coś z tej norki zaczyna wybiegać. W ułamku sekundy mój umysł stwierdza, że gdy jakiś zwierz się na mnie rzuci i zacznie gryźć, to spadnę na dół i się połamię. Nie mam pojęcia co to było, ale automatycznie znajduję się na górze. Dawno nie wystraszyłem się tak jak wtedy :D


20181124_152817.jpg



Wracamy do miejsca, gdzie pobłądziliśmy. Mniej więcej w tym momencie ściemnia się całkowicie, zaczyna wiać zimny wiatr. Całe szczęście, że z plecaków wyciągnęliśmy czołówki i mieliśmy je ze sobą. Chmury przysłaniają gwiazdy, więc nie jest ani trochę przyjemnie. Postanawiamy kierować się GPSEM i okazuje się, że nadal nie jesteśmy w dobrym miejscu i musimy wrócić się jeszcze sporo wcześniej! Gdy wreszcie wracamy do znajomego nam miejsca, uświadamiamy sobie, że błądzimy już przez półtorej godziny. Znajdujemy właściwą drogę. Pomimo dobrze prowadzącego nas GPSa nie tak łatwo jest dostrzegać strzałki czy kamienie, które i tak grają kluczową rolę przy niedokładnościach GPS. Ponownie zdarza nam się utknąć na kilka minut w pewnych miejscach. Coraz bardziej wieje i robi się zimniej. Jakiś kierowca zauważa z daleka światła naszych czołówek i krzyczy czy wszystko w porządku. W głowie kłębią się myśli: co jeszcze może pójść nie tak, czy zaraz zacznie padać i dlaczego po zejściu na dół, nie będzie już tam naszych plecaków. Znowu dotykamy stopami piasku. Szybki bieg za krzaki. Są! Miejsce jest idealne, więc od razu rozbijamy namiot. Wracaliśmy trzy i pół godziny, powinniśmy godzinę. Tego dnia przeszliśmy 27 kilometrów. Szybka kolacja. Szybki sen.

Dzień trzeci: Wadi Rum i przejazd do Wadi Musa


Brrrr! Jak dobrze, że zaczęło wstawać słońce. Pomimo ubrania na cebulkę i tak przebudzaliśmy się z zimna co jakiś czas. Jednakże nie spaliśmy we wszystkim co mieliśmy i pokusiłbym się o stwierdzenie, że z naszym ekwipunkiem dalibyśmy radę również w styczniu. Dziarskim krokiem ruszamy w kierunku skalnego grzyba. Ale jak się przemieszcza pieszo po tej całej Wadi Rum? Bardzo przyjemnie. Niewiele jest miejsc z sypkim, zapadającym się pod stopami piaskiem. Terenówki mają tam wyjeżdżone swoje trasy i to po nich zazwyczaj się poruszamy, jak po zwykłej ścieżce. Co ciekawe, trasy terenówek są zaznaczone w maps.me i to po nich prowadzi nas aplikacja. Zaskakuje nas nie tylko spora liczba zielonych roślinek dookoła, ale też mnóstwo wszelakiej maści zwłok. Gdzieniegdzie hasają sobie stada wielbłądów bez beduina-pasterza, które mają związane przednie nóżki. Wadi Rum jest na tyle rozległa, że można stwierdzić, że mamy ją całą dla siebie. Mija nas niewiele terenówek. Podczas dwóch dni dostrzegamy tylko jedną, trzyosobową ekipę, która porusza się pieszo – ciekawi nas jak jest w sezonie. Tego dnia również tracimy około godziny krzątając się i myśląc, że Siq Barrah to jakiś ciekawy szlak prowadzący po skałach. W rzeczywistości jednak niczego podobnego nie znajdujemy. Uważajcie na to dziadostwo! Prawidłowa trasa prowadząca przez wąwóz jest zaznaczona ciemną linią.


Screenshot_2019-01-08-19-52-45-043_com.mapswithme.maps.pro.jpg



Drugiego dnia, już nie chadzamy po najpopularniejszym obszarze i prawie nikogo nie spotykamy. Kiedy znajdujemy się w odległości pięciu kilometrów od Visitor Center natrafiamy na niemieckich turystów wraz z przewodnikiem, którzy właśnie zmierzają do obozu w kierunku naszego celu, czyli najbliższej drogi, gdzie będziemy mogli stopować. Do zmroku pozostało nam 3,5 godziny, a chcemy jeszcze tego wieczoru dotrzeć do Wadi Musa. Staje na tym, że po szybkich negocjacjach ogarniamy sobie prywatną podwózkę do Visitor Center za 5 dinarów :) Drugiego dnia przetuptaliśmy 25 kilometrów w 7 godzin, oczywiście z przerwami. Wcale nie tak łatwo było pożegnać się z pustynią. Wadi Rum zrobiła na nas piorunujące wrażenie. Dziś nie zmienilibyśmy naszej decyzji - poruszając się pieszo mieliśmy wiele prywatności oraz mnóstwo czasu, aby czerpać radość z wszechobecnego piękna. Pustynia ta, jest magiczna, fascynująca i dobrze jest na niej po prostu być :)


20181124_113657.jpg



IMG_20181124_120916.jpg



IMG_20181124_121157.jpg



IMG_20181125_105638.jpg



IMG_20181125_105620.jpg



20181125_113031.jpg



20181125_095847.jpg



IMG_20181124_091054.jpg



Jedziemy sobie spokojnie taksówką, zjeżdżamy w lewo z autostrady w kierunku Wadi Musa, aż tu nagle biegnie za nami policjant, gwiżdże, coś krzyczy, wymachuje rękami i każe nam zawracać! Posłusznie cofamy się kilkadziesiąt metrów do przystanku, gdzie stoi grupka policjantów i dwójka turystów. Kierowca wychodzi, aby z nimi porozmawiać. Po chwili chyba jedyny mundurowy, który mówi po angielsku, podchodzi do nas w roli delegata i tłumaczy nam o co chodzi. Dwójka turystów, chce dojechać do Wadi Musa, ale z racji tego, iż jeżdżą na stopa, nie dorzucą się do taksówki. Kierowca przytakuje na takie rozwiązanie i teraz wybór należy do nas czy zgodzimy się ich zabrać. Zgadzamy się. W ten sposób dosiada się do nas dwójka Polaków.


Screenshot_11.jpg



Tak wyglądałaby relacja pisana przez dwóch młodych Niemców, którzy w tym czasie jechali opłaconą taksówką z Aqaby do Petry. Natomiast z perspektywy dwójki Polaków sytuacji ta była z jednej strony śmieszna, z drugiej krępująca. Ale jak do niej doszło? Spod Visitors Center zabrał nas policjant. Następnie starą ciężarówką wyglądającą na lata pięćdziesiąte podwiózł nas Ahmed, który jest dla nas ciekawym wątkiem. Gdy pokazywał nam swojego instagrama (jakoś ogólnie chyba Arabowie lubią się chwalić swoimi fotkami), to już wyglądało to nieco przerażająco. Nie wiemy co o tym sądzić, gdyż na części zdjęć widzieliśmy na pewno jego, a co do części nie jesteśmy pewni czy to on na nich był: czterometrowe wielkie ognisko, grupka talibów z karabinami, czarnymi flagami wykrzykująca jakieś hasła, talib ubrany cały na czarno, z zakrytą twarzą idący z kałasznikowem po pustyni, talib trzymający uciętą głowę kozła – wyglądało to na znajome, jednoznacznie źle kojarzące się obrazki. Natomiast od samego początku biła od niego olbrzymia serdeczność i sympatia do nas. Nie mówił ani trochę po angielsku, ale ze wciąż utrzymującym się uśmiechem na twarzy, cały czas próbował dowiadywać się o nas przeróżnych rzeczy. Specjalnie zajechał do swojego znajomego, który przetłumaczył nam co on ma dla nas do powiedzenia. Na sam koniec zaszedł na stację i pomimo naszych odmów wcisnął nam na siłę wodę i soki, tłumacząc, że Allah patrzy i on musi być dla nas dobry.
Trzeci nasz kierowca jechał tirem :)


IMG_20181125_161417.jpg



Wiedzieliśmy już, że stop działa tu świetnie – każdego z tych trzech stopów złapaliśmy w mniej niż dwie minuty. Tym razem przemieszaliśmy się w kabinie jednego z trzech kolegów tirowców, którzy cały czas się wyprzedali jednocześnie uśmiechając się do nas, machając nam, robiąc nam zdjęcia czy nagrywając na żywo, aby pokazać nas żonie. Cała trójka była bardzo pozytywnie do nas nastawiona, zaparzyli nam cudowną kawę z kardamonem i poczęstowali nas nią w jednorazowych kubeczkach. Jednakże jadąc dalej po raz pierwszy spotkaliśmy się z miejscowym zwyczajem. Owe kubeczki, nasz kierowca kazał wyrzucić po prostu przez okno. Tłumaczył, że tak można, nic złego się nie dzieje, bo ten zasyfiony rów po prawej stronie raz na jakiś czas ktoś sprząta. Źle się z tym czuliśmy, nie chcieliśmy tego robić, próbowaliśmy jakoś kombinować, że weźmiemy je ze sobą i wyrzucimy do kosza w Wadi Musa, ale on wręcz nalegał, abyśmy to zrobili, więc zrobiliśmy. Na sam koniec również próbowano obdarzyć nas hojnie jedzeniem. Gdy zbliżał się zjazd, przy którym mieliśmy się rozstać, nasz kierowca stwierdził, że ma kolegę wśród stacjonujących tam policjantów, który rozumie naszą sytuację i ogarnie nam transport. Kompletnie nie potrzebowaliśmy takiej pomocy, gdyż chcieliśmy sami sobie stanąć na zjeździe i łapać dalej stopa, lecz nasz kierowca zatrzymał pojazd i zaprowadził nas do mundurowych. Nie rozumiemy nic z arabskiego, ale na początku wyglądało to tak jakbyśmy mieli właśnie z tymi policjantami dojechać do naszego celu. Zwołali kilku następnych policjantów do burzy mózgów, rozmawiali około dziesięciu minut na nasz temat (bardzo chcielibyśmy ich rozumieć, bo nie mamy pojęcia o czym oni mogli tak długo dyskutować) i wtedy wpadli na genialny pomysł żeby zatrzymać taksówkę! Wiedzieliśmy, że po pierwsze, finansowo nie możemy sobie na nią pozwolić, a po drugie nie chcemy jej, bo nasz środek transportu nas na razie nie zawodzi i dodatkowo bardzo nam się podoba. Wytłumaczyliśmy im, że jesteśmy autostopowiczami i postawiliśmy sobie wyzwanie, że nie wydamy żadnego dinara na transport zwiedzając Jordanię. Nie była to prawda, ale pozwoliła zachować twarz w sytuacji, o którą wcale nie prosiliśmy i chcieliśmy jej uniknąć. Wtedy Niemcy zawołali nas do środka :D Kolejna sytuacja, w której było nam niezręcznie, ale po części się zrekompensowaliśmy, gdyż przekonaliśmy ich aby udali się na Wadi Rum i daliśmy im świeże porady. Już wcześniej na couchsurfingu znaleźliśmy gospodarza w Wadi Musa, który jest Beduinem i mieszka w jaskini. Zaakceptował on nasze zgłoszenie, lecz później przestał odpowiadać. Jadąc z Niemcami, w międzyczasie nawiązaliśmy kontakt z naszym przyjacielem i umówiliśmy się, gdzie mamy się spotkać.
Po przyjeździe do Wadi Musa udajemy się, do polecanej na forum restauracji, Reem Beladi. Zamawiamy „Camel barbeque” i mansaf. Rozmawiamy o tym, jakie mieliśmy szczęście ze stopem w pierwszy dzień, jak dobrze jest teraz mieć ogarnięty nocleg, czym nasz przyjaciel nas jeszcze zaskoczy, gdy nagle podchodzi do nas kelner i oznajmia, że Mr. Talib będzie tu za 5 minut :D Przyjeżdża, daje po buziaczku kilku swoim ziomeczkom, czeka aż zjemy do końca i jeszcze chce zapłacić za naszą kolację. Wszystkiego od nas odmawia, ledwo udaje się poczęstować go herbatą. Całe szczęście, że wzięliśmy ze sobą podarunkowe Żubrówki właśnie na takie sytuacje. Ruszamy do jego domu, który znajduje się kilkanaście kilometrów od Petry, w wiosce obok Shobak. Powiemy delikatnie, że jego dom weselny „mocno odbiega od standardów europejskich”, natomiast dla nas jest to niesamowity komfort.

Ciekawy plakat zaraz po wejściu do domu Mr.Taliba.

IMG_20181126_072627.jpg



Łóżko, koce i pierwszy prysznic od dwóch dni. Mr. Talib pokazuje nam jak działa u niego arabski prysznic: z przenośnego podgrzewacza oblewamy się wodą za pomocą kubeczka. Widzieliśmy, że on bardzo chce, męczy się, próbuje, lecz bardzo trudno było nam porozumieć się w wielu kwestiach. Jest już późno, więc stwierdzamy, że kładziemy się spać. Baza wypadowa na jutrzejszy dzień jest dość średnia, ale wszystko układa się dobrze. Uzgodniamy, że rankiem Mr. Talib podwiezie nas do Petry po drodze do pracy :)Dzięki! Niebawem nadrobię zaległości :)
@wtak dźwigaliśmy ze sobą około 3 litry na osobę na półtora dnia - jest to wystarczająca ilość.
@ka.Ś.ka nie orientowałem się w tej sprawie, ani na miejscu nie rozglądałem się za tym. Teraz żeby udać, że znam się na temacie i odpowiedzieć na Twoje pytanie, musiałbym sam poszukać tych informacji, czyli dokładnie to, co możesz zrobić Ty :) jestem pewien, że znajdziesz odpowiedź na tym forum.Dzień czwarty: Petra i dojazd od Wadi Ghuweir

Wątek z Mr. Talibem układa się idealnie. Nie dość, że dzisiaj nas podrzuci nas pod samą bramę wizytówki Jordanii, to jeszcze jutro rano zawiezie nas do Wadi Ghuweir! Niestety tutaj tego szczęścia jest zbyt wiele, Mr. Talib dostaje telefon z pracy i ze względu na nagłą sytuację, przed wejściem do Petry musi się z nami rozstać i pożegnać. Mamy różne miłe doświadczenia ze stopem, ale Mr. Talib przebił wszystko. Esencji dodaje fakt, że gdy się przy nas zatrzymał, to akurat wtedy nikogo nie łapaliśmy :) Postanawiamy się zaopatrzyć w zapasy i ruszamy szukać sklepów na Tourism Street, innych niż pierwszy z brzegu tuż przy Visitor Center, gdyż spodziewamy się, że będzie najdroższy. Niestety innego nie znajdujemy. Trzeba sobie zdać sprawę, że pomimo naszego czwartego dnia obecności w Jordanii, to jest to nasz pierwszy raz, gdy spokojnie wchodzimy do sklepu na zakupy. Wcześniejszy, jedyny kontakt ze sklepem miał miejsce 3 dni wcześniej i był nakierunkowany na szybką akcję związaną z wodą, chlebem i hummusem, podczas gdy Mr. Talib czekał przy odpalonym silniku. Puenta jest taka, że nie znamy cen :) Pomimo tego, że nie wydajemy tam majątku, to później okazało się, że w tym sklepie, dokładnie te same produkty kosztują od pięciu do dziesięciu razy więcej niż w sklepach w Madabie czy Ammanie. Reasumując, jeśli macie okazję zrobić zakupy gdzieś indziej, to należy unikać marketu zaraz przy wejściu do Petry - taki aksjomat.

Jak już pewnie wiecie, przejazd dorożką zawiera się w cenie biletu. Jak zapewne też wiecie dorożkarze dość mocno domagają się napiwków. Pytamy jednego z nich jak to wygląda. Odpowiada nam „szczerze”(?), że gdy nakażemy mu nas podwieźć, to on nas podwiezie, ale z drugiej strony, on żyje tylko z napiwków i 2 dinary od osoby to akceptowalna cena. Wychodzi na to, że jak ktoś bardzo chce, to może się przejechać za darmo :) Uprzejmie dziękujemy i za jakieś 20 minut piechotką jesteśmy przy Skarbcu. Tam również naganiają nas na „secret trail, na który można wejść tylko z przewodnikiem” i z którego jest ujrzymy najpiękniejszy widok na świecie. Spotkani później rodacy mówią nam, że oni za tę usługę zapłacili 15 dinarów za osobę, a później spotkali grupę, która za dokładnie to samo, zapłaciła 10 dinarów za cztery osoby. Nie wiem jak to skomentować :D Ruszamy do amfiteatru, zaraz za nim na ścieżkę nad Skarbiec (jest wyraźnie oznaczona), by następnie udać się do klasztoru. Do klasztoru wchodzimy około 30 minut pod górkę, ale tam również można skorzystać z usług lokalnych biznesmenów i wjechać na osiołku. Rzucana przez nich cena to 15 dinarów za osobę - mi testowo udaje się wytargować tę cenę za dwie osoby, choć jak się domyślacie, za tę usługę również dziękujemy. Z klasztoru kierujemy się prosto do Visitor Center.

No i co? Żadnego ciekawego opisu nie ma. Niczym się nie zachwyca. Zdjęć również nie wstawił, bo masa ładniejszych lub takich samych jest już w sieci. Czy warto w ogóle jechać do tej całej Petry? Pytanie nie powinno brzmieć czy, ale na ile dni? Na jeden. Nie więcej. Zrobiliśmy, najczęściej opisywany na tym forum, standardowy pakiet i byliśmy usatysfakcjonowani. Całość zajęła nam 6,5 h, idąc naprawdę spokojnym tempem, mając przerwy na dwa posiłki. Gdybyśmy bardzo chcieli, to jeszcze znalazłby się czas na zrobienie jakiegoś dodatkowego szlaku. Niektórzy mogą powiedzieć: ale jak to, tak Ty turystyczny ignorancie, nie jesteś w ogóle wrażliwy na piękno i w jeden dzień nie zobaczysz całej Petry!!!!???? Tak, to prawda, nie zobaczy się całej Petry. Pytanie tylko czy to jest warte odrzucenia kilku innych zaproszeń, które otrzymujecie od atrakcji Jordanii. Jeden dzień w zupełności wystarczy, aby zobaczyć to, co najpiękniejsze. Cała reszta, będzie najzwyczajniej w świecie, robić znacznie mniejsze wrażenie. A to wrażenie Petra na żywo robi fenomenalne, zwłaszcza, gdy sobie człowiek uświadomi, że to wszystko wyrzeźbiono wieki temu. Ale to tak tylko na krótką chwilę, masa turystów (a ciekawie jak tam musi być w sezonie) skutecznie niweluje to wrażenie. Petra okazała się dokładnie taka, jak się spodziewaliśmy: na swój sposób wyjątkowa, jednak przepełniona komercjalizmem, tłumami i idealna na 6-7 godzinny spacer :)


Screenshot_1.jpg



Screenshot_7.jpg



Szybki stop złapany w środku Wadi Musa i już jesteśmy w Al-Jaya koło Shobak. Stamtąd musimy się udać do Al-Mansoura. Jest już ciemno, nikt już prawie nie jeździ i poddajemy się po tym jak 5 na 5 zatrzymanych samochodów to taksówkarze bądź zwykli ludzie oferujący nam podwózkę za pieniądze. Ostro negocjujemy i za 6 dinarów ogarniamy transport do samego Wadi Ghuweir. Zaskakuje nas fakt, że do atrakcji doprowadzona jest betonowa droga. Niestety droga ta jest zapadnięta lub zasypana kamieniami i ostatnie dwa kilometry z górki idziemy pieszo, ale na pocieszenie mamy jednego dinara więcej w kieszeni. Jesteśmy najedzeni kolacją w Al-Arabi (również polecana na f4f), więc szybko rozbijamy namiot, aby ruszyć z samego ranka. Tej nocy, pierwszy raz w życiu dostrzegamy drogę mleczną :)

Dzień piąty: Wadi Ghuweir i Dana Biosphere Reserve

Rozpoczynamy niezaprzeczalnie najbardziej wymagający dzień tej wycieczki! Natrafiamy na w naszym mniemaniu dość niski stan wody. Jednakże, jeżeli od samego początku chcecie starać się, żeby się nie umoczyć Waszych butów, to już tu Wam podpowiemy, że jest to kompletnie bezcelowe :) Od pierwszych chwil idziemy z ciągłym bananem na twarzy, bo jak tu może się nam nie podobać?


IMG_20181127_065717.jpg



IMG_20181127_065806.jpg



IMG_20181127_070142.jpg



IMG_20181127_070229.jpg



Jednak przejście samo w sobie nie należy do najprostszych. Niejednokrotnie musieliśmy przerzucać sobie plecaki, a łapanie ich z 3-5 metrowej wysokości, mogło być zamiennikiem swoistego plaskacza w pysk za powiedzenie czegoś głupiego. Było takie miejsce, gdzie najbezpieczniejszym rozwiązaniem był po prostu skok z wysokości 2,5 metra, zamiast ryzykowania ześlizgnięcia się po stromej skale. Zdjęcia tego nie oddają, ale ze strachliwym albo niewysportowanym znajomym bym się tam nie wybierał. Bywały momenty, kiedy zatrzymywaliśmy się na kilka minut i zastanawialiśmy się jak najprościej zejść na dół. Jednakże, to kombinowanie przyniosło nam wiele radości i było niesamowitą przygodą!


IMG_20181127_071259.jpg



IMG_20181127_100047.jpg



Zdaliśmy sobie sprawę, że dla nas autostopowiczów przejście całego kanionu jest najprostsze pod względem logistycznym. Wadi Ghwayr (pod taką nazwą widnieje w maps.me i taką nazwę kojarzą localsi) kończy się w wiosce Feynan skąd jest wszędzie trudno dojechać. Za to jego początek znajduję się 15 kilometrów nad miastem Shobak i raczej żaden publiczny transport tam nie kursuje. Dojście do najpiękniejszego miejsca zajmuje 2-2,5 godziny drogi, natomiast droga powrotna do góry kanionu na pewno byłaby o wiele trudniejsza. My natomiast rekomendujemy przejście całej trasy – nie pożałujecie. Jak w takim razie zorganizować Wasz przemarsz Wadi Ghuweir? Musicie pokombinować i na to pytanie odpowiedzieć sobie sami.


IMG_20181127_083436.jpg



IMG_20181127_084954.jpg



Dla nas odpowiedź była bardzo prosta, gdyż koniec Wadi Ghuweir to… początek wąwozu Dana!

Wadi Ghuweir

Screenshot_2.jpg


Wąwóz Dana

Screenshot_3.jpg



Od momentu, kiedy ruszyliśmy w dół, do momentu kiedy znaleźliśmy się na początku wąwozu Dana, minęło 7 godzin. 7 godzin, które dały Wadi Ghuweir niezaprzeczalne miejsce numer 2 w naszym rankingu atrakcji w Jordanii. 7 godzin, które są jedną z najciekawszych przygód w naszym życiu :) Na zachętę dodamy, że podczas przejścia nie spotkaliśmy absolutnie nikogo. No, może z wyjątkiem Pana Kraba.


IMG_20181127_101946.jpg



Do samej miejscowości Feynan nie docieramy, bo nie mamy takiej potrzeby, i przy najbliższej możliwości odbijamy w prawo do wąwozu Dana. Jest to nasza pierwsza styczność z „nieturystycznymi” beduinami. Trudnią się oni przede wszystkim wypasaniem kóz, hodowlą owiec i kur. Przechodzimy obok ichniejszej szkoły, głaskamy ich osiołki, zostajemy zaproszeni na herbatę przez kilkuletnią dziewczynkę. Instynktownie odmawiamy, ale kilka minut później dociera do nas, że ta dziewczynka w sumie nie próbowała nas na nic naciągać, że istnieje na tym świecie coś takiego jak życzliwość ludzka. Robi nam się głupio, idziemy i rozmawiamy o tym, że powinniśmy skorzystać z jej zaproszenia i wtedy otrzymujemy kolejne!


IMG_20181127_140238.jpg



IMG_20181127_140458.jpg



Wchodzimy do namiotu, którego szkieletem są drewniane belki, a ściany stanowią koce, folie, plandeki, dywany, szmaty. Po przejściu przez próg, którego nie ma, nic się nie zmienia, bo nadal idzie się po ziemi. Pierwsze co rzuca się nam w oczy, to gwiazdy na niebie. Jeżeli powiem Wam o muchach i białym suficie to powstanie trafna analogia. Na środku sporej przestrzeni gościnnej pali się ognisko, na trójnogu wisi czajnik, a wokół niego leżą dywaniki, na których siadamy. Poza tym w ichniejszy, salonie nie ma nic. Z nami siedzi mama i gromadka radosnych dzieciaczków. Za nimi widzimy ścianę, za którą w przestrzeni niewiele większej, od tej, w której się znajdujemy, prawdopodobnie trzymają cały swój dobytek i śpią ściśnięci przy sobie. Śmiejemy się, nieudolnie próbując wypowiedzieć na zmianę swoje imiona. Zostajemy poczęstowani herbatą, która chyba czekała na nas w gotowości 24/7. Cukrzycy można dostać, ale jakaż ona jest pyszna! Dowiadujemy się, że mają 100 kóz, 10 owiec i 20 kurczaków. Jesteśmy w szoku, gdy wszystkie dzieci mają 3 lata więcej niż byśmy im dali, gdybyśmy mieli zgadywać ich wiek. Próbujemy poruszać inne tematy, jednak niczego więcej nie jesteśmy w stanie się dowiedzieć, ze względu na barierę językową. Bez wątpienia daje się poznać, że stanowimy dla nich wielką atrakcję, lecz oni chyba nie zdają sobie sprawy jak bardzo podekscytowani jesteśmy, że możemy choć troszeczkę wkroczyć w ich, normalne, codzienne życie. Po 15 minutach gościny ruszamy dalej. Trafia nas refleksja dotycząca ich dzieciństwa - żyjemy w dwóch światach, w dwóch odmiennych rzeczywistościach. Wtem spotykamy kozła z wielkimi jajami.


Screenshot_6.jpg



Napotkany beduin wyprowadza nas jednak z błędu, tłumacząc, że to koza. Następni napotkani pasterze uśmiechają się do nas, machają i pozdrawiają, gdy pniemy się do góry. Zastanawiamy się, jak wiele turystów zapuszcza się na sam dół wąwozu. Wiemy, że niektóre hotele organizują transport powrotny po zejściu do końca. Natomiast jeżeli nie macie czasu/siły/chęci, aby przejść się wąwozem to polecamy Wam jego eksplorację od dołu. Z tej strony prezentuje się znacznie lepiej :)


IMG_20181127_153235.jpg



IMG_20181127_153952.jpg



IMG_20181127_160818.jpg



Potwierdzamy, że nikt nie sprawdza tu biletów. Ostatnią godzinę idziemy już po ciemku. Tego dnia nasz licznik przekracza 100 km. Zaczynamy opadać z sił i w sumie od początku wąwozu, do miejscowości Dana pochodzimy późno, bo po sześciu godzinach. Dopada nas wilczy głód i zachodzimy do pierwszego napotkanego miejsca, które przypomina restaurację. Jest to Dana Hotel. Z najtańszej opcji noclegu za 10 dinarów za dwójkę rezygnujemy. Po kolejnych ostrych negocjacjach zamawiamy „cokolwiek ciepłego co kucharz ma na stanie dla dwóch osób” za 5 dinarów. Dla porównania w Wadi Musa kosztowało nas to odpowiednio 17 i 13 dinarów :) Trafiamy idealnie, bo zaczyna się schodzić grupa niemieckich turystów, która ma zamówiony swego rodzaju szwedzki stół, z którego możemy korzystać. Przy wyjściu po raz kolejny zostajemy zaskoczeni przez Jordańczyka. Kelner-negocjator mówi nam o tym, że jesteśmy miło witani w Jordanii, że jego obowiązkiem jest szerzenie jordańskiej gościnności i kolacja ta, jest podarunkiem dla nas i on żadnych pięciu dinarów od nas nie weźmie. Wow. Tego wieczoru również planowaliśmy spać w namiocie, ale żeby nie być dłużnym, decydujemy się na nocleg za dyszkę. W cenie również mamy prysznic! Tylko jedna poprzednia noc bez kąpieli – dzisiaj dobry wynik. Smuci nas to, że nasz negocjator jest wierzący i nie chce przyjąć Żubrówki.

Dzień szósty: Wadi Zarqa Ma’in, Madaba, Góra Nebo


Screenshot_4.jpg



W tym okresie główna atrakcja, czyli Wadi al Mujib jest niestety zamknięta. Rano łapiemy kilka stopów i bardzo wcześnie jesteśmy przy naszym pierwszym celu. Przejeżdżamy przepiękną trasą At-Tafila - Feifa. Nie dziwi nas już nawet to, że bez żadnej wzmianki o tym, kierowca zatrzymał się przy drodze i kupił nam sandwiche na śniadanie. W całej tej Jordanii czujemy się jakbyśmy grali w turystyczne Simsy i lecieli na kodach. Mieliśmy w planach przejść się kawałek tam i z powrotem przez Wadi Zarqa Ma'in, potem wykąpać się w Morzu Martwym i opłukać się w strumyku. Niestety kanion był zamknięty, ponieważ tydzień przed nami tragicznie zginęło tam 21 osób podczas tzw. flash flood. To pokazuje skalę niebezpieczeństwa przy eksploracji tych kanionów, skoro giną tam lokalni mieszkańcy, dlatego zawsze należy sprawdzać wcześniej pogodę i czujnie reagować na jej zmiany. Dodatkowo, sen o kąpieli zburzyło nam dwóch policjantów, którzy czuwali tam wtedy właśnie po to, aby nikogo nie wpuszczać do kanionu, ani do ujścia strumyka. Pech chciał, że 3 dni po naszym powrocie została opublikowana dokładna instrukcja jak wziąć kąpiel na dziko, nie płacąc haraczu. Ruszamy dalej.

Wadi Zarqa Ma'in - w głębi możecie zauważyć pracującą koparkę usuwającą osunięte głazy po przejściu flash flood

IMG_20181128_103858.jpg


W takim miejscu nawet długie, bo dziesięciominutowe łapanie stopa jest przyjemne


Dodaj Komentarz

Komentarze (8)

oskiboski 8 stycznia 2019 23:50 Odpowiedz
Świetnie się czytało :)
pkn-2606 14 stycznia 2019 13:36 Odpowiedz
Rewelacja. Przeszły mnie dreszcze, proszę o jeszcze :)
pkn-2606 14 stycznia 2019 14:22 Odpowiedz
Rewelacja. Przeszły mnie dreszcze, proszę o jeszcze :)
foodtravel-pl 14 stycznia 2019 14:22 Odpowiedz
Extra wyprawa, czekam na ciąg dalszy :)
wtak 16 stycznia 2019 05:08 Odpowiedz
Ile dźwigaliście wody na Wadi Rum? :)
ka-s-ka 16 stycznia 2019 15:30 Odpowiedz
tez przylatuję koło 11.00 z Krakowaczy zauważyliscie na lotnisku jakiś transport bezpośrednio do Petry?
juggler5 17 stycznia 2019 13:35 Odpowiedz
Czekamy na ciąg dalszy :)
pietrucha 17 stycznia 2019 13:35 Odpowiedz
Dzięki! Niebawem nadrobię zaległości :)@wtak dźwigaliśmy ze sobą około 3 litry na osobę na półtora dnia - jest to wystarczająca ilość.@ka.Ś.ka nie orientowałem się w tej sprawie, ani na miejscu nie rozglądałem się za tym. Teraz żeby udać, że znam się na temacie i odpowiedzieć na Twoje pytanie, musiałbym sam poszukać tych informacji, czyli dokładnie to, co możesz zrobić Ty :) jestem pewien, że znajdziesz odpowiedź na tym forum.