0
bart07 3 lutego 2019 20:59
Cześć! Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że mimo iż forum obserwuję od dosyć długiego czasu to jest to mój pierwszy post i zarazem pierwsza relacja. Dlatego z góry przepraszam za wszelkie błędy ;). Z drugiej strony dziękuję Wam za wszystkie przydatne informacje, które znalazłem na forum oraz w poprzednich relacjach forumowiczów. Dzięki temu o wiele łatwiej było mi zaplanować ten, jak i inne wyjazdy. Pisząc relację chciałbym chociaż w małym stopniu odwdzięczyć się oraz pomóc kolejnym osobom chętnym zobaczyć te dwa przepiękne kraje Kaukazu. Weźcie jednak pod uwagę to, że od czasu opisanej podróży minęło kilka miesięcy więc niektóre informacje/kwoty podane przeze mnie mogą się różnić od aktualnych. Jakość zdjęć też pewnie nie należy do najlepszych, tym bardziej, że jest to mieszanka tych z aparatu, telefonu oraz stopklatek wyciętych z filmów kręconych GoPro. Jednak mam nadzieję, że chociaż w małym stopniu pokażą piękno niektórych zakątków Gruzji oraz Armenii.

23.04
Nasza podróż rozpoczęła się na wrocławskim lotnisku skąd o 17:55 wylecieliśmy w kierunku Warszawy. Po wylądowaniu w stolicy okazało się, że lot do Erywania jest opóźniony o godzinę więc w celu najedzenia się „na zapas” udaliśmy się do pewnej wykwintnej restauracji z wielką żółtą literą M na początku nazwy. Poinformowaliśmy E. (mój znajomy – Ormianin) o naszym opóźnieniu, aby przekazał to swojemu kuzynowi, który miał nas odebrać z lotniska w Erywaniu. Przed wejściem na pokład, patrząc na niektórych pasażerów zastanawialiśmy się, gdzie kończy się definicja bagażu podręcznego wg LOT-u. Zamiast plecaków/walizek mieli oni wypchane po brzegi „torby bazarowe” (z tym mi się kojarzą i nie wiem jak inaczej je nazwać), również po dwie na osobę.

Ormiański bagaż podręczny
Image

Wydaje mi się, że jakieś 80% pasażerów to byli Ormianie więc wiedzieliśmy, że lot może być ciekawy. I tak też było. Gdy tylko zgasły „pasy” większość z nich zaczęła wędrówkę do swoich znajomych i rodzin. Rozmawiali, śmiali się, przeciskali między sobą (i torbami) oraz głośno chrapali. ;)

24.04
Nigdy nie widziałem ani na żywo, ani nawet na zdjęciu chłopaka, który miał nas odebrać, jednak E. powiedział mi, że jak już go zobaczymy to na pewno będziemy wiedzieli, że to właśnie on. Godzinę po planowanym przylocie, przy wyjściu z hali przylotów czekał na nas nasz kierowca... ubrany w garnitur i z napisem „CRAZY DRIVER” na kartce. Szybko się przywitaliśmy, wymieniliśmy pieniądze i w drogę. Ciekawostką jest, że auto P. miało wszystkie szyby (oprócz przedniej) tak mocno przyciemnione, że w trakcie skręcania musiał otwierać te z przodu przynajmniej na kilka centymetrów, żeby mniej więcej coś zobaczyć. Przykład poniżej:

Image

Nie była to dla nas jakaś duża niespodzianka, bo trochę interesowaliśmy się Kaukazem, ale jednak zobaczyć to na żywo to już coś fajnego. Po wyjechaniu z lotniska P. zatrzymał się na stacji benzynowej, gdzie kupił nam piwko i wodę na powitanie. Jadąc przez Erywań udało nam się na chwilę dostrzec Ararat z daleka. Ciarki na plecach, tym bardziej, że było jeszcze trochę ciemno więc ośnieżony szczyt był całkiem dobrze widoczny pomimo odległości. Po kilku minutach jazdy P. pyta się nas po raz kolejny czy palimy. Odpowiadamy, że nie, po czym on ze swoim jedynym w swoim rodzaju rechotem mówi, że nie chodziło mu o papierosy. I tak po chwili zadowolony zatrzymuje się na chodniku przy jakiejś drodze prawie w centrum Erywania. Zamknął wszystkie okna, wyciągnął coś na kształt lufki nabitej pewną zieloną roślinką i kazał nam zapalić mówiąc, że to na dobre powitanie w Armenii. No cóż, jaki mieliśmy wybór? Odmówić i urazić naszego „gospodarza” czy poczęstować się i z poprawionymi humorami ruszyć w dalszą drogę? Wiadomo, którą opcję wybraliśmy :D. Po jakimś czasie dotarliśmy do jeziora Sewan, gdzie zatrzymaliśmy się na pół godziny w celu zobaczenia z bliska monastyru (w zasadzie dwóch) Sewanawank.

Image

Byliśmy tam około godziny 6 rano więc wszystko było zamknięte, jednak dzięki temu poza nami nie było nikogo w okolicy. No może oprócz 10 psów, które cały czas się za nami wałęsały. Pogoda była świetna więc i widoki niesamowite.

Image

Monastyry, Sewan sięgający aż po horyzont i wszędzie dookoła pagórki i wzniesienia oraz wyższe, ośnieżone szczyty. Po obejrzeniu klasztorów i okolicy udaliśmy się kawałek dalej nad jezioro do restauracji polecanej przez P. Specjalnie dla nas właściciel otworzył ją o godzinie 7 rano. Jeszcze lepsze jest to, że obok nas chwilę później zatrzymało się inne auto z trójką Ormian, jednak właściciele powiedzieli, że otworzyli tylko dla nas i kazali im odjechać. Zamówiliśmy to co polecił P. i po chwili nasz stół był pełen jedzenia. Dodatkowo oczywiście butelka miejscowej brzoskwiniowej wódki o podwyższonej ilości procentów ;). Jedzenie było przepyszne – świeża ryba (nazwy nie pamiętam, ale podobno występuje tylko w Sewanie), warzywa, sałatki itd. Po „śniadaniu” ruszyliśmy w dalszą drogę, oczywiście przed tym wypalając resztę zawartości lufki. Chwilę później wszyscy zasnęliśmy, jednak z wyspania się raczej nici. Dziury w Armenii są wielkości leja po bombie. Dodatkowo klimacik podkręcały rosyjsko-gruzińsko-ormiańskie, jak to usłyszeliśmy od P. – „gangsterskie” kawałki, które po pewnym czasie sami zaczęliśmy nucić.

Po kilku godzinach jazdy docieramy w końcu do Tbilisi. Wraz z pomocą P. szukaliśmy wolnych miejsc w hostelach w celu „czasowego” wynajęcia pokoju, jednak bez skutku. Wcześniej nie rezerwowaliśmy nic na pierwszy nocleg, ponieważ nie mieliśmy zamiaru spać w stolicy. Ostatecznie zapłaciliśmy 60 GEL za dwie godziny w hostelu z zamiarem wykąpania się, odświeżenia i przebrania. Dziewczyny były pierwsze, a my pojechaliśmy z P. na dworzec, by zostawić duże walizki w przechowalni – 5 GEL/szt. za dobę. Plecaki spakowaliśmy na kolejne 4 dni i wróciliśmy do dziewczyn również wziąć prysznic. W międzyczasie pożegnaliśmy się z P. i umówiliśmy, że damy mu znać, kiedy ma nas zabrać z powrotem do Armenii. Po kąpieli pojechaliśmy na dworzec po bilety na nocny pociąg Tbilisi – Zugdidi. „Kupe” dla 4 osób kupiliśmy za 22 GEL/os.

Image

Nie mieliśmy za dużo siły, żeby zobaczyć stolicę (co i tak mieliśmy w planach za kilka dni) więc czas do odjazdu pociągu spędziliśmy w okolicy dworca. Oczekując na pociąg byliśmy świadkami kilkukrotnego wyrzucenia z peronu przez ochronę starszych pań z ich kramikami na kółkach oraz związanych z tym kłótni. Dodatkowo przez około godzinę dosłownie metr od ławki, na której siedzieliśmy kręcił się pewien mężczyzna. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że przez cały ten czas wydzwaniał do (chyba) swoich wszystkich znajomych, włączał tryb głośnomówiący, stawał wyżej wspomniany metr czy dwa od nas i patrząc na nas gadał, gadał i jeszcze raz gadał. Raz po gruzińsku, raz po rosyjsku. Moja dziewczyna, znająca rosyjski nie mogła po pewnym czasie już wytrzymać. Nie tylko ze względu na hałas jaki ów typ powodował, ale i podobno z tematów jego rozmów. Ostatecznie kwadrans przed godziną 22 wyruszyliśmy na zachód Gruzji. Pociąg, którym jechaliśmy był typu „głęboka komuna”, jednak w miarę się wyspaliśmy. Największym minusem była niemożliwość otwarcia okna w przedziale, co powodowało duchotę nie do zniesienia. Dla wyższych osób kolejną niedogodnością mogą być zbyt krótkie łóżka. Ja akurat nie miałem z tym problemu, ale wyższy kolega chcąc wyprostować nogi musiał je podnosić aż pod sufit (spał na górze).

25.04
Pod koniec podróży podczas wschodu słońca oglądaliśmy już pierwsze obrazki oddalonych szczytów Kaukazu. Do Zugdidi dojechaliśmy punktualnie. Po wyjściu z pociągu kierowcy marszrutek naganiają ludzi do swoich pojazdów. Naszym celem tego dnia było dotarcie do Mestii. Cena przejazdu marszrutką na tej trasie to 20 GEL/os. Już mieliśmy wsiadać do busa, gdy podszedł do nas jeden z taksówkarzy i mówi, że za 120 GEL weźmie naszą czwórkę. Zbiliśmy cenę do 100 GEL, więc stwierdziliśmy, że dopłata 5 GEL za osobę na tej trasie to nic w zamian za „wygodę” podróżowania normalnym autem zamiast przepełnioną marszrutką. Kierowca przedstawił się jako G., spakowaliśmy nasze manatki i wsiadamy do starej jak świat Astry I kombi. Tutaj chwilowy szok, ponieważ na połowie przedniej szyby (od strony kierowcy) ogromny „pajączek” z dziurą na samym środku, jakby ktoś do niego strzelał z pistoletu. Okazało się, że na trasie do Mestii często spadają kamienie i właśnie jednym z nich oberwała nasza taksówka. Widocznie rozwalone pół szyby nie przeszkadzało szanownemu kierowcy w jeździe :D.

Image

Chwilę po wyruszeniu G. zapytał, czy mamy zarezerwowany nocleg w Mestii. Gdy odpowiedzieliśmy przecząco zaproponował, że zawiezie nas do swojego znajomego, który prowadzi guesthouse. W trakcie jazdy zatrzymywał się w miejscach dobrych do porobienia zdjęć np. przy zaporze Jvari, w miejscu z pięknym (pierwszym) widokiem na Ushbę, wodospad oraz w maleńkiej przydrożnej „restauracji”, w której zjedliśmy najlepsze kubdari w życiu.

Image

Pierwszy widok na Ushbę
Image

Gdy czekaliśmy tam na posiłek, przed wejściem zatrzymało się jakieś stare kombi z przyciemnionymi szybami. G. nas zawołał i pokazał nam tego „rodzynka” od środka. Przednie fotele przesunięte maksymalnie do przodu, zaś z tyłu całą przestrzeń zajmowały 3-litrowe plastikowe butle pełne wina domowej roboty.

Image

Musiało to trochę ważyć, bo tylne błotniki zasłaniały już ładny kawałek kół :D. Kupiliśmy butelkę białego wina i wypiliśmy za powodzenie naszego wyjazdu prawie całą, zagryzając przepysznym kubdari. Po winie droga wydawała nam się jeszcze bardziej malownicza. W trakcie jazdy G. opowiedział nam, że wraz z ojcem ma ogromną plantację orzechów laskowych, swoją winiarnię, ogród z warzywami i owocami oraz hoduje zwierzęta. Zaprosił nas również do siebie gdybyśmy mieli w planach jechać ponownie na południe.

Przykład urwiska na drodze
Image

Dalsza część trasy upłynęła dosyć szybko i przed godziną dwunastą dotarliśmy do Mestii. Umówiliśmy się z naszym kierowcą, że następnego dnia po południu przyjedzie po nas i zabierze w stronę Zugdidi. Znajomy G. pokazał nam pokój i dosłownie kilka chwil po tym przyniósł nam dwie karafki wina na przywitanie. Chwilę później okazało się, że oprócz nas w innym pokoju jest również dwójka Polaków – P. i K. Zapoznaliśmy się i po godzinie wyruszyliśmy razem na trekking pod lodowiec Chalaadi.

Image

Zagadani i zauroczeni widokiem dookoła nas zamiast pójść jak normalni ludzie wzdłuż rzeki, skierowaliśmy się lekko pod górę. Niestety na trasie wszędzie było dużo śniegu, który jedynie wyglądał na ubity, jednak stając na niego wpadało się często po pas między kamienie, patyki i bryłki lodu. Ostatecznie dotarliśmy pod lodowiec o wiele później niż przypuszczaliśmy, jednak krajobraz zupełnie nam wszystko zrekompensował.

Lodowiec widać po prawej stronie
Image

Widoki niesamowite – wszędzie pełno śniegu na zboczach i szczytach, szum wody i piękne czoło lodowca. W celu uczczenia tej pięknej chwili odpaliliśmy sobie po gruzińskim piwku ;).

Image

Spędziliśmy w górach pół dnia więc po powrocie i kąpieli udaliśmy się do knajpki „Sunseti”, żegnając się w międzyczasie z P. i K. – wyruszali w dalszą drogę stopem. Na kolację zamówiliśmy dwie zupy, dwa szaszłyki, ogromne kubdari, jedno przeogromne chaczapuri i litr czerwonego wina. Rachunek? 80 GEL za wszystko. Najedzeni wróciliśmy do guesthouse’u i zmęczeni szybko zasnęliśmy.

Image

c.d.n.26.04

Image

Następnego dnia rano nasz gospodarz pokazał nam Mestię. Weszliśmy na jedną ze swańskich wież, po czym pojechaliśmy do Ushguli. Droga bardzo wymagająca i bez wysokiego auta 4x4 raczej nieprzejezdna – my jechaliśmy niezawodną Delicą.

Image

W Usghuli spędziliśmy jakiś czas podziwiając piękny masyw Szchary (najwyższej góry Gruzji) oraz wieże i domostwa z V i VI wieku (tak nam powiedział kierowca). Gdy wróciliśmy do Mestii nasz taksówkarz G. już na nas czekał. Przywiózł nam 3 litry domowego wina. Okazało się też, że pomimo, iż nie miał tego dnia żadnych klientów na trasie do Mestii to i tak po nas przyjechał. Tłumaczył to tym, że skoro nam obiecał, że nas zabierze to nie mógł nie przyjechać, bo dane słowo do czegoś zobowiązuje. Dla nas to był szok. Przed odjazdem pomogliśmy jeszcze naszemu gospodarzowi rozładować ciężarówkę z jakimiś elementami budowlanymi. Za nocleg z pysznym domowym śniadaniem, podwiezienie do i odebranie spod szlaku na lodowiec oraz wycieczkę do Ushguli zapłaciliśmy po 75 GEL/os. (guesthouse Kaldani – szczerze polecam).

Poniżej kilka zdjęć z Ushguli oraz drogi prowadzącej do miejscowości.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Pierwotnie tego dnia mieliśmy jechać aż do Batumi, jednak G. zaproponował żebyśmy zostali u niego na noc, a następnego dnia zawiezie nas do stolicy Adżarii. Zgodziliśmy się i po około trzech godzinach dotarliśmy do jego domu niedaleko Zugdidi.

Image

Poznaliśmy jego żonę E., dzieci, psa Bombo oraz sąsiada J. Okazało się, że stół był już nakryty, a żona przygotowywała ostatnie dania. G. pokazał nam swój dom i ogród, po czym zaprosił do stołu. Przeżyliśmy swoją mini suprę w rodzinnym gronie, co było spełnieniem jednego z moich osobistych marzeń związanych z Gruzją. Tamadą został 80-letni sąsiad. W trakcie uczty wznieśliśmy niezliczoną ilość toastów za Gruzję, Polskę, naszą przyjaźń, rodziny, dzieci i wiele, wiele innych. Jedzenie własnoręcznie przygotowane przez panią domu było przepyszne, tak samo jak wino, które nie chciało się za nic skończyć. To było cudowne doświadczenie, które na pewno zapamiętamy do końca życia.

27.04

Następnego dnia rano z bólem głowy i lekkimi zanikami pamięci zjedliśmy śniadanie po czym pożegnaliśmy się z domownikami, dziękując za poprzedni wieczór i za to, że przyjęli nas pod swój dach. Niestety nie mieliśmy nic co moglibyśmy zostawić w podziękowaniu i co mogłoby się w miarę przydać, dlatego obiecaliśmy, że następnym razem odwiedzimy ich i się w jakiś sposób odegramy. Po tym wszystkim wyruszyliśmy z G. w stronę Batumi. Po drodze zatrzymaliśmy się w Ureki, żeby przejść się po plaży z czarnym „magnetycznym” piaskiem – podobno ma lecznicze działanie, jednak na nasze głowy nie pomogło ;).

Image

Do Batumi dotarliśmy około południa. I tutaj kolejna niespotykana sytuacja. W trakcie pożegnania G. nawet nie chciał słyszeć o zapłacie za nocleg i jedzenie mówiąc, że byliśmy jego gośćmi. Byłoby to niezgodne z jego zasadami i jego mina naprawdę nie wyglądała przyjaźnie, gdy to mówił. To jest niesamowite jak gościnni i skromni są Gruzini, ponieważ prosił nas tylko o pieniądze na paliwo. Rozumiecie?! On nas prosił o można powiedzieć jakąś śmieszną sumę (patrząc ze względu na to, co przeżyliśmy oraz dzieląc na naszą czwórkę), żeby tylko dojechał do domu, bo cała reszta jest „wliczona” w jego gościnność. Oczywiście po krótkiej „walce” zostawiamy mu większą kwotę, jednak łatwo nie było. Na pożegnanie zostawił nam swój numer i powiedział, że jeżeli tylko będziemy w Gruzji, koniecznie musimy do niego zadzwonić. Powiedział również, że możemy spać pod jego dachem, ile tylko chcemy i że zawsze będziemy tam mile widziani. N-I-E-S-A-M-O-W-I-T-E. Odebrało nam mowę i to poważnie, bo czegoś takiego jeszcze nie doświadczył nikt z naszej czwórki. Na koniec G. podarował nam jeszcze 2-litrową butelkę po Pepsi wypełnioną – a jakżeby inaczej – białym domowym winem.

Image

W Batumi zjedliśmy pyszny obiad, kupiliśmy arbuza i poszliśmy na plażę przemyśleć dalszy plan podróży. Zdecydowaliśmy, że zostajemy na noc w mieście. Wybraliśmy tani hostel polecany w przewodniku Lonely Planet – Guldani’s Guesthouse – 20 GEL/os. Zostawiliśmy rzeczy i poszliśmy coś przekąsić, a później wybraliśmy się na przystań.

Image

Wykupiliśmy sobie półgodzinny rejs po Morzu Czarnym podczas pięknego zachodu słońca (bodajże 40 GEL). Udało nam się nawet zobaczyć kilka delfinów.

Image

Właściciel łodzi powiedział nam, że w Batumi jest targ rybny, na którym kupimy świeże ryby i owoce morza. Obok niego jest restauracja, do której można przynieść zakupione na targu ryby i zostaną one za drobną opłatą przygotowane do jedzenia. Zdecydowaliśmy, że to dobry pomysł i zrobiliśmy dosyć długi spacer w stronę targu. Będąc już przy dużym porcie (bodajże międzynarodowym, bo wszędzie pełno celników i policji) mieliśmy zawracać, bo nigdzie nie widzieliśmy żadnego targu, ani nic z nim związanego. Ostatecznie jednak dotarliśmy do celu.

Image

Kupiliśmy 2-kilogramowego jesiotra i kilogram żywych raków. W sumie za ich zakup, późniejsze przygotowanie w restauracji, 3 piwa, lampkę wina i dzban wody zapłaciliśmy niecałe 110 GEL. Bajka ;).

Image

c.d.n.28.04

Rankiem, a dokładnie o 07:30 ruszyliśmy pociągiem do Tbilisi (19 GEL/os.). Na dworcu, gdy wysiedliśmy w stolicy, od razu podszedł do nas taksówkarz oferując ceny za swoje usługi. Nie chciał się od nas odczepić, a skoro chcieliśmy dostać się do Stepancmindy to zapytaliśmy go o cenę. Po krótkich negocjacjach stanęło na 150 GEL. Wiedzieliśmy, że z dworca Didube można dojechać tam marszrutką za 10 GEL/os. lub taxi za niecałe 100. Gdy mu to powiedzieliśmy to postukał się w czoło i powiedział, że nigdzie takiej ceny nie znajdziemy, a jego 150 lari to najniższa możliwa cena. Kolejny raz odmówiliśmy i dopiero wtedy sobie odpuścił. Taka mała uwaga dla podróżujących tą trasą – nie dajcie się naciągnąć na takie kwoty, szczególnie z dworca Station Square. Jedźcie na Didube, tam jest prawie dwukrotnie taniej (taxi) lub prawie za bezcen (marszrutka). Po uwolnieniu się od naciągacza udaliśmy się do przechowalni bagażu w celu przepakowania się na kolejne kilka dni, po czym pojechaliśmy metrem na dworzec Didube. Po dotarciu na miejsce, wychodząc ze stacji metra co chwilę podchodzili do nas naganiacze z różnymi ofertami transportu. Chwilę się potargowaliśmy i ustaliliśmy, że bierzemy taxi za 80 GEL wraz z dodatkowymi postojami przy twierdzy Ananuri oraz pomniku „przyjaźni” gruzińsko-sowieckiej.

Image

Droga jak zwykle w Gruzji była bardzo ciekawa. Wyprzedzanie na zakrętach przy zerowej widoczności oraz kilkusetmetrowej przepaści z jednej lub drugiej strony, od których oddzielały nas stare, zardzewiałe barierki. Oprócz tego cały kordon weselny blokujący drogę albo niekiedy dziury wielkości połowy samochodu. Standardowo nie mieliśmy zarezerwowanego noclegu, ale po zapytaniu o pomoc naszego taksówkarza, od razu powiedział, że zawiezie nas do swojego znajomego.

Image

Na miejsce dotarliśmy wieczorem, ustaliliśmy wszystko z naszym gospodarzem i poszliśmy na zakupy, ponieważ następnego dnia rano chcieliśmy wejść pod słynny klasztor Cminda Sameba pod Kazbekiem. Kolację zjedliśmy w restauracji Cafe 5047. Ceny przyzwoite, jedzenie szczerze mówiąc średnie, jedynie szaszłyki były smaczne. Cena za nocleg w dwuosobowych pokojach ze wspólną łazienką wynosiła 20 GEL/os.

29.04

Następnego dnia wczesna pobudka i szybkie wyjście na szlak. Dogadaliśmy się z gospodarzem, że niepotrzebne rzeczy zostawimy w pokojach i zabierzemy je po powrocie. Pod klasztor nie chcieliśmy iść drogą, którą wjeżdżają samochody więc wybraliśmy inną trasę. Może komuś się przyda - za mostem skręciliśmy w lewo, następnie szliśmy cały czas drogą prosto przez wioskę Gergeti. W pewnym momencie odbiliśmy w lewo w kierunku widzianej z daleka starej kamiennej wieży (a w zasadzie ruin). Pod wieżę doszliśmy stromym krótkim podejściem.

Image

Płynie tamtędy strumień, wzdłuż którego musieliśmy iść. Po pewnym czasie po spojrzeniu w prawo zobaczyliśmy część klasztoru więc szliśmy jeszcze przez jakiś czas wzdłuż strumienia, a gdy znaleźliśmy mniejszą stromiznę wspięliśmy się na górę. 10 minut lekkiego wysiłku i byliśmy już na wypłaszczeniu przed monastyrem.

Image

Pogoda była świetna więc wszystko dookoła zrobiło na nas wielkie wrażenie. Szczególnie biały szczyt Kazbeku wyglądał pięknie. Weszliśmy do monastyru, jednak trwały tam modlitwy więc przez chwilę wsłuchaliśmy się w donośny głos mnicha, po czym wyszliśmy obejrzeć wszystko z zewnątrz. Niesamowite, że świątynia została wybudowana w takim miejscu już w XIV wieku.

Image

Image

Wrażenie robił również masyw okalający miejscowość Stepancminda/Kazbegi, który jeszcze rano skryty za mgłą i chmurami wydawał się niezbyt wysoki. Dopiero teraz w pełnym słońcu widać jak ogromne są to góry. Spędziliśmy jeszcze krótką chwilę podziwiając widoki dookoła, po czym udaliśmy się w drogę powrotną do miasteczka.

Image

Odebraliśmy nasze rzeczy z guesthouse’u, a następnie złapaliśmy marszrutkę do Tbilisi. W stolicy przesiedliśmy się od razu do innej, jadącej do Achalciche (koszt jeśli mnie pamięć nie myli to około 10 GEL). Na miejsce dojechaliśmy wieczorem więc nie zostało nam nic innego jak tylko znaleźć miejsce z dobrym jedzeniem oraz odpoczynek przed następnym dniem. Przez dłuższy czas chodziliśmy po miasteczku, aż w pewnym momencie dostrzegliśmy małą restaurację z ogródkiem, w którym stały parasole reklamujące czeskie piwko „Kozel”. Zastanawialiśmy się przez chwilę czy to dobry pomysł szukać gruzińskiej kuchni w knajpie, gdzie już na wejściu widać dobrze nam znaną „zachodnią” markę, jednak zaryzykowaliśmy i to był strzał w dziesiątkę. Usiedliśmy, dostajemy karty dań oraz wodę, po czym przychodzi do nas szef knajpy. Przemiły człowiek. Pyta skąd przyjechaliśmy, jakie mamy plany oraz czy nie potrzebujemy pomocy z czymkolwiek. Chwilę pogawędziliśmy, następnie polecił nam swoje najlepsze przysmaki, a po chwili przyniósł domowe wino oraz czaczę w prezencie. Dla zainteresowanych knajpa nazywa się „Old Bar” i znajduje się przy ulicy Kostava. Polecam zjeść świetne szaszłyki oraz Shkmeruli, czyli kurczaka zapiekanego w zalewie mleczno-czosnkowej –orgazm dla kubków smakowych :D.

30.04

Wczesnym rankiem udaliśmy się na dworzec autobusowy w Achalciche z zamiarem złapania marszrutki do skalnego miasta Vardzia. Żadna z osób nie potrafiła nam odpowiedzieć na pytanie, kiedy dokładnie odjeżdża następna w tamtym kierunku więc po dłuższej chwili zdecydowaliśmy się wziąć taksówkę. Dogadaliśmy kwotę 50 GEL za podróż w dwie strony wraz z dodatkowymi postojami po drodze. Trafił nam się fajny kierowca, ponieważ przez całą drogę opowiadał nam o historii mijanych miejsc oraz o samej Vardzii.

Image

Po pierwszym spojrzeniu na skalne miasto byliśmy pod wielkim wrażeniem, tym bardziej, że zostało ono wybudowane na przełomie XII i XIII wieku. Dojechaliśmy na miejsce, kupiliśmy bilety wstępu za bodajże 5 GEL po czym rozpoczęliśmy zwiedzanie. Niesamowite jest to, że dawniej skalne miasto składało się z 3 tysięcy pomieszczeń, w których mogło przebywać w sumie nawet 60 tysięcy osób. Niestety do dnia dzisiejszego zachowało się podobno około 250 komnat. Zwiedzanie zajęło nam około 2 godzin.

Image

Każdemu kto będzie w okolicy Achalciche naprawdę polecam pojechać i zobaczyć skalne miasto na własne oczy!
Po powrocie do Achalciche, udaliśmy się do knajpy, w której jedliśmy poprzedniego dnia. Gdy szef i jego kolega dowiedzieli się, że wynajęliśmy taxi do Vardzi powiedział, że mogliśmy mu o tym wspomnieć dzień wcześniej, a on dałby nam swoje auto :D. Po posiłku i miłej rozmowie pożegnaliśmy się i marszrutką pojechaliśmy do Tbilisi, skąd następnego dnia odebrać nas miał P. i zabrać do Armenii. Do stolicy dojechaliśmy bardzo późno, a na dodatek nie mieliśmy zarezerwowanego żadnego noclegu. Zadzwoniliśmy do kilku hosteli, jednak w żadnym nie było wolnych miejsc więc zaczęliśmy pytać taksówkarzy na dworcu Didube o to czy znają jakiś hostel/guesthouse w okolicy. Po 15 minutach mieliśmy już klucze do pokoju :D. W Gruzji nie zginiesz, bo zawsze znajdzie się ktoś chętny do pomocy i to nam się bardzo podobało.

01.05

Zwiedzanie Tbilisi rozpoczęliśmy od Twierdzy Narikala oraz okolic. Ze wzgórza rozpościera się świetny widok na panoramę stolicy.

Image

Niedaleko zjedliśmy jak zwykle niezliczoną ilość chinkali, chaczapuri oraz innych gruzińskich przysmaków, zapiliśmy winem, po czym skierowaliśmy się w stronę Station Square.

Image

W oczekiwaniu na P. wybraliśmy się na okoliczny targ, gdzie kupiliśmy kilka pamiątek, przepyszny ser oraz domowe wino. P. przyjechał o umówionej godzinie więc ruszyliśmy w stronę Armenii. Przegadaliśmy kilka godzin opowiadając o tym, co udało nam się przez te kilka dni zobaczyć w Gruzji oraz słuchając o tym, co możemy zwiedzić w Armenii. W trakcie jazdy P. obiecał nam, że zatrzymamy się w pewnym miejscu na obiad, jednak nie podał więcej żadnych szczegółów. Nastawialiśmy się na jakiś zwykły zajazd przy drodze, gdzie szybko zjemy coś dobrego i ruszymy w dalszą drogę.

Dojechaliśmy do miasteczka Iczewan. Razem z P. poszliśmy na miejscowy targ, gdzie doszliśmy do stoiska z elementami oświetlenia. Okazało się, że dwie panie obsługujące klientów oprócz sprzedaży zajmowały się również wymianą pieniędzy. Swoją drogą nie zdziwiłbym się, gdyby dodatkowo dorabiały jako modelki, bo urodę miały niecodzienną, a ich ubiór zdecydowanie nie pasował do stroju sprzedawczyń lamp na zapyziałym targowisku :D. Bez problemu wymieniliśmy pieniądze, po czym zboczyliśmy z głównej drogi, kierując się na szczyt okolicznych wzniesień. W końcu po kilkunastu minutach dotarliśmy do miejsca, o którym mówił P. Nas po prostu zamurowało. Bo jak inaczej zareagować, gdy jedziesz przez biedne i malutkie miejscowości drogą z dziurami większymi niż samochód, mijasz stada bezpańskich psów, rozklekotane Nivy, po czym zatrzymujesz się na szczycie góry w jakimś ośrodku, który nie wygląda zdecydowanie na ormiański. Nazywa się Apaga Resort i z tego co mówił nam P. jest własnością bodajże jakiegoś bogatego Amerykanina. Z tego co zrozumieliśmy wykupił okoliczne działki oraz wzgórza i tworzy tutaj ośrodek wypoczynkowy połączony z parkiem rozrywki.

Image

Miejsce naprawdę robi dobre wrażenie. Oprócz domków noclegowych jest tutaj stadnina koni, możliwość jazdy terenową ciężarówką oraz zjazd na zip-line pomiędzy kilkoma okolicznymi wzgórzami za niezbyt wygórowaną cenę. Dojechaliśmy tam dosyć późno i przez to nie mam dobrych zdjęć z tego miejsca więc zainteresowanym polecam zajrzeć na oficjalną stronę apaga.info lub wygooglować „Apaga Resort”. Nasz posiłek zjedliśmy w restauracji z widokiem na okoliczne wzgórza oraz dolinę. Świetne miejsce, dobre jedzenie, a ceny bardzo rozsądne. Następnie już bez dłuższych postojów udaliśmy się do Erywania.
Pomimo, że do stolicy Armenii dojechaliśmy tuż przed północą na ulicach ruch i gwar jak w samo południe. Wszyscy trąbią na siebie jak na jakichś zawodach, muzyka na full z co drugiego auta oraz ilość ludzi z flagami kraju na ulicy potwierdzają to, że będzie to ciekawe kilka dni :D. Jeszcze w Polsce przed wylotem wiedzieliśmy, że w Armenii trafimy na rewolucję, a nocny widok Erywania jedynie wszystko potwierdził – przyjechaliśmy tu w niezwykłym dla Ormian, można powiedzieć historycznym czasie. P. załatwił nam od swojego znajomego ogromne mieszkanie znajdujące się jakieś 15 minut piechotą od Placu Republiki. Dojechaliśmy na miejsce, wypakowaliśmy się i padliśmy ze zmęczenia.

c.d.n.02.05

Image

Gwar nie ucichł zbytnio przez noc, jednak coś nam nie do końca pasowało w tym hałasie. Nie było słychać silników samochodów, a jedynie skandujących rewolucyjne hasła protestujących. Okazało się, że dzień wcześniej lider opozycji Nikol Paszynian nie został wybrany na stanowisko premiera kraju, czego skutkiem było wezwanie demonstrantów do generalnego strajku. W jego wyniku całkowicie został zablokowany ruch samochodowy nie tylko w stolicy, ale również na autostradach i drogach w całym kraju. Zablokowano również lotnisko, linie kolejowe oraz poszczególne ministerstwa. Nie mając wyboru tego dnia musieliśmy poruszać się po mieście jedynie na piechotę, co w połączeniu z piekącym słońcem i brakiem wiatru trochę dało nam w kość.

Image

Pierwszym punktem zwiedzania tamtego dnia były Kaskady - są to ogromne schody połączone z muzeum. My akurat trafiliśmy na świetną pogodę więc po dotarciu na szczyt mieliśmy idealny widok na panoramę miasta wraz z widokiem na ośnieżony szczyt Araratu.

Image

Następnie udaliśmy się do Matenadaranu, czyli muzeum im. Św. Mesropa Masztoca – twórcy alfabetu ormiańskiego. Jest to miejsce, w którym zgromadzone jest kilkanaście tysięcy rękopisów w języku ormiańskim wraz z przeróżnymi dziełami i ikonami nawiązującymi do historii Ormian. Znaleźliśmy również kilka rękopisów pochodzących z ormiańskich diaspor żyjących na dawnych i współczesnych terenach Polski. Podobno najstarszym rękopisem w muzeum jest jeden pochodzący z V wieku.

Image

Kolejnym punktem, do którego się udaliśmy była fabryka sławnego koniaku „Ararat”. Kupiliśmy bilety na zwiedzanie całego kompleksu wraz z degustacją złocistego trunku.

Image

Bardzo fajne doświadczenie, a dodatkową ciekawostką jest to, że w tym właśnie miejscu znajduje się jedyna na całym terytorium Armenii flaga Azerbejdżanu. Stoi ona przy „Koniaku Pokoju”, czyli beczce koniaku, która zostanie otwarta dopiero po całkowitym zakończeniu konfliktu między Armenią, a Azerbejdżanem.

Image

Widzieliśmy także beczki różnych znanych osobistości z całego świata, w tym także naszych „ukochanych” (sarkazm) polityków. Od samego rana do czasu dotarcia do fabryki koniaku wszystkie skrzyżowania i drogi w mieście były zablokowane, nie było żadnego ruchu samochodowego. Ciekawe jest jednak to, w jaki sposób Ormianie protestowali. Nie było żadnych burd, bójek itp. Wszystko było zorganizowane w sposób pokojowy – na skrzyżowaniach ludzie tańczyli do muzyki puszczonej z samochodów, urządzali sobie grille, tańczyli czy grali w piłkę. Dla nas był to całkiem niezły szok, bo pomimo ogólnokrajowych protestów wszędzie było bardzo bezpiecznie. Ludzie przyjaźnie na nas patrzyli, każdy się uśmiechał, a gdy razem z nimi podnosiliśmy ręce w geście ich poparcia to już w ogóle był odlot :D.

Jednak najlepsze miało dopiero nadejść. Wychodząc z fabryki koniaku zauważyliśmy, że ruch samochodowy nagle został wznowiony. Po prostu takiego hałasu chyba jeszcze nie słyszeliśmy. Każdy trąbił, ludzie wystawali z okien i szyberdachów trzymając kije z flagami. Najbardziej nas zdziwił widok biorącego udział w proteście auta z trumną na dachu oraz koparka jadąca z podniesioną łyżką, w której siedziało kilka osób skandujących różne hasła i wymachujących flagami Armenii.

Image

Image

Mistrzostwooooooo :D. Wraz z setkami osób doszliśmy do Placu Republiki, który tego wieczoru miał być „centrum” protestów.


Dodaj Komentarz